A/N: Wiem, że późno, ale o to jest kolejny rozdział!
Story and picture by Hiro Mashima.
Rozdział XI
Nowy kierunek –Bitwa w przestworzach
– Około pięciu ich jest. Natsu! – Spojrzał na niego. – Jak myślisz czemu wcześniej ryk smoka nie sparaliżował mnie?
– Wiesz, teraz mamy inne rzeczy na głowie, niż zagadkę. Musim... co się dzieje?
Przed oczami Natsu jego kompan, zaczął dziwnie przybierać na masie, jego ciało robiło się większe i szersze.
– Wtedy jego ryk nie zadziałał, ponieważ moje ciało jest zbudowane z organów smoka. Tak, więc mój słuch jest taki jak ich. A to co teraz widzisz... – Jego oczy zaczęły przypominać ślepia bestii. – To metamorfoza...
– Chcesz mi powiedzieć, że umiesz zamienić się w smoka?!
Wyrósł mu ogon, jego kończyny przestały być ludzkie. Ciało Maricka niemal tak duże jak ciało czarnego smoka, lecz odrobinę większe. Skórę miał brązową.
– Brązowy? – Spytał się Natsu.
– To i tak lepiej, niż różowy. – Jego szczęka uśmiechnęła się szyderczo. – Wsiadaj na grzbiet.
Natsu wskoczył na niego, objął dłońmi szyję, gdy zaczęli się wzbijać.
– To mi przypomina dzieciństwo... – powiedział pod nosem Natsu.
Przerwał mu myśli smok nadlatujący z lewej strony. Wziął głęboki oddech i wypuścił strumień ognia w ich kierunku. Tym samym odwzajemnił się Marick. Oba oddechy zderzyły się, a w trakcie tego momentu Natsu odbił się od głowy jego kompana i przeskoczył nad ogniem, lądując na ciele nieprzyjaciela. Uderzył swoją ognistą pięścią w kark wroga, zdezorientowało go to na tyle długo by Marick mógł do niego podlecieć i zadać decydujące cięcie szponami. Pokonany spadł w dół.
Natsu znów skoczył na grzbiet przyjaciela. Dwa kolejne smoki zaczęły atakować od przodu, zadając ciosy pazurami. Natsu stanął na głowie.
– Karyuu no Hoko! – Wypuścił ze swojej buzi podmuch ognia, który trafił nic nie podejrzewające Smoki prosto w oczy. Zdołało to je oślepić, by Marick mógł bezpiecznie wyprowadzić kontrę. Ugryzł jednego w szyję, a Natsu stworzył kulę ognia, która zwęgliła wroga.
W ułamku sekundy jeden smok rzucił się na Natsu, gdyby nie szybka jego reakcja spotkałby ten sam los co Marick zgotował smokowi. Natsu zaczął spadać, Marick bezzwłocznie zaczął lecieć w jego kierunku co chwilę unikając ciosów pozostałej dwójki, która została przy życiu. Jeden ze smoków przestał atakować Maricka i ruszył w stronę Natsu. Prześcignął wszystkich i już był tuż przy nim, gdy nagle.
Guren Bakuenjin! – Wytworzył spiralę ognia, która centralnie uderzyła w nadlatującego smoka. Cios był na tyle silny, że powalił go, lecz siła uderzeniowa przyśpieszyła jego spadanie.
Marick cały czas szarpał się z wrogiem, który chciał przegryźć jego krtań, smok robił wszystko co mógł, lecz przez mniejszą budowę ciała zaczął słabnąć. Marick szybko rozerwał mu krtań i zaczął lecieć w kierunku Natsu, który już był coraz bliżej ziemi. Wyciągnął jedną ze smoczych rąk, by mógł złapać go. Natsu wyciągnął dłoń i już ją by chwycił, gdyby nie nagłe zderzenie z ziemią.
Przestał widzieć, wszystko zrobiło się ciemne.
– To wszystko co zostało z miasta.
Budynki zniszczone, wszędzie ciała ludzi. Ten widok na zawsze pozostanie w pamięci Erzy.
– To... jest... rzeczywistość w jakiej nam przyszło żyć? – Erza opadła z sił. Podtrzymała się framugi drzwi.
– To stała się tak szybko, że nadal jest mi trudno w to uwierzyć.
Powoli się podniosła.
– Muszę szybko wrócić do Fairy tail.
– Decyzja należy do ciebie, ale sytuacja w ich mieście jest pewnie taka sama jak tutaj.
Erza chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała się. Wiedziała, że Jean ma rację. Mogła tylko powiedzieć jedno.
– Jeśli sytuacja jest taka sama, to tym bardziej mnie potrzebują. – Pojawił się błysk w jej oku. – Wracam.
– Ilu mamy rannych?! – Krzyknęła Porlyusica.
– Około trzydziestu. Musimy im szybko pomóc. – Odpowiedzieli członkowie gildii.
Udało im się uciec przed zagrożeniem, lecz ślady po tym wydarzeniu pozostały.
– Tu potrzebna natychmiastowa pomoc! Wendy! – Zawoła Lisanna.
Niebiesko włosa dziewczyna szybko podbiegła.
– O mój Boże... rana jest zbyt głęboka... – oznajmiła.
– Ja... nie chcę... umierać. – Odpowiedział młody mężczyzna.
– Tak, mi przykro.
– Idź, pomóc tym którym zdołasz, ja z nim zostanę.
– Ja..
– Idź! – Wendy szybko wstała i pobiegła. – Wiem, że to nic nie zmieni, ale nie opuszczę cię.
– Dziękuje.
– Gray, na pewno wszystko dobrze? – pyta się Lucy.
– Tak, mówię już dziesiąty raz. – Spuściła wzrok. – Hej, nic mi nie jest, nie rób takiej miny. - Przytaknęła.
– Powiedz, o co chodziło z twoją mamą?
– Właśnie, o co w tym chodzi? – Podeszła Levi, na której jeszcze było widać ślady łez, po śmierci Dray'a.
Wszyscy członkowie podeszli do niej, gotowi wysłuchać tego co ma do powiedzenia.
– Dobrze, słuchajcie. Mój ojciec powiedział mi, że moja mama w roku siedemset siedemdziesiątym siódmym została ofiarą dla Króla Smoków.
– Co takiego?! – krzyknęli wszyscy.
– Też mi trudno w to uwierzyć... ale to prawda.
– Mów, dalej słuchamy cię – powiedział Laxus.
– Tak naprawdę, w tamtym roku, wojna miała wybuchnąć, lecz dlatego, że moja mama posiadała moc gwiezdnych duchów mogła zamienić się w samą magię.
– Co to znaczy?
– Król smoków tak naprawdę zbudowany jest z magi. A to magią jest magia gwiezdnych duchów. W ich świecie inaczej czas płynie, można powiedzieć, że ta magia jest poza czasem. Król Smoków w ten sposób może przedłużyć swoje życie, jeśli nie znajdzie się taka osoba wtedy, aby jego życie nie było nudne, tworzy tą całą wojnę.
– Niemożliwe... to znaczy, że on z takiego powodu stworzył to piekło!? – krzyknął Laxus.
– Tak... – odpowiedziała Lucy.
– Skoro twoja matka to zrobiła to znaczy, że i ty możesz? – Roztrzęsiona Levi objęła Lucy.
– Nie wiem. Mistrz powiedział, że tego nie da się powtórzyć.
– I nie powtórzy się, nie pozwolimy by do tego doszło. – Ścisnęła mocniej Levi.
– Mam naprawdę wielką ochotę pokazać temu całemu Królowi, gdzie jego miejsce. – Laxus spojrzał na Lucy. – Powiedz, w jaki sposób twoja mama się z nim skontaktowała?
– Tego nie wiem.
Zapadała długa cisza, którą rozwiał Laxus.
– Słuchajcie, zrobimy tak. Wyruszę z tobą Lucy do twojego domu, możliwe, że znajdziemy tam jakieś wskazówki.
– Idę z wami. – Wtrącił się Gray.
– W porządku, Mira, wiem, że to niebezpieczne, ale musisz sama znaleźć Gildarts'a.
– W porządku, wiem nawet, gdzie może przebywać.
– Wszyscy pozostali tu zostaną, do czasu, aż wrócimy. Zrozumiano?!
– Tak! – Odpowiedzieli.
– Szybko! Tu jeszcze ktoś jest! Przygniotły go belki!
– Belki?! Jeśli tak, to nie mógł przeżyć!
Do mężczyzny stojącego przy rozwalonym budynku, podbiegło sześć osób. Ustawili się i zaczęli wyciągać osobę spod gruzu.
– Nie do wiary, on wciąż żyje.
Był to mężczyzna o długich spiczastych czarnych włosach.
– Hej, ocknij się.
Zaczął powoli otwierać oczy.
– Ile widzisz palców?
– Widzę dwa.
– Dobrze, a pamiętasz jak się nazywasz?
– Gajeel Redfox.
