A/N: Oto kolejny rozdział. Czytać!

Jestem Ci bardzo wdzięczny Amiki. Twój komentarz był strasznie motywujący. ;)

Byłbym wam bardzo wdzięczny za każdy komentarz. Da mi to jeszcze większą wenę na częstsze ukazywanie się rozdziałów.

Story and picture by Hiro Mashima.


Rozdział XIX
Najazd – Atak

– Gajeel, tak się cieszę. – Mag nigdy nie był postawiony w takiej sytuacji, tak więc nie miał pewności jak się zachować. Objął ją rękoma.

– Naprawdę myślałaś, że nie wrócę? Głupia! – W normalnej sytuacji odpowiedziałaby w sposób dokuczliwy, ale zamiast tego lekko się uśmiechnęła. – No i ten... nigdy nie planuje ciebie na stałe opuszczać. – Widać było, że te słowa wprawiły go w zakłopotanie. Lekko się zarumienił.

– Gajeel, ja...

– Powiedzcie mi jak wygląda sytuacja. – Przerwał Levy i zwrócił się do wszystkich. Pozostali ucichli przez chwilę. Zrozumiał, że sytuacja jest poważna.

– Nasz mistrz poległ w walce. – Z trudem przeszły Happy'emu te słowa przez gardło.

– Co? – Nie wierzył w to co słyszał.

– Droy... również zginął – dopowiedziała Levy.
Gajeel spuścił wzrok. Nie potrafił tego zaakceptować. Nagle zdał sobie sprawę, że tylko jedna rzecz może ich, choć w tej chwili pocieszyć.

– Widziałem się z Natsu.
Każdy z osobna podniósł głowę. Wszystkim oczy, aż zalśniły.

– Naprawdę?! – Pierwszy krzyknął Happy.

– Gdzie on jest?! Co się z nim dzieje?! – Zaczęła zadawać pytania Lisanna.

– Jak go ostatnio widziałem to był poobijany, miał bandaże, no wiecie jak zwykle, gdy się w coś wpakowywał. Pewnie już teraz wydobrzał i szuka kolejnych kłopotów.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.

– Tak się cieszę, Natsu – Płakał Happy.

– Więc, gdzie jest Pan Natsu? – Podeszła bliżej Wendy.

– Był w Rainbow Town – Tu się chwilę zawahał. – Nie wydaje się, żeby miał zamiar wracać teraz do gildii.
Wszystkich te słowa z zszokowały.

– Gajeel, jak to nie będzie wracał? – spytała Levy.

– On...

Głośne uderzenia zaczęły dochodzić od strony drzwi. Spojrzeli w ich kierunku. Dostrzegli, że za chwilę się wyłamią. Zostały zniszczone. Z hukiem wpadły do środka. Fairy Tail natychmiast zrozumiało co się szykuje. Sylwetki, które im się ukazały to magowie w ubraniach kościelnych.

– Kim oni są? – spytał Happy.

– Poznaje ich. To Gildia magów Holy Cross, a ta starsza osoba średniego wzrostu to ich mistrz, Scott. – Napiła się łyka Cana i go wypluła. – To mroczna gildia. Przyjaciele Raven Tail.

– Ho ho, widzę, że sporo o nas wiesz, ale wam ta wiedza i tak nie pomoże.

W ich kierunku zaczął kierować się Gajeel.

– Dobra robota, Gajeel. Nawet nie zdali sobie sprawy, że jesteś podwójnym agentem.

– Masz rację. Fairy Tail to głupcy... ale ty jesteś większym. – Gajeel prawym sierpowym wbił Scotta w ziemię.

– Mistrz nam powiedział o tym, że Gajeel udaje, że dla was pracuje! – krzyknęła Levy.

– Do ataku! – Scott powstał i spojrzał z dołu na Gajeela. W tym czasie członkowie jego gildii ruszyli na wróżki. Spoglądali na siebie. – Jesteś silny gówniarzu.

– A ty jesteś twardy jak na łysego staruszka.

– Ivan nie wybaczy ci twojej zdrady.

– Nie obchodzi mnie to.

Doszło do wymiany ciosów. Mimo nie wielkiego wzrostu Scotta w stosunku do oponenta spokojnie odpierał jego ciosy. Schylił się i podłożył mu nogę. Przewróciłby się lecz prawą dłonią odbił się od podłoża, po czym lewą ręką uderzył w podbródek, ku jego zdziwieniu nie zrobiło to na nim wrażenia. Pozostali członkowie staczali walkę z pozostałymi. Jolt of Fate – Cana poraziła swoich oponentów prądem wydobywającym się z kart. Szybko podbiegła i stanęła obok Lisanny, która nokautowała wrogów pod przemianą w kota. – Pilnujmy się – Zasugerowała Cana. W tym czasie Levy odsunęła się trochę na bok, aby móc wypisać skrypt w powietrzu. – Fire! – ogień rozprzestrzenił się paląc pięciu wrogów, a w tym wspomogła ją Wendy podsycając jej płomienie swoją magią powietrza. Levy skierowała swoje spojrzenie w kierunku Gajeela, gdy walczył w tym czasie z ich mistrzem, ale nie miała czasu się rozkojarzyć, gdyż walka wciąż trwała.


Przez pola biegli Gildarts i Mira. Woleli nie ryzykować podróży na niebie. Było zbyt duże ryzyko wykrycia przez smoki. Wokół nich leżały ciała farmerów, smoki nie oszczędziły nikogo, nawet dzieci.

– Mira, padnij! – Natychmiast oboje schowali się w polach kukurydzy. Smoki przelatywały nad nimi. Te bestie mają bardzo dobrze wyczulony węch, ale coś sprawiło, że nie zwróciły uwagi na nich. Kierowały się w kierunku jasnego światła. Dwójka spojrzała i dostrzegła, że to olbrzymi latający statek. Działający na zasadzie jak Christina z Blue Pegasus tylko, że wokół niej była sfera ochraniająca ją przed smokami. Była cała jasna i świeciła oślepiającym blaskiem.

– Panie Gildarts, co się dzieje?

– Podejrzewam, że to jedna ze świętych broni. Kula, która wytwarza pole ochronne. A ten statek rozpoznam wszędzie. To Raven Tail.

– Raven Tail?!

– To jest ta broń, którą skradziono Erzie i najwidoczniej zmierzają w kierunku Fairy Tail.

– Nie możemy im na to pozwolić, dodatkowo wokół nich krążą smoki. Nie możemy pozwolić, by miasto znów spotkało to samo piekło. – Spojrzała w kierunku statku Mira.

– Tak, przemień się. Twoja magia posłuży jako transport, by dostać się na ten statek. – Mira natychmiast przybrała postać demona. Uniosła się skrzydłami w powietrze, Gidarts złapał się jej nogi. Smoki cały czas były skupione na jasnym świetle, ale nie dostrzegli, że jeden ich zauważył.


– Spokojnie, Charle obronię cię. – Happy stał przed kocią przyjaciółką, miał w rękach młotek na wypadek, gdy napastnicy zbliżyliby się do nich.

– Dzięki, Happy.

– Aye!

Tuż obok nich walczył Lily w swojej dorosłej formie. Odpierał ataki wrogów mieczem, a w dogodnym momencie nokautując. Nie zdążył jednak dostrzec ataku od tyłu. Został uderzony w głowę, załamał się. Miecz przeciwnika trafiłby, gdyby nie Happy , który szybko rzucił młotkiem w tułów oponenta. Tę chwilę szybko wykorzystał i posłał wroga na ziemię. – Dzięki, Happy! – Rzucił do niego z powrotem młotek.

W trakcie całej walki Fairy Tail musiało uważać żeby walka nie weszła w głąb tunelu, gdzie przebywali bezbronni mieszkańcy miasta, a drugim powodem była ograniczona przestrzeń. Tylko w tym miejscu była wystarczająco miejsca, by móc walczyć. Słychać było odgłosy walki, ale ta która była najgłośniejsza toczyła się na samym początku między Gajeelem, a Scottem. Z walki wręcz przeszli do użycia magii. Scott strzelał ze swoich palców twardym światłem, które w zetknięciu z obiektem natychmiast nic po sobie nie zostawiało. Gajeel w tym czasie dostosowywał się do jego tępa, gdy nadarzała się okazja uderzał swoim żelaznym mieczem.

– Ooo mały włos i byś mnie trafił. – Odskoczył od Gajeela i swoją dłoń ułożył na kształt pistoletu i wystrzelił z palca wskazującego promień, a za nim kolejny. W tak krótkim czasie wystrzelił tych promieni, że wiele z nich zaczęło trafiać w jego własnych członków gildii.

– Zgłupiałeś do reszty – stwierdził Gajeel.

– W naszej gildii znamy słowo poświęcenie. – Uśmiechnął się. – Twoja przyjaciółka została postrzelona.

Gajeel bezwłocznie się odwrócił. Został trafiony w plecy, ale to co zabolało go najbardziej to Levy leżąca w kałuży krwi.