OSTRZEŻENIE! W tym rozdziale znajduje się kilka scen intymnych relacji bohaterów.


II. Zimne serca

Luna Lovegood siedziała na krześle w niewielkiej izbie na poddaszu jednego z wielu zrujnowanych kamienic Londynu. Patrzyła się tępo przed siebie nieobecnym wzrokiem. Dłonie złożyła na podołku pod blatem okrągłego stolika kawowego. Ktoś kiedyś siadał przy nim by pić z filiżanki napój gorzki, jak jej łzy, gorzki jak samotność i rozpacz zalewające jej serce. W dłoniach trzymała niewielki, biały przedmiot. Nie powinno jej tu być. A jednak zaryzykowała, nie po raz pierwszy, tylko po to, by poczuć się na chwilę tak, jak kiedyś, wyobrazić sobie miniony świat, jako tu i teraz obecny.

Nie było jej na Grimmauld Place już przeszło dwa tygodnie. Miała wrócić trzy dni temu, ale jakoś jej się nie spieszyło. Nie tęskniła za ludźmi. Wśród nich czuła się zawsze tak samo samotna i odosobniona, jak teraz. Ludzie rzadko ją rozumieli. Raczej traktowali niczym kruchy tropikalny kwiat o nieznanych właściwościach. Unikali jej, nie starali się bliżej poznać. Zupełnie, jakby bali się, że ich skrzywdzi. Czuła ich zakłopotanie i zmieszanie, gdy starali się jak najszybciej zakończyć rozmowę. Tak było zawsze, tak pozostało do chwili obecnej. Tylko Neville Longbottom i Harry Potter czasem potrafili dać jej namiastkę komfortu. Teraz zdarzało się to Fredowi. Reszta się po prostu litowała. Szczerze nienawidziła tej litości.

Miała duże, rozmarzone oczy o nieobecnym spojrzeniu. Rzeczywiście lubiła zastanawiać się, roztrząsać różne mniej lub bardziej istotne sprawy. Potrafiła zatrzymać się przed szafką i rozważać, czy kształt klamki bardziej przypomina głowę narwala, czy jednorożca. Podczas, gdy nikt nie dostrzegał tego podobieństwa, ona widziała to i znacznie więcej szczegółów świata, na które nikt inny nie zwróciłby uwagi. Świat był dla niej zawsze zbyt głośny, teraz nareszcie ucichł. To była zmiana na lepsze. Świat pełen Voldemorta stał się równocześnie bardziej spokojny. Ale brakowało w nim też porządku i stałości. To ją męczyło.

Obok pojedynczej nogi stolika, leżała rzucona byle jak torba wojskowa z zielonego, grubego materiału. Znalazła ją kiedyś na ulicy obok martwego żołnierza. Zabrała ze sobą i z pomocą Hermiony dostosowała tak, by można było bezpiecznie pomieścić w niej jak najwięcej składników. Na torbie do dziś pozostały rdzawe krople zakrzepłej krwi. Nie usunęła ich, by pamiętać o człowieku, którego fragment zabrała ze sobą. To było dla niej trochę jak pochówek. Inni uważali ten pomysł za co najmniej dziwny, jeśli nie szkaradny. Lunie podobała się prostota tej idei. Z Hermioną też nie najgorzej się dogadywała. Obydwie nigdy nie miały głowy do babskich bredni. Jednak Lovegood uważała ją za zbytnio zadufaną w sobie, a sama podejrzewała, że dziewczyna wzorem reszty ma ją za dziwadło. W pewnym sensie nim była, a przynajmniej czuła się tak w odniesieniu do pozostałych. Zawsze odstawała od reszty świata. Mogła za to winić swojego zmarłego ojca, jednak czy to miałoby jakikolwiek sens? Prawdopodobnie żaden. Wiedziała, że chciał dla niej dobrze i starał się jak mógł wspierać ją po wypadku mamy. Sam tak naprawdę nigdy się z tego nie pozbierał. Mawiał, że Luna jest do niej bardzo podobna. Może. Nie była tego w stanie stwierdzić, zbyt słabo pamiętała matkę. Widziała natomiast swoje podobieństwo do ojca. Był dziwakiem, ale kochała go tak, jak dotąd nikogo. Nawet Fred Weasley nigdy nie był jej tak bliski. Wątpiła, by kiedykolwiek się stał. Zbyt mocno się od siebie różnili. W normalnych okolicznościach pewnie nie zostaliby małżeństwem.

Poczuła, że pieką ją oczy i zdała sobie sprawę, że zapomniała o mruganiu. Westchnęła, sięgnęła dłonią do czoła, wypuszczając z rąk trzymany dotąd przedmiot.

Biała, krótka rurka upadła na pochyłą podłogę i poturlała się pod stojący przy ścianie kredens. Luna westchnęła. Czy minęło już pięć minut? Nie była w stanie stwierdzić, nie miała zegarka. W lesie i na bezdrożach łąk czas nie był ważny. A właśnie tam spędzała tygodnie podróży zbierając składniki – żywe i martwe – do laboratorium Snape'a i Granger.

woją drogą w dziwną grę grało tych dwoje, udając przed całym światem, że nic między nimi nie ma. A może rzeczywiście nic nie było? Może to ona się myliła? Wstała i podeszła do wielkiego, dębowego, niegdyś przeszkolonego mebla i uważając, żeby nie pokaleczyć się o odłamki potłuczonej szyby i porcelany, sięgnęła pod spód.

Wyciągnęła zgubę wraz z garścią kurzu i szczurzych bobków. Otrzepała rękę. Zerknęła.

─ Cholera jasna – wymamrotała i oparła czoło o chłodną powierzchnię lakierowanego drewna. Po jej policzkach niebawem znów pociekły łzy.

*sssss*

Tej nocy Hermiona i Severus nie mieli czasu na sen. Zachód słońca zawitał nad skrawek Grimmauld Place i pożarł światło z wnętrza dryfującej w morzu traw kamienicy. Pomarańczowy, wygłodniały smok wchłonął dzień i rozpostarł nad światem skrzydła nieprzeniknionych ciemności nocy. Chmury zakrywały dziś księżyc i gwiazdy, zimowe niebo było puste i ponure. Lodowaty wiatr szumiał wśród zeschłych traw i omiatał mury domu, przedzierał się szparami do wewnątrz, ciągnąc swój mroźny pochód bezlitośnie na wskroś wszystkiego.

W pracowni słychać było bulgot wywaru i rytmiczne postukiwanie moździerza. Czasem dołączał się do niego prędki stukot noża lub zgrzyt chochli o dno kotła. Poza tym w laboratorium zaległa cisza.

Nie to, żeby Mistrz Eliksirów z natury był jakiś wyjątkowo rozmowny. Nie to, żeby pogawędkom sprzyjała specjalnie pora lub okoliczności – była trzecia nad ranem, a w sypialni na piętrze leżał Fred Weasley, jedną nogą w grobie.

Hermiona i Snape nie raz pracowali już w tak nieludzkich godzinach. Nie pierwszy raz ratowali z lodowatych objęć śmierci któregoś z przyjaciół. Przyzwyczaili się do walki z czasem i własnym zmęczeniem. Po wielokroć bywało już tak, że jedno budziło drugie drzemiące nad kotłem, lub obserwowało, jak ręka towarzysza nadal miarowo miesza wywar, mimo wydobywających się z ust odgłosów chrapania. Nie mogli zawieść, nie oni. W ich rękach zawsze spoczywało zdrowie członków Zakonu Feniksa.

Jednak zwykle starali się ożywiać senną atmosferę jakimiś uwagami, czasem naprawdę drętwymi i zdawkowymi, ale nawet one zmuszały ociężały umysł do szybszej pracy. Często po prostu się kłócili, na poły ze zmęczenia, na poły bo byli po prostu takimi ludźmi – kłótliwymi, o małej ugodowości i wielkim ego. Czasem toczyli naukowe dysputy, które, czy miał rację, czy nie miał, w swoim mniemaniu zawsze wygrywał Snape. A Hermiona i tak wiedziała, że to ona ma rację, ale odpuszczała dla świętego spokoju swojego i innych.

Ale teraz cisza była inna. To nie zmęczenie, ani nieszczęście zamknęły im usta. Patrzyli na siebie ukradkiem, nagle obcy i dalecy. Pewnie zawsze tacy byli. Nic ich przecież nie łączyło. Za to dzieliło wiele. Dwadzieścia lat życia. Doświadczenia dzieciństwa. Upodobania, zwyczaje, sposób widzenia świata. On był ponurym, zgorzkniałym palantem. Ona młodą, ambitną, żądną wiedzy kobietą. On był brzydki, naznaczony wiekiem. Ona, choć nie pozbawiona wad i blizn, czasem zbyt chuda, czasem zbyt pulchna, była jednak młoda i niewinna. Delikatna. Snape czasem czuł do siebie obrzydzenie, że ośmielił się zerwać ten kwiat, który sam mu się wepchnął pod nogi. Przez wiele lat, jeszcze w Hogwarcie deptał beztrosko tę roślinkę, aż postanowił zrobić jeszcze i to. Jak nic, stary zwyrodniały zboczeniec. Ona czasem miała do siebie pretensje, że nie była gotowa oddać się Ronowi, a teraz została panienką Starego Nietoperza, który brał ją w sekrecie, na chłodno, w zapyziałej piwnicy Kwatery Głównej. Czasem czuła się jak szmata. Nie miała do niego pretensji. Sama weszła w jego szczupłe ręce.

Dzięki niemu stała się silniejsza. Dzięki niemu nauczyła się ciężko pracować, jeszcze tam, w Hogwarcie, w zupełnie innym życiu. Ale przy nim czuła się często tylko cieniem kobiety, bo wiedziała, że między nimi nie będzie prawdziwej miłości. On kochał Lilly Potter, ona Ronalda Weasley'a. Obydwoje pochowali swoje serca głęboko pod ziemią. I pod ziemią, w piwnicy znajdowali namiastkę normalności, w ramionach tego drugiego, przez jedną chwilę czuli coś innego niż nadchodzącą śmierć.

Pamiętała tę noc, prawie pół roku temu. Rona nie było. Lilly dawno odeszła. Wszyscy spali. Dom był cichy, prawie martwy, choć mieszkało w nim wtedy jeszcze dwukrotnie więcej ludzi... Długo pracowali. Snape poszedł do kuchni, zrobił im herbatę. Przyniósł na dół i wyjął z jej zdrętwiałej dłoni chochlę, którą mieszała Eliksir Nasenny. Odezwał się do niej jak zwykle, po nazwisku:

─ Odpocznij, Granger.

Wskazał herbatę, którą postawił obok jakiegoś paskudztwa, które właśnie wyjęła ze słoika wolną ręką i zamierzała kroić na absurdalnie równe kawałeczki. Spojrzeli na siebie, a ona miała wrażenie, że nie znajdują się w laboratorium, tylko w elektrowni, bo czuła jakiś niesamowity ładunek, który przeskoczył między nimi i zawisł posyłając wciąż nowe iskry. Uwarzyli do końca eliksir, w milczeniu. Kiedy odstawili go do wystygnięcia, Hermiona zdała sobie sprawę, że nie jest już wcale zmęczona. Za to było jej gorąco i duszno. Stali nad garnkiem z gorącą cieczą. Severus pachniał mocną herbatą, zwietrzałą po całym dniu wodą po goleniu i potem, w którym obydwoje pracowali. Wiedziała, że nawet jeśli dotąd się nie spociła, teraz kropelki cieczy parują z niej, jak z garnka obok. Na Merlina, co oni gotowali? Eliksir nasenny, czy Amortencję... Potem poczuła jego dłoń na nadgarstku. Kciukiem gładził wnętrze jej ręki. Patrzył na nią intensywnie, w napięciu. Czekał aż ucieknie.

Nie uciekła. Nie wiedziała, gdzie podziały się wtedy jej nieśmiałość, niepewność i brak doświadczenia. Nie powiedziała mu nawet, że to jej pierwszy raz, że nie zdążyła zrobić tego z tym, którego tak bardzo kochała. Zdał sobie sprawę dopiero, gdy poczuł jak trudno mu w nią wejść i zobaczył na jej twarzy grymas bólu. Teraz to ona patrzyła w napięciu, czekając, aż się odsunie, ale nie zrobił tego, zrozumiał. Wtedy dowiedziała się, że Severus Snape potrafi być cierpliwy i opanowany. Tamtej nocy nie krzyczała w ekstazie jego imienia, to nie była ta noc. Tej nocy nie była Panną-Wiem-To Wszystko. Tej nocy ten szczupły mężczyzna o pokrytej bliznami skórze pokazał jej jak. Ale po niej nadeszły inne noce, poranki i popołudnia, w które wszystko było już możliwe.

Teraz milczeli tak, jak tamtej nocy, ale powód napięcia był zupełnie inny. Złamali pakt, który zawarli między sobą pół roku temu.

─ Nie kocham cię Snape – powiedziała wtedy cicho, sama nie wiedząc skąd u niej ta bezpośredniość. Chyba chciała i do tej kwestii podejść precyzyjnie i dokładnie, jak do eliksiru.

─ Spokojnie Granger – roześmiał się Snape. ̶ Ja się z tobą również żenić nie zamierzam.
Potem pocałował ją namiętnie, umiejętnie. Tak, jak Ron nigdy tego nie robił. Dokładnie to jej wtedy przyszło do głowy. Cholera, Ron tak nie umiał. Jakie to było głupie... Wsunęła mu palce we włosy i zdała sobie sprawę, że ma na nich staromodną brylantynę, nie tłuszcz. Zachichotała.

Myślała potem, że wszyscy to widzą. Że zdradziła Ronalda. Ale czy można zdradzić trupa? Nawet ukochanego... Myślała, że widać po niej, że to robili, za każdym razem zdawało jej się, że nosi na sobie jakiś ślad, skazę. Potem i to jej przeszło. Tylko wyrzuty sumienia pozostały, wbrew rozsądkowi spędzały jej czasem sen z oczu.

Teraz milczeli, jak zaklęci. Ona siekała korzonki, on co chwila bełtał wywar chochlą, ucierając na pył smocze serce. W całej piwnicy cuchnęło siarką. Mistrz Eliksirów oczy miał czarne i niedostępne. To nie było tak, że doznali olśnienia, tamtej pamiętnej letniej nocy. To nie tak, że chodzili wokół siebie, jak w mugolskich komediach romantycznych. Po prostu byli najbliżej, gdy czara emocji się przelała: samotności, bólu, zmęczenia i złości. I chociaż komuś mogło to się wydać dziwnym, przecież nawet Dupek z Lochów i Panna-Wiem-To-Wszystko mieli libido.

Milczeli. Hermiona uparcie dziabała korzeń. Czy nie za drobno? Nie. Pół cala, dokładnie pół cala. Eliksir był już prawie gotowy. Fredowi nic już raczej nie groziło.

─ Nie będziemy rozmawiać? ̶ zapytała wreszcie Hermiona.

Zbył ją milczeniem.

─ Severusie...

─ Nie teraz – mruknął.

─ Ale musimy kiedyś...

─ Przyjdziesz do mnie do pokoju – wycedził. ̶ Jasne? A teraz ani słowa Granger.

Kiedy stanęła pod drzwiami pokoju Mistrza Eliksirów poczuła, że coś jest nie tak. Czy to kwestia tego, że znajdowały się nad powierzchnią ziemi, odwrotnie niż w Hogwarcie? Nie. Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że przez te wszystkie miesiące ani razu nie była w jego sypialni. To rzeczywiście był ich mały podziemny sekret. Denerwowała się...

Z zamyślenia wyrwało ją czyjeś dotknięcie. Poczuła dłoń na ramieniu. Spojrzała za siebie. Remus.

─ Lądujesz na dywaniku, co? ̶ mrugnął porozumiewawczo.

─ Co... ja... Tak. Chyba tak ─ uśmiechnęła się nerwowo. ─ Musimy coś przedyskutować...

Lupin pokiwał głową i poszedł chowając dłonie w kieszeniach. Odetchnęła z ulgą. Wyciągnęła rękę, żeby zapukać, ale drzwi otworzyły się, zanim to zrobiła.

─ Nawet Czarny Pan słyszy jak tu sapiesz, Granger – mruknął i wpuścił ją do środka. Weszła, rozglądając się ciekawie. Jednak wszystko tu wyglądało tak, jak w reszcie domu. Typowe staromodne meble Blacków. Szaro-zgniła kolorystyka. Ohydztwo. Nic, co pasowałoby do Severusa Snape'a.

─ Nie musisz się marszczyć, długo tu nie zabawisz.

Naprawdę się skrzywiła? Czy tylko robił sobie z niej podłe żarty?

─ Severusie, musimy porozmawiać.

─ Już to słyszałem ─ stał odwrócony do niej tyłem, wyglądał przez okno. - Pytanie tylko, co chce wiedzieć Panna-Wiem-To-Wszystko.

Westchnęła zniecierpliwiona kolejną kąśliwą uwagą. To było naprawdę niepotrzebne. Utrudniał i tak już skomplikowaną sytuację. A tak bardzo chciała tego uniknąć...

─ Zamknąłeś mnie w pracowni – zaczęła wreszcie cicho.

─ Z tego, co pamiętam, nie o tym chciałaś ze mną mówić – odparł chłodno.

─ Czy mógłbyś chociaż stanąć do mnie przodem? - zapytała czując, że powoli traci nad sobą panowanie.

─ Jeśli dojdę do wniosku, że CHCĘ na ciebie spojrzeć, to to zrobię Granger – mruknął. - A teraz streszczaj się dziewczyno, nie mam dla ciebie całej wieczności.

Jego głos był lodowaty, nieprzyjemny.

─ Nie zachowuj się jak dziecko, Severusie.

Oparł się plecami o ścianę wwiercając w nią zimne spojrzenie ciemnych jak węgle oczu.

─ Zadowolona?

─ Poniekąd – przestąpiła z nogi na nogę. Czuła się tu niezręcznie, nie jak gość, ale jak intruz.

─ Zaczynaj – Snape półsiedział na kamiennym parapecie. Nie miał na sobie roboczych szat. Stał w prostych czarnych spodniach od garnituru i stalowej koszuli. Na ustach błąkał się wyraz zniecierpliwienia. Uniósł lekko brwi w wyrazie oczekiwania. Przez głowę automatycznie, wbrew sytuacji, przemknął jej jeden z tych wielu momentów gdy liczyła w pośpiechu palcami guziki jego koszuli.

Nabrała powietrza.

─ Mogę? - wskazała starannie zaścielone łóżko. Przez moment się zawahał, ale potem skinął głową. Ślizgoński terytorializm. Aż do przesady. Mogli ze sobą sypiać od pół roku, ale wzdragał się, pozwolić jej usiąść na brzegu swojego łóżka.

─ Zamknąłeś mnie w piwnicy – powtórzyła uparcie.

─ Przez pomyłkę Granger.

─ Chodzisz wściekły, jak nietoperz, któremu wyłapali muchy.

─ Znowu pijesz do Nietoperza z Lochów.

─ Widocznie sobie zasłużyłeś na to miano, skoro przetrwało tyle czasu!

─ Na Merlina, dziewczyno, o co ci właściwie chodzi?! Świat się zawalił, nie ma szans, żeby się wygrzebać z tego gówna, staram się ogarnąć całą waszą dzieciarnię...

─ Więc tym dla ciebie jestem, Snape, niemądrym dzieckiem?

─ Skończ Granger, bo idziesz w złym kierunku.

─ Aż do teraz nie byłam w tym pokoju! Tworzysz wokół siebie bańkę...

─ No proszę – przerwał jej Snape głosem cichym i spokojnym, ale o niebezpiecznej barwie. Mówiąc, pochylił się w jej kierunku, opierając dłonie na udach. ─ No proszę. Hermiona Granger mówi o bańce. Czy mam ci przypomnieć, że, jak to ujęłaś, obydwoje, powtarzam, OBYDWOJE mieliśmy ponoć umowę?!

─ Zgadza się, ja nie o tym!

─ To o czym chcesz do kurwy nędzy rozmawiać, dziewczyno?! Tak, jestem oschłym palantem, zdążyłaś już chyba to sobie przyswoić przez nasze przeszło szesnaście lat znajomości. Tak, trzymam ludzi na dystans. Wszystkich. Własną matkę, gdybym ją miał, też trzymałbym na dystans! Tak, ta rozmowa jest mi nie na rękę, bo nie lubię babrać ludzkich uczuciach.

Hermiona przez chwilę milczała zaskoczona. To była chyba najdłuższa wypowiedź Snape'a w historii. Pomijając oczywiście tyrady o głupocie Gryfonów. Na ten temat Snape potrafił napisać epos. Czasem prowokowała go podczas dłużących się godzin ważenia eliksirów do tych przydługich monologów bo bała się, że któreś z nich zaśnie i wielodniowa praca pójdzie na marne.

Wyprostował się i usiadł na łóżku obok kobiety.

─ Czego ty tak naprawdę ode mnie chcesz chcesz, Granger? - zapytał. Jego ton głosu nadal był cierpki, ale już pozbawiony sarkazmu.

─ Prawdy.

Roześmiał się i wpatrzył w niebo za oknem.

─ Prawdy. Prawda jest taka, że zostały nam dni, może miesiące. W najlepszym razie kilka nędznych lat. W najgorszym, godziny. Prawda jest taka, że wszystkim, co kiedykolwiek będziemy mieć, niezależnie od czasu, który nam pozostał, jest ten dom – zamilkł na moment, a Hermiona czekała, gdyż przeczuwała, że mężczyzna jeszcze nie skończył. Przemawiała przez niego głęboka gorycz. ─ I wreszcie Granger prawda jest taka, że niczego więcej nie mogę ci zaoferować. Moje bogactwo mierzy się w czasie, który pozostał mi do przeżycia.

Popatrzył na nią. Widział w jej oczach, że go rozumie.

─ Co dalej? ̶ zapytała cicho.

─ A o co dokładnie pytasz, Granger? ─ jego głos zabrzmiał nagle dziwnie miękko.

Nie odpowiedziała. Nie potrafiła wybrać, którego pytania bardziej nie chce zadać. Czekał cierpliwie, ale ona uparcie milczała. Nie odepchnął jej, nie odszedł. Tak, jak ich pierwszej wspólnej nocy był to moment przejścia. Wyczuł to i został na posterunku.

─ Dobrze wiesz, co dalej Granger – rzekł cicho, niemal szeptem. Niemal czule. ─ W końcu będziemy musieli się pożegnać. Nie, nie tylko ty i ja. Wszyscy. Ten dom to farsa. Nasze życie to farsa. Nie trzeba tego bardziej komplikować.

─ Dlaczego więc zamknąłeś te cholerne drzwi, Snape? ─ patrzyła mu hardo w oczy; z uniesionym wysoko podbródkiem, nastroszoną czupryną, bogowie wyglądała jak najprawdziwsza Lwica Gryfindora. Godna następczyni Minerwy McGonagall. Nie zamyka się lwa w klatce...

─ Mówiłem ci już, Granger...

─ Nie, gówno mówiłeś Severusie. Obydwoje pomyśleliśmy wtedy to samo. Nie kłam proszę, wiem, że potrafisz, ale i tak ci nie uwierzę – patrzyła na niego intensywnie. Zaklął w duchu. Jej oczy miotały płomienie.

─ Skoro wiesz lepiej ode mnie, to dlaczego w ogóle pytasz, dziewczyno? ─ prychnął.

─ Bo chcę to usłyszeć od ciebie – syknęła dźgając go boleśnie palcem w tors. Złapał ją za nadgarstek, ale tym razem nie było w tym cienia pieszczoty. Przyciągnął ją bliżej wściekły, pierwszy raz od dawna czuł, że zaraz puszą mu nerwy i zrobi lub powie coś, czego będzie żałował. Odwróciła wzrok, próbowała się wyrwać. Nie pozwolił jej odejść.

─ Tego chcesz? ─ wycedził przez zęby chwytając jej podbródek wolną dłonią i zmuszając, żeby na niego spojrzała. ̶ Mojej spowiedzi?!

─ Puść Severusie – wydyszała czarownica. Oczy zaszły jej łzami. Zdał sobie sprawę, że przekroczył jakąś granicę. Chwilę jeszcze trzymał ją jak przyszpilonego motyla, trzepoczącą się w jego rękach, potem puścił.

Momentalnie odskoczyła na drugi koniec pokoju wyciągając różdżkę. Wstał. Jego dłoń drgnęła, automatycznie wędrując w kierunku tylnej kieszeni spodni, ale powstrzymał się i podniósł dłonie w górę, na wysokość piersi w pokojowym geście.

─ NIGDY WIĘCEJ SNAPE NIE WAŻ SIĘ DOTYKAĆ MNIE W TEN SPOSÓB – wypluwała z siebie wściekła i upokorzona. Otarła wierzchem dłoni łzy z oczu. Pokonała dzielącą ich odległość z wyciągniętą przed siebie różdżką, zamierzała jej użyć, nie miał co do tego wątpliwości. Wciąż trzymając dłonie w górze cofnął się kilka kroków w tył. Nie dlatego, że się bał. Działał spokojnie, instynktownie. Z pamięci. Starał się uspokoić nacierającego nań przeciwnika. Dawno już z nikim nie walczył, zamknięty wiecznie w swoim laboratorium, jedyny Mistrz Eliksirów na tym tonącym okręcie. Jednak to było jak jazda na rowerze, taniec ciał, jak w sypialni, tylko mocniejszy i zarazem bardziej kruchy... Potrafił negocjować, zwyciężać lub przegrywać wedle z góry zamierzonego planu. Teraz starał się wyhamować ten rozpędzony parowóz, w który zmieniła się dziewczyna w wyniku jego agresywnego zachowania. Odzyskał kontrolę nad sobą, czas by i ona odzyskała swoją.

─ Uspokój się Granger – powiedział tak pojednawczym tonem, na jaki potrafił się zdobyć. ̶ Nie zamierzałem zrobić ci krzywdy. To było niedopuszczalne.

─ Ty cholerny dupku – warknęła, przystawiając mu do szyi różdżkę. Przyglądał się dziewczynie spokojnie. Czekał na jej słowa, na rozwój sytuacji. Mógłby spróbować zabrać jej różdżkę lub dotknąć, ale podejrzewał, że wtedy rzuci na niego jakieś paskudne przekleństwo. Nie bał się śmierci, do bólu przywykł, wolał jednak być sprawny, gdy nadejdzie dzień ostateczny dla Zakonu, by móc... nagle go olśniło. Ona chciała odpowiedzi. Chciała PRAWDY. Trzeba było więc ją dostarczyć. Patrzył na nią z góry, wyprostowany jak strzała. Była wściekła, majestatyczna. Piękna.

Zanim jednak zdążył się odezwać, Gryfonka opuściła dłoń z różdżką i odsunęła się od niego.

─ Mów – splotła ręce na piersi. ̶ Mów, bo klnę się na Merlina, że zrobię ci coś znacznie gorszego niż Ginny Fredowi.

Mimowolnie się uśmiechnął.

─ Może i powinnaś poćwiczyć – odparł spokojnie. Patrzyła na niego, nie rozumiejąc o czym mówi. ̶ Przed Bellą. Zanim udasz się do Czarnego Pana.

─ Kurwa... ̶ wyrwało jej się. Przygryzła wargę. Przez zamieszanie z Ginny i Fredem i konflikt z Mistrzem Eliksirów zupełnie zapomniała o tej wywłoce.

─ Hermiono – usłyszała swoje imię jak przez mgłę. Zamrugała. Snape stał tuż przed nią. - Właśnie dlatego – powiedział cicho i zanim zdążyła zapytać, co dokładnie miał na myśli, zatkał jej usta pocałunkiem.

Tym razem było inaczej.

Hermiona przymknęła oczy, wypuściła nosem długo wstrzymywane powietrze. Nagle opadła z niej cała wściekłość. Trzymał jej twarz w swoich szczupłych dłoniach jakby bał się, że dziewczyna uleci, rozwieje się, przepadnie.

Bo tak właśnie miało być, czyż nie? Obydwoje dawno już przepadli.

Oddała mu się czując, że nie ma dla nich wyjścia, nie ma kompromisów, nie będzie litości.

I nie tylko dla nich.

Ginny... Fred... Remus... James... ─ wyliczała, rozpinając kolejne guziki koszuli Mistrza Eliksirów. Chwytała się go, jak tonący, rozpaczliwie biorąc wszystko, co jej dawał.

Tym razem było inaczej.

Było więcej gwałtowności i pośpiechu, były mgnienia chwil tak ostre, wypełnione desperacją... Widziała jego oczy, czarne jak mrok, który ich otaczał. Jego rysy tak ostre, jak bicze zaklęć, które nie raz pocięły jego ciało w strzępy. Czuła jego dłonie, były szorstkie i spracowane, tak różne od pościeli na której pomógł się jej położyć. Całowała jego usta, nagle niemiotające okrutnych słów, niepotrzebnych prawd, ale pierwszy raz naprawdę czułe.

Widział jej ciało, jeszcze nie zniszczone przez setki ran zadawanych zaklęciami podczas bitew i tortur, których miała doświadczyć. Czuł jej usta, miękkie i ciepłe, zupełnie inne niż chłód, który czuł w sercu przez większość swojego życia. Całował jej oczy, mieniące się światłem, którego nigdy w sobie nie miał, emanujące inteligencją, którą zawsze, chcąc nie chcąc podziwiał.

Nawet teraz, tutaj, na przedsionku zagłady musieli skomplikować sobie ostatnie chwile istnienia. Należała do niego. A on należał do niej.

*ssss*

Ginewrze Weasley trzęsły się ręce. Zaczęły chwilę po tym, gdy zrozumiała, co właśnie zrobiła Fredowi i nie przestały aż do następnego dnia. Siedziała na podłodze sypialni oparta plecami o szafę i patrzyła na swoje palce pokryte zakrzepłą krwią brata. Nie płakała, nie znalazła już łez. Była po prostu w szoku, zdezorientowana i wstrząśnięta samą sobą.

Czy to na pewno ja? ‒ zadawała sobie raz po raz to samo pytanie.

Przyprowadził ją tu Remus. Trzęsła się wtedy cała, jak w febrze. Cała była rozpalona, skóra piekła ją i swędziała zarazem, a ona trzęsła się z zimna jak galareta. Posadził dziewczynę na podłodze, poprosił Syriusza, żeby przyniósł herbatę. Piła napar podzwaniając zębami o drogocenną porcelanę pani Black. Miała nadzieję, że chociaż nie upuści filiżanki. Miała wrażenie, że brzęk rozpadającego się na kawałki naczynia przechyliłby czarę goryczy i ktoś mógłby wyrzucić ją z Kwatery Głównej w pustkę świata.

To były strasznie głupie myśli. Przecież to była tylko filiżanka starej wiedźmy, a tam, w pokoju na drugim końcu korytarza leżał jej brat, którego zmasakrowała w przypływie... czegoś. Obłędu?

Pamiętała swoje usta wypowiadające klątwę, pamiętała dłoń trzymającą różdżkę i ramię wycelowane prosto w brata. Ale nie pamiętała z tamtej chwili siebie samej. Jakby wszystko odbyło się poza jej wolą.

Mówiła to wszystkim już wiele razy, powtarzała pomiędzy przeprosinami za to, co zrobiła jemu i za to, że nie jest w stanie uronić ani jednej łzy.

─ Co jest ze mną nie tak? ─ szeptała.

Lupin starał się ją pocieszyć, mówił, że Fredowi na pewno nic nie będzie. Kiwała tylko głową. Czekała, aż sobie pójdzie. Chciała zostać sama.

Zabrał jej różdżkę.

Kiedy wyszedł, usłyszała zgrzyt klucza w zamku i stłumione przez drzwi mamrotanie zaklęć. Zamykali ją. Była przecież niebezpieczna, nieobliczalna. Czuła gorycz. Ale nie miała do nich pretensji. Co by było, gdyby zaczęła biegać i rzucać klątwy na wszystkich dookoła?

Bez różdżki czuła się niekompletna. Jednak sama miała teraz co do siebie wątpliwości. Czy to był jej pomysł, czy cudzy? Może ktoś rzucił na nią klątwę? Nie potrafiła odnieść się do tego wszystkiego.

Ostatnio czuła głównie pustkę i ból. Tęsknotę. Za mamą, tatą, zmarłymi braćmi i Harrym Potterem. Za przyjaciółmi, których oczy zamknęły się na zawsze. Bywały momenty, gdy tęskniła po prostu za starym życiem. Chciałaby wyrwać się stąd, pójść i wypić piwo kremowe w Hogsmeade albo zrobić zakupy na Pokątnej. Ale te miejsca niewiele miały obecnie wspólnego z tym, co zapamiętała ze swoich nastoletnich lat.

Czuła się zamknięta w klatce z rozpaczy i beznadziei.

Nie było dla nich szans. Nikt, może poza Remusem Lupinem, nie dawał sobie szans. James zgrywał chojraka. Snape i Hermiona rżnęli się po kątach pracowni. Syriusz chlał. Luna przynajmniej podróżowała. Glizdogon służył na co dzień za podnóżek Voldemorta. Fred… Fred chwilowo pogrążony był w magicznym letargu.

Tylko ona nie potrafiła się niczym zająć. A może właśnie to zrobiła? Może jej nowym hobby stało się wykańczanie kolejnych członków Zakonu Feniksa?

Chciałaby zrobić cokolwiek, ale wszyscy trzymali ją z dala od najważniejszych przedsięwzięć, a ona nie miała siły dyskutować. Czemu to robili? Może widzieli, że jest z nią coś nie tak. A może przeczuwali, że sobie nie poradzi? Pewnie mieli rację.

Co mogłaby robić? Na co się przydać?

Oparła głowę na kolanach i zamknęła oczy rozpaczliwie poszukując snu.

*ssss*

Hermiona leżała nasłuchując odgłosów oddechu Severusa Snape'a. W domu panował złudny spokój. Fred spał, Eliksir Krwi musiał stać jeszcze kilka godzin. Zużyli na chłopaka cały zapas, a będzie potrzebował go znacznie więcej. Nie mieli odpowiednich składników, by przyrządzić skuteczniejszy napar. Luna jak na złość nie wracała właśnie wtedy, gdy była najbardziej potrzebna Nie mieli jak jej zawiadomić. Każdy magiczny przedmiot, który zrobiła dla niej Hermiona albo gubiła, albo zwyczajnie ignorowała.

Snape lekko chrapał. Odwróciła się do niego przodem, obserwowała jego twarz. Nigdy nie widziała go śpiącego. Było to dla niej nowe doświadczenie, więc chłonęła je ciekawie. Czyli tak to wygląda…

Dziwnie było leżeć w ramionach tego zgorzkniałego przepełnionego sarkazmem człowieka. Nie potrafiłaby go sobie takim wyobrazić. Spokojnym i bezbronnym.

Mieli jeszcze kilka chwil. Za trzy kwadranse Zakon spotykał się by przedyskutować kwestię Ginny.

Merlinie. Westchnęła. Pochrapywanie Snape'a zmieniło się w regularny warkot. Przewróciła oczami. Mogła się tego spodziewać. Delikatnie, obróciła jego głowę na bok. Zaległa upragniona cisza. Starała się go nie obudzić. Nie chciała przerywać tej chwili bez słów. Podejrzewała, że potem może zrobić się trochę niezręcznie. W końcu to było jego łóżko. Jego azyl. A oni tym razem nie pieprzyli się na przypadkowym meblu. W ogóle się nie pieprzyli.

To było coś innego. Hermiona miała poczucie, że łóżko zobowiązywało. Do czegoś. W jakiś sposób. Przeczuwała, że on myślał tak samo. Czuła jego zapach, wiedziała, że nim przesiąknie. Dawno temu, kiedy budziła się obok Rona, włosy zawsze, cały dzień pachniały nim.

Bogowie, Ronald. Kiedy to było?

Raz wydawało jej się, że wczoraj, innym razem, że lata świetlne temu… W tym momencie stanowiło dalszą perspektywę...

Jego włosy na klatce piersiowej były czarne, a miejscami siwe, jak kilka pasm na skroniach. Kiedy spał rozchylał lekko usta, w kąciku zbierała się odrobina śliny. Mistrz Eliksirów spał. Wsparła się na łokciach. Co teraz będzie? Mówiła mu, że go nie kocha. On obiecał, że nie pokocha jej. Czy to nadal prawda?

─ Nie śpię Granger ─ rozległ się cierpki głos Mistrza Eliksirów. ─ I wiem, że mnie obserwujesz.

Nie otwierał oczu, z czego bardzo się ucieszyła. Nie chciała by widział, że opadła jej szczęka.

─ Co… Kiedy? ─ zapytała zaskoczona. Naprawdę dobrze udawał. Oddychał tak miarowo, leżał w całkowitym bezruchu. Ją zaraz zaczęłoby pewnie coś swędzieć i cały podstęp szlag by trafił.

─ Dokładnie wtedy, gdy próbowałaś mi skręcić kark ─ odparł całkowicie poważnym tonem. ─ Ale nie martw się, Granger, mam lekki sen, nie jest łatwo mnie zaskoczyć.

Wzdrygnęła się.

─ Mówisz poważnie?

─ Granger? ─ otworzył oczy. ─ Ile ty mnie znasz?

─ Ja… nie znam ─ odparła, zdając sobie równocześnie sprawę z tego, jak bardzo prawdziwe są te słowa. Po przeszło piętnastu latach nie wiedziała o nim prawie nic.

─ Chrzanisz farmazony – burknął, usiadł na łóżku i sięgnął po spodnie. Żadnego przywitania, po prostu wstał bez słowa. Z resztą, czego ona się spodziewała?

─ Nie wiem, co lubisz jeść, co robisz w wolnym czasie, nie znam twojej przeszłości, twoich marzeń,planów… ─ wypaliła jednym tchem.

─ Przygotowałaś to sobie wcześniej, Granger? ─ skrzywił się zapinając skórzany pasek.

─ Tak, oczywiście, Snape, bądź zgryźliwym tchórzem ─ warknęła i też zaczęła się przygotowywać na spotkanie.

─ Naprawdę chodzą ci po głowie takie brednie Granger? ─ popatrzył na nią tak, że poczuła się mała. ─ Nie miałem cię dotąd za małostkową.

─ Mniejsza z tym – mruknęła.

Nie było już czasu na kolejną kłótnię. Stali i mierzyli się nawzajem wzrokiem.

─ Pójdę po Verisaterum – zaproponowała Hermiona bezbarwnym głosem.

─ Pójdź – zgodził się chłodno Snape. Pozapinał guziki koszuli, rzucił na nią zaklęcie prasujące i wyszedł z pokoju nie oglądając się na kobietę.

Gdy Hermiona wróciła z małą szklaną buteleczką, wszyscy czekali już w pokoju narad. Wszyscy to było może zbyt duże słowo. Jak zazwyczaj brakowało Glizdogona i Luny, a Syriusz obecny był głównie ciałem: zdawał się spływać z fotela, nadal odurzony wieczornym ciągiem picia. Rozejrzała się po twarzach pozostałych. Remus, który patrzył dotąd przed siebie zmęczonym, pustym wzrokiem, zwrócił ku niej twarz i zmusił się do krzepiącego uśmiechu, starając się dodać dziewczynie otuchy. James wyszczerzył się, przywiódł jej na myśl swojego Harry'ego. Snape, jak szara eminencja, tkwił gdzieś w kącie okryty mrocznym płaszczem swoich myśli. Udawał, że jej nie widzi. Trochę ją to zabolało.

Przeszła przez pokój i zajęła swoje stałe miejsce obok Lupina. Wreszcie spojrzała na Ginny. Siedziała ze wzrokiem utkwionym w swoich stopach, starała się zniknąć. Nie dziwiła jej się. Hermiona sama była tym wszystkim zaskoczona, czuła się zupełnie, jak w swoim dziwnym śnie – winna temu, co przydarzyło się przyjaciółce. Czuła, że ją zawiodła, że nie zauważyła czegoś oczywistego. Fakt, Ginewra było ostatnio bardzo przygnębiona i nieobecna, zważywszy na okoliczności miała do tego całkowite prawo. Czy aż tak się co do niej pomyliła? Czy zlekceważyła oznaki czegoś poważnego? A jeśli nie, to dlaczego przyjaciółka to zrobiła? Co takiego zrobił Fred, że rzuciła się na niego jego własna siostra?

─ Ginny, musimy porozmawiać – zaczęła Hermiona. Nie doczekawszy się jednak reakcji rudej przyjaciółki podjęła znowu. ─ Wszyscy musimy usłyszeć, co wydarzyło się w pokoju Freda. Pamiętaj, Ginn, nikt tutaj nie jest twoim wrogiem, nikt cię nie skrzywdzi, cokolwiek by nie zaszło… ─ w miarę, jak mówiła, była co raz mniej pewna swoich słów. Miała nadzieję, że nigdy nie dojdzie do sytuacji, gdy ktoś jej bliski zdradzi i będzie trzeba wymierzyć sprawiedliwość…

─ Wszyscy składaliśmy przysięgę – kontynuowała, gdyż nikt nie chciał się odezwać. Czuła na sobie spojrzenia pozostałych członków Zakonu, były ciężkie, wyczekujące. Zerknęła na Remusa. Mrugnął do niej na znak, że słucha. ─ Przyrzekaliśmy chronić się nawzajem i bez względu na okoliczności nie przejść na stronę Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Obiecywaliśmy też pomagać sobie nawzajem w trudnych sytuacjach. To jest jedna z nich. Ginny, możesz być wobec nas szczera. Pomożemy ci przez to przejść.

─ Na pewno masz coś do powiedzenia – dołączył się Lupin. Ginny nie podnosił jednak wzroku. Siedziała skulona, jak zaszczute zwierzątko. Hermionie pękało serce. Gdyby mogła, oszczędziłaby tego przyjaciółce, jednak nie można było stosować wobec nikogo taryfy ulgowej. Gdyby to robili, Zakon Feniksa już dawno zostałby unicestwiony.

─ Ginn, musisz z nami porozmawiać – nalegała Hermiona. ─ Podam ci teraz Verisaterum, dobrze? - podeszła do Weasley'ówny. Ginny uniosła głowę.

─ Ok – wyszeptała. Uściskały się. Znad ramienia przyjaciółki starsza z dziewczyn odszukała wzrokiem siedzącego w kącie Snape'a. Przyglądał się wszystkiemu spokojnie z twarzą pozbawioną wyrazu.

Accio szklanka z wodą – Hermiona wycelowała różdżkę w kierunku stolika. Wkropiła kilka kropel do napoju i podała Ginewrze.

─ Dobrze, Ginny, no to do dna – Hermiona wyciągnęła w kierunku dziewczyny flakonik z wywarem, uśmiechając się blado.

Ruda skinęła głową, przyłożyła buteleczkę do ust i wychyliła zawartość. Westchnęła.

─ No to czekamy – powiedział cicho Remus.

─ Czekamy – zgodziła się Granger wróciwszy na swoje miejsce. ─ Za kilka minut zaczniemy zadawać ci pytania, Ginn – poinformowała.

─ Przecież wiem – dziewczyna wzruszyła ramionami. ─ Naprawdę, Hermiono, nie musisz się tak o mnie martwić. Poradzę sobie – zaśmiała się smutno. ─ Już nic gorszego mnie chyba nie spotka, prawda? ─ popatrzyła po twarzach zebranych. ─ Zginęła prawie cała moja rodzina, a brata, który przeżył prawie wykończyłam własną różdżką.

─ Ginn…

─ Taka jest prawda, Hermiono – odparła Ginny. ─ To wasze Verisaterum nie jet mi wcale potrzebne. Jest potrzebne wam, rozumiem to, musicie mieć jakiekolwiek potwierdzenie mojej prawdomówności. Tylko ja i tak wam nic nie powiem, bo nie wiem, co wtedy zaszło.

─ Jak to nie wiesz? ─ zapytał James. ─ Dobrze słyszę? Nie wiesz, czemu ugodziłaś brata zaklęciem Smarkerusa?

Snape parsknął z kąta.

─ Dobrze słyszysz – Ginny otarła oczy rękawem. Ręce znów zaczęły jej drżeć. ─ W jednej chwili stałam i rozmawiałam z nim o jakiś totalnych głupotach, w następnej słyszałam, jak wymawiam klątwę. Nie wiem, czemu to zrobiłam – rozłożyła ręce. ─ Prawdę mówiąc – dodała po chwili – czułam się tak, jakbym to nie była ja.

─ Imperio – mruknął Lupin.

─ Nie, Remusie, nie sądzę – odparła Hermiona.

─ Czego nie sądzisz, Granger, że tak ośmielę się spytać? ─ zapytał Snape.

─ Gdybyś siedział bliżej, Smarku, usłyszałbyś wszystko – zadrwił Potter.

Hermiona posłała Mistrzowi Eliksirów wymowne spojrzenie.

─ Nie mam zamiaru się stąd ruszać. A wam radzę powtórzyć.

─ Bo odejmiesz punkty Gryfindorowi? ─ zadrwił James.

─ Zaraz pożałujesz Potter warknął Snape.

Hermiona westchnęła zniecierpliwiona i zła. Była już tak zmęczona, że jedyne o czym teraz marzyła, to miękka poduszka i koc.

─ Czy możemy to zakończyć? ─ poprosiła. ─ Wszyscy jesteśmy zdenerwowani, zmęczeni i niepewni. Porozmawiajmy, dowiedzmy się wszystkiego i pójdźmy do swoich zajęć.

Odpowiedziały jej pomruki zgody i pochrapywanie śpiącego Syriusza. Miała ochotę go przekląć.

─ Remus podejrzewa, że Ginny może być pod wpływem Imperiusa, ale ja mam odmienne zdanie – wyjaśniła Granger. ─ Ośmielam się je mieć, Severusie, ponieważ kilka dni temu rzuciłam na Ginewrę kilka zaklęć sprawdzających. Przepraszam cię Ginny, musiałam – spojrzała na przyjaciółkę.

─ Nie przejmuj się Hermiono, też bym sobie nie ufała – dziewczyna starała się uśmiechnąć, ale wyszło jej to dosyć sztucznie. Widać było, że jest jej przykro.

─ Więc, co, mamy uwierzyć, że to był wypadek? Że przez przypadek prawie zabiłaś Freda – dociekał James.

─ Nie wiem, co się stało – odparła Ginewra. ─ Nie powiem więcej, niż wiem. I uwierzcie. Też zależy mi na tym, by poznać prawdę. Myślicie, że jestem szczęśliwa? Zabraliście mi cholerną różdżkę, bo nie wiadomo, czy nie zrobię krzywdy komuś jeszcze. Sama tego nie wiem – teraz i Ginny zaczęła się irytować.

─ Ginny, posłuchaj, wiem, że jest ci ciężko, zaraz kończymy – Hermiona starała się uspokoić przyjaciółkę.

Snape wstał i wyciągnął swoją różdżkę.

─ Myślę, że możemy to zakończyć teraz Weasley ─ powiedział chłodno.

─ Co zamierzasz zrobić, Severusie? ─ zapytał zaniepokojony Lupin.

Snape sięgnął za pazuchę, jego ruchy śledziła przerażona Ginny.

─ Spokojnie, dziewczyno, przecież cię nie zabiję – zarechotał. Pokazał zebranym dwie buteleczki: jedną pustą, drugą wypełnioną fioletowym płynem.

─ Za chwilę umieszczę w niej kilka twoich wspomnień ─ poinformował podnosząc pusty flakonik.

─ A ta? ─ zapytała zaniepokojona Ginny. ─ Chyba nie chcesz mnie otruć, Snape.

─ Panno Weasley, możesz mi powiedzieć, jak udało ci się zaliczyć drugi rok Eliksirów? ─ zapytał uśmiechając się wrednie.

─ Na Merlina, Snape, ona jest roztrzęsiona – warknęła Hermiona i dodała ─ To Eliksir Słodkiego Snu Ginny, pamiętasz?

Ginny patrzyła nieufnie to na jedno, to na drugie.

─ Dobra – zgodziła się wreszcie. ─ Weźcie te wspomnienia w cholerę.

─ Wypij Eliksir Ginn – poprosiła Hermiona. ─ Przyda ci się trochę odpoczynku.

Dziewczyna niechętnie skinęła głową i wyciągnęła rękę po fiolkę z wywarem.

─ Różdżkę odzyskasz, kiedy tylko wyjaśnimy ten bałagan – Remus uśmiechnął się krzepiąco.

─ Jeśli go wyjaśnimy, Lupin – warknął Snape.

─ Skoro tak to ujmujesz, Severusie – wilkołak nie chciał się już kłócić. ─ Chodź, Ginewro, odprowadzę cię do pokoju, potem – zwrócił się do pozostałych – omówimy kwestię Belli.

Remus i Ginny wyszli z salonu. Hermiona odprowadziła ich wzrokiem, po czym odwróciła twarz w kierunku Snape'a. Była wściekła.

─ Musisz być taki wstrętny? ─ syknęła dziewczyna.

Mistrz Eliksirów popatrzył na nią spod uniesionych brwi.

─ A czy niebo jest niebieskie?

─ Aktualnie, Snape, to jest przykryte chmurami – warknęła Hermiona. ─ I nawet gdyby było różowe i latały po nim pegazy, ty nadal byłbyś takim samym dupkiem.

Touche – mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie i oddalił na swoje ulubione miejsce.

Hermiona napotkała ciekawskie spojrzenie Pottera. Odwróciła wzrok. Jeszcze tego jej brakowało. Węszącego Huncwota.

Po chwili wrócił Lupin. Dziewczyna chrząknęła i usiadła. Czekała ich kolejna długa rozmowa, kolejna sprzeczka. Kolejne niepotrzebne złośliwości Mistrza Eliksirów. Co ona w nim właściwie widzi?

Lupin chrząknął.

─ Będziesz tak miły, Severusie i wyjaśnisz nam wszystkim, skąd wzięła się w kuferku Moodiego pani Lestarange?

Syriusz Black nagle zachrapał głośniej i otworzył oczy.

─ Powiedziałeś Lestrange? ─ wychrypiał.

─ Tak, Syriuszu – James uśmiechnął się do przyjaciela. ─ Ta suka siedzi w kufrze Szalonookiego.

─ Co ty gadasz – Syriusz ożywił się, potarł knykciami czerwone oczy. Hermiona odwróciła wzrok. Był żałosny. Najbardziej żałosny z nich wszystkich. Czasem, gdy na niego patrzyła robiło jej się niedobrze. Syriusz zawsze lubił zaglądać do kielicha. Pewnie doświadczenia poprzedniej wojny zostawiły na nim ciężkie piętno. Jednak po śmierci Harry'ego załamał się tak, jakby młodszy Potter był jego synem. W pewnym sensie rzeczywiście tak było, Black został przecież jego ojcem chrzestnym. Jednak Hermiona miała poczucie, że kryje się za tym jakaś większa tajemnica. Cokolwiek jednak stało się w przeszłości, spowodowało, że obecnie Syriusz Black był wrakiem, osiadłym na dnie butelki z Ognistą.

─ Severusie – dziewczyna postanowiła ignorować Blacka – możesz?

Snape wykrzywił usta w sarkastycznym uśmiechu. Dobrze wiedział o co jej chodzi.

─ Ja mam czas – powiedział wzruszając ramionami.

Zgromiła go spojrzeniem.

─ Ale skoro tobie tak się spieszy Granger… powiedzmy, że tym razem przychylę się do twojej propozycji. Mamy pracę do wykonania. Niedługo trzeba będzie wlać w Weasley'a kolejne hektolitry wywaru. Więc proszę, oto jestem – ściągnął usta widząc wyraz ulgi na twarzy dziewczyny.

─ Snape… ─ Syriusz najwyraźniej miał coś jeszcze do powiedzenia, jednak Mistrz Eliksirów uciszył go jednym spojrzeniem. Dawny Black nie pozwoliłby sobie na takie traktowanie, jednak obecny usiadł grzecznie, jak zganiony pierwszoroczny Puchon.

─ Kilka dni temu miałem wartę nocną – zaczął niechętnie. ─ Postanowiłem wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się po okolicy. Byliśmy w wiosce, wydała mi się znajoma, więc poszedłem kawałek, żeby rozeznać się w sytuacji. Było ciemno, mgliście, nie bałem się, ze zostanę zauważony. Wtedy usłyszałem ten cholerny śmiech… Stała pod jakąś knajpą rozchichotana z dwójką jełopów. Najpierw oszołomiłem ją, zanim zdążyła mnie zobaczyć, potem spetryfikowałem durniów. Mieli refleks ślimaków w formalnie. Koniec – usiadł w zamaszysty, teatralny sposób.

─ Hermiona zgłosiła się na ochotnika, by udawać Bellę – wyjaśnił Lupin. ─ Mamy nadzieję, że jest to szansa na radykalną zmianę sytuacji Zakonu.

─ Przynajmniej Peter nie będzie już samotny – zachichotał Syriusz.

─ Przymknij się Black ─ warknął Snape.

─ Tak, tak, Syriuszu, uważaj, Smark robi się wyjątkowo drażliwy, gdy zaczynamy komentować pomysł Hermiony – wyszczerzył się do przyjaciela.

─ Potter, nierobie, pilnuj swojego nosa, gdyby nie pamięć o twojej żonie… ─ Snape zacisnął pięści.

─ Już ci chyba wyparowała z głowy, co Smarku? – zaśmiał się James i wskazał brodą stojącą obok Hermionę.

─ Stare osły – warknęła dziewczyna. ─ Kiedy wy wreszcie dorośniecie.

Snape wstał z fotela.

─ Dość już tego Potter. Jeśli chcesz porozmawiać o Evans, zróbmy to na osobności, ale nie obiecuję, że wrócisz w jednym kawałku. A teraz idź karmić swoje rybki i leczyć zranione serduszko ─ zakpił. ─ Chodź Granger, podamy Weasley'owi eliksir i zapoznam cię z moją starą przyjaciółką Bellą.

Dziewczyna stała całą jego przemowę patrząc na Mistrza Eliksirów z twarzą pozbawioną wyrazu. Kolejna narada Zakonu Feniksa zamieniła się szybko w dziecinadę pełną przepychanek słownych i gróźb bez pokrycia. I do tego jeszcze wyciąganie ich relacji...

─ Spieprzaj Snape – powiedziała zimno Hermiona. ─ A ty, James, nie masz wstydu. Obaj – wyciągnęła przed siebie palec wskazujący i przesuwała go od jednego do drugiego czarnowłosego mężczyzny – nie zbliżajcie się do mnie bo przeklnę – obiecała.

Przepchnęła się obok zaskoczonego Snape'a i zeszła na dół by zaszyć się w kuchni.

Już z półpiętra słyszał brzęk szkła i przekleństwa Hermiony.

Dobrze, że udało się wreszcie unieszkodliwić portret matki Syriusza – pomyślał Remus uśmiechając się pod wąsem.

─ Zaproponowałbym ci herbatę albo gorącą czekoladę, ale chyba jesteśmy na to za starzy i zbyt zdruzgotani – powiedział do pleców czarodziejki stając w progu.

Hermiona odwróciła się zażenowana. Lupin stał oparty o framugę z rękami splecionymi na piersi. Uśmiechał się pod wąsem.

─ Przyłapałeś mnie ─ stwierdziła.

─ Na uszczuplaniu domowej apteczki Blacka? Za sam zamiar powinnaś dostać Order Merlina Pierwszej Klasy. Przysięgam, że dopilnuję tego, gdy wojna się skończy.

Zaśmiała się.

─ Dziękuję, Remusie.

─ Nie ma sprawy – odpowiedział Lupin. Podszedł i sięgnął do szafki, w której dotąd szperała Granger. Wyciągnął nieotwartą jeszcze butelkę Ognistej Whiskey.

─ Nie brałbym czegoś, co pił już Syriusz. Zwykle nie trudzi się szukaniem szklanek.

Hermiona wylewitowała dwie na stół a wilkołak nalał obydwojgu trochę aromatycznego, bursztynowego płynu. Usiedli na krzesłach obok siebie. Stary drewniany stół nosił na sobie ślady dziesiątek lat używania – bicia kotletów, krojenia i szorowania. Pewnie kiedyś robiła to służba pod czujnym, złośliwym okiem pani Black.

─ Za co pijemy? ─ zapytała Hermiona unosząc lekko przechyloną szklankę.

─ Za tu i teraz? ─ Lupin odpowiedział pytaniem na pytanie.

Skinęła głową.

─ Za tu i teraz.

Rozbrzmiał brzęk szkła, gdy ich szklanki stuknęły się ze sobą. Patrzyli na siebie biorąc pierwszy łyk trunku.

─ Wszystko w porządku Hermiono? ─ zapytał po chwili Lupin.

─ Jak widać – czarownica wzruszyła ramionami. ─ Okazuje się, że tajemnica dawno nie jest tajemnicą i czuję się z tym… podle.

Remus uśmiechnął się.

─ Wszyscy tu jesteśmy dorośli – powiedział łagodnie.

─ Czy na pewno? ─ Hermiona popatrzyła na niego spode łba.

─ Pijesz do Jamesa i Syriusza?

─ Zapomniałeś o pewnym Dupku z Lochów – mruknęła.

─ Nie wiem, czy powinniśmy…

─ Na Merlina, Lupin, czy ty myślisz, że zamierzam opowiadać si o szczegółach swojego życia erotycznego ze Snapem? ─ parsknęła śmiechem i zakrztusiła się Ognistą.

Po kilku dobrych minutach kaszlu, z policzkami mokrymi od łez i obolałymi plecami, w które klepał ją Remus, Hermiona odetchnęła wreszcie spokojniej.

─ To chyba nie jest wystarczający powód do tak dramatycznej śmierci – Lupin podał jej chusteczkę do otarcia twarzy.

─ Myślisz? ─ zapytała kobieta uśmiechając się krzywo. ─ Utopienie w Ognistej. Masz rację, nie mogę zabrać celu życia Syriuszowi.

─ Za to wypiję – Lupin dolał im obydwojgu i brzęknął szklanką o szklankę Hermiony.

─ Za co? ─ zapytała, jeszcze półprzytomnie.

─ Za cel życia ─ doprecyzował wilkołak.

─ Masz jakiś do oddania? ─ Hermiona patrzyła na niego z przechyloną na bok głową.

Lupin zaprzeczył.

─ Pytasz nie tego człowieka.

Uśmiechnęła się, pochyliła i pocałowała wilkołaka w policzek.

Patrzył na nią skonfundowany.

─ Dziękuję – wyjaśniła. ─ Że tu jesteś.

─ Tylko mnie nie zagroziłaś klątwą – Remus odwzajemnił uśmiech czarownicy. ─ To może być bezpośredni powód, dlaczego nie ma tu kogoś innego. Twoja groźba.

─ Myślisz? – zachichotała. Była tak zmęczona, że niewiele trzeba było, by poczuła się wstawiona.

─ Mówię całkiem poważnie. Nie wyglądało, jakbyś żartowała.

─ Bo nie żartowałam… ─ Hermiona wpatrywała się w swoje palce oplatające szklankę jakby nieco naburmuszona.

─ Jednak sądzę, że ten idiota i tak by tu nie przyszedł. Jest zbyt dumny.

Lupin zmilczał.

─ Miewasz dalej te sny? ─ zapytał po chwili.

─ Sny? ─ zerknęła na Lupina. Wypiła resztę trunku ze szklanki i dolała sobie kolejną porcję. Kiwnęła butelką w stronę wilkołaka, ale ten pokręcił głową. Skoro Hermiona postanowiła wypić więcej niż powinna, on musiał być trzeźwy, żeby pilnować czarownicy. Nie miał pojęcia jak bardzo jest zła i rozgoryczona wszystkim, co ją do tej pory spotkało. Nie wiedział, jakie emocje może nosić w swoim drobnym ciele. Mieli już dość tragedii. Niepotrzebne były kolejne.

─ Te, w których obściskujemy się na łące? ─ zapytała zamroczona. Po kilku chwilach i napotkaniu pytającego spojrzenia Lupina zdała sobie sprawę, jakie głupoty wygaduje.

─ Ostatnio śniła ci się Ginny pojmana przez Śmierciożerców. Nie mogliśmy cię z Fredem obudzić, to było naprawdę niebywałe.

─ Lubię twoje eufemizmy Remusie – upiła spory łyk. ─Też o tym cały czas myślę – przyznała. ─ To znaczy o Ginn, nie o obściskiwaniu. I nie obściskiwaliśmy się w ścisłym tego słowa znaczeniu… ─ urwała, zdając sobie sprawę, że się mota. ─ I nie, nie miałam snów, ani normalnych, ani dziwnych. Nie śpię od jakiś trzydziestu godzin. Nie miałam okazji.

Lupin skinął głową.

─ Przepraszam – powiedziała. ─ Gadam straszne głupoty.

Machnął ręką.

─ Już nie pij dzisiaj Hermiono, dobrze?

─ Aha.

─ Chodź, odprowadzę cię do łóżka.

─Ok… Severusie – zachichotała gdy wilkołak pomagał jej wstać z krzesła. Puścił ten żart mimo uszu.

Jakby na wezwanie w progu kuchni stanął Mistrz Eliksirów.

─ Granger… ─ zaczął, ale urwał widząc prowadzącego dziewczynę Remusa. ─ Lupin, co ty tu robisz i co do cholery stało się Granger?

─ Ognista – wyjaśnił Remus.

─ I co masz zamiar z nią zrobić? ─ Snape patrzył na niego podejrzliwie.

─ Rozebrać i zgwałcić ─ zachichotała czarownica. ─ Dziękuję, Remusie, jakoś sama dojdę, zanim ten dureń wydrapie ci oczy ─ spojrzała na drugiego mężczyznę. ─ Chciał mi pomóc dojść do pokoju Snape – wycedziła.

─ Nie ma mowy – warknął wściekły.

─ Severusie… ─ Lupin starał się załagodzić sytuację. Z tym człowiekiem trudno było poradzić sobie na trzeźwo, a Hermiona teraz zupełnie nie była sobą.

─ Dam sobie radę, Remusie. Zostaw nas samych – wyszeptała kobieta poklepując wilkołaka po ramieniu. Ten westchnął, ale chcąc, nie chcąc posłuchał i oddalił się schodami na piętro. Już i tak za bardzo się wtrącał.

─ Nie ma mowy – powtórzył Snape.

─ Z czym znowu nie ma mowy, co Severusie? ─ Hermiona oparła się o ścianę. Nagle ją olśniło. ─ To, co wtedy słyszałam w nocy. Słyszałam, jak wlokłeś Bellę do piwnicy.

Snape prychnął.

─ Nie zaprzeczasz, czyli mam rację – powiedziała głośniej i wycelowała w mężczyznę palec wskazujący. ─ Porwałeś ją i nic mi nie powiedziałeś.

─ Chodź Granger – złapał ją bez większych ceregieli za przedramię i pociągnął za sobą jak uczniaka. ─ Zaraz wytrzeźwiejesz.

W akompaniamencie syków przekleństw i pozostałych utyskiwań młodej wiedźmy zeszli do laboratorium. Snape zamknął za nimi drzwi i przywołał zaklęciem buteleczkę z pomarańczowym płynem.

─ Wypił – polecił sucho.

─ Co to jest? ─ Hermiona wzięła flakonik z jego ręki, odetkała go i powąchała nieufnie.

─ Eliksir, który zmieni cię w żabę. Granger na Merlina, czyś ty resztki rozumu spłukała z Ognistą?

─ Może – wzruszyła ramionami, najwyraźniej dobrze bawiąc się kosztem mężczyzny.

─ To wywar trzeźwiący ─ mruknął.

─ Nie można było tak od razu? ─ zachichotała. Snape przez chwilę myślał, że Granger go upuści, bo w jej oczach zapaliły się na moment psotne iskierki. Jednak dziewczyna zaraz potem wychyliła buteleczkę szybkim jednym łykiem. Wzdrygnęła się.

─ Ohyda – burknęła. ─ Co to jest?

─ Moja własna receptura – odpowiedział Severus z niejaką dumą.

─ To dlatego jest takie obrzydliwe ─ westchnęła.

─ Chyba dałem ci za małą dawkę – mruknął i już wyciągał różdżkę, ale Hermiona złapała go za łokieć.

─ Tylko żartuję Severusie.

Uśmiechnął się krzywo.

─ Ma tę przewagę nad klasycznym eliksirem o tym samym działaniu, że zawiera jeszcze zachętę behawioralną do zachowania trzeźwości.

─ Oj zawiera – przytaknęła ochoczo. ─ Smakuje jak wymiociny i … ─ zastanowiła się chwilę, mieszając śliną w ustach ─ … i śluz ślimaków… Błagam, powiedz mi, że nie ma tam żadnej z tych rzeczy…

Mina Snape'a pozbawiła ją wszelkich złudzeń. Zrobiło jej się niedobrze.

─ Zastanawia mnie tylko Granger, skąd wiesz, jak smakuje śluz ślimaków… ─ zarechotał Snape.

─ Nie pytaj, nie powiem – mruknęła.

Snape podszedł i pocałował ją delikatnie.

─ Śmierdzę tym… czymś… ─ wymamrotała mu w usta.

─ Mhm…

Spojrzała na niego.

─ Czy ty się właśnie próbujesz na mnie negatywnie uwarunkować?

─ Bardziej i tak się nie da – odpowiedział Snape. ─ Chodź Granger. Eliksir podałem Weasley'owi bez ciebie, ale za Bellę przebierać się nie mam zamiaru.

Hermiona patrzyła chwilę na jego plecy, gdy oddalał się w głąb pomieszczenia. Pogodzili się? Raczej zawarli rozejm na poczet zadań, które mieli dziś jeszcze do wykonania. Dobrze więc, pójdzie za nim wgłąb cholernego kufra.

Podeszła do niego, Snape podał jej rękę pomagając wejść do środka. Spojrzenia dwojga czarodziejów spotkały się na moment i Hermiona dostrzegła w oczach Mistrza Eliksirów niewyobrażalną ciemność nie mającą nic wspólnego z ich kolorem, kłębiącą się wokół jego duszy. Zdała sobie sprawę, że stoi przed nią człowiek o wnętrzu tak przeżartym, jak płuca palacza. Człowiek, który całe lata filtrował zło, którego doświadczał i które czynił. Dostrzegła w jego oczach mrok i coś jeszcze. Czuła to w sposobie, w jakim trzymał jej dłoń. Nie wiedziała, co to za emocja, ale miała pewność, że nie odpuści, dopóki tego nie zrozumie. Na razie miała wobec niego niejasne poczucie winy, którego powodu nie potrafiła określić. Zeszli razem w głąb czarodziejskiego kufra Szalonookiego by spotkać jedno z najczarniejszych serc Wielkiej Brytanii.