– Słyszysz? Stroi się.
– Co?
– Mówię, że na randkę idzie. Mejkap robi.
– Ach. Myślisz, że znowu przyprowadzi tego lisa?
– A kto ją tam wie?
– Pamiętasz, jak było wczoraj?
– Weź, nic mi nie mów. Oka nie zmrużyłem.
– Ciekawe, czy to wyrko jeszcze stoi. Ja myślę, że tam to już dawno same szczapy zostały.
– Ale jęczała nieźle, nie?
– No, fajnie to brzmiało. Chociaż myślę, że trochę aktorzyła.
– Akurat się znasz.
– Zamknij się! Mówię, że aktorzyła, to aktorzyła.
– Sam się zamknij!
– Ty się zamknij!
– Nie, ty się zamknij!
– Jak baby z magla – mruknęłam pod nosem, nanosząc tusz na rzęsy.
Skończywszy, cofnęłam się o krok od lustra, by podziwiać swe dzieło. Panie i panowie – Judy Hopps idzie na randkę!
Westchnęłam i spuściłam wzrok. Taa. Na randkę.
No dobrze, przyznaję się bez bicia. Nie jest tak, że idę tam z ochotą i entuzjazmem. Tak, to prawda. Skłamałabym, gdybym tak powiedziała. Przy czym zastrzegam od razu – nie chodzi mi o to, że nie chcę się spotkać z moim lisem, nie. Wręcz przeciwnie; perspektywa randki z intymnym finałem wydaje się bardzo apetyczna, a porządna dawka lisiego humoru i cynizmu na pewno dobrze by mi zrobiła. Problemem było miejsce zbrodni – super-duper jadłodajnia dla zwierzogrodzkich yuppies. Tu tkwił kłopot. W tym, że ja do takich miejsc, delikatnie mówiąc, nie pasuję. Już samo wyobrażenie się w takim czymś aktywuje moje proletariackie kompleksy. Przypomina mi się wtedy moje kmiece pochodzenie, przypomina mi się, że wychowywano mnie na dostarczyciela żarcia do stołecznych McDonaldów – że do osiemnastki kopałam kartofle i woziłam taczkami nawóz, że maturę zdałam w technikum rolniczym, a w prawie jazdy mam też rubrykę na traktor. Takie rzeczy zostają w głowie. Bałam się, że wyjdzie ze mnie niegramotny wieśniak, co dłubie w nosie i drapie się po tyłku. Ja naprawdę jestem prosta dziewucha – źle się czuję w luksusach, mam alergię na wyszukane potrawy. Wolę być wierna swoim korzeniom, wolę chamskie rozrywki w rodzaju rockowego koncertu albo kinowego popcornożerstwa. To byłby dużo fajniejszy plan na wieczór. No, ale skoro Nick tak napalił się na tę kolację... No nie, nie mogłam, po prostu nie miałam prawa tego zepsuć.
No to wbiłam się w kieckę, małą czarną, tę, w której zmuszam ślinianki Nicka do pracy na wyższych obrotach. Zrobiłam to tylko dla niego, bo nie trawię ani sukienek ani spódnic. Nie, z żadnych tam feministycznych motywów, nic z tych rzeczy – po prostu dlatego, że odsłaniają tę przeklętą bliznę na goleni, pamiątkę po rendez-vous z Bellwether. Przejrzałam się w lustrze: zagoiło się całkiem ładnie, ale ślad jednak pozostał i pozostanie zapewne na zawsze. Westchnęłam i pokręciłam głową, klnąc swojego niewyobrażalnego pecha. Do dziś nie mogę się temu nadziwić – udało mi się zranić się o kieł mamuta! Jako prawdopodobnie pierwszemu ssakowi od późnego plejstocenu! Proszę o brawa! W nagrodę będę miała ślad do końca życia. A Nicka i tak kręcą moje nogi. Co on w nich widzi? I co on w ogóle widzi w takiej ofierze losu jak ja? Dziwna, zaiste, dziwna i porąbana jest męska logika. Gorzej niż zasady działania RWPG.
Awantura za ścianą trwała w najlepsze i nic nie wskazywało, żeby miała się prędko skończyć. Włączywszy radio, żeby chociaż trochę zagłuszyć ten jazgot, zabrałam się za lakierowanie pazurków. Akurat trafiłam na wieczorne wydanie niusów, jednak na informacje o zamieszkach albo o strzelaninie, jeśli jakieś były, nie załapałam się, przyszło mi za to wysłuchiwać ględzenia o aktualnych przepychankach politycznych: dymisji wiceministra sportu i ustawie o numerus clausus. Chodziło o nadreprezentację drapieżnych na uczelniach wyższych – z jakiegoś powodu uznano, że ustawowe ograniczenie liczby studentów-drapieżników do dziesięciu procent będzie świetnym pomysłem. Parlament przegłosował, prezydent zawetował i wszystko wróciło do punktu wyjścia. Opary lakieru szczypały mnie w nos.
Jednak przed kolacją miałam umówione jeszcze jedno małe spotkanie – z Deep Throatem, Facetem Spod Mostu. Zapowiadało się wprost odjazdowo. Malownicza sceneria, dziwny facet o Bóg wie jakich motywacjach, sekrety wielkich przechodzące z rąk do rąk, a w tle narkokartele, międzynarodowe grupy przestępcze, terroryści z Al-Kaidy i cholera wie co jeszcze – o, właśnie tego mi trzeba w piątkowy wieczór. Spotkania z informatorem. Tak właśnie o tym teraz myślałam: jak o zwyczajnym spotkaniu z informatorem. Emocje już mnie opuściły, legenda Deep Throata już mnie nie oślepiała. Sprawa, przemyślana naście razy, zdążyła stracić swoją tajemniczą, nieco nawiedzoną aurę i teraz jawiła się po prostu jako zadanie do odfajkowania – dziwaczne, niecodzienne, ale jednak nieróżniące się specjalnie od tych wszystkich robótek po godzinach, które swojego czasu przyszło mi odrobić. W końcu nie pierwszy to raz, gdy robię za męża zaufania. Tylko tym razem kategoria wagowa jest nieco inna. Nikt nigdy nie usiłował mi sprzedać sprawy tego kalibru – to i nic chyba dziwnego, że się prawie nią udławiłam... Przynajmniej do czasu, aż nie usiadłam i przemyślałam sobie wszystkiego na spokojnie. Był szok, była euforia – a teraz tylko zwątpienie i chłodny sceptycyzm. Po raz nie wiadomo który przeanalizowałam całą sytuację, na spokojnie. Czy te materiały rzeczywiście są tak mocne, jak w moim wyobrażeniu? Czy oprócz tego, że mogą strącić zarząd H&G na dno czeluści piekielnych, pozwolą nam dobrać się do tyłka ich klientom? A jeżeli ich klientem był również imć pan Douglas Coone – to czy doprowadzą nas na trop jego wtyki?
I czy to, że Deep Throat zadzwonił właśnie dzisiaj to tylko fuks i czysty przypadek – czy wręcz przeciwnie?
Gdybym przypomniała sobie o tym telefonie zaraz po zebraniu, gdy w toalecie przeżywałam miniaturowy epizod depresyjny, na bank wpadłabym w panikę, bo bym pomyślała, że to pułapka. Że to właśnie Oni dzwonili. Oni, w sensie Coone et commilitones. To byłaby najbardziej nasuwająca się odpowiedź, a przynajmniej najlepiej wpisująca się w zapotrzebowanie na psychozę. Niesamowita rzecz, ten ssaczy mózg – wystarczy spuścić go na moment z oczu, a on zaczyna wariować. Już nie kret: teraz cała banda skorumpowanych glin. Spisek jest większy, niż początkowo sądziłam. Coone zinfiltrował nas w całości, od góry do dołu i na boki. Dowiedział się o grupie śledczej i zadzwonił, by zwabić mnie na jakieś wygwizdowo i zabić. Pójdę pod ten przeklęty most, a tam już będzie na mnie czekał mafijny killer uzbrojony w pistolet z tłumikiem. O, albo jeszcze lepiej: w karabin snajperski. „Samobójstwo", napisze w raporcie koroner – on też należy do spisku. I tak dalej, i tak dalej, mogłabym sobie mnożyć paranoję przez paranoję i klecić sobie takie katastroficzne scenariusze w nieskończoność – ale już mi przeszło, już przestałam się mazać i wzięłam się w garść. I skreśliłam tę teorię, mimo że była kusząca.
Bo godziny się nie zgadzały. Tylko tyle i aż tyle. Cóż, wprawdzie zestawienie dwóch liczb i porównanie, która większa, nie powinno być rzeczą specjalnie trudną, ale gdy mózg dopomina się o swoją dawkę psychozy, sprawa się komplikuje. O której to dzwonił Deep Throat? Jakoś koło jedenastej. Już wtedy wiedzieli? Już wtedy by wiedzieli, że kilka godzin później będę pracować pod Jaggarym? Wiedzieli o grupie śledczej, jeszcze zanim powstała? Niemożliwe. Przecież nawet ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, co jest grane, Clawhauser zresztą też nie, a to on przyniósł mi tę nowinę. Nawet zakładając, że mój telefon był na podsłuchu – no absurd, no... – dowiedzieliby się tylko tego, że zostałam wezwana na jakieś zebranie. I tyle. Jeżeli Coone nie ma na pokładzie jasnowidza, nie mógł wiedzieć, że zostałam przydzielona do sprawy. Chociaż nie – mógł. Ale tylko w jednym, jedynym przypadku: gdyby tą wtyką był ktoś wtajemniczony w kulisy sprawy. Gdyby kret był w grupie śledczej tropiącej kreta; gdyby był nim ktoś mający dostęp do szczegółów całego zamieszania. Taki na przykład Bogo. Albo Antlerson. Albo Jaggary. To już prędzej. Ale chyba jednak nie tędy droga. Kret jest, wszystko na to wskazuje, z Narkotykowego. Pracuje pod Goatesem. Bierze udział w polowaniu na gang Coone'a – skreślamy zatem Jaggary'ego i Hoovera, jako facetów, w pewnym sensie, z zewnątrz. Bogo i Antlersona również zwalniamy z podejrzeń. Akurat na to racjonalnych argumentów nie mam, ale mam intuicję i zdrowy rozsądek, i one mi podpowiadają, że oni nie mają z tym nic wspólnego. Bo w to, że jakaś menda od nas kapuje gangsterom jestem w stanie jeszcze uwierzyć – ale nie w to, że to Bogo lub Antlerson. Mimo że ich obu serdecznie nie znoszę. Zgoda, może i są nieco apodyktyczni, może i bywają wredni – ale nie są, kurde, kablami. Są gliniarzami od wielu, wielu lat. Polowali na przestępców, jeszcze zanim ja dostałam pierwszej miesiączki. Nagle miałoby im się odmienić? Bez sensu. A skoro tak... Niemożliwe, po prostu nie ma mowy, żeby Coone wiedział o grupie śledczej i o moim w niej udziale. Więc teoria z pułapką odpada.
Niechętnie skreśliłam też przeciwną hipotezę, tę hurraoptymistyczną. Tę, w której podłączam Deep Throatowe materiały do komputera, robię szybkie czary-mary i dokopuję się do listy płac Coone'a, po czym wraz z Jaggarym, Hooverem i resztą ferajny wbijam się kretowi na chatę, wyciągam z betów i bezceremonialnie ładuję do suki – i bęc, sprawa zamknięta, przyjmuję od Jaggary'ego uroczyste gratulacje i pławię się w pochwałach, z niedbałą miną gryząc wykałaczkę. Tak, to bardzo malownicze, ale mało prawdopodobne. No bo – jaka jest, u diabła, szansa, że spośród wszystkich mafiosów i gangsterów pod słońcem trafię właśnie na Coone'a? Żałośnie mała, nie oszukujmy się. Musiałabym mieć naprawdę niewyobrażalne szczęście – a coś czuję, że tym telefonem od Deep Throata wyczerpałam już swój przydział na najbliższe pięć lat. Cholera, już sam fakt, że ten facet do mnie zadzwonił i chciał wystawić mi głowy macherów z H&G na tacy zakrawał na przykład naprawdę nieziemskiego farta (to nawet nie fart: to okazja, jaka trafia się raz w życiu). Gdyby udało się dostać do tego jeszcze łeb Coone'a, w takim combo-shocie, to już by było po prostu za dobrze... Albo to: jak znaleźć kreta na podstawie danych bankowych? Już nawet zakładając, że on tam będzie. Jak? Da się w ogóle? Proste to to nie będzie na pewno. Na finansach znam się równie dobrze co na dziewiętnastowiecznym impresjonizmie i nie mam pojęcia, jak wygląda bankowa biurokracja od kuchni, ale nawet ja nie jestem aż tak durna, by oczekiwać, że facet przyniesie mi, o, wyciąg z Coone'owego Konta Premium, i że gdzieś tam, między przelewem za McDonalda a rachunkiem za prąd, będzie sobie siedziało: „Za usługi wywiadowcze, wrzesień br.", czy coś w tym guście. Deep Throat chwalił się przecież, że maglował dane przez kilka tygodni, zanim w końcu odkrył w nich jakieś prawidłowości. Więc raczej mało prawdopodobne, żeby udało mi się coś tu samej zdziałać. Już to sobie wyobrażam: terabajtowa sieczka danych, przez które trzeba się będzie mozolnie, linijka po linijce, transakcja po transakcji, przekopać. Robota dla stada analityków na długie wieczory. A znając życie, to i tak guzik z tego wyjdzie, bo rozliczają się zapewne w gotówce.
Więc raczej nie zanosi się na to, że wrócę do Jaggary'ego w blasku chwały, wlokąc na postronku związanego kreta. Materiały od Deep Throata zapowiadają się jako fantastyczny prezent pod choinkę – znajomi z Zorganizowanej pewnie mnie ozłocą, gdy im je przyniosę – ale ja będę miała z nich tyle pożytku co stonka ziemniaczana z podręcznika do fizyki jądrowej. Nie ta bajka po prostu. Niemniej zawsze zostaje nadzieja. Że się uda; że to właściwy trop; że to jeszcze dzisiaj; że to właśnie ja. Trzeba umieć nakręcać się takimi bajerami. W życiu nie rozwiązałabym żadnej sprawy, gdybym każdy trop spisywała z góry na straty.
A jeżeli to mimo wszystko pułapka? Jeżeli ktoś nakarmił mnie bajeczką o banksterach, by wyciągnąć na jakieś zadupie i posłać do piachu? Już nawet niekoniecznie Coone – przecież i bez niego mam wrogów. Taka na przykład Bellwether, żeby daleko nie szukać. Już raz usiłowała mnie zabić – dlaczego miałaby nie spróbować po raz drugi? To, że siedzi w pierdlu, to za mało; wszyscy zdążyliśmy się przekonać, że gdy przychodzi do robienia rzeczy wrednych, gnida umie popisać się naprawdę nieprzeciętną pomysłowością. Mogła wynająć cyngla. Nawet zza krat, czemu nie. Skontaktowała się z nim przez jednego ze swoich przydupasów. Posłała gryps przez kogoś, kto wychodził, albo jakimś, cholera, tajnym szyfrem podczas widzenia i teraz...
Westchnęłam ciężko. Odbija ci, Judy. Dajesz się zastraszyć starym lichom. Bellwether jest uziemiona, koniec, kropka. Siedzi w więzieniu. Do końca życia będzie gnić w celi dwa na dwa i żreć breję z brukwi. Nikomu już nie wyrządzi krzywdy, ani tobie, ani żadnemu drapieżnikowi. Zresztą, drapieżniki... Drapieżniki to osobny temat. Z nimi też mam na pieńku. Przynajmniej z tymi bardziej pamiętliwymi. Jak pewien borsuk, żeby daleko nie szukać... Ale nie jest on jedyny przecież; wiem, że one niespecjalnie za mną przepadają. Mimo tego, że upłynęło trochę czasu. Oczywiście, jest też mnóstwo drapieżnych, które nic do mnie nie mają, sama zresztą z niejednym się kumpluję – niemniej wiem, że wielu drapieżników świetnie pamięta nazwisko Hopps, i nie ma z nim dobrych skojarzeń. I w sumie trudno im się dziwić. Przeze mnie zaczęły być traktowane jak trędowaci, a ich życie zamieniło się w piekło. To znaczy tak nie do końca przeze mnie, ale tyle razy już to powtarzano, że sama prawie uwierzyłam. A i trochę mojej winy w tym było, powiedzmy sobie uczciwie. Wprawdzie to nie ja za tym stałam i nigdy nie postawiono mi zarzutów – ale drapieżniki mają na ten temat odmienne zdanie. Mogę sobie pogratulować. Jednym, nieprzemyślanym wystąpieniem zraziłam do siebie dziesięć procent mieszkańców miasta – to jest, cholera, niesamowity wyczyn.
Więc może? Może jakiś zrozpaczony, doprowadzony do ostateczności drapieżnik, jakaś jeszcze bardziej zaślepiona i zdesperowana wersja Peltneya – postanowiła w końcu dokonać odwetu? Psowaty... To już by było bardziej prawdopodobne niż zemsta ze strony Najżałośniejszej Terrorystki Wszech Czasów. Ale to z kolei nijak nie pasowało mi do rozmowy, którą odbyłam z Deep Throatem. Ta gadka o H&G... Jeżeli to była ściema, to zaiste mistrzowska. A jakoś nie chciało mi się podejrzewać pierwszego lepszego faceta z ulicy o taki kunszt aktorski. Nadto Deep Throat był spokojny i opanowany, nie słyszałam w jego głosie napięcia czy desperacji (a z desperatami miałam już trochę do czynienia i wiem, czego się po nich spodziewać). Nie, to nie żaden domorosły mściciel, nie ten typ. Chyba mogę tam iść spokojnie; raczej nie zanosi się, żeby jakaś Nemezis na mnie nie czekała.
Przykre to wszystko. Już nawet pomijając niuanse – jak tak usiąść i się zastanowić, to się okazuje, że mam dużo więcej wrogów niż przyjaciół. Jestem w stanie wskazać z nazwiska kilka osób, które mogłyby zrobić mi kuku. Co, jeżeli zamiast z informatorem umówiłam się w rzeczywistości z jedną z nich? To wcale nie było takie niemożliwe.
No cóż, przymusu nie ma. Żadna kara mnie nie spotka, jeśli tam nie pójdę. Regulamin jasno definiuje, kiedy jestem na służbie i kiedy jestem po służbie, i co należy do moich obowiązków a co nie: Deep Throaty i inne takie to nie praca tylko zajęcia nadobowiązkowe, z których można się wykręcić standardowym lekarskim zwolnieniem z ratowania wszechświatów. Nie muszę tam iść. Zamiast włóczyć się po jakichś wądołach, mogę iść od razu do „Felicciano": wieczór spędzę w towarzystwie pewnego rudego przystojniaka, połaszę się do niego i dam mu się popodrywać, delektując się wspomnieniem po dobrowolnie amputowanych jajach.
Brrr. Dość paskudna perspektywa. Nie, wyboru tak naprawdę nie ma: taka autokastracja jest nie do pomyślenia, a od zmieniania świata na lepsze urlopów się nie przewiduje. Za duże ryzyko? To było siedzieć na wsi i uprawiać marchewkę. Ot, i wszystko. A jeśli Deep Throat będzie miał wobec mnie złe zamiary... Cóż, akurat na to pytanie znałam odpowiedź. Leżała na biurku. Miała chromowane wykończenia, kaliber zero przecinek trzydzieści dwa cala i magazynek na dziesięć argumentów Special. Prędkość wylotowa perswazji przekona każdego.
W końcu uporałam się z pazurkami. Przez parę chwil tylko siedziałam i dmuchałam w czubki palców, jak elektryk na kapkę cyny na świeżo polutowanych drutach. W międzyczasie wyjrzałam przez okno i z zadowoleniem stwierdziłam, że zamówiona taryfa czeka już pod kamienicą. No to – ostatnie sznyty. Wyrwałam z notesu kartkę i zapisawszy, gdzie i po co idę, położyłam na biurku. Odznakę, spluwę i resztę majdanu upchnęłam do torebki. Już-już chciałam spakować telefon, ale przypomniało mi się, że mam zainstalowaną taką apkę ratunkową, którą ktoś napisał z myślą o samotnie mieszkających inwalidach. Ustawiłam ręcznie na ósmą dziesięć. Jeżeli do tego czasu jej nie wyłączę, na numer Nicka zostanie przesłana wiadomość z odczytem GPS i prośbą o pomoc. Po chwili wahania dodałam jeszcze do listy numer Jaggary'ego. Chyba zbytek ostrożności – jak się ma broń, wszystko wydaje się zbytkiem ostrożności – ale dla zasady zrobiłam i to. Pstryknęłam radio, po czym stanęłam przed lustrem i spojrzawszy sobie prosto w oczy, wymówiłam czarodziejskie zaklęcie, starając się być bardzo przekonująca:
– To tylko jeden głupi informator. Wytrzymasz. I idziesz spotkać się z chłopakiem. To jest twój wieczór. Nic ci go nie zepsuje.
Oczywiście jeden z tych cwaniaczków musiał skomentować:
– Weźcie tam może zainwestujcie w wyciszenie jakieś, co?
Nie wytrzymałam i pokazałam do ściany gest Koziołowicza. Tyle w kwestii szyku i elegancji. Taka to ze mnie, o, dama ze spółdzielni rolniczej. Złapałam za płaszcz i poszłam precz.
Uff. To chyba byłoby w zasadzie na tyle, jeśli chodzi o dzisiaj. Pozostaje jeszcze tylko jedna kwestia, kwestia mojej pracy domowej dla Jaggary'ego – zapoznać się z materiałami o śledztwie Goatesa. Musiałam ogarnąć to na rano, tylko, kurczę, nie miałam za bardzo kiedy... Jeżeli się z moim lisem dzisiaj nie pokłócę, to raczej wieczorem nie będę miała zbytnio czasu na naukę, chyba że jakichś, mhm, niuansów teorii Darwina. A chyba bardziej wolałabym być martwa niż nieprzygotowana. Więc – nie ma rady – trzeba nastawić budzik na czwartą, piątą rano, zaparzyć sobie cysternę kawy i dawajże, lecimy. Nieodpowiedzialnie, powiecie. Ale przecież – przecież swojego czasu tak się właśnie uczyłam, wcześnie rano. Na Akademii. Przed zajęciami, kiedy wiara jeszcze smacznie chrapała – ja siadałam do książek, siadałam i wkuwałam. I dzięki temu co roku miałam świadectwo z paskiem. A karny i wykroczeń do dzisiaj jestem w stanie wyrecytować z dokładnością do przecinka obudzona w środku nocy. Więc akta jednej sprawy też zdążę spokojnie ogarnąć, co to dla mnie. Szłam korytarzem i uśmiechałam się pod nosem do wspomnień. Akademia. Jezu, jak to dawno... Fajny czas, ogólnie. Ciekawe, co by powiedzieli moi wykładowcy. Gdyby zobaczyli, co ze mnie wyrosło. Czy spodziewali się? Czy spodziewali się, że narwane, długouche coś o gabarytach lalki Barbie, co przyjechało z wiochy, gdzie ostatnia gazeta, jaka dotarła, miała na pierwszej stronie nagłówek „ZWYCIĘSTWO!" – że ocali miasto od zagłady i rozwiąże Pierwszą Sprawę XXI wieku? Ha! Pewnie raczej robili zakłady o to, kiedy spakuje manatki i z płaczem wróci do mamy. A tu kicha. Pokazałam wszystkim, na co mnie stać. Rozwaliłam sprawę, nad którą cała firma łamała sobie głowy, a potem dostałam nominację na policyjny telefon zaufania. A teraz jeszcze wybrano mnie, by wytropić zdradę w firmowych szeregach. Brudne rzeczy przychodzi mi robić w trakcie służby ojczyźnie, brudne, wredne i paskudne... Ale będę jej służyć – bezapelacyjnie, do samego końca. Mojego lub jej. Tak jest.
Gdy byłam na klatce schodowej, odebrałam jeszcze telefon od Clawhausera. Tigburne zmarł. Pogrzeb we wtorek.
