A/N: Kolejny rozdział. Czytać!

Byłbym wam bardzo wdzięczny za każdy komentarz. Da mi to jeszcze większą wenę na częstsze ukazywanie się rozdziałów.

Story and picture by Hiro Mashima.


Rozdział XX
Najazd – Deszcz

Scott zdał sobie sprawę, że cios który wymierzył został minimalnie zneutralizowany, gdyż otoczył swoje ciało żelaznymi łuskami. Ten jeden krótki moment wystarczył, by smoczy zabójca zdążył podejść go i wymierzył bezpośredni cios w brzuch, który wyrzucił go, aż ze schronu.

– Levy! – Podbiegł do niej. Jej rana była głęboka, została trafiona w płuca. Ledwo łapała oddech. Wendy uklękła szybka przed przyjaciółką, by użyć swojej magii Troii. Przyłożyła swoje obydwie dłonie do miejsca w którym została ugodzona.

– Wendy, proszę... ona nie może... – Cały roztrzęsiony spoglądał na jej ciało. Wendy chciała mu odpowiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale nie umiała.

– Będzie... dobrze... – Te słowa nie padły z jej ust, tylko z Levy. Gajeel zrozpaczony spojrzał na nią. – Poko...naj... go. – Gajeel złapał ją za rękę i mocno ją ścisnął. Spojrzeli sobie w oczy.

– Zaczekaj na mnie. Zaraz wrócę.– Wymusiłaś na sobie uśmiech. Dostrzegł, że Levy też stara się zrobić sztuczny uśmiech, ale ból jej nawet na to nie pozwalał.

– Wendy, zostawiam ją w twoich rękach. – Przytaknęła głową, choć z trudem to zrobiła. Gajeel jeszcze spojrzał na nią po czym skierował się ku wyjściu ze schronu. Wiedział, że jego przyjaciele poradzą sobie z pozostałymi, ale tym którego musiał osobiście pokonać był Scott. Wyszedł ze schronu i od razu go dostrzegł. Każdy jest tak zajęty walką, że nie dostrzegł, kiedy na dworze zaczął padać deszcz.

– Nie chciałem wam przerywać pożegnania.

– To nie było pożegnanie, draniu. – Gajeel zacisnął pięści.

– Szkoda, że nie zdecydowałeś się na Raven Tail, wtedy nie musiałbyś przez to przechodzić.

– W Fairy Tail mam ludzi których mogę nazwać przyjaciółmi. Wasza gildia, by mi tego nigdy nie dała.

– Stałeś się sentymentalny. – Scott przybrał pozycję bojową.

– Ktoś taki jak ty nigdy tego nie zrozumie.

Scott nic już nie opowiedział, tylko stał i przyglądał się przeciwnikowi. Gajeel czekał na odpowiedni moment, by wykonać ruch. Oboje nie musieli długo czekać, gdyż uderzenie pioruna zasygnalizowało im rozpoczęcie walki.


Gildarts wpadłby w paszczę bestii, gdyby w ostatniej chwili nie puścił się Miry. Rozkojarzona szybko poleciała przechwycić Gildartsa, gdy on w tym czasie wyciągnął dłoń, by użyć swojej magii zniszczenia. Całe ciało smoka zostało naznaczone kreskami tworzące kwadraty. Całe jego ciało rozpadło się. Mira szybko go złapała, ale ten czyn zwrócił uwagę pozostałych smoków. Mira poleciała na pełnej szybkości swoich skrzydeł, by zbliżyć się do statku. Jeden ze smoków im zagrodził drogę, ale w kontakcie z magią Gildartsa rozpadł się na kawałki. Magia chroniąca statek przed smokami pochodziła ze złotej kuli. Nie mogły się one przedostać do środka, ale najsilniejszy mag w gildii mógł temu podołać. Jego magia nagina wszystko z czym ma kontakt. Jak tyko oznaczył miejsce, to kawałek bariery zniknął. Przelecieli przez niego i dostali się na pokład. Za nimi bariera, która się otworzyła została natychmiast automatycznie zamknięta.

Na pokładzie już czekali na nich magowie. Zostali otoczeni.

– Hmph, widzę, że zostaliśmy przyłapani. – Spojrzał na Mire.

– Różnicy to nam nie robi. – Pierwsza zaatakowała magów nokautując ich. Gildarts tuż za nią obezwładniał pozostałych. Starał się najmocniej jak może, by ograniczyć siłę swoich ciosów. Szybko uchylił głowę przed nadlatującą papierową lalką.

– Te shikigami rozpoznam wszędzie. Ivan!

Przed nimi stanął sam mistrz gildii Raven Tail.

– Gildarts. Co ciebie tu sprowadza?

– Gdyby jeden z twoich ludzi nie przeszkodził Erzie w zdobyciu broni. Magnolie nie spotkałoby to, co się wydarzyło. – Mira kipiała z wściekłości.

–Widzę, że masz do mnie pretensję, ale to nie moja wina, że nie obroniliście swojego mistrza. – Odpowiedział ze spokojem. Na te słowa Mire ogarnął szał.

– To był twój ojciec! – Wybiła się w jego kierunku, gdy nagle bicz zacisnął się wokół jej szyi i uderzył o pokład. Siła wystarczyła, by rozpić deski i spaść na dolny pokład..

– Mirajne! – krzyknął Gildarts.

Przed magiem Fairy Tail stanęła kobieta, ubrana w długą spódnicę w tęczowych wzorkach, a na głowie długi typowy czarny dla maga kapelusz.

– Ivan, ja się nią zajmę. – Zeskoczyła na niższy poziom.

– Nie zaatakowałeś jej. – Zdziwił się Ivan

– Mira sobie poradzi. To ty jesteś moim przeciwnikiem.

Jak tylko znalazła się na dole, to Mira już była na nogach. Podbiegła do niej i kopnęła w tułów, ku jej zdziwieniu tylko lekko ją zamroczyła. Złapała Mire za tył głowy i uderzyła ją o swoje czoło. Zachwiała się. Oplotła ją swoim biczem wokół szyi.

– Jak widzisz, nie jestem taka słaba jak myślałaś.

– Kim jesteś?

– Jestem Michelle , Mistrzyni Gildii Dark Rose.

W tym czasie na górnym pokładzie Gidlarts wymieniał ciosy z Ivanem, który bardziej się bronił niż napierał. Dostrzegał to, że przy wymianie ciosów jego oponent ma znacznie większą przewagę, ale mimo to starał się trzymać go na krótszym dystansie, tak aby nie mógł w pełni wykorzystać magi zniszczenia.
Gildarts zrozumiał jego zamiary, więc uderzył nogą pokład, tak aby wytrącić go z równowagi. Zachwiał się, otrzymałby uderzenie w twarz gdyby nie jedna z jego papierowych shikigami, która przyjmując uderzenie maga odbiła je. Mag Fairy tail przyjął na siebie rykoszet ciosu.

– Jak to jest poczuć swój własny cios?

Gidartsowi zaczęła spływać krew z nosa. – Cios? Jestem pewny, że zadałem lepszy. Twoja magia coś fałszuje.

Uśmiech na twarzy Ivana znikł. – Właśnie dlatego ciebie nienawidzę.

– To moja kwestia. – Natomiast na jego twarzy zagościł.

Ponownie przystąpili do ataku, gdyż wiedzieli, że przegrana oznacza śmierć.


Gajeel uderzył Scotta w brzuch, który ten odwzajemnił uderzenie. Wykorzystując średni wzrost przy pomocy nóg obwinął się wokół jego lewej ręki i wygiął mu ją w łokciu. Smoczego Zabójce sparaliżowało to. Po chwili otrzymał nawałnicę ciosów w każde miejsce na ciele. Scott wiedział, że jego magia się wyczerpuje, tak więc chronienia ciała łuskami już nie mógł zrobić. Mimo to w pełni cieszyć się z tego nie mógł. On sam doznawał już skutki wyczerpania magii. Uderzał w ciało Gajeela, aż nie upadnie, przy tak szybkich uderzeniach nie spostrzegł, gdy Gajeel otoczył całe ciało łuskami. Wymierzył mu bezpośredni cios w twarz. Wyrzuciło go to, ale mag na tym nie poprzestał.

– To moje ostatnie resztki magii, które zgromadziłem, gdy on mnie atakował. – Wziął głęboki w dech. – Tetsuryu no Hoko! – Olbrzymi strumień powietrza wymieszany z żelazem uderzył we wroga, który ratując swoje życie odskoczył tracąc przy tym nogę. Strata kończyny w trakcie walki to dla niego nic, co mogłoby go wyrwać z rytmu. Miał już ułożone ręce by wystrzelić ciężkie światło, lecz nie przewidział, że Gajeel tak szybko pojawi się tuż przed nim, przebił wroga swoim żelaznym mieczem.

– Jednak... Fairy Tail...takie...słabe...nie jest... – z trudem wydusił z siebie te słowa Scott. Gajeel wyjął z niego miecz. Upadł martwy. Mag przemienił miecz z powrotem w rękę. Uklęknął przed jego ciałem.

– Gdy ciebie przebiłem... zdążyłeś wystrzelić swój pocisk... – Zaczął kaszleć krwią. – Nikt w tej walce nie wygrał... to również i mój koniec.
Z trudem wstał. Odwrócił się w stronę schronu. Szedł powolnym krokiem. Zbyt powolnym, by móc gdziekolwiek dojść. Nie miał już sił. Deszcz rozpadał się jeszcze mocniej tworząc błoto, które utrudniło mu dotarcie. Wzrok mu się rozmazywał i stracił równowagę.

Upadł.