A/N: Zapraszam do czytania!
Byłbym wam bardzo wdzięczny za każdy komentarz. Da mi to jeszcze większą wenę na częstsze ukazywanie się rozdziałów.
Story and picture by Hiro Mashima.
Rozdział XXI
Najazd – Łzy
Mirajane dłońmi chwyciła bicz, starając się poluźnić jego zacisk na szyi. Na broni były kolce, które utrudniały jej to zadanie. Michelle z drugiej dłoni wyciągnęła mały sztylet, by dopełnić zadania. Mira kopnęła ją w nadgarstek, sztylet wypadł jej z ręki, nie czekając na reakcję przeciwniczki oplotła ją swoimi nogami wokół szyi.
– Lepiej zluzuj swoją broń, nim złamię ci kark. – Spojrzała na Michelle z demonicznym wyrazem twarzy. – Nie żartuje. Już dawno przestałam. – Na jej słowa instynktownie poluzowała uchwyt. Wystarczyło to, by Mira mogła się wydostać i wyprowadzić cios w twarz.
W tym czasie Gildarts parował ciosy Ivana jednocześnie uważając, aby nie powtórzyła się ponownie sytuacja z odbiciem ciosu. Starał się zwiększać odległość pomiędzy nim, tak aby mógł użyć swojej magii. Jego przeciwnik dobrze znał jego moc, dlatego kontynuował natarcie na krótkim dystansie.
– Hm...! – Mag Fairy tail dostrzegł to. Z początku wydawało się, że sytuacja się nie zmienia, ale przeciwnik zaczął słabnąć. O jedną sekundę jego atak był spóźniony, ale ta chwila pozwoliła Gildart'sowi, by jedną dłonią złapać Ivana na nadgarstek, a drugą za ramię. Zdezorientowany Dreyar odsłonił gardę i Gidarsts szybkim ruchem obu rąk złamał mu rękę.
Ivan już od dawna nie odczuł takiego bólu.
– Kim oni są?! Są strasznie silni! – Członkowie Gildii Holy Cross z przerażeniem patrzyli jak ich towarzysze są nokautowani przez Freeda, który wciąż ma przed oczami scenę w której jego przyjaciel Bickslow jest rozszarpywany przez Smoka.
Nie tylko on jeden był pchany przez gniew. Jet również nie pozostawał obojętny. Stracił Droy'a, a teraz jeszcze Levy, która się wykrwawia. Myśl o stracie kolejnej mu tak bliskiej osoby, by prawdopodobnie nie wytrzymał.
Przeciwnicy słabli. Widząc determinację członków Fairy Tail powoli zaczęli się uginać pod ich siłą, aż wreszcie usłyszeli głos.
– Wasz mistrz nie żyje! – Przeleciało ich oszałamiające zdziwienie. Osobą, która oznajmiła to wszystkim był Elfaman, który przyniósł ze sobą do schronu Gajeela.
– Poddaję się... – powiedział członek mrocznej gildii. Wymówił te słowa i sam się zdziwił. Uświadomiło mu to, że nie był lojalny wobec swojego mistrza z szacunku, bądź podziwu tylko w głównej mierze ze strachu. Nie potrzebował widzieć nawet jego ciała, po prostu zaakceptował słowa wroga jako prawdziwe. Na jego reakcję pozostali również przyznawali się do porażki. Wszyscy uklękli i dali się związać.
– Gajeel! – Wszyscy krzyknęli. Elfman położył go tuż obok ciężko rannej Levy.
– Mój Boże, Gajeel. – Wendy nie wiedziała już co myśleć. Rana Levy był tak głęboka, że nie mogła nic zrobić, a teraz doszedł jeszcze Gajeel.
– Wszyscy... – wymamrotał ranny Mag.
– Nic nie mów! – krzyknęła Wendy. Chciała przełożyć swoją magię na dwie dłonie, by leczyć dwie osoby naraz, nim Gajeel powiedział.
– Dość... – Wendy to zignorowała i zaczęła leczyć dwójkę ledwie utrzymując poziom swojej magii. – Dziękuje za wszystko... zaakceptowaliście mnie... dziękuje... – Nikt nie śmiał mu przerywać. Odwrócił swoją głowę do Levy, a ona do niego. – Chyba wiem... w końcu... co to... za ucz..ucie...
Levy chwyciła go za dłoń. Obojgu zaczęły spływać łzy. Gajeel spojrzał jej w oczy i powiedział.
– Kocham...cię...
– Ja... też... Ciebie...kocham...
Wendy nie chciała wyłączyć swojej magii, ale wiedziała, że oni już zmarli.
Michelle szybko pozbierała się po ciosie. Zaczęła atakować swoim biczem. Mira zręcznie unikała każdych ataków. Z każdym ruchem zaczęła się coraz bardziej dostosowywać. Nim się zdążyła obejrzeć została ponownie uderzona. Złapała ją za szyję i uniosła.
– A teraz mi powiesz, co planuje Raven Tail. – Michelle zdawała sobie sprawę, że jeśli nie odpowie na jej pytania to będzie jej koniec.
W tym czasie podczas walki dwóch silnych magów, wydawać by się mogło,że zwycięzca już jest wyłoniony. Ivan miał wykręconą rękę, a z jedną nie podołałby komuś tak silnemu jak Gildarts.
– Ivan, co sprawiło, że taki się stałeś?
– A co cię to obchodzi?!
– Jesteś synem Makarova. Byłym członkiem Fairy Tail.
– Jak powiedziałeś "byłym". – Wyszczerzył się.
– Dlaczego nas atakujesz w trakcie wojny? Czemu nie wspierasz nas byśmy wspólnie mogli przetrwać, aż do jej końca?
– Nic tobie nie powiem.
Gildarts zdał sobie sprawę, że jego słowo nic już nie zmienią. – Naprawdę tego nie chce, ale... nie ma dla ciebie już nadziei. – Gildarts wyciągnął dłoń w jego kierunku, aby użyć swojej magii. Chciał już zakończyć ten odwieczny konflikt.
Chęć stałaby się czynem, gdyby nie wybuch, od tyłu, który zranił go w plecy.
– Ty głupcze! Gdy ty prawiłeś mi kazania, to ja w tym czasie przylepiłem do twoich pleców mój shikigami! – Ivan szybko podszedł i przylepił do jego klatki piersiowej kolejne, które wybuchły. Te wszystkie wybuchy sprawiły, że spowił go ogień.
Całe zajście widziała z dołu Mirajane. Ruszyła w jego kierunku. Chciała uderzyć, ale trafiła w shikigami, który odbił jej cios. Poleciała, aż w barierę, która otacza statek.
Gildarts czuł niewyobrażalny ból. Nie zdawał sobie sprawy z sytuacji. Użył swojej magii na oślep. Trafił w pokład. Zniszczył w ten sposób przednią część statku.
– Nie! – krzyknął Ivan.
Cios, który wymierzył trafił również w Kule, która pod wpływem wstrząsu wyłączyła pole ochronne. Smoki wleciały do środka. Pierwszy zaatakował Ivana. Mira chciała pomóc Gildartsowi, lecz usłyszała.
– Uciekaj!... Uciekaj!...Uciekaj!... – Mira zdawała sobie sprawę, że Gildarts już pewnie nawet nie był świadom sytuacji, ale mimo tego, wciąż na pierwszym miejscu, stawiał dobro swoich przyjaciół.
Ivan odskoczył jednocześnie w pełni pozwalając, by smok zaatakował Gildartsa. Smok go przegryzł. Mira nie wierzyła w to co widzi, chciała lecieć mu pomóc, ale wiedziała, że już za późno, a także, że musi uszanować jego ostatnią prośbę. Z trudem odwróciła się i zaczęła odlatywać. Michelle, która znajdowała się dolnym pokładzie ustawiła kulę na właściwe miejsce. Pole ochronne na nowo się zamknęło, a smoki, które dostały się do środka zostały przepołowione w kontakcie z tą magią.
Wszystkie bestie były zbyt zajęte, by zwracać uwagę na Mire. Coraz bardziej zlatywała i tuż nad ziemią jej magia się dezaktywowała. Spadła w pola kukurydzy. Była zbyt wycieńczona.
Zaczęło się rozpogadzać i można było dostrzec błękitne niebo. Jednak Mira wolała teraz leżeć na ziemi i nie spoglądać w górę. Nie wiedziała co ma myśleć. Wstrzymywała się płaczu. Usłyszała czyjś głos.
– Dobrze się Pani czuje?
– Hę? Kto to? – Podniosła głowę. Ujrzała małego chłopca.
– Widziałem jak miała Pani przed chwilą skrzydła! Czyli umie Pani walczyć z tymi potworami?!
Mirajane słuchała go jak nikogo od dawna.
– Umie Pani prawda! Widziałem jak Pani z nimi walczy! Może, więc Pani pomścić mojego Ojca?! Proszę!
– Co?
– Mojego ojca zabiły smoki! Proszę, niech Pani je pokona! – Zaczął płakać.
Mira wciąż była oszołomiona chłopcem.
– Jak się nazywasz?
– Conny. – Zaczął wycierać rękawem łzy.
– Ja jestem Mirajane, ale przyjaciele mówią do mnie Mira. Conny zostaniesz moim przyjacielem?
– Ja... – Dostrzegł, że Mirajane z trudem się wstrzymuje od płaczu. – Pani... Miro? Czy Pani też kogoś straciła?
Na te słowa objęła go.
– Skoro nawet tak małe dziecko zdołało samo przeżyć, to wciąż jest nadzieja! – Wszystko w niej wybuchło i cała jej twarz zalała się łzami. Niczym deszcz.
Laxus, Gray oraz Lucy dostrzegli schron. Byli wykończeni. Przed wejściem zwolnili, ale jak tylko zauważyli wyłamane drzwi to od razu przyśpieszyli. Znaleźli się w środku i zdali sobie z sprawę, że przybyli za późno.
