Taksówkarz – młody jeleń w koszuli w kratkę, nawijający cockneyem – dwa razy spytał, czy aby na pewno chodziło mi o ten adres. Z niedowierzaniem powiódł wzrokiem po okolicy, po majaczącej w perspektywie bryle mostu, po popękanym murze zrujnowanej fabryki, po gęstwach chaszczy, po stertach śmieci i odpadków – i potem popatrzył na mnie. Najwyraźniej nie umiał sobie sensownie wytłumaczyć związku między elegancko ubraną młodą kobietą a miejscem, w które ją przywiózł. Cóż mogłam zrobić? Zostało mi tylko uśmiechnąć się i zapewnić, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Prychnął, wzruszył ramionami, po czym wyburczał tą swoją dystyngowaną robolszczyzną coś, co zinterpretowałam jako: „Jak se szanowna pani chce". Ale nic już więcej nie powiedział. Wziął mnie za kretynkę, co pomyliła Most z Aleją, za dziewczynę na telefon jadącą do bezdomnych czy po prostu za wariatkę? Nieważne. Zapłaciłam i poprosiłam, żeby poczekał na mnie piętnaście minut. Rozejrzał się jeszcze raz, po czym pokiwał głową, dość niechętnie; chyba nie uśmiechało mu się stać w tej okolicy. Wyłączył radio, relację z jakichś wyścigów konnych, zgasił światła. Wysiadłam, a zanim zamknęłam za sobą drzwi, zdążyłam jeszcze zauważyć, jak wyjmuje spod fotela i kładzie sobie na kolanach standardowe wyposażenie każdego zwierzogrodzkiego taryfiarza, czyli spory kawał gazrury. Wesoło tu mamy, nie ma co.
Noc. Niby przestało padać już jakiś czas temu, a ciemne chmury zdążyły rozwiać się na cztery strony świata, ale okolica i tak tonęła w półmroku; księżyc jeszcze nie wzeszedł. Most Franklina Delano Moosevelta miałam na wprost – tak jakoś na strzał z karabinu snajperskiego – widziałam go od dołu i z boku, masywny kloc żelastwa i betonu opierający się na sześciu wystających z wód Potomaka pylonach (rzekę miałam po prawej). FDM, prezydent skądinąd całkiem łebski i niegłupi, powinien czuć się lekko urażony, gdyby zobaczył, w jaki sposób go upamiętniono, bo budowla była zaiste paskudna: niezgrabna, toporna, zaniedbana, poznaczona ciemnymi plamami zacieków, a na dodatek upiększona tu i ówdzie kolorowymi graffiti. Okolica też nie wyglądała specjalnie wyjściowo – a przynajmniej tu, na zachodnim brzegu. To poprzemysłowy nieużytek. Kiedyś stała tu fabryka, ale zamknięto ją, zburzono, rzucono naturze na pożarcie. Minęła dekada – i teraz tylko wiatr hulał po zarośniętym krzakami gruzowisku. Ostał się fragment drogi dojazdowej, parę poprzekrzywianych latarń i resztki zewnętrznego muru, a przynajmniej tylko tyle dałam radę dostrzec; jedyne źródło światła w okolicy to latarnie na moście. No, i jeszcze iluminacja miasta – Śródmieście i Dwadzieścia Sióstr miałam za rzeką, te wszystkie wieżowce, biurowce, drapacze chmur jarzyły się jak piekielny Disneyland – bombowo to wyglądało, ale na latarkę nadawało się średnio. Od miejsca, w którym stałam ku podnóżom mostu biegła wąska uliczka z trylinki, ta, którą upatrzył był sobie Deep Throat. Z lewej, równolegle do niej, ciągnął się mur fabryczny, resztki muru, z prawej zaś ograniczał ją zarośnięty, szeroki na kilka-kilkanaście metrów pas ziemi, łagodnie opadający ku brzegowi rzeki. Ta rzeka to Potomac: czyściutka woda prosto z gór płynąca wężykiem przez miasto i uchodząca kawałek dalej do oceanu, po drodze wzbogacana o odpady z fabryk, skroplone spaliny z silników, doczesne szczątki topielców i zawartość zwierzogrodzkich sedesów. Rozlewała się tu szeroko, płynęła sobie spokojnie i niespiesznie; szum wody mieszał się z echami ruchu ulicznego, pachniało wilgocią i zgnilizną.
Sięgnęłam do torebki po moją wierną trzydziestkędwójkę, odbezpieczyłam, zarepetowałam, schowałam. W razie czego wyciągnięcie, wycelowanie i zrobienie „pif-paf" zajmie mi, jak oceniłam, jakieś półtorej do dwóch sekund – wystarczająco szybko. A nie chciałam wszem i wobec pokazywać, że jestem uzbrojona. Wymachiwanie komuś na dzień dobry giwerą przed oczami nie jest chyba najlepszym pomysłem na przełamanie pierwszych lodów.
I poszłam w kierunku mostu, ku jego filarom, ominąwszy zardzewiały znak drogowy i blokujące dalszą jazdę trio metalowych słupków. Nikogo. Żadnych tajnych agentów, żadnych Deep Throatów, nic. Tylko kałuże, zeschłe liście i śmieci. Zwłaszcza śmieci. Butelki, pety, torebki foliowe, puszki po piwie, nawet strzykawki – walały się po prostu wszędzie; a to, co leżało w krzakach po prawej, to chyba była opona od ciężarówki. Kawałek dalej, pod murem, bieliła się deska od klopa. Cała okolica była usyfiona w stopniu przekraczającym wszelkie granice. Klimatyczne miejsce wybrał sobie mój informator, nie ma co. Gustu odmówić mu nie sposób...
A jeżeli przez tę cholerną eskapadę ubrudzę sobie kieckę, to, przysięgam, wyjmę spluwę i palnę mu w łeb.
Idę. Krok za krokiem. Metr za metrem. Omijając śmieci, kałuże i kawałki złomu. Rozglądając się i nasłuchując. Trylinka, trylinka, trylinka. Most zbliżał się z każdą chwilą, rósł w oczach, oko rozróżniało już szczegóły: nity, barierki, detale dźwigarów i kratownic. Ziuum, ziuum, ziuummm, na górze pędziły samochody, jednostajny szum silników rozbijał się na składowe. Po lewej wyrwa w murze, załatana kawałem blachy falistej. Ktoś nabazgrał czarnym sprayem, po rusku: „ZAJEBAT' WSJE LISY". Po prawej, w płyciźnie – rozbebeszona pralka. Wiał lekki wiaterek, strącał z krzewów ostatnie liście. Szumiał i chlupotał Potomac, powierzchnia rzeki falowała i mieniła się światłami jak kalejdoskop w rękach narkomana na głodzie. Dzyń, dzyń, dzyń – to rogatka kolejowa. Dźwięk po wodzie daleko się niesie.
Krok za krokiem. Metr za metrem. W mrok, w noc, w nieznane. Idę, idę samotnie ciemną doliną. Ale zła się nie ulęknę – bo ja jestem tą, co oczyszcza tę dolinę z brudu. Jestem Judy Hopps, jestem małą, wredną cholerą, co niezmordowanie zmienia ten pieprzony świat na lepsze. W imię miłosierdzia i dobrej woli chronię słabych i zagubionych przed złem tego świata. Daję im leżeć na zielonych pastwiskach i prowadzę ich nad wody, gdzie mogą odpocząć. Noszę dziesięciostrzałową, samopowtarzalną śmierć pod postacią trzystu piętnastu gramów nierdzewnej stali. Jej imię: Siedem Przecinek Sześćdziesiąt Pięć Milimetra. Kroczę wraz z nią po Ścieżkach Sprawiedliwości i kopię tyłki nieprzyjaciół moich; mój kielich przelewa się. Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego żywota, a gdy przyjdzie pora, zamieszkam w Domu Pańskim po najdłuższe –
– Pani Hopps! Tutaj!
Zatrzymałam się raptownie, w pół kroku, jakbym wpadła na pole siłowe. Stanęłam w bezruchu. Bryłę mostu miałam na wprost, przed i ponad sobą, uliczka wiodła ku jej podnóżom, i ginęła w mroku; stamtąd to dochodził głos. Nikogo jednak nie spostrzegłam. Nerwowo przejechałam językiem po zębach, usiłując coś wypatrzeć w tej kaszanie. „Tutaj" – to znaczy gdzie? Łatwo ci mówić, facet, jak ci ewolucja dała noktowizory w oczach...
– Proszę podejść tu do mnie! – odkrzyknęłam. – Nie widzę pana.
Dwa punkty żółtozielonego światła – tylko tyle ujrzałam, zanim wynurzył się z ciemności. Gdy się zbliżył, okazało się, że mój wundersłuch trochę mnie zawiódł – to nie był psowaty. Ale byłam blisko, to był ich bliski kuzyn: to był hiena. Starszy mężczyzna, o sierści przyprószonej siwizną. Nie nosił maski ani peleryny, nosił za to – oczywiście, cholera – czarny garnitur, czarny jak gacie Nazgula. I czarny płaszcz, rozpięty. Ale kapelusza nie nosił. W lewej ręce niósł grubą aktówkę; błysnęły w mroku metalowe okucia. Szpicle, tajniacy, Faceci z Cienia – oni chyba wszyscy ubierają się u tego samego krawca. Deep Throat najwyraźniej lubił podtrzymywać stereotypy. Ile dał za ten garnitur? Pięć patoli? Jakoś tak. Czymkolwiek się teraz zajmował, na zarobki najwyraźniej nie narzekał. Trochę inaczej go sobie wyobrażałam.
Kiedy staliśmy tak naprzeciw siebie, patrząc sobie badawczo w oczy, zalało mnie poczucie nierealności, oniryczności całej sytuacji. Za dużo tu było symboli, za dużo znaków, za dużo tropów, myśli same z siebie odlatywały w klimaty filmowe, klimaty noir... Tam wtajemniczeni w brudne intrygi zawsze jednoczą się pod sztandarem elegancji, nocy i czerni, w miejskich pustkowiach wymieniają się nielegalnymi sekretami i dzielą skrwawione łupy. Mój mózg, od nastolęctwa pasiony kryminałami, poczuł się jak ryba w wodzie, aż dziw, że nie przerobił mi krajobrazu na czarno-biały. Czy czułabym się tak samo, gdyby Deep Throat przyszedł w bluzie i dżinsach? Albo gdyby na miejsce spotkania wybrał sobie Burger Kinga, nie jakieś poprzemysłowe urban zadupie? Czy sekrety wielkich to za mało, muszą być jeszcze kostiumy i scenografia? Poprawiłam torebkę. Z góry dobiegał samochodowy hurkot, most lekko drżał i rezonował. Mdłe światło wydobywało z mroku krawędzie dwuteowników. Hiena patrzył na mnie, nie mrużąc oczu. A Duch Spisku unosił się nad wodami.
– Bardzo dziękuję za przybycie. Trochę się obawiałem, że zmieni pani zdanie i zostawi mnie na lodzie.
– Kusiło mnie, szczerze powiedziawszy. Ta cała konspiracja... Żeś pan miejsce znalazł, jak słowo daję.
– Przepraszam. Nie chciałem, żeby ktoś zobaczył nas razem. Zależało mi, żeby utrzymać nasze spotkanie w tajemnicy. A w tym mieście –
– Nie przesadza pan aby?
– Z czym?
– Z tą tajnością. Nie przesadza pan?
– No cóż, ściany mają uszy. Kto jak kto, ale pani powinna zdawać sobie z tego sprawę.
– Jasne. Korporacyjne szpiony wcisną się wszędzie.
– Ściany mają uszy, pani Hopps, proszę nigdy o tym nie zapominać.
Zaraz zacznie mi prawić kazania. Miałam na końcu języka jakiś żałosną, ironiczną ripostę, ale się powstrzymałam.
– Dobrze, do rzeczy. Mam mało czasu. Pan wybaczy, jestem umówiona. Masz pan te dowody?
Nie spuszczając ze mnie wzroku, uniósł lekko aktówkę. I zaraz opuścił.
– Mhm, w porządku – skinęłam głową. – Żeby była jasność: będę musiała wtajemniczyć w to parę osób. To jest za duża sprawa, żebym mogła rozgryźć ją w pojedynkę. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciw?
Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok, jakby z zażenowaniem. Poprawił chwyt na rączce, skrzypnęła rękawiczka.
Na górze: klakson, pisk opon.
– W pojedynkę, tak... – mruknął hiena. – Czy dotrzymała pani warunków umowy? To bardzo ważne.
Uch. Ciekawe, czy prawdziwy Deep Throat był podobnie trudny w obsłudze. Pamiętam, że na filmie lubił gadać zagadkami. Bob Woolward musiał mieć cholernie wredną pracę.
– Ano, dotrzymałam – powiedziałam starając się brzmieć spokojnie, mimo że czułam, że zaraz wezmę i go walnę. – Nasze spotkanie pozostanie tajemnicą, tak samo jak pański wkład w sprawę. Anonimowość na full, nigdy nie rozmawialiśmy, a dowody wpadły mi do domu przez komin. O to panu chodzi?
A że nie raczył odpowiedzieć, dodałam:
– Tak się umawialiśmy. Ale sama nie dam rady tego ogarnąć, po prostu. Albo się pan zgadza –
– Nie miałem innego wyjścia.
– Rozumiem, nie mam do pana pretensji.
– Tak. Proszę przyjąć moje przeprosiny, w każdym razie.
– Co, proszę?
– Nie miałem innego wyjścia. Wierzę, że to pani zrozumie.
– Ale o co panu... – urwałam, bo zdałam sobie sprawę, że zostałam zrobiona w balona.
Hiena nie odpowiedział. Stał i patrzył na mnie bez słowa.
– Pan nie pracował w żadnym H&G – powiedziałam bezbarwnym głosem.
– Nie pracowałem.
– I wcale nie chodzi o jakieś bankowe przekręty.
– Nie. Przychodzę w zupełnie innej sprawie. To nie będzie konieczne.
(To chodziło mu o moją rękę, która jakoś tak sama z siebie wśliznęła się do torebki).
– Kim pan jest?
– Pełnomocnikiem. Pani Hopps –
– Dla kogo pan pracuje? – Siliłam się na spokój, za wszelką cenę starając się zdusić narastające uczucie paniki.
Hiena potrząsnął głową.
– Pani Hopps, proszę postawić się w mojej sytuacji. Musiałem pomówić z panią w cztery oczy. A nie mogłem, po prostu nie mogłem zdradzić się przez telefon. Pewne rzeczy...
Coś tam jeszcze mówił, ale nie słuchałam. Mózg miałam zaprzątnięty innymi sprawami. „Pułapka! Pułapka!" – darło mi się coś wprost do ucha wewnętrznego. Ponownie zalała mnie fala filmowych skojarzeń: ciemnie pustkowie, garnitur, rękawiczka, sztylet, garota, mord wieczorową porą. Czułam, jak serce zasuwa mi na najwyższych obrotach, a krwiobieg obrzydliwie bulgocze od adrenaliny. Zmusiłam się do zachowania spokoju; stałam, cała spięta, i gorączkowo rozglądałam się na wszystkie strony. Ale uszami, nie oczami. Wzroku bowiem z całych sił starałam się nie oderwać od hieny – coś mi podpowiadało, żeby tego nie robić.
Mimo że ten nie ruszał się z miejsca i nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów.
– Jestem tu sam i nie mam broni. Czy wysłucha mnie pani? Proszę.
Z ręką w torebce, z palcem na spuście, stałam naprzeciw hieny, patrząc mu to w oczy, to na ręce, i radarowałam uszami po okolicy. Słuch podkręcił mi się do oporu, do trybu złodzieja dźwięków. Na górze pędziły samochody, rozbrzmiewały całą gamą dieslowskiego jazgotu, rozróżniałam poszczególne układy i mechanizmy: tłoki szorowały w cylindrach, strzelały świece, chlupotało paliwo w bakach. Daleko za mną i nieco z lewej, na siódmej, warczała stojąca na luzie taksówka; chyba miała coś nie tak z ustawieniem rozrządu. W krzakach dziesięć metrów za hieną hałasowały mrówki, ciamkały żuwaczkami ucztując na kawale jakiejś zgnilizny; było ich dokładnie 397, z czego jedna szczerbata. Potomac przelewał się hektolitr za hektolitrem, pobrzmiewał nocny seks jętek i nartników. Gdzieś za rzeką, na Sawannie, grali koncert, basista miał strunę G przestrojoną o jedną szesnastą tonu. Słyszałam wszystko, od trzydziestu trzech kiloherców po infradźwięki: niskie buczenie jakiejś stacji trafo, trzask pękającego lodu w Tundrówce, nieregularne drgania sejsmiczne o przyzerowych w skali Richtera wartościach, szumy i świsty w labiryncie hieniego układu oddechowego, stukot kół ostatniego pociągu do Szarakówka.
Ale nie słyszałam, żeby ktoś zachodził mnie od tyłu, nie słyszałam wokół siebie żadnych podejrzanych szelestów, odgłosów kroków, szczęku broni. Naprawdę byliśmy tu sami.
– Powinnam się była domyślić – mruknęłam, gładząc chropowaty spust pistoletu. – Przyzwoity bankier, co? Coś jak uczciwy polityk... Prędzej wielbłąd przez ucho igielne...
Powieka mu nie drgnęła.
– Domyślam się, że ciężko byłoby wyciągnąć panią na spotkanie w cztery oczy. Potrzebowałem wiarygodnej legendy.
– A może, na przykład, wezmę i pana aresztuję? Hmm? Co pan na to?
– Na jakiej podstawie?
– Jeszcze nie wiem. Nie podoba mi się pańska gęba, panie pełnomocniku. Może być?
– To nie jest przestępstwem, z tego co mi wiadomo.
– Mogę pana zatrzymać do wyjaśnienia. Na cztery-osiem mogę każdego.
– Naprawdę? Naprawdę pani tego chce? Nie wysłucha mnie pani nawet?
Skubaniec był niewiarygodny. Nie tracił pewności siebie nawet na moment. Ja się miotałam, a on stał sobie, jak gdyby nigdy nic. Upupiał mnie na wszystkich frontach.
– Gdyby to nie było ważne, nie bawiłbym się w ten teatrzyk – dodał. – Nie przyszedłem tu, żeby wcisnąć pani ubezpieczenie albo komplet cudownych garnków. Dziesięć minut.
– Czy pan pracuje dla... Douglasa Coone'a?
– Wszystko wyjaśnię. Proszę.
Zmełłam w ustach przekleństwo. Gdyby ten facet chciał mnie zabić, to już bym leżała sztywna. Źle to wszystko rozegrałam.
Ale – nie zaatakował mnie przecież. Więc czego chciał? O co tu chodziło? Byłam skołowana, nie rozumiałam sytuacji. Czy to zasadzka? (Nadstawiłam uszu jeszcze raz: czysto). Zaryzykowałam nawet szybki rzut oka po okolicy – nie żebym coś zobaczyła, ale uwierzyłam, że nikogo tu nie było. Tylko ten hiena. Kim on jest, do cholery? Przyjrzałam mu się uważniej: ten garnitur, aktówka, to spojrzenie, ta kontrolowana martwota twarzy... Mózg, ni z tego, ni z owego podrzucił mi nowe skojarzenie: prawnik. Tylko prawnicy potrafią być takimi złamasami.
I jeszcze ten telefon, cholera jasna. Banksterzy, spiski, brudne pieniądze – jak mucha na lep. Dać się podejść jak dziecko. Co za wstyd.
– Dobrze – wycedziłam. – Z zegarkiem w ręku.
Już się uspokoiłam. Teraz dla odmiany cała ta sytuacja zaczęła mnie irytować.
– Nie mogłeś pan tego załatwić jak w cywilizacji przystało? – spytałam patrząc, jak hiena grzebie za czymś w teczce. – Co to w ogóle za zwyczaje mają być?!
Nie odpowiedział. Grzebał, grzebał i wygrzebał – nie, nie karabin maszynowy, nie RPG i nie miotacz ognia. Kopertę. Kopertę z szarego papieru, nie za dużą, nie za małą, taką w sam raz na łapówkę.
– Chciałbym, żeby rzuciła pani na to okiem.
Po chwili wahania wzięłam tę kopertę, ale nie otworzyłam jej. Zgięłam ją lekko w dłoniach: w środku był sztywny papier, nie pieniądze i nie narkotyki.
– Tajne dokumenty ZORAD-u? – wysiliłam się na dowcip.
Znowu nie odpowiedział. Był śmiertelnie poważny.
Prychnęłam. Sięgnęłam do tej koperty i...
...i jakby ktoś jednym ruchem wyszarpnął mi dywan spod nóg.
Były tam zdjęcia – kolorowe, w wysokiej rozdzielczości – przedstawiające mnie. Mnie w towarzystwie Pana Be. W towarzystwie jego rodziny. Jego córki. Jak siedzę w jego lokalu. Jak gawędzimy przy herbacie. Jak całujemy sobie policzki na do widzenia. Jak stoję w kościele i podaję jego wnuczkę do chrztu. Jak siedzę w „Zimowym Ogrodzie" i trzymam ją na rękach. Jak wysiadam z limuzyny, a niedźwiedź polarny trzyma mi drzwi. Znowu ja i Pan Be. Rozmawiam z jego bratem. Z jego zięciem. Ściskam dłoń jego przyjacielowi. Cały plik zdjęć. Z datami i godzinami.
Spojrzałam hienie w oczy. Zrozumiałam.
– Ścierwa – szepnęłam.
– Jest pani chyba zainteresowana, żeby te zdjęcia nigdy nie ujrzały światła dziennego?
– Dla kogo pan pracuje?
– To tylko próbka. Materiału jest dużo więcej.
– Nie zrobiłam nic złego.
– Karalna jest sama przynależność do zorganizowanej grupy przestępczej. Nawet sama przynależność. Artykuł dwieście pięćdziesiąty ósmy.
– Nie zrobiłam nic złego – powtórzyłam.
Nagle ze zdumieniem odkryłam, że w międzyczasie cofnęłam się o kilka kroków. A hiena nie ruszył się z miejsca, nie drgnął nawet, a jeśli oddychał, to też jakoś tak niedostrzegalnie, samą krtanią. Żółtozielone oczy jarzyły się jak halogeny.
– To jest pani słowo przeciwko tym zdjęciom. Jak zamierza się pani z nich wytłumaczyć?
– Komu? Czy pan –
– Chociażby swoim przełożonym, żeby daleko nie szukać. Jak pani sądzi, co powie komendant Bogo, gdy te zdjęcia wylądują na jego biurku? A co powie deputy chief Antlerson? Prokuratura? Media? No i przede wszystkim... co powie nasz sympatyczny kolega, Charlie Jaggary? Myśli pani, że mu się spodobają? Mam nadzieję, że ma pani w zanadrzu jakieś naprawdę dobre wyjaśnienie...
Odwróciłam się do hieny plecami. Powiodłam nic niewidzącym wzrokiem po okolicy, z niewiarygodnym wysiłkiem przełykając gulę śliny, która nagle zebrała mi się w gardle, czując, jak w uszach dzwoni mi to nazwisko: „Charlie Jaggary". On wie. On wie.
Jeszcze raz spojrzałam na zdjęcia. Na tym z wierzchu byłam w białej sukience, siedziałam w jakimś lokalu, uśmiechnięta, i gawędziłam sobie beztrosko z Panem Be, ściskając w palcach kieliszek o wymiarach zakrętki od pasty do zębów. Rozpoznałam: to z sierpnia, z urodzin małej Judy. To była zamknięta impreza! Kto zrobił to zdjęcie?! Jak?! Dłonie mi drżały.
– Czego chcecie? – spytałam, nie odwracając się. – Pieniędzy?
Liczba mnoga jakoś tak sama cisnęła mi się na usta.
– Lojalności. – W głosie hieny zgrzytnęła stal prawdziwie oficerskiego tonu. – Całkowitej, ślepej, bezwarunkowej lojalności.
Nie pracuję dla Pana Be, nigdy nie pracowałam, i nie wiem nawet, na czym jego interesy polegają (ale coś mi, kurczę, podpowiada, że nie chodzi o negocjowanie kontraktów terminowych na żyto, kauczuk czy surówkę hutniczą na giełdzie towarowej). Nie pracuję dla Pana Be, nie jestem przestępcą, nie zrobiłam nic złego – mogłam to sobie powtarzać jak mantrę, ale z tymi zdjęciami mało kto by uwierzył. Hiena, kimkolwiek był, miał rację – z tego się nie wykręcę. Nie teraz, kiedy Jaggary z Hooverem patroszą firmę w poszukiwaniu kreta, mającego na koncie skalp jednego z naszych.
Mój mózg znowu odleciał i wyświetlił mi wizję przyszłych wydarzeń, bardzo dokładną w swojej nieubłaganej konsekwencji. Oto siedzę w pokoju przesłuchań, naprzeciw mnie siedzi Bogo, po jego prawicy Jaggary, po lewicy Hoover, nade mną stoi Antlerson, nachyla się i lutuje mi lampą po oczach, a ja sama zostaję wzięta w krzyżowy ogień pytań: „Co łączy cię z osobami przedstawionymi na zdjęciach? Co łączy cię z Douglasem Coone'em? Co wiesz o jego działalności? Co wiesz o śledztwie komisarza Goatesa? Co powiedział ci sierżant Bearnes o szykowanej na Coone'a obławie? Komu jeszcze o tym powiedziałaś? Co robiłaś w nocy z dwudziestego czwartego na dwudziestego piątego? Kto mógłby to potwierdzić?". Potem parę migawek z policyjno-sądowej kołomyi i na koniec ujęcie, jak ubrana w pomarańczowy mundurek, w asyście klawiszy, idę więziennym korytarzem, a zza krat jednej z cel szczerzy się do mnie wykrzywiona w szyderczym grymasie morda Bellwether: „No cześć, maleńka, dawnośmy się nie widziały...".
I jeszcze flashback z zebrania: „Czy Coone pracuje na własną rękę, czy ktoś za nim stoi?". Czy to właśnie Pan Be jest tym Księciem Ciemności? Czy to on go uzbraja? Czy to on wywołał zamieszki? Boże, w co ja wdepnęłam...
– Życie nie jest czarno-białe – dobiegło mnie zza pleców. – Ale w niektórych kwestiach trzeba się jasno opowiedzieć po jednej ze stron i się już tego trzymać. Skowyjce niczego pani nie nauczyły. Do czego prowadzi siedzenie okrakiem na barykadzie. Po której stronie tak naprawdę pani stoi? Co? Pani Hopps? Proszę to sobie przemyśleć.
Odwróciłam się ku hienie. Ciągle tam był, dziad w dobrym garniaku świecący ledami z oczu. Stał jak stał, nie poruszył się w tym czasie choćby o krok – ale jednak coś się zmieniło. Już nie byliśmy sobie równi. Ustaliła się hierarchia. On był nad – ja byłam pod. Mimo że nie miał broni – uwierzyłam, wiedziałam, że nie miał broni – to jasno i wyraźnie czułam bijące od niego zagrożenie. Każące poddać się, ugiąć, ustąpić... Gdzieś w głowie obudziło mi się to samo draństwo, które moim prapraprzodkom na widok żółtozielonych ślepiów kazało wiać, gdzie pieprz rośnie. I wyło: „Spieprzaj stąd, ale już!".
Oczywiście nie posłuchałam.
W przypływie gniewu cisnęłam mu tę kopertę pod nogi. Część zdjęć wysypała się na ziemię, rewersami do góry, wężyk z białych prostokątów wytyczył linię graniczną między nami; nawet nie spojrzał.
– Nie – warknęłam. – Nie dam się zastraszyć. Nie ugnę się pod szantażem.
Dość żałośnie i rozpaczliwie to wyglądało i takie było naprawdę. Wiedziałam, że mnie mają. Teraz zależało mi już tylko na tym, żeby chociaż wyjść z sytuacji z resztkami godności; bo partia była przegrana, hiena bije królika, szach i mat.
Ale nawet to zostało mi odmówione.
Tę chwilę, w której hiena mnie upokorzył i poniżył, zapamiętam do końca życia. Po prostu zrobił kilka kroków w moją stronę, przekroczył przez linię graniczną. Powinnam była jakoś zareagować, ale... nie mogłam. Nie mogłam się ruszyć. Jakbym zakrztusiła się powietrzem. Zapomniałam o broni, zresztą nawet gdybym miała ją w ręce, nie umiałabym jej użyć. Hiena nachylił się ku mnie – przez moment myślałam, że zaraz zginę – tak bym miała jego twarz tuż przy swojej, na wysokości wzroku: lekko zmrużone fosforyzujące oczy, żółć-zieleń, drapieżnik nad ofiarą. W powietrzu poczułam cały bukiet nowych zapachów – to nos mi zaczął drgać.
– Ja mogę złamać ci kręgosłup wpół – wycedził hiena. – Ja mogę to zrobić i ty to wiesz. Jeżeli to wyjdzie na jaw, jeżeli wyjdzie na jaw, że kręcisz z mafią, to będziesz skończona, gwarantuję ci to...
Mówił i mówił, ale ja nie słuchałam. Jakoś straciłam wątek. Może to przez zęby. Zęby – o, to zapamiętałam. Ciut ciemniejsze u nasady, gdzieniegdzie przebarwione, ale z jakiegoś powodu przyciągające wzrok: dwanaście siekaczy, sześć na górze, sześć na dole, z czego trójki dłuższe i hakowato zakrzywione, czwórki, kły, grube jak mój palec, dalej trzonowce, ale nie takie jak moje, żałosne trzonowce marchewkojada, tylko wielkie, masywne sukinsyny o ostrych, tnących krawędziach, a w głębi jeszcze te, jak im, łamacze, ciekawe skąd nazwa – a wszystkie razem, zebrane do kupy, przywodziły na myśl gilotynę skrzyżowaną z piłą tartaczną. Miałam okazję dobrze się przyjrzeć, bo miałam je tuż koło nosa: widziałam, jakby na wyłączonej fonii, jak hiena porusza wargami, jak kłapie żuchwą, jak pracuje mięśniami twarzy i jak raz po raz obnaża to, co tam ma – a mózg uprzejmie mi przypomniał, że hienie szczęki potrafią zaciskać się z siłą dochodzącą do pół tony. W kiszkach – galareta.
– ...Nawet jeśli unikniesz sankcji – w końcu złapałam audio – nawet jeśli nie powiążą cię z przeciekiem, jeśli unikniesz oskarżenia o zdradę i śmierć policjanta, to będzie koniec twojej kariery, bo nie ma możliwości, żeby uszło ci to płazem. Będzie zwolnienie dyscyplinarne. Nigdy już nie postawisz nogi w rządowym budynku. Dostaniesz taki wilczy bilet, że nie znajdziesz roboty nigdzie. W najlepszym wypadku zostanie szorowanie kibli aż do emerytury. Albo powrót do mamusi na farmę. Ty nie jesteś głupia, Hopps – i dlatego się ugniesz...
Powrót do mamusi na farmę. Powrót do mamusi na farmę, taki będzie koniec, w najlepszym wypadku: słowo po słowie, zdanie po zdaniu, hiena wypalał mi w głowie wizję nieodległej przyszłości, jeszcze paskudniejszą od tej, którą sama sobie stworzyłam, dobitnie mnie uświadamiał, w jakim gównie się znalazłam i jakie będą tego konsekwencje – a najgorsze było to, że on miał rację, we wszystkim miał rację, i wiedział, że ja to wiem, więc udowodnił mi, że nie mam innego wyjścia jak tylko się ugiąć, teraz pracujesz dla nas, Hopps, i nie rób sobie nadziei, że ci odpuścimy – a ja patrzyłam na te jego zęby i czułam, jak z najgłębszych zakamarków mojej głowy, z siedzącego gdzieś w pniu mózgu archiwum pamięci gatunkowej wypełza ohydne wspomnienie-niewspomnienie: jak gnam na czworaka po sawannie, oszalała z przerażenia, uciekając przed ścigającym mnie drapieżnikiem. Biegnę ile sił w nogach, czuję dyszący oddech śmierci za plecami, urywane warknięcia, smród z paszczy, uciekam, biegnę, biegnę – a hiena dopada mnie i szlachtuje wpół.
I jeszcze dwie myśli tłukące się po głowie, jedna głupsza od drugiej: „Aha, więc to po to mu było spotkanie na osobności..." i: „Oto, co znaczy «Głębokie Gardło»: to gardło, które jest głębokie".
Nagle wszystko się skończyło. Czar prysł, jakbym obudziła się ze snu. Głos umilkł; znów słyszałam zwyczajne odgłosy nocy, silniki samochodów, echa dalekich imprez. Zęby zniknęły. Teraz: krawędź płaszcza, guziki marynarki, spinka u krawata – to miałam przed oczami. Hiena nie wiedzieć kiedy zdążył się wyprostować – jakoś przegapiłam ten moment – i teraz stał tylko przede mną w milczeniu, jak posąg. A ja nie ważyłam się choćby unieść wzroku, gapiłam się tępo przed siebie, z płonącą twarzą, z drżącymi łydkami, kurczowo zaciskając pięści i płytko łykając powietrze – a gdy w końcu zmusiłam się, by unieść głowę i spojrzałam hienie w oczy, ujrzałam w nich tylko zwykłą, brudną pogardę.
– Wkrótce się z panią skontaktujemy i przekażemy instrukcje do wykonania – powiedział, a ja nie zaprzeczyłam. – Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna i, mhm, bezproblemowa. A wbrew pozorom zależy nam na tym, skandale w policji wcale nie są nam na rękę... Nie muszę chyba dodawać, że ma pani absolutny zakaz rozmawiania o tym z kimkolwiek? Z panem Wilde'em w szczególności?
Spojrzał na zegarek (złoty, oczywiście, jakżeby inaczej...).
– Dziesięć minut, jak się umawialiśmy. Nawet niecałe. Dziękuję za poświęcony mi czas. A jeśli chodzi o „Felicciano", to polecam cannelloni po saharyjsku w sosie migdałowym, specjalność zakładu. Miłego wieczoru, pani Hopps.
Skinął mi lekko głową i odszedł, nie obejrzawszy się.
Nie ruszyłam się z miejsca. Patrzyłam na jego plecy, jak się oddala, jak powoli wsiąka w mrok, z którego się wynurzył. Dopiero teraz dotarło do mnie, co się przed momentem stało. Ja właśnie sprzedałam Diabłu własną duszę! Pod przymusem, na krzywdzących warunkach, po dumpingowej cenie – ale czy mogłam odmówić? Albo może inaczej: ja ją sprzedałam już jakiś czas temu, a teraz tylko przedstawiono mi rachunek do uregulowania. Nie było żadnych targów, nie było żadnych negocjacji. Po prostu pełnomocnik Diabła przyniósł mi cyrograf – „Tu proszę podpisać, pani Hopps" – i oto wracał z nim do piekła.
Nie wytrzymałam i wrzasnęłam za nim:
– Kim pan w ogóle jesteś! Czego pan ode mnie chcesz! O co tu, do cholery, chodzi?!
Hiena zatrzymał się. Przez moment stał w bezruchu. A kiedy spojrzał na mnie przez ramię, miał na ryju wredny, kpiący uśmieszek; bieliły się w mroku kły.
– To się nazywa przekręt, złotko! – zawołał wesoło. – Sama mi to nagrałaś.
I poszedł sobie.
Tam, gdzie jest człowiek, zawsze będą szczury
I krew, co wieczne spryskuje marmury.
Nam tylko stawić – lub pochylić czoła...
– J. Kaczmarski
2016 – 2020
