A/N: Dziękuje wszystkim za dotarcie, aż do tego momentu! Obecne rozdziały będą obfitować w obszerniejszą treść, a przede wszystkim w jakże wciągające wydarzenia! Liczę, że się spodoba!

Story and picture by Hiro Mashima.

.


Rozdział VI
Bitwa o Magnolie – Ryk

Na niebie zbierają się chmury. Ostatnie promienie słońca już się chowają. Ludzie na ziemi zdają sobie sprawę, że lada moment zacznie padać. W małej wsi położonej niedaleko Magnolii, grupka rolników pracowała w polu. W ich kierunku biegł mężczyzna w wieku około czterdziestu lat.

– Hej, Robert! – zawołał.

– Co jest, John?!

– Powiedz reszcie, że musicie się zbierać. Lada moment zacznie padać!

Robert spojrzał na niebo i zauważył, że jego przyjaciel ma rację. Tak byli ogarnięci pracą, że nie dostrzegli zmian w pogodzie.

– Już mówię! Ty wróć do domu! – Podszedł do pozostałych i oznajmił, że już czas wracać. Skierowali się powolnym krokiem w stronę wsi. Byli już na tyle zmęczeni, że nie mieli już sił, aby biec.

Kiedy wszyscy spokojnie wracali, to Robert w tym czasie rozglądał się wokół. Widać było na jego twarzy zmartwienie. Podszedł do każdego z rolników.

– Czy ktoś z was widział mojego sześcioletniego syna Conny'ego? – zapytał wystraszony. Każdy pokręcił przecząco głową. Gdy ostatni raz go widział to był tuż obok niego.

– Wracam. Niedługo was dogonię. – Odłączył od reszty i skierował się z powrotem na pole. Pogoda robiła się coraz bardziej zachmurzona. Wiatr przybierał na sile. Nie dostrzegł nikogo.

– Conny! Chodź! Musimy wracać! – wołał ojciec.

– Tu jestem tato! – Głos syna dobiegał się za małym wzgórzem. Robert odetchnął z ulgą i udał się do niego. Był zmęczony, gdyż od rana pracował. Ku swojemu zdziwieniu zostało mu trochę sił by dobiec. Wspiął się na wzniesienie i zobaczył po drugiej stronie swojego syna bawiącego się piłką.

– Tato! Zobacz, co znalazłem! Piłka! – Ojciec spojrzał na niego zdezorientowany. Miał zamiar stanowczo powiedzieć mu by się nie oddalał, ale przeszło mu to, gdy tylko go ujrzał.

– Synu, chodź, wracamy – powiedział podchodząc do niego.

– Już?

– Tak, zaraz zacznie padać.

– Aha. – Przykucnął do niego i złapał go za dłoń.

– Na przyszłość jak będziesz gdzieś chciał się oddalić to mi powiedz, dobrze?

– Dobrze. – Uśmiechnął się chłopiec.

– No to idziemy. – Zaczęli wspólnie wchodzić na wzniesienie. Młody Conny odwrócił się za siebie i spojrzał w niebo.

– Tato?

– Tak?

– Powiedz, co tam leci za nami? – Wskazał palcem.

– Leci? – Odwrócił głowę i spojrzał w kierunku, w którym wskazał jego syn. Przez chwilę pomyślał, że to jakieś dużych rozmiarów ptaki, ale nie, gdy tylko były coraz bliżej zdał sobie sprawę. Strach go ogarnął, że aż nie mógł się poruszyć.

– Ał... Tato czemu tak mocno ściskasz moją dłoń?

– O mój boże... to smoki – powiedział z przerażeniem w oczach.

W tej chwili właśnie zaczęło padać.

.


– Lucy? Gdzie ty byłaś? – Gray do niej podszedł. Widać było, że bardzo się o nią martwił.

– Gray? Ja... przepraszam, że nikomu nie powiedziałam dokąd idę. Spotkałam się z moim ojcem – odpowiedziała lekko zmieszana. – Ale dlaczego tak się tym przejąłeś?

Gray od razu nie odpowiedział jakby nie chciał powiedzieć czegoś nie pożądanego, co tym bardziej zmieszało dziewczynę.

– Chodzi o to, że nasza drużyna, czyli ty, ja oraz Erza wraz z Natsu poznikała. Tylko Happy tu został. – Wskazał palcem, jak Happy kręci się obok Charle nie zauważywszy jeszcze Lucy.

– Nie rozumiem. Jak to poznikała? No i o co chodzi z tą misją o której mówił mistrz, że Erza została wysłana i zakończyła się porażką?

– Wybacz nie znam dokładnych szczegółów. – Spojrzał w dół. Po chwili znów na Lucy. – Jak tylko mistrz wróci ze swojego pokoju z pewnością nam to wyjaśni.

Spojrzeli na siebie nie pewnie. Zdawali sobie sprawę, że dziwne rzeczy zaczęły się dziać.

Drzwi się otworzyły i wyszedł z nich ich mistrz, Makarov. Wskoczył na jeden ze stołów i spojrzał na wszystkich zebranych.

– Słuchajcie uważnie! – Wszyscy, aż drgnęli na stanowczy głos mistrza. – Wysłałem Erze do Sprut town, aby przyniosła jedną z trzech broni na tyle silną by móc przeciwstawić się smokom! – Każdy z zebranych słuchał jakby od tego zależało ich życie. – Niestety! Misja się nie powiodła, a broń przepadła!

– A co z Erzą?! – krzyczą wszyscy.

– Została ciężko ranna i znajduje się teraz pod opieką mojego starego przyjaciela Jean'a. – Wystraszeni magowie odetchnęli z ulgą.

– Gray?! O co chodzi z tymi smokami?! – zwraca się Lucy w stronę Gray'a nie mogąc się w ogóle połapać w sytuacji.

– Dalej w to nie mogę uwierzyć, ale z nie znanych nam powodów smoki chcą odebrać nam nasze życia. – Gray podszedł do Lucy i położył jej lewą dłoń na prawe ramię. – Nie wiem, co się wydarzy, ale z pewnością cię obronię.

Lucy spojrzała mu w oczy.

– Gray... ja... gdy widziałam się z ojcem powiedział mi coś, co do tej pory skrywał w tajemnicy i ma to związek ze smokami.

– Co takiego?! – z wrażenia, aż podniósł głos.

– Więc...

– Lucy! – krzyknął Happy podlatując do niej z płaczem w oczach. – Tak się martwiłem, że i ty gdzieś znikła, jak Natsu.

W tym momencie wszyscy członkowie gildii usłyszeli dźwięk dochodzący z dworu. Na zewnątrz już padało. Wydawało by się, że to burza, jednak to nie była ona.
Mistrz zeskoczył ze stołu i podszedł do drzwi wyjściowych. Otworzył je szeroko, a za nim wszyscy inni skierowali się ku wyjściu. Tuż przy granicach Magnolii ujrzeli nadlatujące smoki.

Zrozumieli, że tym dźwiękiem był ryk smoka.

– Mój Boże... – ledwo powiedział Makarov, a pozostali również patrzyli na ogromne sylwetki smoków na pochmurnym nieboskłonie.

– Wszyscy! – krzyknął mistrz. Na jego głos oprzytomnieli. – Macie udać się do miasta i kazać wszystkim cywilom przyjść tu, po czym ich wszystkich wyprowadzić przez podziemny tunel! – Magowie przytaknęli głową na znak zrozumienia.

– Dziadku... – odezwał się Laxus. – Chyba nie myś... – tu mu przerwał mistrz.

– Na tyle dobrze cię znam, że nie muszę zgadywać, co ci chodzi po głowie. – Spojrzał wnukowi w oczy. – Będziesz walczył ze mną.

– Tak – bez zastanowienia odpowiedział Laxus.

– Nie zapomnijcie o mnie. – Podeszła do dwójki Mira. – W końcu jestem Magiem klasy S.

– Mistrzu ja też chcę walczyć razem z wami! – krzyknął Gray.

– Nie, Gray. Ty zajmiesz się cywilami w mieście, a kiedy będziecie już bezpieczni, ty wraz z resztą odszukacie Natsu, Gajeel'a i Gildarts'a. Zrozumiano?!

– Ja... tak, mistrzu zrozumiałem. – Z zaciśniętymi obiema pięściami odpowiedział.

– Mistrzu, jest coś co muszę tobie powiedzieć, a tyczy się to śmierci mojej mamy! – podbiegła Lucy. – Dotyczy to również smoków!

– Wiem, Lucy co przydarzyło się twojej mamie – oznajmił mistrz.

– Co.. – zaniemówiła Lucy.

– Prawda zawsze jest bolesna, wybacz mi – spojrzał na nią. – Wiedz tylko, że jak zapobiegła twoja mama Smoczej Wojnie kiedyś, to powtórzyć znów tego już się nie da.

Lucy jak i pozostali wsłuchiwali się w słowa mistrza.

– W tej chwili pozostała nam już tylko walka – spojrzał w kierunku smoków. Niczego głupiego nie próbuj, Lucy. Wyraziłem się jasno?

Dziewczyna przez chwilę milczała.

– Tak, zrozumiałam.

– To dobrze.

– Lucy jak sytuacja się uspokoi to będziesz musiała nam to wszystko wytłumaczyć – powiedział Gray.

– W porządku – odpowiedziała.

– A teraz wszyscy do roboty! – krzyknął mistrz.

Magowie skierowali się w stronę domów, w których niczego nieświadomi ludzie nie wiedzieli, co się ma zaraz wydarzyć. Na niebie smoki wkroczyły już do miasta. Ten moment nadszedł.

– Pokażmy wszystkim, że wróżki są groźniejsze od smoków! – krzyknął mistrz.