Posłowie i pierniczenie odautorskie
(nudy, można nie czytać)
„Okrakiem na barykadzie" jest moim pierwszym projektem wannabe literackim, pierwszym i jeżeli nie natrafię w życiu na coś, co by mnie trzepnęło po głowie równie mocno co „Zwierzogród", to zapewne również ostatnim (ku uldze wielu krytyków, jak sobie wyobrażam). Oprócz tego nie mam w dorobku dosłownie nic, czym mógłbym się pochwalić, no, jeśli nie liczyć tego nieszczęsnego fanfikoida do „Wiedźmina", którego pisałem jeszcze w czasach wczesnogimnazjalnych, ale on nigdy nie opuścił trzewi mojego twardego dysku i sczezł w zapomnieniu, gdy tylko odkryłem Wolfensteina, a przy którymś upgrade'zie systemu szczęśliwie rozleciał się na zero-jedynkową mamałygę. Zresztą, czego można się spodziewać po człowieku, który szkolne wypracowania zawsze pisał w telegraficznym skrócie, by potem rozdąć różnymi „albowiemami" i „jednakowożami" do wymaganych iluś-tam tysięcy słów? Taak... Słowem, pisarz ze mnie jak z koziej dupy karuzela – niemniej prawo do wygłoszenia krótkiego spiczu na koniec należy mi się, uważam, jak psu buda, i niniejszym zamierzam z niego skorzystać. Tak więc, jeżeli ktoś nie ma ochoty wysłuchiwać mojego ględzenia, to bez większej straty może zakończyć lekturę w tym miejscu i pójść zająć się czymś pożyteczniejszym. Whatever.
Przede wszystkim chciałbym się rozliczyć z czasu powstawania utworu. Bo te dwie daty na końcu są autentyczne, naprawdę siedziałem nad tym szajsem przez cztery lata. Dość chyba długo jak na dziełko tej klasy i objętości. W międzyczasie na świecie wybuchło parę wojen, upadło parę rządów, a Legia cztery razy przegrała Superpuchar Polski. Czyli trochę czasu zleciało. Oczywiście nie pisałem tego cztery lata bez przerwy, raczej falami, czasem więcej, czasem mniej, czasem chowałem je do szuflady na długie miesiące by potem znowu odkurzyć i coś tam pobazgrolić... Uff. Długo nad tym siedziałem, zdecydowanie za długo, miałem już nawet momenty zwątpienia, czy w ogóle skończę to kiedykolwiek (do dzisiaj prześladuje mnie wizja, w której Disney wypuszcza drugą część, a ja jeszcze ślęczę nad rozgrzebaną robotą). Zapewne na taki stan rzeczy złożyło się wiele czynników – brak doświadczenia pisarskiego, brak warsztatu czy dzielnie wytrenowana prokrastynacja. Ale największy wpływ miała wielokrotnie zmieniająca się koncepcja całego tego opowiadania. Już tłumaczę, o co mi chodzi.
Otóż „Okrakiem na barykadzie" miało być bowiem, w założeniach, shortem. Wiem, jak to brzmi, ale tak, serio – ta kobyła miała w planach zajmować tak z dziesięć procent tego, ile finalnie zajęła. Miał to być trochę taki „slice of life" – Nick i Judy pracują nad sprawą napadu, potem Judy jest wezwana na zebranie i idzie spotkać się z Deep Throatem. I tyle, bez jakiejś szczególnej myśli przewodniej. Strasznie lamerskie to było, z niechęcią teraz przyznaję. Nawet tytuł był z początku inny. Projekt jednak ewoluował w miarę pisania, wiele rzeczy musiałem dodać i przerobić. Na przykład motyw Deep Throata – żeby wypadł autentycznie, musiał być również autentyczny motyw wtyki, i stąd potrzebowałem ten wątek rozbudować. Ted Bearnes wcale nie był w fabule od początku, nie od początku również była strzelanina w Las Padas. A i sama sprawa napadu na sklep również – tak jakoś wyszło – wzięła i rozdęła się ponad oczekiwania. Żeby sprawnie zamknąć wszystkie niuanse i wątki poboczne, musiałem dopisać to, dopisać tamto, potem jeszcze tamto i... cóż, efekty widać. Tak to wyglądało. Jak się pisze bez konspektu, to potem różne takie kwiatki wychodzą... Ale za największy zwrot w fabule odpowiadała rzecz z pozoru prosta i trywialna. Mianowicie: dlaczego w zasadzie Deep Throat miałby dzwonić do Judy z prośbą o pomoc? No cóż, niby wydawałoby się, że odpowiedź jest oczywista. Była na filmie: Judy po kryzysie ze skowyjcami została okrzyknięta bohaterką, całe miasto ją pokochało, była wielka impreza, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie... Ale – czy aby na pewno?
Skłamałbym, gdybym powiedział, że sam na to wpadłem. Kopnęło mnie przypadkiem, podczas lektury innego fanfika, zatytułowanego „Za wszelką cenę" (tu uchylam przed Autorką kapelusza). No i to tam było. Judy rozmawiała w więzieniu z Bellwether, z Jagną Obłoczek, i wtedy padły te słowa (walę z pamięci): „Jak myślisz, Judy, do czego doprowadziłaś swoim wystąpieniem? Ilu drapieżników bezpodstawnie oskarżyłaś, ilu zniszczyłaś życie, ilu mogłoby chcieć twojej śmierci...?". Celnie i w punkt, pomyślałem. Nie patrzyłem na to w ogóle z tej perspektywy. Jak pewnie większość, dałem się omamić Hollywoodzkiemu prawu happy endu. Ale spłynęło na mnie światło oświecenia; a gdy już spłynęło, oczu na Prawdę nie zamknąłem. Ona ma rację, przyznałem ze zdumieniem, w miarę jak nad tym myślałem, ona ma całkowitą, absolutną rację. Judy nie zostałaby okrzyknięta żadną bohaterką, w żadnym wypadku, nie po tym, co powiedziała. Wręcz przeciwnie. Zupełnie inaczej wyglądałby finał tej sprawy – i stąd też musiałem przerobić wszystko, co już miałem napisane. Bo nie byłbym w stanie dalej pisać tej historii z bohaterską, zwycięską wersją Judy, nie kłamiąc samemu sobie. Wiedziałem już, że tamta historia jest fałszem. Tak samo jak i dotarło do mnie, że fałszem była impreza przy napisach końcowych. To nie miało prawa się dobrze skończyć, nie miał prawa się ten skowyjcowy kryzys zakończyć bezboleśnie. A przynajmniej nie od razu; nie wierzę, żeby drapieżniki ot tak wzięły i wybaczyły swoim niedawnym prześladowcom. Do normalości miasto by wracało długi, długi czas. Może przemawia przeze mnie cynizm, a może to po prostu Duch Historii chichocze do ucha... No ale – przypomnijmy sobie. Jak goiły się rany powojenne? Jak Polacy i Niemcy odnosili się do siebie, gdy opadł kurz? Jeszcze niedawno Übermensche i Untermensche – i nagle Übermensche znaleźli się na dnie, byli pokonani. I to oni musieli układać się z nami. Czy rzeczywiście Kowalski rozmawiał potem z Müllerem jak równy z równym, jakby nic się nie stało? Nie, nie tak to wyglądało; oni nam byli po tym wszystkim „coś winni". Pojednanie to kwestia lat, dekad, stuleci; przecież jeszcze do dzisiaj te straszne czasy nie zabliźniły się naprawdę tak do końca. I stąd też podejrzewam, że w Zwierzogrodzie sprawy potoczyłyby podobnie. Przecież tam miały miejsce, no, nawet jeśli nie czystki etniczne, to masowe prześladowania na pewno... Szkoda, że w filmie potraktowano to straszliwie po macoszemu. Cóż, ja w każdym razie straciłem wiarę w to filmowe zakończenie. Dlatego też, żeby być w porządku wobec samego siebie, zdecydowałem się wywrócić wszystko do góry nogami. A z motywu skowyjców zrobił mi się w zasadzie kolejny wątek. Termin zakończenia robót oddalił się więc jeszcze bardziej.
Z początku byłem zły. Bałem się, że moje opowiadanie będzie przez to całkowicie spalone. Ale zaraz przyszło opamiętanie – nie, nic nie będzie spalone, wręcz przeciwnie, będzie lepsze. Bo teraz cała historia znalazła się w szerszym kontekście. Zupełnie inaczej się to wszystko prezentuje, gdy w powietrzu unosi się duch skowyjcowego kryzysu, zupełnie inna jest tego wymowa, gdy Judy zmaga się ze swoimi wyrzutami sumienia. Fajnie też to współbrzmi z pogadanką o wartościach, którą miałem okazję Was pozanudzać przy okazji gadki o krecie albo o dawnych znajomościach Nicka. Ale przede wszystkim – otworzyło mi to drogę do napisania sceny awantury w sklepie. Ta scena... Ta scena była zdecydowanie najtrudniejsza ze wszystkich, to nad nią ślęczałem najdłużej i nad nią kląłem najszpetniej. Ale również przyniosła mi największą satysfakcję. To właśnie ją uważam za najważniejszy moment scenariusza, w tej konfrontacji chciałem skondensować to, co miasto czuło wobec Judy po skowyjcach. Nie powstałaby, gdybym sztywno trzymał się oryginału. Czy postąpiłem słusznie? Nie wiem. W końcu musiałem trochę poczarować, żeby w ogóle skierować fabułę w tę stronę. Zapewne znajdą się i tacy, co zakrzykną: „Głupcze, splugawiłeś kanon! Czeka cię za to śmierć!". I cóż – też dobrze... Ja tam jednak swoje wiem. Chciałoby się zatem podsumować, że moje opowiadanko jest kontynuacją alternatywnego „Zwierzogrodu", ze zmienionym zakończeniem – ale ja jestem zdania, że to raczej Disney sprzedał nam wersję alternatywną, nielogiczną i wspakhistoryczną. Zresztą – do Waszego uznania.
No i bęc. Tak powstało to, co powstało. Dwa kryminalne wątki przemnożone przez trzeci, wyżej wspomniany, wszystko mniej lub bardziej skażone tytułowym motywem – do takiej to formy przepoczwarzyło się to, co było na początku. W zasadzie z wersetów ortodoksyjnych została tylko sprawa napadu na sklep, stuningowana i rozbudowana, do tego zebranie i motyw spotkania pod mostem. A reszta, jak to się mówi, wyszła w praniu. Jeszcze koncepcja upchnięcia wszystkich wydarzeń w jednym dniu – to też było od początku. No fakt, jest jeden flashback z dnia poprzedniego, w dodatku napisany z innej perspektywy. Owszem, jeden, jedyny raz pozwoliłem sobie na złamanie zasad narracji i zdecydowałem się opowiedzieć coś z innego punktu widzenia. Bo ta strzelanina – ona jest jednak rzeczą kluczową dla fabuły, to punkt zwrotny, a i tak dużo rzeczy dzieje się tutaj offscreenowo, połowa przecież śledztwa w sprawie napadu na sklep, żeby daleko nie szukać; uznałem więc, że w tym jednym przypadku mogę machnąć ręką na zasady i pokazać coś, a nie tylko o tym mówić. W dodatku dzięki temu opowiadanko uzyskało mały zastrzyk akcji. I tak trochę zbyt biurowe to wszystko wyszło. No i dzięki temu może ktoś trochę bardziej pożałuje biednego Tigburne'a – bardziej dosadnie pokazać, do czego prowadzi siedzenie okrakiem na barykadzie, już chyba się nie da... Ach, no tak. Kret. Kto, pytacie – kto tym kretem właściwie jest? Cóż. Moja słodka tajemnica. Możecie domyślać się odpowiedzi. Celowo zostawiłem tę kwestię bez wyjaśnienia. Zresztą pewnie macie swoje typy i może już nawet odgadliście, kto nim jest... A może jest ich kilku? A może nie ma go wcale? Zostawiam tę kwestię do Waszej interpretacji. Każdą uszanuję.
Nie jestem za to pewien, czy dobrze mi wyszła Judy. Akurat przy niej za punkt honoru postawiłem sobie trzymać się oryginału. Chciałem odwzorować ją taką, jaka była naprawdę: żeby miała charakterek, ale nie była wredną zołzą; i chciałem też, żeby pozostała idealistką, ale żeby nie była naiwna i dziecinna. Innymi słowy, żeby była sobą z krwi i kości: twardą, pewną siebie babką, która bez kompleksów łapie życie za jaja, ale też zmagającą się ze swoimi słabostkami i głupotkami. Musiałem też wziąć poprawkę na to, że akcja opowiadania dzieje się jakiś czas po wydarzeniach z filmu. Wyobrażam sobie, że po paru latach pracy na przodku byłaby już kimś trochę innym – może kimś trochę bardziej cynicznym, już to przez oczyszczanie miasta z brudu, już to od psychicznych ran zadanych przez skowyjce, już to od przebywania z pewnym lisem... ale nie chciałem, żeby straciła to, co w niej najlepsze: wiarę w ideały i troskę o pokrzywdzonych. Cóż, wyszło jak wyszło. Czy dobrze – oceńcie sami. Na pewno pomogło mi to, że Judy z natury jest chłopczycą. Dzięki temu łatwiej mi się było w nią wczuć.
Kompletnie za to nie umiałem się wczuć w Henry'ego Peltneya. Serio, dwadzieścia razy musiałem przemyśleć każdą jego wypowiedź. Może dlatego, że sam jestem stworzeniem spokojnym i łagodnym, i furiatów nie rozumiem za grosz... Ale on musiał taki być, żeby pasował do fabuły. A bardzo nie chciałem go przerysować, co i tak pewnie niechcący uczyniłem. Ciekawostka: Henry Peltney, zresztą Peltneyowie w ogóle, wzorowani są na pewnych znanych mi postaciach autentycznych. Też zresztą prowadzą sklep, jeśli to ma jakieś znaczenie. Tylko broni nie mają. Chociaż, w sumie kto wie, co to tam Mr. S. trzyma pod ladą... Zresztą nieważne. Drugą zaś postacią, która ma swój odpowiednik w rzeczywistości, jest Ted Bearnes. Ale o tym – sza.
O Nicku nie chce mi się za bardzo gadać. Siedzi niejako na drugim planie, i siedzi tam specjalnie. W założeniach miał on w ogóle pojawić się własnocieleśnie jedynie na sam koniec, w scenie aresztowania, a tak to miał być obecny jedynie duchem. I tak jest obecny jedynie duchem. Bez jakichś szczególnych przyczyn – ot, po prostu tak sobie wymyśliłem, na tym polegał pomysł. Nie, nie chcę tu rozpętywać jakichś fanowskich shitstormów – że Judy jest ciekawszą postacią, że Judy ma fajniejszy charakter, czy czegoś w tym stylu, nie. Po prostu – opowiadanie miało być zapisem przeżyć Judy, i tyle. Wszystko, co o naszym lisie chciałem powiedzieć w tytułowym kontekście, wyłożyłem otwartym tekstem, i to chyba dosyć łopatologicznie. Więcej, wysoki sądzie, nic do dodania na ten temat nie mam.
I to by chyba było na tyle. Z takich makingofów. Może jeszcze na koniec parę słów o inspiracjach, o filmowych inspiracjach, które mi przyświecały podczas wypacania tego opowiadanka. Bo opowiadanie, jak zresztą Disneyowski oryginał, pełne jest filmowych kliszy, mniej lub bardziej wyświechtanych; wiele chwytów z pewnością widzieliście już to tu, to tam. Przede wszystkim – „Pride and Glory". Kawał mocnego, męskiego kina akcji ze świetnym Edwardem Nortonem. To stamtąd właśnie zaczerpnąłem motyw grupy specjalnej poszukującej wtyczki w policji, i głównie z tego filmu opary unoszą się nad drugą połową opka. Możliwe, że wrzuciłem też jakiś motyw z „The Departed". Opisując zebranie wzorowałem się chyba trochę na „The Town" (kurde, z Bena Afflecka naprawdę jest świetny reżyser, kto wie, czy nie lepszy niż aktor...). Rozpracowywanie gangu narkotykowego pokazane było w kinie już tyle razy, że nawet nie chce mi się wymieniać tych wszystkich tytułów, ale mnie zapadł w pamięć przede wszystkim „American Gangster" z Crowe'em i Denzelem – w tym to duchu zapewne opisywałem drużynę Goatesa pracującą nad Coone'em. Motyw pracownika okradającego pracodawcę to głównie „Mystic River", ale też „The Score" (Norton po raz drugi, i po raz drugi świetny występ). Aferę Watergate i Deep Throata znam oczywiście głównie ze „Wszystkich ludzi prezydenta" – tak, ja wiem, że to ekranizacja książki Bernsteina i Woodwarda, i co z tego? Film ten to chyba najprzystępniejsze fabularnie wprowadzenie do tego tematu. Jest on dzisiaj już pożółkłą i poobgryzaną przez mole klasyką, i jak to z wszelaką klasyką jest: warto znać, nie warto się ekscytować. Możecie sobie od biedy obejrzeć, ale jeśli nie macie, jak ja, fetyszu na kino lat siedemdziesiątych, to wynudzicie się jak mopsy, ostrzegam lojalnie. Postać Deep Throata jest również po części wzorowana na postaci Karla Tuckera z krótkometrażowego „The Candidate" (naprawdę fajny, jest na Youtube – obejrzyjcie sobie, to ledwie dwadzieścia minut, a końcowy plot twist ryje beret). Aha, for the record – prawdziwy Głębokie Gardło w rzeczywistości nie był cytowany na łamach „The Washington Post". On tylko przekazywał dziennikarzom informacje. A jego tożsamość została jednak ujawniona, w końcu, po ponad trzydziestu latach, ujawniona i podana do publicznej wiadomości (publicznej – bo Nixon i jego najbliżsi współpracownicy wiedzieli już wtedy, kto był źródłem przecieku). Tak więc pozwoliłem sobie na przekręcenie kilku faktów. Oprócz tego jest pewnie w opku jeszcze parę tropów wziętych podświadomie to stąd, to stamtąd; tyle się w końcu obejrzało różnych kryminałów, że już sam tego nie zliczę. A! I jeszcze „drugobazowy Yakees" – przepraszam, nie mogłem się powstrzymać: to z „Jacka Reachera", oczywiście (i nie oglądać dwójki, bo straszny chłam).
Jak widać – nic oryginalnego tu nie ma. Wszystko już gdzieś było. Nic tu samemu nie wymyśliłem, ot, ukradłem parę motywów stąd i stamtąd, przemnożyłem przez „Zwierzogród" i skleciłem z tego opowiadanie. Grafomania stosowana, uprawiana ku zaspokojeniu fanowskich marzeń i tęsknot, niczym innym to to nie jest. Ukradłem też kilku pisarzom parę grepsów. Ale nic na mojej pisaninie nie zarabiam, więc – jak by to powiedział komendant Bogo – who cares?
Becoming a cop...
The respect that earned us...
The pledge we took
to uphold something honest...
Being in the blue, wearing that shield...
The pride that I felt...
Fuckin' glory...
We let it all go out from under us.
I was a good man once.
– „Pride and Glory", 2008
reż. Gavin O'Connor
