IV Tezy i eksperymenty
Snape zjawił się w pracowni dopiero nad ranem. Bez słowa podszedł i wyjął z jej ręki drobny, srebrny nożyk.
─ Idziemy, Granger ─ poinformował ją krótko.
Przez całą drogę na piętro, oraz podczas prysznica panowała między nimi niezręczna cisza. Wymieniali urywane spojrzenia, oddaleni, prawie nieobecni. Jakby nagle ktoś postawił między nimi niewidzialną szybę.
O jeden most za daleko, prawda Severusie?
─ Może lepiej… ─ zaczęła owinięta w jeden z jego ręczników.
─ Co lepiej, Granger? ─ przerwał jej zirytowany.
─ Lepiej wrócę do siebie…
Prychnął.
─ Nie wygaduj głupot. I co zrobimy, będziemy pilnować na zmianę ciebie, Weasley i domu?
Choć nie powinna się dziwić jego zachowaniu, zrobiło jej się przykro. Przecież on dokładnie taki był. Nieczuły, praktyczny, pozbawiony nawet odrobiny empatii. A ona myślała, że to krok naprzód. Przygarbiła się, bo nagle poczuła, że jest jej chłodno w tej wypełnionej kłębami pary łazience.
─ Na Merlina, Granger, o co znowu…
─ Nie ważne ─ ucięła szybko. ─ Idę spać. Do siebie. Nikogo nie zabiję, obiecuję.
Wyszła z łazienki, a Snape za nią.
─ Granger przestań się wygłupiać.
─ Nie, Severusie, to nie ja się tu wygłupiam.
Zaklął.
Zebrała swoje ubrania. Zawahała się patrząc na ręcznik, którym nadal była owinięta.
─ Masz ─ wepchnęła go zaskoczonemu mężczyźnie w ręce.
Skrzywił się zniesmaczony.
Założyła szybko spodnie, bluzę i wyszła, trochę zbyt głośno zamykając drzwi.
Ruszyła korytarzem w stronę swojej sypialni. Mijając salon napotkała uważny wzrok Jamesa Pottera.
─ Kłopoty w raju? ─ zapytał szczerząc się nieprzyjemnie.
─ Odwal się James ─ rzuciła wściekła.
Położyła się na łóżko i prawie natychmiast zasnęła.
Biegła przez las. Suche, nagie konary drzew szatkowały niebo czarnymi rytami. Ich pnie, wyłaniające się z mroku nocy, wyglądały niczym wyrzeźbione z ciemności. Niezliczone gwiazdy przeglądały się tej szaleńczej ucieczce świecąc bezdusznym, bladym światłem. Księżyc kurczył się powoli. Słyszała, że mimo jej wysiłków, pogoń jest co raz bliżej. Stoczyła się ze wzgórza, i czołgając dotarła do mostu. Most był czarny. A za nim tętniła nicość.
Hermiona machała ręką patrząc za odjeżdżającym samochodem. Remus kucał z głową między kolanami.
─ Lepiej się czujesz? ─ zapytała siadając koło niego na krawężniku.
─ Lepiej nie mówić ─ wykrztusił.
Poklepała go po plecach.
─ Przynieść ci wody?
─ Nie, nie trzeba. Zaraz zbiorę się do kupy. Wstań, bo się przeziębisz.
Uśmiechnęła się.
─ Rzeczywiście musimy zrobić zakupy.
Pokiwał głową. Nadal był blady, ale wstał i pomógł podnieść się dziewczynie.
─ Zróbmy więc, co konieczne ─ mruknął.
─ I wracajmy do chaty.
─ I wracajmy do chaty ─ powtórzył Remus, jak echo.
Ruszyli w stronę marketu.
─ Czasem zastanawiam się nad sensem tego, jak funkcjonuje obecnie Zakon ─ wyznała nagle.
─ Co konkretnie masz na myśli, Hermiono?
─ To, że żadne z nas nie ma pełnej wiedzy o tym, co się dzieje. Jak funkcjonują zabezpieczenia, jakie plany ma Zakon w kwestii Glizdogona, tylko ty znasz miejsce kolejnej aportacji domu. W tym momencie stosowany przez nas system okazał się dziurawy.
─ To prawda ─ przyznał Lupin. ─ Jednak ogólnie działa tak, jak miał działać.
─ To znaczy? ─ Hermiona zmarszczyła brwi.
─ Chroni większą grupę kosztem mniejszej.
─ To też wiem, Remusie, ale z mojej perspektywy jest to pochopne upuszczanie krwi. My już i tak wyschliśmy niemal do cna.
Spojrzał na nią.
─ Nie znaleźliśmy lepszego rozwiązania. Poza tym w moim pokoju jest sporo notatek. Snape i inni mogą się z nimi teraz zapoznać.
─ Myślisz, że je znajdą?
─ A czy Sama-Wiesz-Kto jest czarodziejem czystej krwi?
Uśmiechnęła się.
─ Wyobrażasz sobie Severusa, który po naszym zniknięciu nie idzie przegrzebać naszych sypialni w poszukiwaniu dowodów i wskazówek?
─ Kiedy ujmujesz to w ten sposób, zaczynam dostrzegać w tym jakiś sens.
Drzwi sklepu rozsunęły się przed nimi. Weszli i zaczęli błądzić po alejkach
─ Jak zamierzasz zapłacić?
Hermiona skrzywiła się. Niemagiczne pieniądze zostały kilka lat temu zabezpieczone przed czarodziejskim imitowaniem. Właśnie dlatego James musiał bezczelnie kraść.
─ A jak myślisz?
Remus westchnął.
─ Oboje mamy w tym zerowe doświadczenie?
─ Yhmmm.
Zaklął cicho. Hermiona zagryzała wargę, zamyślona.
─ Bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy ─ powiedziała po chwili. ─ Wysokoenergetyczne i wysokobiałkowe produkty, jakiś kubek. Jeśli znajdziemy, koc, skarpety… A potem zmniejszamy.
─ Brzmi jak dobry plan ─ pochwalił ją wilkołak.
─ Brzmi jak jedyny plan, na który wpadłam podczas tych kilku minut ─ sprostowała.
Roześmiał się.
─ Może być i tak.
Wzięli sklepowy koszyk i zaczęli zapełniać go jedzeniem oraz niezbędnymi przedmiotami. Lupin zmarszczył brwi, gdy zobaczył dziewczynę niosącą sporą, plastikową miskę.
─ Higiena osobista ─ wyszeptała do niego rozbawiona.
Zmieszał się. Że też sam o tym nie pomyślał.
Kiedy doszli do wniosku, że zgromadzili już wszystko, co jest im potrzebne, Hermiona rozejrzała się po suficie, szukając ślepego punktu dla kamer.
─ Chodźmy tam wskazała palcem róg alejki.
Postawili zakupy Hermiona wycelowała różdżką kolejno w kosz oraz miskę zapełnione towarem.
─ Reducto ─ wyszeptała. Trzymała zaklęcie, aż przedmioty zmniejszyły się tak mocno, że można było schować je w dłoni.
Uśmiechnęli się do siebie szeroko. Hermiona miała wypieki ze zdenerwowania.
─ Wracamy ─ zarządziła.
Aportowali się przed chatą.
─ Mimo całego koszmaru podróży samochodem, muszę ci powiedzieć, że świetnie poradziłaś sobie z kierowcą.
Wzruszyła ramionami, przechodząc przez drzwi, które otworzył przed nią wilkołak.
Powiększyli łupy i usiedli, by zjeść pierwszy tego dnia posiłek.
─ Batoniki białkowe, kiełbasa i czekolada ─ Lupin pokręcił głową. ─ I żadnych brokuł.
─ Ani szpinaku ─ pokiwała głową.
─ Prawdę mówiąc, tęsknię za szpinakiem ─ wyznała, po chwili milczenia. ─ Przypomina mi dzieciństwo.
─ Mi też ─ przyznał mężczyzna, odgryzając kolejny kawałek wędliny.
─ Ale to też nie jest najgorsze.
─ Jak na pikniku ─ uśmiechnęła się.
Pokiwał tylko głową, usta miał zbyt zapchane, by cokolwiek powiedzieć.
Hermiona pierwsza skończyła się posilać i zaczęła krzątać się po chacie.
─ Nie masz takich obaw ─ zaczęła, rozkładając maty turystyczne na podłodze, ─ że którejś nocy zjawi się tu właściciel tego przybytku?
Lupin pokiwał głową, przełykając resztę batona.
─ Też o tym myślałem. Choć przyznam, że mojej głowie znajduje się on prawie na samym końcu.
─ A jeśli to tajna chatka Czarnego Pana? ─ Hermiona puściła oko do Remusa.
─ Mówisz, jak Snape ─ mruknął.
Wzruszyła ramionami.
─ Jak już sam mówiłeś, spędzam z nim zdecydowanie zbyt dużo czasu.
Zapadło milczenie. Remus dołączył do Hermiony i razem przygotowali higieniczny. Za chatą był drewniany wychodek, więc nie trzeba było martwić się chociaż o te część przyjemności. Hermiona podarła jedną rolkę papieru toaletowego i zaczęła upychać go w szpary wokół okien, by zmniejszyć przewiew.
─ Wybacz mi bezpośredniość ─ odezwał się po chwili czarodziej, ─ ale… czy ciebie i Snape'a coś łączy?
Roześmiała się.
─ Ginny też kiedyś zadała mi to pytanie. Ale nie, nie w tym życiu, nie w tej rzeczywistości.
Zerknęła na mężczyznę, który był wyraźnie zmieszany.
─ Nie mam do ciebie pretensji, Remusie. Chciałeś wiedzieć, zapytałeś. Teraz wiesz. Przyznaję, kiedyś po pytaniu Ginewry zdenerwowałam się na tę sugestię, ale potem usiadłam i wszystko na chłodno przeanalizowałam. Rzeczywiście tak to mogło wyglądać. Potrafiłam mówić tylko o nim i o eliksirach. Jak mnie wkurza, co ostatnio wymyśliliśmy… To całkiem naturalne, że mieliście wątpliwości.
Uśmiechnęła się do niego przyjacielsko.
─ Mogę odwdzięczyć ci się tym samym.
─ To znaczy? ─ był wyraźnie skonsternowany.
─ To znaczy odwzajemnić twoje wścibstwo swoim.
Chrząknął.
─ Wal śmiało.
─ Skoro już jesteśmy przy związkach, to zawsze nurtowała mnie jedna rzecz.
─ Zamieniam się w słuch.
─ Czy to, że nigdy nie poznaliśmy żadnej twojej kobiety, jest kwestią wilkołactwa, czy orientacji?
Lupin roześmiał się.
─ Nie, Hermiono. Wbrew pozorom jestem heteroseksualny. Trafiłaś pierwszym strzałem.
─ Kiedyś myślałyśmy, że ty i Syriusz…
─ W kwestii Syriusza nie zaprzeczę. Jeszcze w Hogwarcie, mimo niesamowitego powodzenia u płci przeciwnej i kilku przelotnych związków zaczęły krążyć plotki Nie chciałabyś usłyszeć tych wszystkich niewybrednych żartów nawiązujących do jego orientacji i nazwiska. Ślizgoni mają wyobraźnię.
─ Wyobrażam sobie ─ uśmiechnęła się.
Później tego wieczora, kiedy siedzieli przy światłach zapalonych świec, rozmawiali o starych czasach, w których nie było wojny, śmierci i wszechobecnej żałoby, w swoich oczach widzieli ogniki ciepła tańczące w źrenicach i widok ten dodał im otuchy. Powtarzając sobie w myślach, że robią to tylko ze względu na chłód zsunęli posłania i zasnęli wtuleni w siebie nawzajem.
Obudziło ją mocne szarpnięcie.
─ Lupin? ─ zamrugała oczami. W pokoju było jasno. ─ Co… co się dzieje.
Wilkołak usiadł na brzegu jej łóżka.
─ Spałaś ─ wyjaśnił. ─ Tym swoim martwym snem.
Westchnęła. Pokiwała głową i potarła twarz, próbując się rozbudzić.
─ Masz może chorobę lokomocyjną? ─ zapytała.
Mężczyzna uniósł brwi.
─ Skąd to pytanie?
─ Ja… nie ważne ─ uśmiechnęła się zakłopotana. Trochę dziwnie było zasnąć we śnie obok Remusa i obudzić się obok niego tutaj. To wszystko robiło się co raz bardziej pokręcone, musiała przyznać, że momentami zaczynała się gubić, które wspomnienia są tymi prawdziwymi. Spojrzała na swoją dłoń. Nie było na niej obrączki. Był za to zegarek, który Ron dał jej na dwudzieste urodziny. Cholera…
─ Trochę to wszystko zagmatwane, przepraszam, Remusie.
─ Nie masz za co ─ poklepał ją po ramieniu.
─ Dzięki, że jesteś.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
─ Pójdę już ─ powiedział wstając. ─ Daj znać, jakbyś czegoś potrzebowała.
─ Dobrze, zapamiętam.
Wilkołak otworzył drzwi i wyszedł, mijając się w progu z Mistrzem Eliksirów.
─ Możesz mi powiedzieć Lupin, co do jasnej cholery tutaj robiłeś?
─ Severusie! ─ zawołała go zdenerwowana.
─ Czego chcesz, Granger ─ warknął wetknąwszy swoją skrzywioną wiecznie twarz między drzwi a framugę.
─ O to samo chciałam cię zapytać ─ odrzekła chłodno. ─ To nie ja sterczę pod twoją sypialnią.
─ Daruj sobie…
─ Co mam sobie darować? ─ wzięła się pod boki.
─ Daj spokój, Granger, nie rób scen…
Lupin pokręcił głową na odchodnym i ruszył do pokoju Ginny, sprawdzić, jak czuje się ich podejrzana.
Hermiona patrzyła wściekła na Snape'a.
─ Mógłbyś chociaż wejść i zamknąć drzwi? ─ wysyczała.
Chcąc nie chcąc, Mistrz Eliksirów musiał się z nią zgodzić. Stanie i wrzeszczenie do siebie nawzajem przez próg było co najmniej niepoważne.
Hermiona usiadła z powrotem na łóżku zadowolona.
─ Więc po co tu przyszedłeś?
─ Mamy pracę do wykonania ─ prychnął.
─ Aha ─ patrzyła na niego obojętnie. Po jego wczorajszym zachowaniu nadal nie miała ochoty na żadne rozmowy.
─ Coś jeszcze?
Snape chrząknął.
Uśmiechnęła się mściwie. Czyli jednak tak. Coś dusiło tego Starego Nietoperza od środka, tylko nie potrafił tego z siebie wypluć.
─ Dalej, Snape, nie mamy całego dnia ─ patrzyła jak krzywi się zdając sobie sprawę, że zachowuje się dokładnie tak, jak on zwykł to robić za każdym razem, gdy miała mu coś istotnego do zakomunikowania.
─ Pośpiesz się ─ warknął tylko i wyszedł.
Więc jednak mu zależało. Nie wiedziała, czy bardziej ją to cieszy, czy przeraża. Prawdopodobnie on czuł się tak samo. Nie miała jednak teraz na to wszystko siły. W głowie dziewczyny panował totalny bałagan, wspomnienia ze snu mieszały się z tym, co działo się w rzeczywistości. Jak miała sobie to wszystko poukładać, kiedy Snape utrudniał każdą ich rozmowę, była nieludzko zmęczona, przez te pieprzone wizje miała wrażenie, że w ogóle nie sypia…
Niby zaproponował, żeby w JAKIMŚ SENSIE zamieszkała razem z nim, ale co to miało znaczyć? Krok naprzód, deklarację? Zawoalowane wyznanie? Czego? Roześmiała się w duchu. Pamiętała ich rozmowę na pewien praktyczny temat ich relacji.
Pewnego dnia weszła do laboratorium i zastała Severusa Snape'a warzącego eliksir. Niby nic nadzwyczajnego, ale bardzo szybko rozpoznała, co dokładnie mężczyzna przygotowywał. Stanęła nad nim zirytowana.
─ Możesz mi powiedzieć, co ty właściwie robisz?
Zmieszał się.
─ Eliksir, Granger. Dla ciebie.
─ Yhmmm. A jaki, jeśli można wiedzieć? ─ zapytała bezlitośnie. Zdawała sobie sprawę, że Snape nie jest dobry w te klocki ─ rozmowy o emocjach, związkach i wszystkich implikacjach dwóch powyższych, najzwyczajniej mu nie wychodziły.
─ Już ty dobrze wiesz, Granger, jaki ─ burknął.
Tym razem to ona świdrowała go wzrokiem.
─ Nie Snape, nie będziesz mi przygotowywał eliksiru zatrzymującego owulację ─ warknęła.
Z satysfakcją spostrzegła, że Snape nie tylko się zirytował, ale gdzieś pod zwyczajową maską kompletnego dupka, kryje się konsternacja.
─ Sama to robię ─ wyjaśniła wreszcie. ─ Wybacz, ale to by było zbyt protekcjonalne.
Skrzywił się lekko. Widziała, że mu ulżyło.
Troszkę sobie na nim użyła w tamtej chwili. Musiała to przyznać sama przed sobą. Tak bardzo chciałaby wiedzieć, na czym stoi. Czy brną dalej, stoją w miejscu, czy kończą ten bałagan i starają się zachowywać wobec siebie w cywilizowany sposób. Podejrzewała, że Snape czuje się niezręcznie dopuszczając ją do siebie. Ona też nie była swobodna, gdy ich interakcje wychodziły poza seks. Od niego przecież wszystko się zaczęło.
Czy na pewno? Nawet tego już nie wiedziała.
Pamiętała okropne poczucie pustki, wielką, ziejąca dziurę w sercu, która wrzynała się w nią coraz głębiej i głębiej, jak wrzód. Aż w końcu pękła. Tamtej nocy, gdy Snape wykonał pierwszy krok. I znów Hermiona nie miała już pojęcia, czy to był on.
Dotknął jej ręki.
Ale kto pierwszy dał znak, sygnał do wymarszu?
Nie potrafiła się zdecydować. Pracowali razem kilka lat. Ramię w ramię, od momentu, w którym Slughorn wpadł w zasadzkę. Pamiętała, jak na kolejnym spotkaniu Zakonu padło pytanie, kto pomorze Severusowi. Oczywiście nie on je zadał. Krzywił się w swoim kącie, niezadowolony, że wpychają mu na siłę praktykanta. Ile to już lat? Pięć? Sześć? Miała wrażenie, że co najmniej tysiąc. Nikt się nie zgłaszał. Remus Lupin rozglądał się błagalnie. Wszyscy wiedzieli, że ważenie eliksirów jest niezwykle istotne. W salonie na Grimmauld Place panował okropny tłok. Zebrali się prawie wszyscy, chyba ze trzydzieści osób. Minerwa, Flidwick, Harry, Lilly, Tonks, Shacklebolt… Ron.
Było cicho. Nie tylko Slughorn stracił życie w tamtym tygodniu. Zginęła Molly Weasley. Zginął Seamus Finnigan. Zginął Neville. To był Czarny Tydzień, tak go nazwali, pamiętała jeszcze. Pierwszy z wielu, czego wtedy nie mogli wiedzieć. Myśleli, że jeszcze mają szanse. Ba! Byli tego pewni. Buńczuczni, mimo żałoby, pełni żądzy zemsty, złości, ale i optymizmu. Najgorsi byli Weasley'owie. Arthur szalał z rozpaczy i nienawiści. Nigdy nie myślała, że może się tak zachowywać. Kilka razy widziała go pijanego w trupa, wleczonego po schodach pod ramiona przez Syriusza i Remusa. To dlatego tak szybko poginęli. Wszyscy chcieli pomścić ukochaną kobietę, matkę lub żonę, bez różnicy. Zgubiło ich to, co zawsze wydawało się Hermionie ich największą siłą. Miłość, jedność, jaką tworzyli. To, co zawsze podziwiała, co ujęło ją w Ronaldzie…
W każdym razie, tamtego wieczora podniosła rękę. Prawie nikt w grupie zebranych nie mógł jej dorównać w sztuce warzenia eliksirów. Nie była może tak utalentowana, jak Snape, znacznie lepiej szło jej z urokami, jednak swoją precyzją wyprzedzała niemal każdego. Snape nie odezwał się ani słowem. To był dobry okres w jego życiu, paradoksalnie najszczęśliwszy. Powstrzymał się nawet od kąśliwych komentarzy. Pamiętała, jak otworzył usta, ale dłoń Lilly Evans, która znalazła się nagle na jego ramieniu skutecznie powściągnęła zgryźliwy charakter Mistrza Eliksirów.
Tak zaczęła się ich współpraca.
Niespełna rok później ta dłoń zniknęła na zawsze. Hermiona widziała w tym ogromną ironię śmierci. To, czego stała się świadkiem przez kolejne miesiące, było najbardziej intymnym przeżyciem między nimi. Snape pracował dalej. O dziwo zachował całkowicie trzeźwy umysł i pełzł przed siebie. Dla postronnego widza nic się w nim nie zmieniło. Ale Hermiona widziała, jak z tygodnia na tydzień na jego czole pojawiają się nowe bruzdy, a włosy zyskują więcej połyskujących srebrem pasm. Myślała sobie wtedy, że Snape przywdziewa powoli jeden z kolorów swojego domu. Snape przeżył żałobę z godnością. Jamesowi odbiło. Wszyscy bali się, że tych dwóch pozabija się nawzajem lub przy okazji skrzywdzi pozostałych przy życiu mieszkańców Grimmauld Place. Zabawne. Przez ten rok, od śmierci Slughorna do odejścia Lilly, liczba członków Zakonu Feniksa zmniejszyła się o połowę. Zginęli wszyscy najbardziej podatni, najsłabsi psychicznie. Ginęły całe rodziny: odchodził ojciec, za nim dzieci i matka. Zawsze znajdował się ktoś, kto szukał zemsty lub własnej śmierci, a pozostali oddawali życia próbując powstrzymać jego autodestrukcyjne zapędy. Zawsze? Prawie zawsze. Ona, Hermiona przetrwała. Przetrwał Snape. Co dziwne przeżyło dwoje Weasley'ów. James trwał chyba tylko z czystej złośliwości, próbując umilić ostatnie dni Mistrza Eliksirów.
Wtedy, podczas tego szaleństwa śmierci i rozpaczy, Hermiona odnalazła w nim spokój, poczuła wobec niego niesamowity szacunek i podziw. Zdała sobie sprawę, że ten człowiek, który przez ponad dwadzieścia lat czekał na swoją miłość życia, straciwszy ją bezpowrotnie po krótkim okresie szczęścia, okrzepł i trwał jako jeden z nielicznych filarów.
W tamtym czasie miała wrażenie, że ona, Snape i Remus Lupin stoją w potoku kłębiących się lunatyków, bezkształtnej ludzkiej ciżby, która płynie niczym tłumy zatłoczoną ulicą na przyspieszonym nagraniu z kamery: rozmazana, niewyraźna, pozbawiona twarzy.
I tak zostało do dzisiaj. Luna i Peter żyli w swoich własnych światach. Podobnie Syriusz i James. O ile pierwsza dwójka była pożyteczna, o tyle o przydatności Blacka i Pottera można by dyskutować godzinami. James robił swoje „cokolwiek" tylko ze względu na stanowcze żądanie Lupina, który zagroził, że osobiście zabierze mu Pelerynę Niewidkę i sam zacznie uzupełniać zapasy jedzenia i innych artykułów pierwszej potrzeby. O Weasley'ach nie warto nawet wspominać. Niby coś robili, niby kręcili się tu i tam, a jak się okazało, kiedy akurat nie mordowali ich Śmierciożercy, postanowili pozabijać się nawzajem. Hermionie już naprawdę robiło się od tego wszystkiego niedobrze.
Jedynym schronieniem okazywało się laboratorium. Urządzono je w piwnicy, ze względu na stałą, niską temperaturę i brak dostępu promieni słonecznych. Dobrze jej było nawet ze zgryźliwością, złośliwością i wiecznym niezadowoleniem Snape'a. Okazywało się czymś o niebo lepszym od zawodzenia pozostałych czarodziejów na górze. Naprawdę podziwiała Lupina za jego cierpliwość. Trzymał swoich dwóch kumpli w jako takim stanie przez tyle lat, nie pozwalając zniszczyć niczego istotnego w Kwaterze Głównej.
Mistrz Eliksirów musiał dostrzec jej spokój, tak przynajmniej podejrzewała. Dostrzec to, że bez jęczenia wykonuje wszystkie mozolne, monotonne czynności. Hermionie sprawiało to koniec końców niejaką przyjemność. Takie długie, jednostajne prace pomagały jej porządkować myśli. Dostrzegł, że jest metodyczna, pilna, skrupulatna. Przestał nawet wyśmiewać jej encyklopedyczną pamięć. Otrzymała u niego coś na kształt szacunku. Gdy teraz o tym wszystkim myślała, Hermiona uświadomiła sobie, że nie nazywał jej już wtedy Panną-Wiem-To-Wszystko-Granger. Zostawił samo nazwisko. Po latach pracy zyskali pewien poziom wzajemnego zrozumienia, respektowali swoją przestrzeń, tolerowali towarzystwo. Potrafili godzinami milczeć, potrafili też niekiedy rozmawiać, bardziej z konieczności powstrzymania snu, niż dla przyjemności. Snape zaczął akceptować jej zwyczaj wymieniania wszystkich dyrektorów Hogwartu od początku, a potem wspak, w chwilach, gdy obawiała się, że ze zmęczenia przewróci się na wrzący kociołek. Ona nauczyła się odczytywać jego miny, rozpoznawać gesty i często bez słowa podawała mu to, czego w danym momencie potrzebował. Obydwoje byli trochę neurotyczni: lubili idealną ciszę podczas pracy, nie znosili bałaganu. Pilnowali alfabetycznego porządku w składnikach. Hermiona bez marudzenia odkładała wszystkie fiolki, kociołki, noże i palniki tak, jak rozplanował to Snape. Rozumiała, jak ważny jest dla niego stworzony ład. I chociaż kiedyś, w innym świecie, gdy była jeszcze jego uczennicą, nigdy by w to nie uwierzyła, zaakceptowali swoje towarzystwo. Miała poczucie, że było to obustronne.
Potem, kiedy Snape otrząsnął się już ze swojej żałoby, Śmierciożercy pojmali Rona. Peter do dzisiaj nie był im w stanie z całkowitą pewnością powiedzieć, co się z nim stało. Czy zginął, czy trzymany był w jednej z cel Malfoy Manor jako trofeum Czarnego Pana. Hermiona również postawiła sobie za punkt honoru nie załamać się. Straciła wcześniej rodziców, żadne próby schowania ich w Australii nie zdały egzaminu. Rodziny członków Zakonu Feniksa, zwłaszcza te niemagiczne, ścigane były najzajadlej. Czarodzieje mieli trochę większe szanse na przetrwanie. Niektórym, jak na przykład nieżyjącemu Georgowi, udało się przekonać Ministerstwo o swojej lojalności. Inni zostali wtrąceni do Azkabanu lub złapani przez Śmierciożerców. W ostateczności zabici. Lord Voldemort mimo wszystko starał się przekonywać do siebie tych spośród czystokrwistych, którzy nie należeli do Zakonu. Zależało mu przecież na przerwaniu wielkich, starych rodów.
Hermiona była więc już niejako zahartowana, gdy dwa lata temu, podczas jakiejś głupiej akcji, Ron najzwyczajniej nie wrócił. Płakała każdej nocy. Czasem w poduszkę, czasem ramię w ramię z Ginny. Obie opłakiwały śmierć Rona, jednak Hermiona w końcu przestała. Ginny zaś pogrążyła się w jałowym, niekończącym się przygnębieniu. Hermiona wiedziała, że dziewczyna ma depresję, jednak, co mogli poradzić? Na pomoc medyczną lub magomedyczną nie mogli liczyć. Zastanawiali się nawet nad porwaniem jakiegoś specjalisty, ale wtedy była ich już garstka. Mało kto nadawał się do przeprowadzenia tak ryzykownej operacji. Odpuścili więc. Ron odszedł. Po nim jeszcze kilka osób.
Zachodziła w głowę, czemu nigdy, przez sześć lat ich związku, nie zdecydowała się na to by pójść na całość. Nie liczyła tych dwóch lat szkolnych podchodów, w które grali na szóstym i siódmym roku. Potem na kolejne dwa ich drogi się rozeszły. Niby do siebie pisali, ale Hermiona była zbyt pochłonięta nauką i pilnowaniem bezpieczeństwa rodziców oraz planami przeprowadzki do Australii, żeby zajmować się romansami. Pierwotnie chciała przenieść się razem z rodziną. Ron i Harry mieli jej to za złe. Ale ona czuła się za nich tak strasznie odpowiedzialna. Jako niemagiczni, jej rodzice byli zupełnie bezbronni. A tymczasem macki Voldemorta sięgały coraz dalej. Gdy wiadomo już było, że w Wielkiej Brytanii zanosi się na poważny konflikt magiczny, pewnego dnia zniknęła, by ukryć matkę i ojca na drugim końcu świata. Bezskutecznie. Kilka dni po jej przybyciu do Kwatery Głównej, Ministerstwo przysłało Hermionie obłudne kondolencje.
Potem, gdy zamieszkali wszyscy razem na Grimmauld Place, była zbyt przygnębiona, żeby zastanawiać się nad swoimi uczuciami. Ron dzielnie ją wspierał, na nowo się do siebie zbliżyli. Molly i Arthur zaczynali już nawet planować im ślub. Ale Hermiona była ostrożna. Nie chciała podejmować decyzji pod wpływem wojny. Powiedziała Ronowi, żeby poczekał z oświadczynami do momentu pokonania Voldemorta, żeby obydwoje mogli jasno i wyraźnie zobaczyć, czego chcą. Chłopakowi się to nie spodobało. Pamiętała, że burknął coś o tym, że to nie on jest niezdecydowany. W jakimś sensie zaakceptował jej decyzję i nie wracał do tematu.
Było wiele sytuacji, w których zasypiali obok siebie. Często całowali się, długo dotykali. Było to nawet miłe. Jednak w przepełnionym domu, wiecznie ktoś wchodził, wychodził, pukał. Hermiona dzieliła pokój z Ginny, Ron z Harrym. Tak im było dobrze. Potem, gdy między nią i Weasley'em zaczęło robić się poważniej, pojawiły się pierwsze tragedie. Było mnóstwo pracy. Hermiona wiecznie czuła się wykończona. Kilka razy byli bardzo blisko tego momentu. Przygotowali wszystko, zaplanowali, ale zawsze coś stawało im na drodze. Może było w tym jakieś zrządzenie losu? Kochała Rona bardzo. Ale nie było w tej miłości zbyt wiele ognia.
Ron zniknął. Mijały miesiące. W końcu po rozpaczy pozostała tęsknota. Za jego zapachem, za głupimi żartami, z których nawet nie umiała się śmiać. Za sposobem, w jaki na nią patrzył. Brakowało jej miękkości jego dłoni, tonu głosu. Tego, że dokładnie wiedział, jaką herbatę lubi, gdzie odkłada rzeczy, gdy ona nie może ich znaleźć. Świadomość, jaka jest dla niego ważna, zawsze dodawała jej sił. Teraz tego nie było. JEGO nie było.
Codziennie był za to czarnooki, ponury Snape. I o dziwo on także potrafił zaparzyć herbatę.
Podobało jej się to, że robili to na zmianę. Nie kryła się za tym żadna umowa. Wyszło jakoś tak naturalnie. Dowiedziała się później, że dokładnie tak postępowali ze Slughornem. To dało jej poczucie, że traktuje ją jak współpracownika, nie uczennicę.
Zastanawiała się, kiedy zaczęła myśleć o nim w ten sposób. Czy z nim flirtowała? Dawała mu znaki? Czy on wysyłał jej sygnały? Pamiętała, że cisza, która zalegała zwykle pomiędzy nimi, stopniowo zmieniała barwę; że zmieniał się sposób, w jaki przynosili sobie herbatę. Nie było filmowych scen, w których Snape obejmuje ją, by pokazać jak kroi się nowy dla kobiety składnik.
Były za to chwile, w których wymijali się bardziej niezdarnie niż kiedyś. Hermiona kładła to na karb zmęczenia, ale odnotowywała każdą sytuacje, kiedy jego dłoń dotknęła jej łokcia, lub talii; kiedy sama, jakoś tak automatycznie, nachyliła się bardziej niż musiała i zetknęli się ramionami. Nie odsuwał się. Ona także. Czasem siedzieli w kuchni i w milczeniu czekali, aż coś wystygnie, odparuje lub odwrotnie, podgrzeje się lub nasiąknie. Jego oczy przestały być dla niej karabinami maszynowymi, przed ostrzałem których starała się usilnie schować. Nauczyła się wytrzymywać te spojrzenia. Czasem było w nich coś innego niż chłód. Z zaciekawieniem przyglądała się, jak podwijał rękawy szaty, uchwyciła kiedyś jego wzrok mimowolnie wędrujący po krzywiźnie jej pleców, w dół, gdy stała do niego bokiem. Uśmiechnął się dziwnie, widząc, że go przyłapała.
Potem była tamta noc, ich pierwsza, wspólna chwila.
A teraz? Teraz natrafili na mur, który każde z nich wznosiło przez lata życia. Hermiona zdała sobie sprawę, że skoro jej fortyfikacje są tak udane, to jak muszą wyglądać tego człowieka, który pracował nad nimi o dwie dekady dłużej?
Wstała, przebrała się w świeże ubrania i zeszła na dół, szukać tego idioty.
Znalazła go w kuchni, parzącego kawę.
Spojrzał na nią krytycznie i bez słowa przywołał drugą filiżankę. Był już w swoich roboczych szatach.
─ Aż tak źle wyglądam? ─ mruknęła.
Uśmiechnął się zgryźliwie.
─ Oczekiwałaś komplementu?
─ Miło by było, dla odmiany…
Nasypała sobie kawy i zalała wrzątkiem. Snape stał już przy stole, odsuwał krzesło.
Podeszła do niego i dotknęła nadgarstka mężczyzny.
─ Severusie…
─ Na Merlina, co znowu, Granger ─ popatrzył na nią zniecierpliwiony.
─ Pocałuj mnie, proszę ─ wyrwało jej się, nie wiadomo czemu.
─ Tutaj? ─ uniósł brwi, odstawił jednak filiżankę na stół.
─ Cóż, chyba wychodzi na to, że tak…
─ Zamilcz już, Granger, bo mówienie nie za bardzo ci dzisiaj wychodzi ─ mruknął i wsunąwszy dziewczynie palce we włosy zbliżył się do niej i pocałował zachłannie.
Zdał sobie sprawę, że brakowało mu jej tej nocy, że chociaż próbował sobie wmówić, że jest inaczej, ciepło jej ciała dawało mu ukojenie. Czuł jak powietrze wylatujące z ich nozdrzy miesza się w ciasnej przestrzeni między ich twarzami, czuł zapach rumiankowego kremu, delikatną woń mydła z wczorajszego prysznica. Jej usta obejmujące jego wargę, otwierające się przed nim, gdy kciukami gładził jej dolną szczękę. Nie chciał, żeby ktoś ich tak zobaczył, a jednak nie potrafił się od niej odsunąć. To, co było między nimi było czyste, nienaznaczone trudną przeszłością, goryczą klęsk. Nie mieli wobec siebie wielkich oczekiwań, sprzecznych planów życiowych ─ obydwoje czekała śmierć i to dostatecznie szybko, by wszystkie tematy, które potrafią poróżnić dwoje ludzi stały się trywialne.
Nie musieli kłócić się o ślub, o dzieci lub ich brak, o to jak wyobrażają sobie podział obowiązków. Kto ma pracować, a kto zająć się domem i dlaczego do jasnej cholery mają robić to po połowie. Gdzie zamieszkają, jak wychowają bandę niewdzięcznych, rozwrzeszczanych, kudłatych i sarkastycznych larw.
Widział to wszystko przez tych kilka sekund, przez mgnienie chwili, gdy całował Hermionę Granger w kuchni Grimmauld Place. Nierzeczywistość, coś, co się nie zdarza.
Po raz pierwszy od lat poczuł okropną złość na świat, na los, na samego siebie. Zdał sobie sprawę, że te myśli go zraniły. Bardziej niż cokolwiek od JEJ śmierci.
─ Śpisz ze mną Granger ─ oznajmił wreszcie.
─ Tak mówisz? ─ wymruczała w jego usta.
─ A co usłyszałaś? ─ pocałował ją jeszcze raz, krótko, pożegnalnie.
─ Coś jak dziesięć punktów dla Gryfindoru za perfekcyjną…
─ Już ci mówiłem, ucisz się Granger.
Kątem oka, Hermiona dostrzegła jednak, że Mistrz Eliksirów stara się ukryć rozbawienie.
Odsunęli się od siebie.
─ Chyba o czymś zapomniałeś.
Uniósł brwi. Mieszał łyżeczką swoją kawę, bardziej żeby zająć czymś dłonie, niż z jakiegoś sensownego powodu. Nie pijał słodkich napojów.
─ Chciałeś pomajstrować przy Eliksirze Wielosokowym.
Westchnął.
─ Cholerna Weasley.
─ Co z nią? ─ Hermiona splotła ręce na piersi.
─ Nic, Granger. Po prostu całe to zamieszanie z twoją rudą przyjaciółką wytrąciło mnie trochę z rytmu.
Prychnęła.
─ Widzisz, Snape, zagadka rozwiązana. Ginny zaatakowała własnego brata, żeby pomieszać ci szyki.
Popatrzył na nią z niedowierzaniem.
─ Naprawdę, Granger? Musisz zniżać się…
─ Do twojego poziomu rozmowy? Nie nie muszę ─ uśmiechnęła się trochę złośliwie.
Przymknął powieki, postanowił ją ignorować. Siorbnął z filiżanki.
Wzdrygnęła się. Wiedział, że ona tego nie toleruje. Zgromiła go wzrokiem, widząc jego złośliwy uśmieszek.
─ Zrób to jeszcze raz, Snape…
Zobaczyła, że znowu podnosi filiżankę.
Zaklęła, wzięła swoją kawę i wyszła z kuchni.
Minęła Lupina bez słowa, kiwając mu zaledwie głową na przywitanie. Mężczyzna popatrzył za nią trochę zdziwiony, potem zerknął w stronę kuchni, gdzie widok zadowolonego Snape'a wyjaśnił mu wszystko. Zawahał się. Mistrz Eliksirów musiał być w wyjątkowej formie, skoro po rozmowie z młodą Gryfonką miał wymalowaną na twarzy tak ewidentną satysfakcję.
─ Mogę zapytać, co się tu stało?
─ Po co prosisz o zgodę, Lupin, skoro już to zrobiłeś? ─ burknął.
Wilkołak pokręcił głową.
─ Przychodzę tu w pokojowych zamiarach.
Snape obrzucił go ironicznym spojrzeniem, które mówiło coś w rodzaju „ależ, oczywiście, nie krępuj się".
─ Czego chcesz? ─ warknął.
─ Wypić herbatę i porozmawiać.
─ Wszyscy jesteście strasznie rozmowni ─ mruknął. ─ Czekam. Mów, co kłębi ci się pod czaszką, Lupin, bo mam dzisiaj prawdziwe urwanie dupy.
Remus pokiwał głową.
─ Chodzi o Hermionę ─ zaczął ostrożnie.
─ A w jaki sposób coś, co dotyczy Granger, miałoby być twoją sprawą, Remusie?
Wilkołak westchnął.
─ Nie przyszedłem cię tu atakować, Severusie, zwyczajnie się o nią martwię. Nie wnikam w żadne… hmmm… wasze sprawy. Chodzi mi o pewne osobliwe…
─ Sny? ─ przerwał mu Snape.
─ Och, więc już ci powiedziała.
Snape skrzywił się mimowolnie.
─ Raczej z niej to wydusiłem.
Lupin pokiwał głową.
─ Myślę, że powinniśmy się nad tym zastanowić.
─ Nie będę niczego robił za jej plecami, Lupin.
Wilkołak uśmiechnął się łagodnie.
─ Źle mnie zrozumiałeś. Chciałbym, żebyśmy obydwoje z nią porozmawiali. Podzielili się we troje spostrzeżeniami.
Snape skinął głową.
─ Miałem podobny pomysł.
─ Więc go zrealizujmy ─ Lupin oparł się na przedramionach o blat stołu, nachylając w stronę Mistrza Eliksirów.
─ Porozmawiam z nią, ale niczego nie obiecuję ─ odpowiedział cierpko.
─ No to ustalone. Dziś wieczorem?
─ Powiedziałem, Lupin, że niczego nie obiecuję.
Hermiona rozstawiała butelki z zapasem Eliksiru Wielosokowego. Gdy przyszedł, zauważył, że jest skupiona i spokojna, jak dawniej. Jakaś część Severusa Snape'a chciała podejść do niej i objąć jej szczupłą talię, poczuć, jak plecy kobiety opierają się o niego, jak wtula głowę w jego tors. Lubił, gdy Lilly tak robiła. Cholerna martwa Lilly.
Cholerna martwa Granger.
Zamiast jednak uczynić jakikolwiek gest, chrząknął tylko, dając znak zamyślonej czarownicy, że jest na posterunku.
─ Wyjaśnij, o co ci chodziło ─ powiedziała uśmiechając się i otrzepując pokryte kurzem dłonie.
Pokiwał głową. W gardle miał dziwną gulę, która utrudniała mu wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Przełknął kilka razy ślinę. Czuł, że Hermiona przypatruje się mu skonsternowana, a on denerwował się co raz bardziej, bo nie mógł nawet odciąć się jakąś kąśliwą uwagą o wlepianiu w niego wścibskich, gryfońskich ślepi.
Wreszcie udało mu się opanować to dziwne uczucie.
─ Eliksir Wielosokowy ─ powiedział, jakby nigdy nic ─ wykonujemy z użyciem czyjegoś włosa, paznokcia, suchego naskórka.
─ Martwego materiału komórkowego ─ skwitowała Hermiona.
─ Dokładnie Granger.
─ Do czego zmierzasz? Czy po to pobrałeś krew Bellatrix?
Pokiwał głową.
─ Zamierzasz przetestować czy Eliksir Wielosokowy nadal będzie tak samo, czy bardziej skuteczny ─ domyśliła się.
─ Brawo Granger, oto twoje upragnione dziesięć punktów dla Gryfindoru.
Wyszczerzyła się.
─ I minus pięćdziesiąt za nieregulaminowy strój ─ dodał z kpiącym uśmiechem.
No tak. Nie było Hogwarckiego mundurka.
Posłała mu prowokujące spojrzenie.
Zaklął w myślach.
Dlaczego tak bardzo na niego działała? Tęsknił za Lilly? A może był po prostu starym głupcem? Cała ta sytuacja dziwiła go o tyle, że Hermiona Granger nie miała żadnego interesu w tym, żeby z nim być. Łatali swoje rany. Zapominali tych, których kiedyś kochali. Wymazywali. Czy mógł zapomnieć Lilly? Wiedział, że nie. Czy było w jego życiu miejsce na jeszcze jedno, rozpaczliwe uczucie?
Przypominałoby ostatni oddech tonącego, który wystawia głowę ponad pochłaniającą go otchłań, chociaż to tylko przedłuży jego męczarnię.
Kiedy sadzał ją na stole i przesuwał dłońmi w górę oplatających go nóg czarownicy; kiedy całował ją bez opamiętania czując, że czas przecieka mu prze palce razem z jej niesfornymi włosami, razem z jego imieniem wysączającym się z ust Hermiony ─ nie potrafił powiedzieć kobiecie niczego, niczego obiecać. Nie znał jej uczuć, nie rozumiał swoich. Wiedział tylko, że dzień, w którym ją straci, rozerwie mu ponownie serce na pół. Dlatego, tym bardziej, jakby na potwierdzenie zbliżającej się katastrofy, chłonął każdy skrawek jej skóry, zapachu, smaku z łapczywością wygłodniałego psa. Hermiona Granger nie wiedziała o tym i miał nadzieję, że nigdy się nie dowie, że w zetknięciu z nią zamieniał się właśnie w łaknącego kundla. Ta świadomość niszczyła go od środka, pamiętał bowiem, że ostatnim razem, gdy kobieta budziła w nim podobne emocje, zniszczył z rozpaczy cały swój świat.
Oddychała szybko z czołem opartym na jego obojczyku. Głupie szczeniaki, miała ochotę powiedzieć. Odkąd pamiętała zachowywali się pod tym względem właśnie jak para niewyżytych nastolatków. Niekoniecznie uprawiali seks, ale niesamowicie ciągnęło ich do siebie nawzajem. Czy tak powinno być? Nie miała pojęcia, bo z Ronem wszystko było spokojne i poukładane, jak w segregatorze. Nie miała z kim o tym porozmawiać. Nie chciała wyjść na naiwną i zadać tego pytania Snape'owi. Stał przed nią cichy, nieruchomy, jak skała. Gdyby nie słyszała szybkiego bicia jego serca, nie czuła chwilę temu, jak zaciska dłoń wokół jej karku, nie wiedziałaby, że ten człowiek cokolwiek czuł.
Uniosła głowę i spojrzała w jego ciemne oczy.
─ Co my robimy Snape? ─ zapytała.
Mistrz Eliksirów w milczeniu odsunął się od niej i zniknął między półkami.
Otworzyli dwie z sześciu przyniesionych przez Hermionę buteleczek Eliksiru Wielosokowego. Do pierwszej wrzucili włos wiedźmy, do drugiej Snape wkropił ostrożnie jedną kroplę krwi Belli.
Kobieta spojrzała na niego niepewnie.
─ Myślisz, że tyle wystarczy?
Wzruszył ramionami.
─ Żebym to ja wiedział… burknął.
Bruzdy wokół jego wielkiego nosa w tym świetle zdawały się jej jeszcze głębsze, przez co wyglądał na znacznie starszego i bardziej zmęczonego.
Przyglądali się, jak eliksir w pierwszej fiolce zmienia kolor na fioletowy. Teraz trzeba było poczekać, co stanie się z drugą. Hermiona powoli zamieszała zawartością buteleczki, obracając delikatnie nadgarstkiem na wysokości swoich oczu. Po chwili i tu pojawiła się jagodowa barwa, ale znacznie intensywniejsza.
─ Chyba zadziałało ─ mina dziewczyny wyrażała jednak sceptycyzm.
─ Widzę, że rzeczywiście masz się za znawcę tego eliksiru, Granger, skoro wyrokujesz w ciemno ─ sarknął.
─ Nie wyrokuję, Snape. Wysuwam tezę.
Mruknął coś niezrozumiale i sięgnął po fiolkę, ale Hermiona go uprzedziła.
─ Co masz zamiar z tym zrobić? ─ patrzyła na niego podejrzliwie.
─ Przetestować.
─ Na kim, jeśli można wiedzieć?
─ Miałem zamiar dolać tego Blackowi do porannej szklaneczki ─ warknął. ─ Nie twoja sprawa Granger, oddaj eliksir.
Pokręciła głową.
─ Nie będziesz testował tego świństwa na sobie. Taki jesteś zawsze rozsądny, a teraz będziesz próbował ze sobą skończyć w tak mało estetyczny sposób?
─ Ciekawe, jak mam w takim razie skomentować twój wybryk z drugiego roku ─ posłał jej zgryźliwy uśmiech.
─ Porównujesz się z drugorocznym Gryfonem, Snape? ─ uniosła brwi z niedowierzaniem.
Zaklął.
─ Oddaj to Granger.
Pokręciła głową.
─ Nie możemy po prostu pobrać na przykład mojej krwi i podać tego Belli?
─ Nie, Granger, to zbyt niebezpieczne. Bellatrix zmieni wzrost, więzy się poluzują i wiedźma się uwolni, a wtedy wezwie Czarnego Pana. Oddaj to uparta kobieto!
Kiedy dalej nie reagowała, bezgłośnie przywołał fiolkę wyrywając ją zaklęciem z dłoni czarownicy.
─ Jesteś cholernym ignorantem! ─ syknęła. Przyglądał się jej chłodno. Hermiona, nie mogąc znieś tego spojrzenia, odwróciła się do niego plecami. Jak on potrafił w jednym momencie uchylać przed nią drzwi, a w następnym zatrzaskiwać je z takim hukiem?
Snape popatrzył na buteleczkę. Potem na zdenerwowaną Gryfonkę.
─ Nie rób scen, Granger ─ mruknął. ─ Nic mi nie będzie. Nie pierwszy raz testuję na sobie własne wynalazki.
Spojrzała na niego wściekła.
─ Sectusemprę też wypróbowałeś na sobie?
Był zaskoczony.
─ Skąd wiesz wiesz, że jest moja?
─ Harry znalazł twój podręcznik ─ mruknęła.
Skinął głową.
─ Nie możemy cię stracić, Snape ─ powiedziała poważnie.
─ Stracicie. W końcu każdy z nas odejdzie, Granger, nie bądź naiwna. A teraz ochłoń i zacznij przyzwyczajać się do kontroli nad własnymi emocjami. Inaczej nie dożyjesz mojej śmierci, gwarantuję ci to.
Spojrzenie, które mu posłała mogłoby zabijać.
Bez dalszych komentarzy odkorkował fiolkę i wypił całą jej zawartość. Hermiona patrzyła na niego uważnie, zaniepokojona, jakby spodziewała się, że Snape zaraz rozpadnie się na kawałeczki.
Przez chwilę nic się nie działo, a potem rysy twarzy Mistrza Eliksirów rozmyły się, przeformowały, skurczył się o dobrych kilka cali, po czym stopniowo przybrał postać Bellatrix.
─ Udało się? ─ zapytał kobiecym głosem.
Hermiona parsknęła śmiechem.
─ Biorę tę reakcję za potwierdzenie, Granger.
─ I co teraz? ─ zapytała. ─ Czekamy?
Snape westchnął, próbował przybrać swój typowy zniecierpliwiony wyraz twarzy, ale po chichocie Hermiony wywnioskował, że wyglądał wtedy komicznie.
─ Raczej nie będę zasuwał po Grimmauld Place w przydużych ubraniach ─ mruknął.
─ A to, że wyglądasz, jak ulubienica Czarnego Pana już ci nie przeszkadza? ─ Hermiona wciąż nie potrafiła ukryć rozbawienia.
─ Granger, zbierasz sobie ─ powiedział piskliwym głosem.
Hermiona wybuchnęła tak szczerym śmiechem, że skapitulował. Jakoś źle się czuł z rolą komika.
By zabić czas zaczęli przygotowywać składniki do kilku podręcznych eliksirów. Godzina minęła, za nią druga, ale wygląd Snape'a nadal nie wracał do normy.
─ Czujesz coś? ─ zapytała wreszcie.
─ A co niby miałbym czuć, Granger?
─ Zmianę?
─ Nie.
─ A jeśli ci tak zostanie?
─ Przyzwyczaisz się ─ mruknął.
Milczeli chwilę. Hermiona była zaniepokojona. Eliksir miał działać dłużej. Ale o ile dłużej? Nie mogli najpierw spróbować z kawałkiem skóry, potem dopiero używać krwi?
Wreszcie odezwał się Snape.
─ Lupin chce, żebyśmy porozmawiali o twoich snach.
Spojrzała na niego.
─ Chce usystematyzować różnice między rzeczywistościami.
Hermiona wzruszyła ramionami.
─ Czyli jednak twój pierwotny pomysł wchodzi w życie.
Pokiwał głową.
─ Naprawdę nie dostrzegasz, Granger, jakie do istotne? ─ zmarszczył brwi.
─ Oczywiście, że dostrzegam. To zwyczajnie bardzo osobiste. Poza tym, ta sytuacja z Ginny była chyba tylko zbiegiem okoliczności. Na razie nic szczególnego się nie dzieje.
Snape skrzywił się.
─ Błagam cię, Severusie ─ Hermiona zakryła usta dłonią, ─ nie rób tych min, bo wyglądasz dziwacznie. Jakby Bellatrix próbowała cię parodiować.
Snape nastroszył się.
─ Proponuję, żeby uczynić z tego pierwszą lekcję dla ciebie, Granger ─ warknął. ─ Musisz oduczyć się tego idiotycznego chichotu. Jeśli zaśmiejesz się w niewłaściwym momencie, Czarny Pan albo nabierze podejrzeń, albo wpadnie we wściekłość. W obydwu przypadkach konsekwencje będą podobnie złe.
Hermiona westchnęła. Nie była ignorantką, potrafiła się tego domyślić.
─ Jak właściwie zachowywaliście się wobec Sam-Wiesz-Kogo?
─ Czarnego Pana ─ powiedział z naciskiem. ─ Wyryj sobie to pod czaszką, inaczej zginiesz przy pierwszym otworzeniu ust. To jedyna akceptowalna forma. On jest Panem, nie lordem, nie Tomem, ani nikim innym. Ewentualnie Mistrzem. Tak należy się do niego zwracać ─ wyjaśnił wykładowym tonem.
Milczeli przez chwilę. Hermiona przypatrywała się Snape'owi znad słoja, do którego wkładała preparowane dzień wcześniej ślimaki. Były oślizgłe, pozbawione wnętrzności, ociekały czymś, pachniały tak, że wolała nawet nie myśleć.
─ To pierwsza kwestia, a zarazem najprostsza Granger ─ powiedział w końcu. ─ To, jakie są zasady koegzystencji w tej grupie zwyrodnialców jest trudniejsze do określenia. Po pierwsze nie licz na szczerość, czy bezinteresowność. Tam nie istnieje słowo rodzina. Brat zdradza brata, żona morduje męża. Ważne, żeby jak najdłużej utrzymać się na powierzchni. Czarny Pan, jak na ironię, bardzo często będzie nazywał was, najbliższych mu Śmierciożerców, rodziną. Jednak jego sposób postrzegania tego pojęcia jest bardzo pierwotny. Będziecie, jak wataha wilków. On jest alfą. Wy macie go bezdyskusyjnie słuchać. Nie wchodź z nim w polemikę. Nie próbuj swoich mądrości, Granger. On i tak zawsze okaże się od ciebie sprytniejszy. Każdemu wolno tam co innego, co innego uchodzi płazem Malfoy'owi, co innego uchodziło mnie.
─ Byłeś najbliżej niego ─ zauważyła.
Skinął głową.
─ Tak, więc tym bardziej teraz, gdy od sześciu lat wie o mojej zdradzie, musi być niesamowicie ostrożny. Tak przynajmniej twierdzi Pettigrew.
─ Ty potrafiłeś wpływać na jego decyzje ─ brnęła Hermiona.
Wywrócił oczami.
─ To byłem JA, Granger. Czy wiesz ile ryzykowałem, wiesz jak często płaciłem surową cenę za swoje zuchwalstwo?
─ A jednak żyjesz.
─ Cudem, Granger ─ zgromił ją wzrokiem. ─ Nawet nie próbuj takiej gry. Zostaw tutaj swoją gryfońską dumę, bo bardzo szybko pożegnasz się z życiem. On jest tam jedynym prawem i wyrocznią, dziewczyno ─ warknął. ─ Nie rój sobie, żeby przystępować do jakichkolwiek spisków, nie odgrywaj bohatera, bo nie pomożesz tym nikomu. Nie rób więcej niż trzeba, nie wykazuj się inicjatywą, jeśli nie jest to konieczne. To, co musisz wiedzieć zawiera się w dwóch słowach: posłuszeństwo i zabijanie. Będziesz posłusznie mordować, Granger ─ powiedział ponuro. ─ On to lubi. Cudza śmierć jest dla niego tak relaksująca, jak dla innych taniec, czy kubek herbaty.
─ Widzi, że kolejna osoba umarła szybciej od niego ─ wyszeptała czarownica.
─ To nie ma znaczenia, Granger ─ skrzywił się, choć zdawał sobie sprawę, że Hermiona dobrze odczytuje emocjonalne znaczenie mordu u Czarnego Pana. Była inteligentna, miała w sobie niesamowite pokłady empatii, potrafiła niezwykle celnie rozpoznać cudze intencje, uczucia. To sprawiało, że tak świetnie radziła sobie z Legilimencją. Jednak bywała też, przy całej swojej skrupulatności, impulsywna. Obawiał się, jakie zagrożenia ściągnie na czarownicę jej charakter. Powiedział jednak tylko:
─ Masz się skupić na tym, by zapamiętać jak najwięcej i przeżyć. Kropka Granger.
Hermiona, która od kilku chwil na powrót zajęła się upychaniem oślizgłych mięczaków do słoja, spojrzała na Mistrza Eliksirów. Potem na wiszący na ścianie zegar. Potem znów na Severusa Snape'a.
─ Prawie trzy godziny ─ oznajmiła.
Snape chciał zmarszczyć brwi, ale nie udało mu się to, bo własna twarz wydała mu się nagle jak ulepiona z ciasta. Zauważył, że znów jest wyższy. Spojrzał na swoje dłonie. Powoli znikały palce Belli, zastępowały je za to jego własne, spracowane.
Nareszcie…
Nie chciał przyznać tego sam przed sobą, ale mimo wszystko, ulżyło mu. Istniała niewielka szansa, że dodanie nawet tak niewielkiej ilości krwi mogło wzmocnić działanie Eliksiru Wielosokowego do tego stopnia, że piszczący głos Lestrange towarzyszyłby mu jeszcze wiele, wiele godzin.
Uśmiechnął się krzywo witając swoją naturalną mimikę.
─ Dobrze cię widzieć ─ powiedziała miękko. Teraz wiedziała już, że wszystko z nim w porządku, że nie wystąpiły żadne niespodziewane skutki uboczne. Snape zmierzył ją drwiącym spojrzeniem. Jednak Hermiona nie dała się oszukać. Dostrzegła w nim ten krótki wyraz ulgi, który przemknął przez twarz czarodzieja, by zniknąć od razu pod maską wystudiowanej podłości.
─ Nie rozczulaj się Granger ─ burknął, chociaż pochlebiała mu ta troska, budziła w nim równocześnie popłoch i strach. Poprawił podwinięte dotąd nogawki i rękawy.
Severus Snape najbardziej na świecie bał się bliskości drugiego człowieka, paradoksalnie równie mocno jej pragnąc. Łatwo było kochać Lilly Evans, a później Potter, całymi latami niedostępną i odległą. To miał przestudiowane. Potem, gdy pewnego dnia zapukała do jego domu na Spinner's End, powróciły dawne uczucia. Lilly łatwo było mu kochać. Kochał ją od zawsze, od pierwszej chwili, gdy spotkali się jako dzieci. Już wtedy wiedział, że to z nią i tylko z nią będzie chciał stworzyć rodzinę. Nawet ją jednak próbował instynktownie trzymać od siebie z daleka. W Hogwarcie udało mu się zniechęcić Evans do siebie, jednak gdy w dorosłym życiu ich drogi przecięły się po raz drugi, nie dał rady.
Teraz na jego drodze stanęła ta kobieta, której obiecał obojętność. Obydwoje nie chcieli od siebie niczego, nie szukali niczego. Być może tak im się zdawało. Być może nieświadomie lecieli jak ćma do świecy wmawiając sobie, że chcą tylko ogrzać skrzydła, a nie spłonąć w ogniu. Snape czuł zapach spalenizny, który ich otaczał.
Stała tam, zaledwie kilka metrów od niego, jej włosy były wszystkim, oczy błyszczały. Oblizał usta, odwrócił wzrok.
─ Nie chciałbyś jednak udawać Belli? ─ zapytała żartobliwie. ─ Byłeś całkiem zgrabną czarownicą.
Nie podchwycił żartu. Nie uśmiechnął się.
Spiorunował ją wzrokiem, zbijając wiedźmę z pantałyku.
─ Uwierz mi Granger, gdybym miał choćby cień nadziei, że Czarny Pan nie rozpoznałby mnie w tej postaci, nie pozwoliłbym nikomu wdepnąć to w bagno za mnie. Zwłaszcza tobie.
Hermiona zarumieniła się, zrobiło jej się głupio z powodu tych głupich słów, które powiedziała nie zastanowiwszy się nad ich sensem. Przecież wiedziała. Przecież znała go tyle czasu. I o ile nie potrafiła rozszyfrować jego uczuć, to jedno wiedziała na pewno: ten utalentowany, inteligentny mężczyzna z niewiadomych dla niej względów z niesamowitą determinacją poświęcał się za innych. Czy to było pragnienie śmierci? Poczucie winy, wewnętrzna potrzeba spłaty długu bądź zadośćuczynienia? Czy Snape nie był przypadkiem zbyt cyniczny, żeby wierzyć w takie dyrdymały, jak to, że krzywdę można wynagrodzić? Był tak pełen sprzeczności, że nie potrafiła wydać osądu także i tu. Gdzie kończył się sarkazm a zaczynała prawda?
─ Severusie…
Nie odpowiadał, pogrążony w ponurych myślach.
─ Severusie… ─ zawahała się, nie wiedząc jak z nim rozmawiać. ─ Naprawdę nie chciałam, nie wiedziałam…
─ Czyżby? ─ warknął. ─ Panna-Wiem-To-Wszystko czegoś nie wie? ─ odwrócił się do niej przodem, splótł ramiona na piersi. ─ I to czego? Ostatnio z taką pewnością wykrzykiwałaś, o tym, co chcesz ode mnie usłyszeć. No, proszę, Granger ─ rozłożył ręce w teatralnie jowialnym geście zaproszenia. ─ Proszę, bardzo, dziewczyno. Jakie są twoje tezy na mój temat? Dlaczego robię jedno, a nie robię drugiego? Raz twierdzisz, że mnie nie znasz, innym razem wysuwasz śmiałe przypuszczenia.
Hermiona wyprostowała się, jej podbródek niemal celował w sufit. Widywał to u niej jeszcze w Hogwarcie, poza tak naturalna dla tej czarownicy, że nie pozbyła się jej nawet po tylu latach. Na Merlina, musiała szybko zacząć panować nad swoim ciałem i nerwami, w przeciwnym razem Czarny Pan wezwie ją tylko jeden jedyny raz.
─ Czasem wydaje mi się, że cię znam ─ powiedziała zraniona. ─ Czasem pragnę, żeby to, co o tobie myślę okazało się prawdą, lub odwrotnie, boje się, że jesteś właśnie taki, jakim cię widzę. Jednak najczęściej ─ postąpiła krok naprzód, patrząc mu głęboko w oczy ─ nie wiem jakim jesteś człowiekiem, Snape. Nie mam pojęcia. Uświadamiam sobie to każdego dnia na nowo, że nie jestem NIĄ, nie jestem Lilly i że przede mną się tak nie otworzysz.
Widziała jego twarz, jak twardnieją mu rysy, w oczach zagnieżdżają się bryły lodu. Cała sylwetka mężczyzny napina się, jak struna, dłonie zaciska w pięści, ściąga usta.
─ Zamilcz, Granger ─ wyrzucił z siebie ostrzegawczym tonem.
─ To ona była z tobą od początku ─ mówiła dalej nie zważając na jego postawę. ─ To ją kochałeś. To ją chciałeś chronić. My ─ zaśmiała się. ─ To miał być tylko seks. Każde z nas ma dość strat. Każde z nas pochowało w swoim umyśle zbyt wiele istnień. Ty pochowałeś JĄ. Ja Ronalda.
─ Granger… ─ twarz Mistrza Eliksirów pobladła.
Odwrotnie do Rona nie czerwienił się tylko bladł ze złości.
Wzruszyła ramionami.
─ Nie to, żebym próbowała zająć jej miejsce… ─ urwała.
Szybkim krokiem podszedł do niej i stanął tak blisko, że mogła policzyć jego czarne, krótkie rzęsy. Serce waliło jej w piersi. Mogłaby się go bać. Ale nie bała.
─ Nie możesz zająć jej miejsca ─ wypluł z siebie. ─ Nikt nie może. To jest logicznie niemożliwe.
Spuściła wzrok. Chciała go wyminąć. Złapał ją lekko za ramię.
─ Nie skończyłem, Granger ─ mruknął.
Spojrzała na niego błagalnie.
─ Nie jesteś nią Granger ─ powtórzył uparcie, ale teraz spokojniej. ─ Ona odeszła. I nic nie wróci jej do życia.
Patrzyła na niego nie rozumiejąc.
Cholera jasna ─ pomyślał Snape.
─ W odróżnieniu od niej, nadal żyjesz Granger.
