Jak Wam się podoba? Kurczę, nic nie piszecie.
Pojawia się scena erotyczna.
III Na samo dno
Na dole stały trzy krzesła i niewielki stolik. Panował półmrok. Pomieszczenie wyglądało jak piwnica, miało ceglane ściany i wylewaną posadzkę. Dalej prowadziły drewniane drzwi. Wydawało jej się, że kiedyś kufer był znacznie mniejszy.
Spojrzała pytająco na Mistrza Eliksirów. Zmarszczył brwi.
─ Kufer – wyszeptała mu do ucha. ─ Jest większy.
Skinął głową.
─ Flitwick – odpowiedział półgębkiem. Odwrócił się i chciał otworzyć drzwi prowadzące do lochu, ale Hermiona złapała go za rękaw. Spiorunował ją wzrokiem, ale zaraz tego pożałował. Twarz kobiety emanowała takim zmęczeniem, że sklął sam siebie za swoją reakcję.
─ Co, Granger, masz jakieś spóźnione przemyślenia? ─ zapytał i znów zabrzmiało to ostrzej niż się spodziewał.
Pokręciła wymijająco głową. Westchnął. Głupia dziewczyna chciała jego wsparcia. Szukała go u człowieka, który znacznie lepiej nadawał się na obozowego kwatermistrza niż psychoterapeutę. Szukała go u człowieka, który sam czuł wściekłość z powodu jej wyboru, jej brawury, odwagi i poświęcenia. I choć wiedział, że nie ma lepszej osoby, że nikt inny nie mógłby się podjąć tego zadania; choć już w momencie, gdy opowiadał o swoim planie Lupinowi, miał świadomość, kto się go podejmie, teraz wewnątrz wył, naprawdę wył i miał ochotę wyć na głos, mordować i krzyczeć, bo wiedział, że świat zabiera właśnie ostatnią osobę, na której mu zależy. Ale na zewnątrz był chłodny, jak zwykle zimny, niedostępny ─ i zamierzał takim pozostać. Nie umiał mówić od serca, często zastanawiał się, czy je jeszcze ma. Kiedyś kochał pewną kobietę i nie potrafił jej tego okazać w żaden zwyczajny sposób. Kiedyś kochał kobietę i stracił ją dwukrotnie. Raz na długie lata, drugi raz na zawsze. Nie potrafił kochać i przyjmować miłości. Stał teraz i patrzył na młodą czarownicę, która w swojej głupocie ufała mu i choć obydwoje starali się nie angażować w nic poważnego, wiedział, aż za dobrze, że czeka ich równia pochyła. Widział to w jej oczach, widział to w swoich, gdy rano spoglądał w lustro. Czuł to w każdym dotyku jej drobnych palców, w każdym centymetrze jej skóry, słyszał w oddechu i bezładnym, bezrozumnym szepcie zaplątanym między ich splecionymi w łóżku włosami. Potrafił wywęszyć to w zapachu jej skóry i dostrzec w sposobie w jaki szukała smaku jego ciała. Rozpoznał to we własnej zachłanności. Wiedział, że rozbijają wzajemnie swoje barykady. I czuł, że to starcie będzie śmiertelne. Dla nich obojga.
Złapał jej twarz w dłonie, najdelikatniej, jak potrafił, chociaż miał świadomość, że i tak wychodzi mu to stosunkowo szorstko. Przysunął się do niej i wyszeptał jej do ucha przez zaciśnięte zęby:
─ Przysięgam ci Granger, choćbym miał sam zdechnąć, nie pozwolę ci spaprać tej roboty, jasne?
─ Jasne, Severusie – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem.
─ A teraz weź się w garść Granger, bo to, co zastaniesz po drugiej stronie nie okaże ci grama serca, zrozumienia, ani innych ludzkich uczuć, które sama odczuwasz w tej swojej naiwnej główce ─ wyszeptał. ─ Weź się w garść, bo ona, chociaż pozbawiona wolności, będzie się starała ugodzić w ciebie wszystkim, co ma. Wiesz dobrze, że wywlecze wszystko, co może, żeby tylko zadać ci ból, bo z niego czerpie siłę. Je i pije, jak my, ale tak naprawdę żywi się strachem i rozpaczą, tak jak jej Pan.
─ Jak twój Pan ─ odpowiedziała cicho, patrząc mu głęboko w oczy.
─ Tak, Granger – przyznał z cierpkim uśmiechem. ─ Dopiero teraz zdałaś sobie sprawę, że sypiasz ze Śmierciożercą z krwi i kości? Robiłem tak samo straszne rzeczy, jak ona. Jeśli nie gorsze. Mordowałem, torturowałem, zarówno na jego rozkaz, jak i z własnej inicjatywy. Możesz się oszukiwać, że to wszystko była przykrywka, że tego nie chciałem, ale to nie jest prawda.
─ Więc teraz dowiem się jaki jesteś – odparła. ─ Nie chcesz mi tego pokazać, a teraz będę mogła cię poznać. Dzięki niej.
Zaklął.
─ Po to, to robisz, Granger? ─ wycedził.
─ Nie – musnęła jego usta swoimi. ─ Ale miło byłoby dowiedzieć się o tobie czegoś więcej niż koloru bokserek, które nosisz.
Przygryzła jego górną wargę, a Snape oddał pocałunek niemal miażdżąc jej usta, wkładając w niego całą złość, strach i desperację, które rozsadzały mu klatkę piersiową. Wiedział, że go odepchnie, wiedział, ze krzyknie z bólu i odsunie się od niego, ale to byłoby dobre, na to podskórnie liczył. Hermiona złapała go jednak za włosy na karku, mocno, zbyt mocno, wbiła palce drugiej dłoni w pośladek i przyciągnęła mężczyznę bliżej. Warknął i zaczął kąsać jej ucho i bok szyi, wciskając czarownicę w ścianę. Poczuł, że jej dłoń pełznie w dół, dosięga jego krocza i, był tego pewien, zostawił wtedy ślad zębów na jej ramieniu. Złapał ją za włosy, całował zachłannie, oplotła go nogą i sięgnęła do klamry paska. Oboje byli zamroczeni, nieprzytomni ze zmęczenia i emocji ─ ale to go otrzeźwiło. Złapał jej nadgarstki i oparł o mur po bokach głowy.
─ Nie tutaj – wydusił z siebie nadal całując jej usta. ─ Dokończymy to później.
Patrzyli na siebie. Oddychali jak po długim biegu.
─ Hermiono, Severusie? ─ do ich uszu doleciał, lekko przytłumiony, głos Remusa Lupina.
─ Zostań ─ powiedział oceniwszy wygląd wiedźmy.
─ Myślisz, że ty nie wyglądasz jak po przerwanym dymaniu? ─ wycedziła cicho. ─ Tutaj jesteśmy ─ zawołała głośniej. W otworze kufra pojawiła się twarz wilkołaka.
─ Mam waszą buteleczkę ─ powiedział prezentując zawierający srebrną, kłębiącą się substancję flakon.
─ Dziękuję Remusie ─ Hermiona uśmiechnęła się widząc kątem oka, że Snape stoi oparty o przeciwległą ścianę ze wzrokiem utkwionym w przestrzeni.
─ Jak tam więzień? ─ zapytał ciekawie.
─ Właśnie mieliśmy…
─ Powodzenia więc ─ przerwał jej Lupin. Czy jej się zdawało, że uśmiech, którym ją obdarzył miał jakieś drugie dno?
Słyszała, jak kroki wilkołaka powoli cichną w drodze na parter.
─ Snape?
─ Hmmm?
─ Otwórz te drzwi, jeśli łaska.
Po drugiej stronie było ciemno i cicho.
─ Lumos ─ szepnęła Hermiona. Rozejrzała się pospiesznie. Była tam. Siedziała oparta o ścianę ze związanymi z tyłu rękoma. Nie patrzyła na nich, zdawała się drzemać.
Snape machnął różdżką zdejmując z kobiety zaklęcie uciszające.
Hermiona zdała sobie sprawę, że Bellatrix wygląda teraz tak spokojnie i niewinnie, niemal smutno, że możnaby łatwo stracić czujność. Podejrzewała, że Śmierciożerczyni próbuje nimi manipulować. I choć z pewnością nie mogła wierzyć, że uda jej się to z Mistrzem Eliksirów, Hermiony przecież aż tak dobrze nie znała. Lestrange była mistrzem przetrwania, Gryfonka widziała to w niej. Przeżyła Azkaban, tyle bitew, zawsze najbliżej swojego Pana, zawsze gotowa zginąć za niego w walce, a jednak nie mająca zamiaru tanio oddać własnego istnienia, zawsze wychodziła ze starć cało.
Snape wyciągnął dłoń, wiedziała, o co mu chodzi, bez zastanowienie oddała mu różdżkę.
─ Bellatrix? ─ odezwała się Hermiona. Podchodziła co raz bliżej mrocznej wiedźmy. Poskręcane w luźne loki włosy przykrywały twarz kobiety. ─ Bella?
─ Nie nazywaj mnie tak szlamo ─ syknęła.
Hermiona uśmiechnęła się. No to mamy jakiś postęp.
─ Jak więc do ciebie mówić?
─ Wcale ─ rzuciła. ─ Z tobą nie mam zamiaru rozmawiać.
─ A ze mną? ─ młodsza wiedźma usłyszała za sobą spokojny, jedwabisty głos Severusa Snape'a.
─ Ze zdrajcą? ─ histeryczny głos Belli ranił uszy. ─ Zdrajcy i szlamy.
Snape zaśmiał się zimno.
─ A jednak to ty siedzisz w kufrze, Bello i jesteśmy jedynymi, którzy mogą cię stąd wyciągnąć.
Zaśmiała się wystudiowanym, wyuczonym śmiechem wariatki. W jej szaleństwo Hermiona wierzyła jako nastolatka. Teraz była już pewna, że nawet jeśli Bella postradała w jakimś sensie zmysły, to nie w tak ewidentny sposób. To była jej maska, jak chłód Severusa, jak wielkopańska wyniosłość Lorda Voldemorta.
─ Wy? Wy nic nie możecie. Mój Pan mnie stąd zabierze. Przyjdzie po was i zabierze mnie. Czarny Pan o was wie, wie wszystko, wszystko widzi i drwi; teraz śmieje się z waszej nadziei, że możecie cokolwiek zyskać. Bo nie możecie, idioci ─ splunęła.
Hermiona zerknęła na Snape'a. Pokręcił głową.
Tym czasem wiedźma podniosła twarz i teraz pilnie przyglądała się im obojgu. Zachichotała.
─ To twoja nowa szlama, Snape?
Hermiona pobladła. To aż tak było widać? Żeby jedno spojrzenie…
─ Próbuj dalej, Bella – wycedził mężczyzna.
Lestrange wyszczerzyła zęby w obscenicznym uśmiechu.
─ Mój mąż jest ode mnie młodszy, wiem jak to kusi, Severusie. Młode, niewinne ciało…
Hermiona zacisnęła dłonie w pięści. Widział, jak czarownica wodzi bystrym wzrokiem po ich twarzach i sylwetkach szukając wskazówek. Bardziej domyślała się niż dostrzegała ostrzegawcze spojrzenie Snape'a. Rozluźniła się.
─ Co z twoim mężem, jak się czuje wiedząc, że gzisz się z tą beznosą poczwarą?
Bella warknęła i podniosła się z ziemi. Hermiona poczuła satysfakcję. Trafiła w czuły punkt.
─ Czarny Pan wszystko słyszy i wszystko wie ─ syknęła.
─ Może w twojej głowie.
Wiedźma mierzyła ich chwilę wściekłym spojrzeniem. Potem uśmiechnęła się szeroko.
─ Czego wy właściwie ode mnie chcecie? ─ zatrzepotała rzęsami. Hermiona zauważyła, że kuzynka Blacka mocno się postarzała. Jej włosy posiwiały niemal całkowicie, skóra na twarzy obwisła, oczy zapadły się jeszcze bardziej. Czas nie był dla niej łaskawy.
─ Twój Pan nie dzieli się z tobą nieśmiertelnością, Bella? ─ zapytała dziewczyna.
─ Ja już jestem nieśmiertelna ─ zachichotała.
─ Dość ─ powiedział krótko Snape. Odłożył różdżki na stojący w rogu trójnóg, podszedł do dawnej towarzyszki i spojrzał na nią z góry. Sprawdził więzy.
─ Rozwiążcie mnie ─ zachichotała znowu. ─ Będę grzeczna.
Snape uśmiechnął się krzywo.
─ Żebyś wezwała Czarnego Pana? Nie bądź śmieszna Bello.
Skinął na Hermionę, żeby podeszła bliżej.
─ Sprawdzimy pewną moją hipotezę ─ oznajmił.
Hermiona uniosła brew. Mistrz Eliksirów wyciągnął nożyczki i niewielką jedwabną saszetkę, którą podał dziewczynie.
Następnie obciął kilka włosów z głowy Bellatrix, przyciął paznokcie, a potem ukuł ją w palec i zebrał krew do małej fiolki. Kobieta przez cały ten proces uśmiechała się beztrosko, jej twarz przypominała glinianą teatralna maskę. Tylko oczy pozostały żywe, wpatrzone w Hermionę Granger.
─ Dość na dziś – zadecydował Snape. ─ Idziemy.
Hermiona odwróciła się od kobiety i ruszyła za nim w stronę drzwi.
─ Pamiętam twojego chłoptasia szlamo – wyszeptała Bellatrix. Gryfonka zatrzymała się wpół kroku. Zerknęła na Snape'a ale ten nie usłyszał słów wiedźmy, te były przeznaczone wyłącznie dla jej uszu.
─ Gdybyś słyszała jak kwiczał i prosił żebyśmy przestali ─ zaśmiała się. ─ Miał takie ładne oczka… Teraz już ich nie ma.
Hermiona odwróciła się przodem do wiedźmy, gniew oblał jej twarz purpurą.
─ Teraz jesteś nam potrzebna ─ wycedziła podchodząc do kobiety. Złapała ją za włosy i zmusiła, żeby patrzyła jej prosto w twarz. ─ Ale pewnego dnia już nie będziesz. Mam nadzieję, że stanie się to już niedługo. Wtedy przyjdę tu i obedrę cię ze skóry, kawałeczek po kawałeczku. Ale zanim to zrobię, przyniosę ci tu odrąbany łeb twojego wężoustego gada.
─ Granger ─ usłyszała tuż za sobą głos Mistrza Eliksirów. Odwróciła głowę napotykając lodowate spojrzenie jego oczu wymierzone w związaną kobietę. ─ Idziemy. Na razie obowiązki, potem przyjemności.
Skinęła głową i ruszyła przodem zabierając po drodze swoją różdżkę.
─ Petryfikus Totalus ─ mruknął na odchodnym.
Wydostali się na powierzchnię.
─ Dziękuje Severusie.
Pokiwał głową.
─ Podziękujesz mi jeśli uda ci się to przeżyć, Granger ─ mruknął.
Zatrzasnął wieko kufra i zaczął zamykać zamki. Hermiona przyglądała się jego szczupłej sylwetce.
─ Co właściwie chcesz sprawdzić? ─ zapytała.
─ Mam pewną teorię na temat Eliksiru Wielosokowego ─ uśmiechnął się krzywo. ─ Myślę, że kojarzysz ten specyfik, prawda Granger?
─ Yhmm…
Wyprostował się.
─ Sprawdzimy to jutro. Czas nam się kurczy, ale mamy jeszcze kilka pilniejszych spraw ─ dodał wskazując kieszeń bluzy dziewczyny, w której zamknięte w buteleczce spoczywały myśli Ginewry Weasley.
Hermiona pokiwała głową.
─ Ile mamy czasu zanim ją wezwie? ─ wskazała brodą kufer.
Snape wzruszył ramionami.
─ Trudno powiedzieć. Może to zrobić nawet za chwilę.
─ Wtedy…
─ Wtedy będziemy wiedzieli ─ Snape podwinął rękaw koszuli prezentując Mroczny Znak, w tym momencie ledwie widoczny, jednak czerniejący za każdym razem, gdy Lord Voldemort zwoływał Śmierciożerców.
─ Przecież ci nie ufa ─ zauważyła Hermiona.
Snape uśmiechnął się ponuro.
─ Byłem jego prawą ręką Granger, w pewnym momencie znacznie bliżej niego niż Bellatrix, Lucjusz lub ktokolwiek inny. To ja dostarczyłem mu przepowiednię. Wiedział… wiedział o mnie wszystko i docenił to poświęcenie. Uznał, że pozbyłem się wszystkich swoich ludzkich słabości. Wtedy nagrodził mnie w dość osobliwy sposób.
Przysunął się do dziewczyny, by mogła dokładniej zobaczyć znak Czarnego Pana widniejący na jego przedramieniu. Palcem prawej ręki pokazał jej kilkanaście gwiazd otaczających czaszkę.
─ Lucjusz, Avery, Dołohow, Bellatrix ─ wyrecytował. ─ Wszyscy, którzy wtedy się liczyli.
Hermiona uśmiechnęła się lekko.
─ Chociaż w tej kwestii mamy przewagę.
Skinął głową i poprawił rękaw.
─ Nie masz z czego się cieszyć Granger. Czeka nas kilka wstrętnych rozmów. Wstrętnych i dla mnie i dla ciebie. Potem, mam nadzieję, zdążę nauczyć cię kilku potrzebnych rzeczy.
Zaklął pod nosem.
─ Chodź wreszcie dziewczyno, nie mamy wieczności na pogaduchy. Twoja ruda przyjaciółka narobiła nam kłopotów. Trzeba się dowiedzieć, jak dużych.
Syriusz Black siedział przy kuchennym stole jeszcze stosunkowo trzeźwy. Było popołudnie, Hermiona i Snape tkwili nad Myślodsiewnią, Fred ─ nadal nieprzytomny ─ wracał jednak do zdrowia. Lupin starał się dotrzymywać czasu załamanej Ginewrze, wypytywał ją uparcie i namolnie o każdy szczegół ostatnich dni mając nadzieję, że znajdzie rozwiązanie zagadki. James zniknął w swojej Pelerynie Niewidce, szukając zapasów jedzenia oraz innych potrzebnych artykułów. Chodził po sklepach dla mugoli i kradł. Jego złoto w Banku Gringotta zagarnęło Ministerstwo Magii, tak stało się z majątkiem każdego ze zdrajców. W głębi swojego zapijaczonego umysłu Syriusz domyślał się jak bardzo ubodło to przyjaciela. Całe życie spał na pieniądzach, zresztą podobnie jak on sam. Teraz obydwoje nie mieli nic poza ta starą, rodową ruderą Blacków. Chciało mu się śmiać. Po prawdzie zdarzało mu się wybuchać histerycznym śmiechem, gdy już dobrze znieczulił swoje ego zawartością barku. Jednak teraz był zdecydowanie zbyt mało wstawiony. Czuł się samotny, tak samotny, jak nigdy w życiu. Niby od zawsze był sam: matka go nienawidziła, brat i większość kuzynostwa biegała wokół Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymiawiać. Pozostali prędzej lub później zginęli. Zostali mu tylko Huncwoci. Ale Huncwoci też już nie byli tymi ludźmi, których poznał w Hogwarcie, za których przysięgał ginąć i zabijać. Lupin stał się poważniejszy od samej śmierci, Jamesa pochłaniały żałoba i nieustająca chęć odwetu na Snapie. Do niedawna był jeszcze Harry, syn Jamesa, prawdziwe ucieleśnienie ojca z jego najlepszych lat. Można by rzec, zakumplowali się. Potem zginął. Wtedy Syriuszowi pozostał już tylko jeden przyjaciel, a miał on na imię Ognista.
Wychylił kolejną szklankę z twardym postanowieniem powtarzania tej czynności tak długo, aż urwie mu się film. Peter Pettigrew. Ten to dopiero miał przesrane… Kolejny łyk. Chrząknął. Przyszło mu do głowy, że może jednak upijanie się w kuchni to nie jest najmocniejszy pomysł tego dnia, bo do pokoju miał stąd naprawdę daleko. Wstał, złapał w garść butelkę i chwiejnym już krokiem ruszył w stronę schodów. Portretu matki nie było od kilku lat. Wyrzucili go razem ze ścianą, inaczej się nie dało. Co powiedziałaby teraz, widząc go pijanego w trzy dupy, z flaszką w ręce, nieumytego i niechlujnie ubranego? Zlitowałaby się? Nie, nie ona…
Złapał się mocno barierki z zamiarem wejścia na drugie piętro, ale po kilku stopniach zrezygnował i stwierdził, że tu, gdzie doszedł, jest mu wystarczająco dobrze. Usiadł na stopniu i przyłożył butelkę do ust.
─ Za młodość – wybełkotał. Otoczyły go duchy, mary wspomnień. Zachrapał. Butelka Ognistej wysunęła się z jego ręki i przewróciła wylewając resztkę swojej zawartości pod nogi pijanego.
─ To już wszystkie? ─ zapytała Hermiona zmęczonym głosem. Wynurzyła właśnie twarz z płytkiej misy Myślotsiewni.
─ Znudzona?
─ Jak mops ─ przyznała.
─ Wszystkie ─ potwierdził po chwili milczenia. ─ Wrażenia?
─ Czegokolwiek Lupin szukał w jej głowie, nie udało mu się tego znaleźć ─ stwierdził cierpko czarodziej.
─ Lub tam tego nie ma ─ odparła dziewczyna.
Snape popatrzył na nią znad stołu laboratoryjnego.
─ Nie ma tam kompletnie nic przydatnego ─ powtórzyła.
─ Odniosłem podobne wrażenie ─ mruknął czarodziej w skupieniu krojąc suche zioła.
─ Może spróbujesz Legilimencji?
─ Spróbuję, a jakże, Granger. Swoją drogą mogłabyś mnie w tym wyręczyć ─ powiedział nie odrywając wzroku od deski.
─ Myślisz, że to dobry pomysł? ─ zawahała się.
─ Nie udawaj mi tu skromnej, Granger, bo i tak ci w to nie uwierzę ─ żachnął się Snape.
─ Nie w tym rzecz ─ kobieta pokręciła głową i przysiadła na blacie obok Mistrza Eliksirów. Spiorunował ją wzrokiem, ale ona zupełnie go zignorowała.
─ Zwyczajnie boję się, że ze względu na to, jaka jest mi bliska, mogę być nieobiektywna.
Snape bardzo powoli odłożył nóż i spojrzał na dziewczynę.
─ O tym właśnie musimy odbyć naszą poważną rozmowę, Granger.
Odchrząknęła.
─ Zamieniam się w słuch.
─ Masz udawać Bellatrix.
─ Zgadza się.
─ Nie przerywaj Granger – warknął czarodziej.
Zapomniała już, że w języku Severusa Snape'a „rozmowa" znaczyła tyle, co „ja mówię, a ty słuchasz".
─ Przemyślałaś w ogóle w co się pakujesz, Granger? ─ zapytał po chwili.
Milczała.
─ Tak myślałem ─ mruknął i powrócił do poprzedniego zajęcia. Jego twarz przybrała wyraz zupełnego skupienia.
Nie odzywał się dobrych kilka minut. Hermiona przyglądała mu się badawczo. Jego czarne, gęste brwi były ściągnięte nad zbyt wydatnym nosem. Oczy miał przymrożone ─ od lat potrzebował okularów, jednak uparcie ich nie nosił. Jego ziemista cera nosiła ślady magicznych urazów, znaczyły ją głębokie bruzdy zmarszczek i blizn.
─ To nie jest zabawa Granger – wypluł wreszcie z siebie.
─ Jestem w stanie się domyślić ─ odparła kwaśno.
Podniósł wzrok znad stołu.
─ Nie, Granger, nie jesteś w stanie się domyślić ─ wycedził przez zaciśnięte zęby. ─ Mówisz mi o moralności, o przyjaźni. To wszystko nie istnieje tam, dokąd pójdziesz. Tam nie ma znaczenia nic poza zwierzęcym instynktem przetrwania. Czy go masz? Wątpię – prychnął wściekle. ─ Rzeczy, które zrobisz będą nawiedzać cię w snach po kres twoich dni. Będziesz patrzyć na swoje ręce, zbrukane, zastanawiać się, kim jesteś, czym jesteś, skoro nie drgnęła ci nawet powieka. Bo przestanie, zaręczam ci – oparł z hukiem pięści na blacie. ─ Przestaniesz poznawać osobę patrzącą na ciebie z lustra. Wszystkie te głąby będą się do ciebie szczerzyć, pytać jak tam było, jak się czujesz, rzucać żartami, a ty nie będziesz mogła myśleć o niczym innym niż wrzask umierającego dziecka. I będziesz chciała ich wszystkich przekląć, usłyszeć tym razem ICH krzyk.
Zamilkł. Spuścił głowę i kontynuował ciszej.
─ Przyjdzie taki moment, że zabicie kogoś pierwszy raz przyniesie ci ulgę. Wtedy zrozumiesz, że stałaś się potworem. Wtedy już zawsze będziesz sama. Naprawdę sama. Będziesz czuła się obca wśród tych wszystkich błaznów. Wtedy Avada Kedavra będzie tak samo naturalna, jak Lumos. Śmierć stanie się przedłużeniem twojej ręki. I bez względu na to, że będziesz to robić pod przykrywką, dla Zakonu, w słusznej sprawie ─ wstaw tu jakąkolwiek brednię ─ staniesz się prawdziwą Śmierciożerczynią. Będziesz nią naprawdę, Granger ─ dodał spoglądając jej przenikliwie w oczy. ─ Zaufaj mi, niczym nie będziesz się różnić od Bellatrix, czy Czarnego Pana. A to, że twoje intencje były czyste, doda tylko dodatkowy smaczek do tego gówna, które przyjdzie ci wcinać.
Oto, kim jesteś, Severusie Snape – pomyślała Hermiona, patrząc na niego spokojnie. ─ Oto, kim zawsze byłeś.
Nie powiedziała tego na głos, ale miała niejasne poczucie, że Snape dostrzegł to w jej oczach. Skrzywił się, najwyraźniej zdając sobie sprawę, jak bardzo się obnażył. Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy.
─ Chodźmy Severusie ─ jak rzadko, odważyła się powiedzieć jego imię.
Mruknął coś niezrozumiale.
─ Mówię serio, chodźmy. Muszę się położyć ─ dotknęła jego lewego przedramienia, tego na którym znajdował się Mroczny Znak. Spojrzał na nią spode łba.
─ Teraz już wiesz – powiedział cicho.
─ Hmmm?
─ Wiesz kim jestem, do cholery ─ warknął. Posłał jej jedno ze swoich nienawistnych spojrzeń, ale Hermiona zrozumiała teraz, że ono skierowane było do niego samego. Że w głębi swojego opętanego nienawiścią umysłu Snape spodziewał się, nawet życzył sobie, by odeszła. Jednak tym razem trafiło na upartą.
─ Wiem ─ przyznała. Stała przy nim, niewzruszona.
─ Chodźmy Severusie ─ powtórzyła z naciskiem.
─ Gdzie, Granger?
─ Odpocząć – sprecyzowała. ─ To był bardzo długi dzień. Następny, jeśli nadejdzie, będzie jeszcze dłuższy.
Skinął głową.
─ Chodźmy, Granger.
Korytarze Grimmauld Place numeru dwunastego były ciche i ciemne. Prawie potknęli się o chrapiącego na schodach Blacka, potem, skrzypiąc straszliwie na poluzowanych klepkach, dotarli do drzwi jego sypialni. Hermiona pomachała mu na pożegnanie i chciała pójść dalej, ale Mistrz Eliksirów złapał ją za nadgarstek i otworzył różdżką drzwi. Weszła w półmrok rozproszony światłem jednej, jedynej zapalonej świecy. Wiedząc, że on ma zdrętwiałe dłonie po kilku godzinach siekania, pomogła mu rozpiąć mankiety koszuli. Patrzył na nią, gdy delikatnie wyłuskiwała spinki z przeznaczonych dla nich otworów i skinął głową, gdy spojrzała na niego pytająco, odkładając je na nocny stolik. Przyglądał się, jak pozbywa się własnych ubrań ─ dzisiaj spokojnie, bez pośpiechu. Jak ściąga bluzkę, rozpina zamek błyskawiczny spodni a potem schyla się by pozbyć się nogawek. Patrzył, jak stoi przed nim w samej bieliźnie, zwyczajnej, prostej, cielistego koloru.
─ Mogę nosić zieloną jeśli wolisz – spróbowała zażartować. Drżała z zimna i zdenerwowania. Przygryzła dolną wargę.
Pocałował ją.
Oparła czoło na jego nagim torsie, szczupłym, prawie kościstym, a on gładził kciukami jej ramiona.
Otworzył drzwi i weszli do niewielkiej łazienki. Gorąca woda popłynęła z prysznica, para skropliła się na lustrze. On lubił zimną wodę, ona niekoniecznie. Patrzyła, jak strumienie cieczy wygładzają mu włosy, spływają po twarzy. Dotknęła jego pleców, barków, żeber, poznaczonych przez czas i służbę Czarnemu Panu. Patrzył na nią spod półprzymkniętych powiek.
Taka gładka, taka czysta, taka nietknięta.
Brudu, który zaległ na nim, nie zmyłby nawet cały ocean.
Podniosła jego lewą rękę. Przesunęła pieszczotliwie palcami po Mrocznym Znaku, po czym splotła swoje palce z jego. Przypatrywał jej się w skupieniu, chwycił policzek dziewczyny wolną dłonią i pocałował w usta.
Kiedy kładł ją na łóżku i kiedy jego twarz zawisła nad jej, kiedy ich ciała się spotkały, wiedział już na pewno. Czuł to w każdym jej ruchu i pocałunku, w każdym swoim dotyku. Spadali. Tak nisko, jak tylko się da.
James Potter drzemał w fotelu gdy obudziły go rumor i przekleństwa dobiegające z korytarza. Wychynął z salonu. W ciemności dostrzegł dwie sylwetki, jedną wysoką, drugą nieco niższą. Jedne z drzwi otworzyły się i na postaci padło nieco ciepłego światła. Zobaczył, jak Snape wpuszcza Hermionę do swojego pokoju, potem sam znika wewnątrz, a drzwi zamykają się na głucho. Poczuł złość. Co one w nim widziały? Granger, Lilly? Ten cholerny dupek najpierw zabrał mu kobietę jego życia, a teraz uwiódł siksę Weasley'a. Zacisnął szczęki. Miał nadzieję, że zanim to wszystko się skończy, Snape będzie martwy.
Biegła przez las. Łyse konary drzew rozcapierzały nad nią swe drapieżne palce. Zimne powietrze i drobne gałązki raniły jej twarz. Biegła przed siebie, nie widząc wyraźnie drogi przed sobą. Obijała się o pnie, potykała o wystające z ziemi korzenie, co chwila tracąc równowagę. Księżyc świecił nikłym, mętnym światłem. Oddech dziewczyny stawał się co raz bardziej urywany, chrapliwy, jednak ona dalej biegła, słysząc zbliżający się tupot wielu stóp. Nagle, z ciemności wyrósł most. A za nim panowały cisza i mrok…
Hermiona ocknęła się w szarawym świetle wypełniającym wnętrze niewielkiej, drewnianej chaty. Dzień wcześniej dotarli tu z Remusem, snując się po bezdrożach w poszukiwaniu schronienia. Teleportowali się kilkakrotnie, zaglądając w różne zakamarki odludnych miejsc w Anglii, aż wreszcie znaleźli małą porzuconą chatę o przegniłym dachu i zbutwiałej podłodze. W rogu stał stary, zmontowany amatorsko trociniak. Miała nadzieję, że się nie zaczadzą. Jednak o ─ dziwo, komin, za który służyła metalowa rura wyprowadzona przez wydłubany otwór w dachu, okazał się być drożny. Mieli szczęście, dużo szczęścia, bo noce u schyłku grudnia potrafiły być mroźne. Nie mieli pojęcia, gdzie są, co – paradoksalnie – dawało im złudne poczucie bezpieczeństwa. Spali na gołej ziemi, na rozłożony. płaszczu Hermiony, skuleni pod peleryną Lupina. Obudził ich panujący w chacie chłód. Chrust w piecyku dawno się spalił, a żar zgasł.
─ Co teraz zrobimy, Remusie? ─ Hermiona wkładała właśnie nowe gałązki do blaszaka.
─ Przyznam szczerze, że jestem w kropce – odpowiedział Lupin markotnie.
─ Nie wiem, co martwi mnie bardziej: brak jedzenia, porządnego schronienia, cholerni Śmierciożercy, czy nadchodząca pełnia ─ mruknęła dziewczyna.
Lupin pokiwał głową.
─ O ile o jedzenie i dach nad głową jako tako zadbamy, o tyle rzeczywiście, słudzy Sama-Wiesz-Kogo mogą nas znaleźć nawet w tak absurdalnym miejscu. Muszą mieć jakieś sposoby, inaczej nie wyłapaliby tych wszystkich nieszczęśników, którzy kryli się po lasach podczas pogromu.
─ Czyli mówisz Remusie, że mamy przesrane? ─ uśmiechnęła się sarkastycznie.
─ Tego nie powiedziałem – odparł wilkołak. ─ Nie jesteśmy całkiem bez szans. Masz rację, że może być nam ciężko, zwłaszcza jeśli założyć, że nie znajdziemy się w domu przed następną pełnią, ale lepiej być dobrej myśli, nie uważasz?
Popatrzyła na mężczyznę sceptycznie.
─ Zbyt dużo czasu spędzasz z Severusem.
Zaśmiała się sucho.
─ Może i tak. Ale czy on nie ma zasadniczo racji?
Lupin zmarszczył brwi.
─ To znaczy?
─ Jest nas co raz mniej. Wczoraj zabrali Ginny… ─ na samą myśl łzy cisnęły się jej do oczu. ─ To tylko kwestia czasu, aż nas wszystkich wyłapią, jednego, po drugim…
─ Bardziej martwi mnie to, że na Grimmauld Place nie wiedzą, że Ginny została porwana ─ odparł Lupin.
Hermiona pobladła.
─ Jeśli wróci, wpuszczą ją ─ wymamrotała.
─ Dokładnie.
─ A ona powie, że to nas schwytano, a jej udało się uciec ─ dokończyła Hermiona.
Lupin skinął głową.
─ I naprawdę nie wiesz, gdzie teraz może być dom?
Mężczyzna pokręcił głową z rezygnacją.
─ Kwatera główna przenosi się raz na każde sześć godzin ─ zaczął powoli. ─ Cykl nie jest z góry ustalony, można sprawdzić tylko następne miejsce, jeśli rzuci się odpowiednie zaklęcie na terenie kamienicy. Zawsze sprawdzam kolejna destynację na godzinę przed przenosinami, chyba, że sytuacja wymaga czegoś innego. Wczoraj wyszliśmy w takim pośpiechu, że nie przyszło mi to nawet do głowy. W dodatku wczorajsza teleportacja Kwatery Głównej była mechanizmem awaryjnym. W takiej sytuacji dom przenosi się w zupełnie inne miejsce niż wynikałoby z planu.
─ Co uruchomiło ten tryb awaryjny?
─ Porwanie Ginny ─ wyjaśnił Lupin. ─ To zaklął jeszcze Flitwick. Kiedy liczba członków Zakonu przebywających w domu spadnie poniżej dziesięciu, w sytuacji awaryjnej Kwatera „ucieka" z tymi, którzy zostali w środku.
─ Nie pomyśleliście o żadnym mechanizmie informowania? Jak monety?
Lupin pokręcił głową.
─ Zbyt ryzykowne.
─ A patronus? ─ Hermiona wstała nagle. ─ Albo oni, albo my. Możemy się wzajemnie znaleźć za pomocą patronusa, Remusie.
Lupin uśmiechnął się łagodnie.
─ Pamiętasz, Hermiono, jak rzucaliśmy na siebie zaklęcia detrakujące?
─ Oczywiście – pokiwała głową.
─ Wszystkie elementy magicznego świata, które potrafią cię odszukać, jak na przykład patronusy, korzystają z magicznego namierzania. Każdy z nas ma w sobie unikalną cząstkę: tę, która pozwala różdżce i jej właścicielowi wybrać się wzajemnie przed pójściem do szkoły, tę, dzięki której patronusy znajdują osobę, do której zostaną wysłane. Zaklęcie detrakujące maskuje tę cząsteczkę. Nie usuwa jej zupełnie, ale nie pozwala nas namierzyć, również Sama-Wiesz-Komu. Przynajmniej w teorii…
─ Dopóki nie wymyśli jakiegoś sprytnego sposobu, żeby to obejść.
─ Dokładnie.
Hermiona westchnęła.
─ Czyli na razie skazani jesteśmy na tę spleśniałą chatę.
─ Obawiam się, że tak. I to też nie na długo.
─ Musimy się przenosić ─ pokiwała głową.
─ Dokładnie.
Pokiwała głową. Ginny w każdej chwili mogła zostać użyta przeciwko Zakonowi, a oni nie mogli nic na to poradzić.
─ Myślisz, że będą nas szukać w Liverpoolu? ─ zapytała.
─ Wątpię, żeby którekolwiek z nich wiedziało, gdzie wylądował dom ─ przyznał Lupin. ─ Jeśli nawet, nie możemy tam wrócić, to zbyt niebezpieczne. Śmierciożercy nas widzieli i zapewne będą szukać.
─ Jeśli ktoś z Kwatery się tam zjawi…
─ Zapewne zostanie pojmany ─ dokończył za nią wilkołak.
─ Na Merlina. Co myśmy narobili.
Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach.
Lupin podszedł do niej, schylił się i odsłonił oczy Hermiony.
─ To nie jest nasza wina. Ani twoja, Hermiono, ani moja. To, że Ginny nie radzi sobie ze sobą również nie zależy od ciebie.
─ Może, gdybym miała dla niej więcej czasu…
Pokręcił głową.
─ Nie jesteś za nią odpowiedzialna. Pracujesz tak ciężko, jak możesz. Pomagasz Snape'owi, bierzesz warty na równi z nim i ze mną. Przygotowujesz i naprawiasz zabezpieczenia, których nie zdążyli wykonać starsi i lepsi od nas. Jesteś niesamowita. Nie możesz obwiniać się za to, że jesteś człowiekiem, że gdzieś masz granice siły i wytrzymałości, że targają tobą emocje.
Pociągnęła nosem, pokiwała bez przekonania głową.
─ Postaram się udawać, że ci wierzę ─ uśmiechnęła się słabo.
Wędrowali przez las, szukając jakichkolwiek śladów cywilizacji. Robiło się naprawdę zimno, byli głodni i odwodnieni, zbyt zmęczeni by rozmawiać, szli więc w milczeniu. Remus z przodu, Hermiona, co chwila oglądając się za siebie, tuż za nim. Noga, za nogą.
Suche, pozbawione liści drzewa przywodziły jej coś na myśl, jednak było to tak mgliste, niewyraźne uczucie, że trudno je było dziewczynie skrystalizować. Im mocniej starała się je pochwycić, tym dalej odpływało, niczym zapomniany sen. Leśna ścieżka wiła się, wąska, piaszczysta, poprzecinana korzeniami. Z oddali słyszała nikły szum jadących drogą aut. Jednak we wszechogarniającej ciszy ten cichy dźwięk mógł pochodzić z każdej możliwej strony, a odległość było niezwykle trudno ocenić. Teren był płaski, monotonny. Co jakiś czas mijali odnogi innych ścieżek, jednak ignorowali je w obawie przed zabłądzeniem. Nie zostawiali magicznych znaczników, starali się unikać magii, by nie zwabić ewentualnej pogoni.
Wreszcie, po godzinie, może dwóch marszu wyszli na jezdnię. Hermiona nie była w stanie określić czasu wędrówki po pozycji słońca, gdyż zakrywał je gruby jednolity kożuch chmur. Zegarka nie nosiła. Był to prezent od Rona, za każdym razem, gdy go widziała, czuła przeszywający serce ból. To była zbyt świeża strata, by się z nią pogodzić.
Popatrzyli na siebie z Remusem.
─ Co teraz? ─ zapytał.
Wzruszyła ramionami.
─ Skąd ja mam to wiedzieć? ─ burknęła w odpowiedzi.
Wilkołak zaśmiał się.
─ Poniekąd wiesz trochę więcej o mugolach niż ja.
Skinęła głową, uśmiechając się przepraszająco.
─ Nie potrafię wróżyć z fusów, a co dopiero z asfaltu.
Popatrzyła w obie strony. Z Lewej nadjeżdżał właśnie biały Ford. Wystawiła palec i zamachała kierowcy ręką. Lupin przyglądał jej się skonsternowany.
─ Nigdy nie łapałeś stopa? ─ zapytała zdziwiona.
Pokręcił głową. Samochód zaczął zwalniać.
─ Ja w sumie też ─ przyznała. ─ Zanim… zanim to się stało, rodzice wszędzie mnie wozili. Poza Hogwartem, chociaż ciężko ich było przekonać, że zniszczą mi tym życie.
─ Ale w końcu się udało ─ domyślił się Lupin. Auto zatrzymało się, a oni ruszyli przez ulicę w jego kierunku.
Pokiwała głową.
─ Teraz żałuję ─ wyznała.
Kierowca obniżył przednią szybę.
─ Zgubiliśmy się ─ powiedziała Hermiona.
Tamten uśmiechnął się. Miał może trzydzieści pięć lat, ciemnowłosy, z kilkudniowym zarostem na szerokiej szczęce i kartoflastym nosem.
─ W to nie wątpię. Dokąd was zawieść? ─ zapytał z lekkim Irlandzkim akcentem.
─ Do najbliższego miasta ─ dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo.
─ Wsiadajcie.
Otworzyła tylna drzwi. Usiadła, Lupin wgramolił się za nią. Gestem pokazała mu, by zamknął drzwi. Chwilę potrwało, by mężczyzna uporał się z tym zadaniem, potem ruszyli. Hermiona złowiła w lusterku wzrok kierowcy. Uśmiechnęła się przyjaźnie. Nie wiedziała nawet, jak bardzo ta wojna dotknęła dotąd mugoli. Czy Voldemort dokonywał jawnych mordów?
─ Nie jesteście stąd ─ stwierdził kierujący pojazdem mężczyzna.
A skąd? ─ pomyślała czarownica. Głośno jednak powiedziała:
─ Nie, rzeczywiście nie stąd. Jesteśmy przejazdem… na urlopie.
─ Dziwne miejsce na urlop ─ zaśmiał się tamten. Kątem oka dostrzegła, że Remus zielenieje. Cholera. Czy wszyscy czarodzieje mieli chorobę lokomocyjną?
─ To znaczy? ─ zapytała, grając na zwłokę.
─ Dużo tu zniknięć… Poza tym to zawsze była dziura. Nawet po tym, jak jednej nocy wyparowało pół miasteczka.
Czyli jednak.
─ Właśnie dlatego tu jesteśmy ─ podchwyciła. ─ Przyjechaliśmy do mojej ciotki.
─ Można wiedzieć, jak się nazywa? Na pewno znam ─ mężczyzna puścił do niej oko.
Zmieszała się. Co teraz? Przygryzła wargę. Miał prawo być podejrzliwy. Wypuściła powietrze.
─ Skąd mam wiedzieć, że możemy ci zaufać? ─ zrobiła jedyną rzecz, która przyszła jej do głowy ─ odbiła piłeczkę.
Mężczyzna roześmiał się szczerze.
─ Wsiedliście ze mną do samochodu.
─ A ty nas do niego wpuściłeś.
Pokiwał głową, uśmiechając się krzywo.
─ Czyli wszyscy byliśmy równie nierozsądni.
─ Właście ─ poparła go z uśmiechem.
Zerknął za siebie i uniósł brwi na widok jej obrączki.
─ Małżeństwo?
Otworzyła usta, by zaprzeczyć, ale to by tylko skomplikowało tę dostatecznie niezręczną sytuację.
─ Tak ─ przyznała. Obrączkę nosiła, nadal, bo czuła, że zdjęcie jej byłoby jak zdrada. Zapadła chwila ciszy. Lupin oddychał głęboko starając się opanować mdłości. Hermiona postanowiła skorzystać z okazji i użyć magii bezróżdżkowej.
Legilimens ─ pomyślała.
Widziała obrazy, niewyraźne i zamglone, słyszała czyjeś przytłumione głosy. Wóz zarzuciło lekko na prawo. Musiała być ostrożna, żeby nie wywołać wypadku.
─ Dobrze, pani Teefay ─ rozbrzmiało pośród szumu. Zerwała połączenie. Postanowiła zaryzykować. W innym wypadku mężczyzna mógł zawieść ich na komisariat, a z tego byłoby im się naprawdę trudno wyplątać. Niepotrzebnie zwróciliby na siebie uwagę.
─ Teefay ─ powiedziała.
─ Słucham? ─ mężczyzna był nadal lekko oszołomiony.
─ Moje panieńskie nazwisko ─ wyjaśniła.
─ Jak Kathrine z poczty?
─ Tak ─ przyznała.
─ Nigdy nie słyszałem o żadnych jej krewnych…
─ Cóż… To w zasadzie przyjaciółka mojej babci ─ przyznała.
Pokiwał głową.
─ Podrzucić was do niej? To dwie miejscowości stąd.
Pokręciła głową.
─ Mieliśmy zrobić zakupy w powrotnej drodze. Zostawiliśmy samochód na parkingu pod sklepem i poszliśmy na spacer.
─ I się zgubiliście ─ zaśmiał się. ─ Eachtrannaigh*.
Dalej jechali w milczeniu.
Snape siedział, a na jego wargi wypełzł zwyczajny kpiący grymas. Byli w głębokiej dupie, tak by to określił. Lupin i Granger pobiegli za tą głupią Weasley'ówną i teraz nie było wielkich szans na szybkie odnalezienie, któregokolwiek z nich. Chociaż już od dawna wszelkie nadzieje na wygraną rozpłynęły się w nicość, o tyle teraz nie tyle stali na krawędzi upadku, o ile wisieli trzymając się kruchej skały nad bezdenną przepaścią porażki.
Przejrzał notatki Remusa i z niejaką ulgą stwierdził, że Fred Weasley nie łgał, on rzeczywiście nie miał nic wspólnego z uruchomieniem się systemu awaryjnej teleportacji. Taki magiczny mechanizm miał miejsce w kilku bardzo specyficznych okolicznościach.
Pierwszą z nich było wtargnięcie Śmierciożerców lub samego Czarnego Pana do wnętrza Kwatery Głównej. W przypadku niepomyślnej weryfikacji wchodzącego, Dom automatycznie znikał. Było to bardzo użyteczne i w praktyce tworzyło z kamienicy trudną do zdobycia twierdzę. Zabezpieczenia zezwalały na pojedyncze przekraczanie progu, za każdą osobą w trakcie weryfikacji tworzyła się trudna do sforsowania magiczna tarcza. Dodatkowym atutem był fakt, że Grimmauld Place zostało tak nasączone czarami, tak zakonserwowane urokami, że niszczenie budynku podczas oblężenia okazałoby się nieefektywne.
Drugim wypadkiem, w którym mogła mieć miejsce nagła teleportacja, było wymuszenie zeznań dotyczących umiejscowienia lub zabezpieczeń Kwatery Głównej. Zastosowana magia obronna wykrywała złamanie przysięgi milczenia lub wyciągnięcie informacji od któregoś ze Strażników Tajemnicy.
Ostatnią sytuacją awaryjną było porwanie lub zabicie członka Zakonu Feniksa. Ta zasada nie dotyczyła tych, którzy zostali pojmani przed stworzeniem systemu teleportującego Kwaterę Główną, a to oznaczało, że alarm nie miał prawa dotyczyć któregokolwiek z pozostających w lochach Czarnego pana więźniów.
Mistrz Eliksirów wiedział więc prawie wszystko. Pozostawało pytanie, kto z feralnej trójki padł ofiarą jego dawnych towarzyszy broni.
Ktoś potrząsał nią, mocno zaciskając palce na jej nagich ramionach.
─ Severusie? ─ zapytała zdumiona, widząc nad sobą twarz Mistrza Eliksirów.
─ A kogo się spodziewałaś, Granger? – warknął. ─ Zawsze śpisz tak mocno? Nie mogłem cię obudzić…
Więc znowu to samo. Las, most i dziwne, realistyczne sny.
─ Tak... to znaczy nie, nie do końca ─ wymamrotała nadal jeszcze zaspana. Dawno nie przespała całej nocy. Na dworze panował już szary dzień. Snape siedział na brzegu łóżka w samych bokserkach i patrzył na nią wzburzony. Wyglądał na wściekłego, ale jakie emocje kryły się pod maską złości, nie potrafiła powiedzieć.
Usiadła, przeciągnęła się i sięgnęła po leżącą na nocnym stoliku różdżkę. Przywołała ubrania, które ktoś podczas jej snu schludnie powiesił na krześle.
─ Posłuchaj, muszę ci coś powiedzieć… ─ zaczęła nieśmiało.
─ Tylko się streszczaj, Granger.
Westchnęła. Czy to naprawdę musi zawsze tak wyglądać? Ktoś na niego rzucił jakąś paskudną klątwę, taką baśniową: „w nocy będziesz miłym, cudownym kochankiem, ale za dnia cholernym dupkiem i impertynentem"?
Opowiedziała mu wszystko, od ostatniej drzemki, do chwili obecnej.
─ I kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć?! ─ warknął.
─ Mówię teraz ─ odparła spokojnie. Nie miała zamiaru dać mu się wyprowadzić z równowagi.
─ Gdybyś tu nie spała, nadal nic bym nie wiedział.
─ Najprawdopodobniej…
─ Cudownie, Granger ─ prychnął. ─ Zamiast przyjść z tym do mnie, wolałaś zwierzać się wilkołakowi ─ wstał i patrzył na nią z góry.
─ Proszę, cię, Snape, bez takich zagrywek…
─ A możesz mi wyjaśnić, czemu?
─ Po pierwsze, bo zazdrość jest mocno poniżej twojego poziomu. Po drugie, jeśli chcesz mnie mierzyć zimnym wzrokiem i robić groźne miny, racz się najpierw ubrać, bo teraz nie wyglądasz zbyt przekonująco.
Znowu prychnął.
─ Wiesz, że to wszystko zmienia? ─ zapytał nieco spokojniej.
─ Nie wiem, co masz na myśli. Mówisz o Ginewrze, o nas, o jakiś innych rzeczach, które tylko tobie mogłyby przyjść do głowy…
─ Nie kpij ─ powiedział ostrzegawczym tonem.
─ Bo ty masz na to monopol? Poza tym wcale nie kpię, naprawdę nie wiem, o co ci może chodzić.
─ O Weasley, a o co innego?
─ Też sądzisz, że w tamtym śnie była jakaś wskazówka? Ale już ustaliliśmy, że to niemożliwe, żeby ktoś ją porwał.
─ Po pierwsze, Granger, niczego jeszcze nie ustaliliśmy. Po drugie, to niekoniecznie musiało być porwanie.
─ Co ty insynuujesz, Snape? ─ zapytała, chociaż doskonale wiedziała, o co mu chodzi.
─ Granger, nie udawaj naiwnej, nie tacy jak ona zdradzali.
─ To czemu nie mamy tu jeszcze zgrai Śmierciożerców? ─ warknęła.
─ Pomyśl przez chwilę, Granger, wiem, że potrafisz ─ zaczął z kpiącym uśmieszkiem czarodziej. ─ Gdyby wyjawiła im COKOLWIEK o naszym systemie magicznej obrony, Kwatera Główna, tak jak w twoim śnie, przeniosłaby się gdziekolwiek.
─ Racja – przyznała. ─ Więc jeśli, teoretycznie, Ginewra by zdradziła, wytłumaczyłaby im, że nie może udzielić informacji o domu, bo to by ją skompromitowało. Wyperswadowałaby, że więcej zyskają, gdy będziemy jej ufać.
─ Mniej więcej o to mi chodzi, Granger ─ mimo skrzywionej miny Snape wyglądał na zadowolonego.
─ Tylko to nadal nie trzyma się kupy!
─ Wyjaśnisz mi łaskawie, czemu?
─ Spośród nas wszystkich… nie wybrałaby Freda…
─ Ona może i nie, Granger, ale Czarny Pan jest złośliwy. Jeśli odpowiednio ją zaszantażował, lub jeśli użył Imperiusa…
─ Na Merlina, przecież sprawdzałam ─ wycedziła kobieta. ─ Użyłam na niej wszystkich istniejących zaklęć sprawdzających, które nie wymagają wykonywania wiwisekcji lub innych okrucieństw.
─ Delikatna się znalazła ─ zarechotał.
─ Daruj sobie ─ spojrzała na niego z politowaniem, wciągnąwszy koszulkę przez głowę.
─ Co mam sobie darować, Granger? ─ mruknął, z brodą przygiętą do klatki piersiowej zapinał właśnie dolne guziki koszuli.
─ Swoje głupie prowokacje.
Wyprostował się i splótł ręce na piersi.
─ Ty myślisz Granger, ze to jest zabawa? Właśnie przydałoby się porozmawiać o okrucieństwach. To bardzo by ci się przydało ─ wycedził. ─ Otworzyłoby ci oczy. Może utraciłabyś trochę ze swojej wrażliwości ─ mówiąc to, aż do bólu czuł, że nie chce by to się stało.
─ Myślę ─ odparła, gdy wreszcie udało jej się przebić przez słowotok czarodzieja, ─ że zanadto czepiasz się Ginny. Piła Verisaterum.
─ Które nie daje żadnej gwarancji, Granger.
─ Więc po cholerę kazałeś jej to podać? Dla zabawy?
─ Powiedzmy, że daje jakikolwiek pogląd.
─ Wiem o tym, Snape. Chodzi mi o to, że przebadaliśmy ją już niemal wszystkimi istniejącymi metodami. Została jedynie Legilimencja.
─ Ruszamy do roboty Granger ─ odparł. ─ Zaklęcia same się nie rzucą, eliksiry same nie uwarzą. Mam dzisiejszej nocy wartę, więc musimy się streszczać, żeby zdążyć do wieczora.
Powiedziawszy to otworzył drzwi i gestem wskazał jej korytarz. Wyszła, a on za nią.
─ Co z Ginny? ─ zapytała cicho, gdy szli w stronę pracowni.
─ A co ma być? ─ uniósł brwi i spojrzał na nią z ukosa.
─ Na Merlina, Snape, pomożesz, czy nie?
Zatrzymał się i pokręcił głową.
─ Koniec z prowadzeniem cię za rączkę, Granger. Musisz dorosnąć. Czy Czarnego Pana spytasz o to samo, gdy każe ci kogoś zamordować?
Zacisnęła pięści ze złości, ale musiała przyznać mu rację. Pomijając jego jadowity ton, sens przemówienia był jak najbardziej słuszny. Żyła tu pod kloszem. Teraz musiała się spod niego wydostać.
Pokiwała głową. Ta szybka zgoda zdziwiła go. Nie powiedział jednak nic, ruszył do laboratorium, a Hermiona zawróciła by udać się do pokoju przyjaciółki.
─ Granger ─ usłyszała z dołu cichy głos. ─ Powiedz Lupinowi, że musimy porozmawiać.
─ Zwołać zebranie? ─ spojrzała przez ramię.
─ Nie. Tylko nas troje.
Otworzyła drzwi pokoju Ginewry. Dziewczyna siedziała na łóżku, beznamiętnie wpatrywała się w sufit.
─ Zastanawiałam się, kiedy mnie odwiedzisz, Hermiono ─ Weasley nawet na nią nie spojrzała.
─ Słuchaj, Ginn, jeśli masz do mnie o coś pretensje, wal śmiało.
Usiadła na krześle od stojącego obok łóżka biurka.
Ginny pokręciła głową.
─ Nie, nie mam. Może trochę mi przykro, że przez ten cały czas teraz nie miałaś dla nie czasu, ani… ani wcześniej. Ale w gruncie rzeczy widzę, jaka jesteś przepracowana. Nie przejmuj się mną.
Hermiona westchnęła. Przydałby się tu psychiatra. Albo chociaż porządny magomedyk. Ale byli tylko ona i Snape. Dobre i to.
─ Muszę cię o coś prosić, Ginn.
─ Aha.
─ Mamy już wspomnienia, które dałaś Lupinowi. Muszę cię jednak poprosić, żebyś pozwoliła mi… zajrzeć w twój umysł.
─ Legilimencja.
─ Yhmmm…
Ginny usiadła.
─ Nie wierzycie mi.
─ Nie w tym rzecz… ─ Merlinie, miała takie okropne poczucie winy…
─ Po prostu musimy być pewni, co… się stało. Jak doszło do tego…
─ Że przeklęłam Freda?
─ Tak.
Uśmiechnęła się do młodszej przyjaciółki.
─ Dobrze ─ powiedziała ruda. ─ Rób co musisz. Inaczej nie dacie mi spokoju.
Hermiona podeszła do niej i ja przytuliła.
─ Kocham cię, Ginn, Fred tez cie kocha, zobaczysz, jak już mu to wszystko wyjaśnimy, będzie jak dawniej.
─ Jak dawniej? ─ Weasley zaśmiała się sucho.
Granger wstała i wycelowała różdżkę w przyjaciółkę.
─ Legilimens ─ mruknęła.
Natychmiast spłynął na nią gwar szeptów, stłumionych krzyków, szlochów, sceny pojawiały się i przepływały, jak po sznurku. Srebrzyste, niewyraźne, niektóre bardziej, inne mniej kolorowe. Szukała czegoś szczególnego, niedawnego, lub odległego. Obrazu, słowa. Czasem obawiała się, że coś dostrzegła, ale to była tylko kolejna kłótnia lub mamrotane do siebie słowa. Widziała także te wspomnienia, które dziewczyna dała Remusowi. W jej głowie były identyczne. Nigdzie nie dostrzegła tez anomalii, nie czuła oporu ze strony przyjaciółki. Tylko niechęć i smutek. Zakończyła pokaz slajdów.
─ I co, Hermiono? ─ zapytała Ginny z gorzkim uśmiechem. ─ Miałam jakieś mordercze myśli?
─ Przecież wiesz, że to tak nie działa.
─ Wiem, to był zwykły żart.
─ Ach..
Uścisnęły się jeszcze raz, ale było to bardzo niezręczne.
Chyba ją straciła, uzmysłowiła sobie. Ginny żyła, ale nie były już sobie bliskie. Wszystko, co je łączyło, zabiły okoliczności. Jej zaangażowanie, rozpacz Ginny. Cicha żałoba Hermiony i głośna Weasley'ówny.
Wyszła z jej pokoju przygnębiona, z dojmującym poczuciem porażki. Snape zmierzył ją chłodnym wzrokiem, gdy weszła do ich pracowni.
─ Nic ─ powiedziała. ─ Zadowolony?
─ A wyglądam?
Westchnęła.
─ Byłaś u Lupina?
Pokręciła głową. Snape uniósł brew.
─ Powinniśmy najpierw porozmawiać we dwoje.
─ Co ty nie powiesz ─ burknął.
─ O co ci właściwie chodzi, Snape? ─ zapytała, lekko już zirytowana. ─ Od rana stroisz fochy, że Remus wiedział o wszystkim pierwszy, a teraz, kiedy próbuję spełnić twoje życzenie, ty znowu zachowujesz się, jak ostatni kretyn.
─ Uważaj na słowa ─ ostrzegł ją mężczyzna.
─ Wiesz, średnio mnie obchodzi to, na co według ciebie mam uważać. Jesteś nieszczery, zawzięty i nie potrafisz się zdecydować, kim właściwie dla ciebie jestem.
Prychnął. Odłożył trzymaną dotąd fiolkę i odwrócił się przodem do wiedźmy.
─ Uważasz, że mamy teraz czas na te żałosne dyskusje, Granger?
─ Żałosne to jest twoje zachowanie ─ oparła dłonie na biodrach i wysunęła lekko brodę do przodu. Włosy miała naelektryzowane z emocji.
─ Czego ty ode mnie chcesz, dziewczyno? ─ mówił cicho, lecz Hermiona potrafiła wyczuć w jego głosie, że z trudem nad sobą panuje. Wparowała tu przecież z pretensjami, żądająca, próbowała mu pokazać, gdzie jego miejsce. Niech wybucha, a co tam. Może w końcu pęknie mu jakaś żyłka i…
─ Przeciwnie ─ powiedziała. ─ Chcę wreszcie wiedzieć, czego ty oczekujesz.
Widziała, jak się wycofuje. Stał w miejscu, a jakby wessało go do środka. Zaklęła w myślach.
─ Pieprzę cię, Snape ─ warknęła.
─ Otóż to ─ skwitował ją ironicznym uśmieszkiem. Przez moment myślała, że nie wytrzyma i go uderzy. Miała już tego dość. Tej emocjonalnej huśtawki, tego, że nie wiedziała, co powinna czuć, co mówić, jak się wobec niego zachować. Wciąż bała się gdzie to wszystko prowadzi. To przecież miał być prosty układ, Snape wydawał się jej zawsze tak chłodny i zdystansowany, że bezpiecznie mogła powierzyć mu swoje złamane serce bez strachu, że spróbuje go tknąć. A jednak teraz wysyłał cholernie sprzeczne sygnały. Seks był dobry, oczyszczający. Ale ostatnio było w tym coś więcej. W sposobie, w jaki na nią patrzył, jak pozwalał jej siebie dotykać. Kiedy minionej nocy kładł się na niej, zaparło jej dech w piersiach, bo widziała, głęboko na dnie jego oczu, jakie robi na nim wrażenie ten moment, chwila zetknięcia się ich ciał. Zdała sobie sprawę, że to nie było tylko podniecenie.
Pamiętała, jak patrzył na nią, stojącą przed nim w bieliźnie, jakby była czymś nowym, nieznanym, w co próbował uwierzyć. Starała się dawać mu znaki, zadawać nieme pytania w nadziei, że odpowie chociaż na nie, gdy w rozmowie cofa się i chowa za murem sarkazmu.
Ale przecież sama była tak samo winna. Przecież ona też nie potrafiła zdecydować, czego chce od tej relacji. Z jednej strony dobrze było czuć jego bliskość, gdy zamykała powieki. Z drugiej, nie potrafiła zwierzyć mu się z niczego, bo ten człowiek reagował na emocjonalność natychmiastową alergią. Jak mogła wymagać od niego czegokolwiek, skoro sama nie potrafiła zrobić choć jednego kroku na przód, bez późniejszego cofania się?
Więc teraz spróbowała. I znów. Trafiła na zasieki.
─ Snape ─ zaczęła spokojnie.
─ Czego jeszcze chcesz, Granger?
─ Opowiem ci o tych snach. Dokładnie. A ty powiesz mi, co o tym myślisz.
Skinął głową.
─ Za godzinę mam wartę. Wtedy porozmawiamy.
─ Myślisz, że to czarna magia?
Snape mruknął.
─ Co powiedziałeś?
Stali na strychu przy niewielkim oknie, z którego widać było kilka mil piaszczystych pustkowi. Dom był niewidoczny dla postronnych, tylko zdradzenie jego położenia przez jednego ze Strażników Tajemnicy pozwalało dojrzeć go komuś spoza Zakonu Feniksa.
─ Zgodziłem się z tobą, Granger.
─ Miło mi.
─ A mi nie jest, bo to znaczy, że być może, nie o Weasley musimy się martwić, a o ciebie.
Hermiona uniosła brew.
─ Chyba nie myślisz, że zacznę…
─ To, co ja myślę, nie ma tutaj znaczenia.
─ A to nowość.
─ Wcale nie, Granger. Zdziwiłabyś się, jak rzadko moje zdanie cokolwiek znaczyło.
Spojrzała na niego uważnie.
─ Co więc mam zrobić?
─ Nic. Sny, to sny Granger. Nikogo raczej nie skrzywdzą. Póki nie latasz po kamienicy i nie przeklinasz ludzi, myślę, że można w miarę bezpiecznie założyć, że jesteś niegroźna. Jednak dla pewności…
─ Oho, zaczyna się.
─ Dla pewności ─ powtórzył głośniej ─ od dzisiaj nie będziesz spać sama.
Zamilkła.
─ Czy to twoja odpowiedź, Snape?
─ Odpowiedź na co? ─ zapytał kwaśno.
─ Na moje pytanie, które zadałam ci w pracowni.
Widziała, jak przełyka ślinę i uparcie wlepia oczy w przestrzeń za oknem, jakby nagle miała tam wyrosnąć zgraja Śmierciożerców.
Milczał.
─ Tylko śpisz ─ zaznaczył po dłuższej chwili. ─ To nie jest przeprowadzka.
Westchnęła.
Pieprzony ślizgoński terytorializm.
Delikatnie przysunęła dłoń do jego dłoni, tak, by ich grzbiety stykały się lekko, tak by mogło to wyglądać na zaproszenie, ale i na przypadek.
Spojrzał na nią. Nie zabrał dłoni, ale też nie wykonał ze swojej strony żadnego gestu.
─ Granger…
─ Hmmm?
─ Idź preparować ślimaki.
