Jak tam u Was? Mam nadzieję, że jakoś sobie radzicie. Kolejny długaśny rozdział. Mam nadzieję, że napiszecie coś od siebie! Pozdrawiam!
V Rycerz w lśniącej zbroi
James Potter nigdy nie był człowiekiem, który lubił się przepracowywać. W lwiej części zawdzięczał to rodzicom: bogatym, czystokrwistym, arystokratom czarodziejskiego świata, których był jedynym, upragnionym i wychuchanym potomkiem. Spadkobiercą fortuny. Pierworodnym. Dorastał w atmosferze miłości absolutnej ze strony matki, która zachwycała się nim na każdym kroku. Cudowne było wszystko co robił, wszystko co mówił i James Potter długo żył w głębokim przeświadczeniu, że tak właśnie jest. Ojciec rozpieszczał go drogimi prezentami, uczył rzeczy nie tyle potrzebnych do życia, co związanych z towarzyskim życiem elit. James znał się na rodzajach win, zasadach magicznego savoir vivre, potrafił nazwać wszystkie liczące się rody Wielkiej Brytanii i rozpoznać ich członków. Znał się na grach towarzyskich, umiał tańczyć i pojedynkować się już jako piętnastoletni chłopak. Był chowany na dziedzica, nie na wojownika.
W szkole zarówno nauczyciele jak i koledzy, prezentowali wobec niego dwie skrajne postawy: część nienawidziła młodego, zarozumiałego chłopaka, jednak przeważająca większość ulegała jego niedbałemu urokowi, który odziedziczył po pięknej matce.
Był zdolny, ale leniwy. Nie musiał się uczyć, by zaliczać kolejne egzaminy. Czasem oblewał jakiś pomniejszy test specjalnie, dla zabawy i rozgłosu. W Quidditcha grał jak szalony. Był Szukającym, co powodowało u niego jeszcze większy wzrost ego. Otaczał się ludźmi, których sam wybrał. Każdy chciał być jego przyjacielem. O ile rodzice niezwykle cieszyli się z jego przyjaźni z młodym Blackiem, o tyle początkowo nieufnie podchodzili do relacji jedynego syna z wilkołakiem i to mieszanej krwi. Wprawdzie ojciec Remusa Lupina pochodził ze starej, szanowanej rodziny ─ choć ubogiej, jednak matka była walijską mugolką. Jednak w miarę, jak poznali chłopca, polubili go i ich dom stał odtąd otworem zarówno przed Syriuszem, jak i Remusem. Rodzice Jamesa Pottera byli staromodni, ale nie zaślepieni. Nigdy nie spodobałyby im się postulaty Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Peter Pettigrew też go odwiedzał. Po dziś dzień zastanawiał się, czemu zaprzyjaźnił się z tym nijakim chłopcem. Może Pete bywał zabawny w swojej codziennej nieporadności i opieszałości, ale znał wtedy wielu bardziej interesujących błaznów.
Teraz to wszystko było mało istotne. Żył z dnia na dzień, pogrążony we wspomnieniach wszystkiego, co miał i co utracił.
Posiadał kiedyś całkiem imponującą fortunkę. Ludzie liczyli się z jego rodziną, otaczały go piękne przedmioty, miał bezproblemowe dzieciństwo.
Ożenił się z piękną, inteligentną kobietą. Uważał, że jest mu zagwarantowana. Przecież miała przy nim wszystko. Nie musiała się martwić o przetrwanie, pracować, walczyć o czas dla rodziny. Mogła oddać się nauce, przyjemnościom, wychowywaniu dzieci.
Miał wreszcie syna, męskiego potomka, byli podobni do siebie, jak dwie krople wody. Harry odziedziczył spryt i inteligencję po nich obojgu.
Czego mógł chcieć więcej?
Teraz już wiedział.
Trwałości. To, co otrzymał od życia okazało się być przelotnym i nietrwałym.
Kiedy wrócił ze schowanymi do plecaka łupami z mugolskich marketów, po raz kolejny czuł się poniżony do granic możliwości. To, że musiał kraść doprowadzało go do ostateczności. Kiedyś szastał pieniędzmi, wyciągał galeony z sakiewki, jak magicy w bajkach króliki z kapelusza. Teraz, kryjąc się pod Peleryną Niewidką, chyłkiem zwijał towary z półek. Nienawidził za to siebie, świata. Czasem miał wrażenie, że nienawidzi nawet Remusa Lupina. Najbardziej jednak nie znosił pieprzonego Dupka Z Lochów, zarozumiałej, zgarniającej wszystko na swojej drodze czarnej dziury, podłego, ordynarnego gada. W mniemaniu Jamesa to Severus Snape odebrał mu wszystko, co kochał. To on obrócił przeciwko niemu Lily. Mijały lata od jej odejścia, mijały lata od jej śmierci, a on w miejscu pustki po kobiecie, którą kochał, hodował złość i pragnienie zemsty. Ziarno niechęci do Mistrza Eliksirów, które tkwiło w nim od początku szkoły, zyskało wreszcie podatny grunt i od dawna drążyło korzeniami duszę i umysł Pottera, podsycane żałobą i kolejnymi porażkami Zakonu Feniksa. Z utęsknieniem czekał na moment, w którym będzie mógł odpłacić mu pięknym za nadobne. Nie wiedział jeszcze jak, jednak miał pewność, że to zrobi ─ złamie, rzuci go na kolana, by pełzał u jego stóp.
─ James? ─ głos przyjaciela wyrwał go z ponurych rozmyślań. Zdał sobie sprawę, że wciąż stoi pośrodku hallu. Zabezpieczenia zweryfikowały go niepostrzeżenie dla niego samego, a on zatrzymał się i tkwił tak z plecakiem postawionym przy stopach, przygarbiony i ze skrzywiona miną.
Co to życie najlepszego z nim zrobiło?
Remus Lupin przyglądał mu się zaniepokojony.
─ Wszystko w porządku James?
Mężczyzna uśmiechnął się smutno.
─ Dobrze wiesz, że nie jest dobrze, Remusie, od ponad siedmiu lat jest do kitu i nic już tego nie zmieni.
Remus westchnął , zdemotywowany do dalszych rozmów z Potterem tą jedną typową dla niego uwagą. Snape rzeczywiście miał sporo racji. James wprost ociekał osobistym bólem i upokorzeniem, wciąż pokazywał wszystkim, jak bardzo jest niezadowolony i niepogodzony ze swoim marnym losem. Tak samo marnym, jak los każdego z nich. Było w tym coś z wywyższania się, coś, co zawsze pozostawało słabością Jamesa Pottera. Jego przyjaciel miał kiedyś złote serce. Jednak teraz Lupin zaczynał dostrzegać, że tam, gdzie widział kiedyś szczodrość, zawsze były pycha i rozrzutność, to, co uważał za odwagę, okazało się pustą brawurą i pragnieniem poklasku. James nie był złym człowiekiem, był po prostu tak samo przeciętną istotą, jak oni wszyscy, posiadał niewątpliwie wiele zalet, ale miał również wady, które tak skutecznie maskował niegdyś charyzmą i szerokim uśmiechem. Gdy przyszła szara, smutna rzeczywistość, gdy znaleźli się u schyłku, ten żyjący własną wizja siebie człowiek zaczął gnić od środka, nie potrafiąc przyznać się przed sobą do żadnego z błędów. Remus widział krzewiącą się w przyjacielu złość, widział, jak wycieka ona potokami wymowy, gdy tylko nadarzała się okazja do konfrontacji z jego szkolnym nemezis. Wilkołak wiedział, że chodzi o rany głębsze i świeższe niż dziecinady z Hogwartu. Zdawał sobie sprawę, jak wpłynęła na Jamesa historia z Lily. Historia, która nigdy by się nie wydarzyła, gdyby Potter miał w sobie więcej pokory i samokrytycyzmu.
─ Chodź, James ─ powiedział wreszcie, siląc się na swobodny, lekki ton. ─ Pomogę ci to wszystko wyładować, a przy okazji zamienimy parę słów o tym i o owym.
─ O czym znowu chcesz rozmawiać, Remusie ─ jęknął w odpowiedzi Potter.
─ Tak zwyczajnie ─ Lupin wzruszył ramionami, starając się przybrać najbardziej neutralną i niewinną minę dostępną w jego arsenale.
─ OK… ─ James przyglądał się mu uważnie, słusznie wietrzył podstęp.
─ Chodźmy do kuchni ─ zaproponował Remus.
James skinął głową i podniósł plecak.
─ Prowadź.
─ Muszę z tobą o czymś pomówić James ─ zaczął powoli Remus.
Potter nie spieszył się z odpowiedzią, wyraźnie udając, że worki z ziemniakami, za którymi kucał, cudownie wchłaniają fale dźwiękowe.
─ James.
─ Tak, Remusie?
─ Mówiłem do ciebie, nie udawaj większego jelenia, niż jesteś…
Potter zaśmiał się sztucznie na ten stary dowcip. Jakoś nie było mu ostatnio do śmiechu. Jedynym, co sprawiało mu jako taką radość, było doprowadzanie do stanu wrzenia wroga ze szkolnych lat.
─ Naprawdę Remusie, nie słyszałem cię. Musiałem się zamyślić.
─ Oczywiście ─ powiedział chłodno Lupin. ─ Ale teraz, skoro już mnie łaskawie zauważyłeś…
─ Brzmisz zupełnie jak Smark…
Lupin westchnął.
─ James, naprawdę, pora wydorośleć, zostawić przeszłość za sobą.
Potter uniósł wysoko brwi i spojrzał na przyjaciela zza swoich okularów.
─ Serio? I mówisz to z własnego doświadczenia? Powiedz mi, jak wiele bliskich ci osób straciłeś?
To był celny strzał, czarnowłosy mężczyzna zobaczył to w tej samej sekundzie, w której ostatnie słowo opuściło jego usta.
Lupin poczerwieniał lekko.
─ Nie musisz wszystkich ranić, ─ James upomniał go wilkołak.
─ Nie próbuję, Remusie, ale zrozum moje położenie.
Lupin westchnął.
─ Każdy ma tutaj swoje położenie, James. Nawet ja. A twój spór z Severusem…
Teraz James Potter wkurzył się nie na żarty.
─ Mój spór? ─ przerwał Remusowi. ─ Naprawdę chcesz się tak bawić, Lupin.
─ Nie wiem o co ci chodzi. Ja tylko próbuję przemówić ci do rozsądku. On nie zabrał ci jej siłą. Lilly była dorosłą, inteligentna kobietą, potrafiła decydować sama za siebie.
─ Co ty nie powiesz...
─ Tak się nie da. Wszyscy cierpimy na waszych bezsensownych kłótniach. Porozmawiajcie, wyjaśnijcie sobie wszystko…
James splótł ręce na piersi, stał wyprostowany, nagle już nie przeszkadzały mu starty bulw żadnego rodzaju.
─ Powiedz mi, Remusie, co tu jest do wyjaśniania? Nic. Kompletnie nic. Snape zabrał mi ją, jedną z nielicznych ważnych dla mnie rzeczy, jakie mi wtedy w życiu pozostały.
Remus pokiwał głową. Właśnie w tym tkwił cały szkopuł. James traktował większość spraw, osób i obiektów w swoim pobliżu, jako trofea, które ON posiadał. Było to bardzo egocentryczne podejście i Remus ni jak nie miał pojęcia, w jaki sposób rozmawiać o tym z narcystycznym Jamesem. Im dłużej znał przyjaciela, tym wyraźniej widział w nim te wady i tym bardziej zastanawiał się, czemu Tiara Przydziału nie zdecydowała się koniec końców wysłać go Slytherinu.
─ Opanuj się, przyjacielu i myśl logicznie, bo zawziętość niewiele nam tutaj da ─ starał się udobruchać Pottera. Widział co raz wyraźniej, czemu Lily odeszła od Jamesa i szukała pocieszenia w ramionach dawnego kompana. Koniec końców, znacznej mierze właśnie Severusowi zawdzięczali to, że nadal żyją. Widział ostatnimi dniami, jak wpływa na Pottera świadomość, że po śmierci Lily, Snape powoli układa sobie resztkę swojego życia na nowo. Lupin zdał sobie sprawę, że to właśnie Hermiona stała się nowym punktem zapalnym w tej długiej historii nienawiści, pisanej dłonią Jamesa Pottera. Wyrzucał sobie teraz, że podzielił się z przyjacielem niewinną, wydawać by się mogło, uwagą na temat tych dwojga.
─ Musisz przejść nad tym James. Wszyscy musimy sobie jakoś radzić.
─ Powiesz to samo Smarkerusowi? ─ James spojrzał na niego zza okularów, starał się wyglądać na rozbawionego.
─ Już z nim rozmawiałem ─ powiedział krótko Remus.
─ I z jakim skutkiem, jeśli wolno mi spytać?
Potter pokiwał głową z politowaniem. Z zaciśniętych ust Lupina był w stanie wyczytać efekt konwersacji z Mistrzem Eliksirów.
Po ich ostatniej rozmowie zapadła pomiędzy nimi ponura cisza. Hermiona znów nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.
W odróżnieniu od niej, nadal żyjesz, Granger.
Mrok z oczu Severusa Snape'a, który wylał się na nią w tamtej chwili, nadal nie pozwolił jej się otrząsnąć z oszołomienia. Czuła się otępiała, sparciała.
Mistrz Eliksirów robił wszystko, by unikać jej wzroku. Siedział z nosem w słojach i fiolkach, nagle bardzo zajęty segregowaniem idealnie posortowanych składników.
Nie możesz zająć jej miejsca…
Co to wszystko miało znaczyć? Gdyby nie był sobą, Hermiona poczułaby się może nawet urażona. Jednak w jego ustach brzmiało to niemal jak wyznanie. Wiedziała, że te słowa wryją się jej w pamięć zbyt głęboko, by mogła jej kiedykolwiek zapomnieć. Czego się spodziewała? Że powie do niej „kocham cię"? Albo „te nasze obietnice były nic nie warte, wiedziałem, że w końcu się w tobie zakocham"?
Kocham…
Sama nie potrafiła zrozumieć swoich uczuć. Jak jeszcze nigdy. To, co powstało pomiędzy nimi było tak inne od tego, co czuła kiedykolwiek do Rona, czy chociażby do Kruma. Gdy wyobrażała sobie jego śmierć, czuła ból. Ale to samo było, gdy myślała o utracie Ginny. Gdy ją dotykał czuła z nim jedność, naturalność tego aktu. Zależało jej na jego obecności, uwadze, bezpieczeństwie. Ale nie potrafiła myśleć o nich w perspektywie czasu. Snape miał rację, ciążył na nich wyrok śmierci, w najlepszym wypadku mogli przetrwać kilka lat. Równie możliwa była śmierć jeszcze tego samego dnia. Nie mogli być przecież pewni, że wszystkie zabezpieczenia cały czas działają, że rzucone zaklęcia nie mają wad, że coś nagle ich nie zaburzy i nie ściągnie na nich natychmiastowej klęski. Jak w takiej sytuacji…
Ona odeszła. I nic nie wróci jej do życia.
Nikomu nie można przywrócić życia. Czy po śmierci istnieje miłość? Czy gdy nie ma już Rona, nie ma Lilly, oni wciąż kochają? Jeśli tak, to czy jej i Snape'owi wolno…
Właśnie dlatego… ─ przypomniała sobie jego słowa sprzed dwóch dni. Wtedy, w sypialni. Na jakie pytanie próbował odpowiedzieć? Co takiego chciała z niego wyciągnąć tamtego dnia? Popatrzyła na Mistrza Eliksirów, uparcie szukającego schronienia przy wysokich regałach, omiotła wzrokiem piwnicę. Jej uwagę przykuł nieszczęsny kufer Moodiego.
─ Czego ty tak naprawdę ode mnie chcesz, Granger?
─ Prawdy…
Zdała sobie sprawę, że przestała pracować, stała tylko wpatrzona tępo w czarnowłosego mężczyznę.
Po tych przemyśleniach wcale nie rozjaśniło jej się w głowie. Była zmęczona. Ze snu nie czerpała już przyjemności. Po drugiej stronie czekał na nią Remus i ucieczka przed niebezpieczeństwem takim samym, z jakim mierzyła się w rzeczywistości. Zdała sobie sprawę, jak łatwo byłoby się jej w nim zakochać. Remus Lupin, człowiek o niezgłębionych pokładach cierpliwości i ciepła. Bezinteresowny, wierny przyjaciel.
Gdy tak pomyślała, nabrała ochoty rzucić tym w Snape'a, splunąć mu w twarz pogadanką o szlachetności wilkołaka.
Jednak nie zrobiła tego, mimo najszczerszych chęci siania między nimi pożogi. Nie znosiła niezdefiniowanych sytuacji, niedopowiedzeń, przemilczeń.
Snape był jednym wielkim niedopowiedzeniem.
─ Gdzie jest ta cholerna Lovegood? ─ usłyszała wściekłe warknięcie zza regałów. ─ Jeśli ta dziewczyna się nie pospieszy, niedługo będziemy mogli przygotować co najwyżej maść na reumatyzm.
─ Severusie?
Odpowiedział jej niechętny pomruk.
─ Severusie, czy mógłbyś…
─ Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, Granger, rusz tyłek i przyjdź do mnie. Zza tych pieprzonych słojów prawie cię nie słychać.
Westchnęła. Typowe.
─ Równie dobrze ty możesz ruszyć swój ─ powiedziała twardo.
Snape spojrzał na nią zza regału trochę zdziwiony jej reakcją.
─ Idziesz, czy nie? ─ zapytała.
Skrzywił się.
─ To, co masz mi do powiedzenia, będzie musiało niestety zaczekać, Granger. Mam tu coś do skończenia.
Wzruszyła ramionami. Oczywiście. Mistrz Eliksirów i Wszechobecne Słoje.
─ W takim razie idę do Ginny. Dawno jej nie odwiedzałam. Wystarczy, że jedno z nas udaje, że jest tu coś do roboty.
Wyszła. Gdy zamknęła za sobą drzwi piwnicy, poczuła ulgę. Stała chwilę u podnóża schodów biorąc głębokie oddechy. Na dole było naprawdę duszno. I to w dwójnasób. Rzeczywiście brakowało tam odpowiedniej do warzenia eliksirów wentylacji, przez co cały proces bywał często bardziej przykry i niebezpieczny. Drugą kwestią było zachowanie Severusa Snape'a, który po każdej bardziej szczerej rozmowie zamykał się w emocjonalnej skorupie, separując zarówno psychiczne, jak i fizycznie od Hermiony. Postanowiła po prostu dać mu trochę więcej przestrzeni i pokazać, jak odpychająco działa na nią jego zachowanie. Wątpiła, że zrozumie. Podejrzewała raczej, że Mistrz Eliksirów tylko zapiecze się bardziej w swojej postawie. Trudno. Miała serdecznie dosyć jego fochów. Przeżył wiele w życiu, ale Hermiona również miała własne zmartwienia i wątpliwości. Nie potrzebowała w swojej obecności wielkiego, czarnowłosego znaku zapytania, cedzącego sarkastyczne uwagi na każdy możliwy temat.
Wychodząc rzeczywiście miała zamiar udać się do przyjaciółki. Kiedy jednak znalazła się na piętrze i spojrzała w stronę drzwi do sypialni dziewczyny, poczuła się zbyt zmęczona. Było popołudnie, dzisiaj znów jej przypadała nocna warta i czuła się wymięta, wygnieciona i przeżuta, jak zbyt długo męczona guma balonowa, którą ktoś po wypluciu międlił jeszcze jakiś czas w palcach.
Zawahała się i czując się naprawdę podle, skierowała się z powrotem w dół, na parter. Weszła do kuchni. Na szczęście nie było w niej nikogo ─ James i Remus skończyli już uzupełnianie pomieszczenia w podręczne zapasy żywności. Wnioskując z przytłumionych odgłosów rozmowy, stuków i szelestów, okupowali teraz przyległą do kuchni spiżarnię. Postanowiła szybko przygotować sobie coś prostego do jedzenia i uciec do swojego pokoju. Nie miała siły na rozmowy. I to zarówno na miękkie, pełne troski uwagi Remusa, jak i na agresywne, szukające zwady teksty Pottera.
Tego ostatniego nigdy nie darzyła specjalną sympatią. Był ojcem Harry'ego, więc zawsze okazywała mu szacunek. Jeszcze przed wojną wydawał jej się trochę zbyt zarozumiały i pewny siebie. Nawet ona, Hermiona Granger, z całą swoją kujońską zawziętością miała nieco więcej dystansu do siebie. Jednak odejście Lily, i nie, Hermiona nie miała teraz na myśli śmierci ukochanej Jamesa, lecz moment, w którym kobieta zostawiła mężczyznę dla Snape'a, zmienił Pottera, uwydatniając znośne dotąd wady do karykaturalnych rozmiarów. Zrobił się zrzędliwy, wiecznie niezadowolony, krytyczny wobec każdej inicjatywy. Zniknęły gdzieś urok osobisty, motywacja, chęć popisania się, zabłyśnięcia. Razem z Lily James stracił swój animusz, typowe dla niego poczucie humoru. Zniknęło to, co było jego esencją.
Teraz, gdy dowiedział się w dodatku o niej i o Severusie, Hermiona miała wrażenie, że w głębi oczu mężczyzny czai się mrok. Podobny temu, który widywała często w oczach Mistrza Eliksirów, jednak dzikszy i nieujarzmiony. Severus Snape przy całym swoim dorobku w czarnej magii, przy całej skrywanej historii okrucieństw, których się dopuścił, miał w sobie godną pozazdroszczenia samokontrolę. Potrafił ukrywać swoje myśli i uczucia nie tylko dzięki magicznej zdolności do Oklumencji. On był Oklumencją, czasem zastanawiała się, czy Mistrz Eliksirów w ogóle potrafi być bezpośredni i otwarty. Czy kiedykolwiek taki był.
James Potter nie nie umiał utrzymać na wodzy swojego wybujałego ego. I o ile w kłótniach pomiędzy obydwoma czarodziejami, obaj szli niemal łeb w łeb, Snape nigdy nie dążył do konfrontacji, co ojciec Harry'ego zwykł uważać za wyraz słabości, a Hermiona nauczyła się podziwiać. Sama nie wiedziała, jak długo pozwoliłaby się tak prowokować i podchodzić, zanim zrobiłaby coś z czego potem nie byłaby dumna.
Snape ma rację ─ pomyślała mimowolnie. ─ Albo nauczę się panować nad sobą, albo Czarny Pan zrobi ze mnie grzankę już przy pierwszym spotkaniu.
W istocie, gdy myślała o Lordzie Voldemorcie i wszystkich jego pieskach, czuła, jak przysłowiowy nóż otwiera się w kieszeni jej jeansów.
Podniosła talerz z kromką tostowego chleba, kupką dżemu i paroma pomidorkami koktajlowymi. Odwróciła się od blatu i już miała opuścić kuchnię, gdy ze spiżarni wychynęła rudawa czupryna Remusa Lupina.
Cholera jasna…
─ Hermiono ─ mężczyzna uśmiechnął się do niej przyjaźnie. ─ Właśnie zastanawiałem się, kto tu buszuje.
─ Ja ─ odpowiedziała zmęczonym głosem.
─ Tym razem bez procentów? ─ zagadnął, próbując ją rozbawić.
Hermiona zmusiła kąciki swoich ust do lekkiego uniesienia. Nie chciała robić wilkołakowi przykrości. Jego samopoczucie uległo poprawie, gdyż pełnia dobiegła końca, a do następnej pozostało jeszcze sporo czasu. Ona przeżywała właśnie fizyczne i emocjonalne przesilenie. Miała ochotę rzucić to wszystko: eliksiry, Kwaterę, Snape'a i wyjść, dokądkolwiek.
─ Idę chwilę odpocząć Remusie ─ wyjaśniła przepraszającym tonem.
─ Nie zatrzymuję cię więc ─ odparł z uśmiechem.
─ Severus mówił ci o wieczornym spotkaniu? ─ rzucił za nią.
Pokiwała głową i wytoczyła się z kuchni, czując się tak ociężała, jakby ktoś wymienił jej nogi na ołowiane protezy. Przypomniała sobie mimowolnie scenę z dickensowskiej „Opowieści Wigilijnej", w której dawny wspólnik Scroodge'a odwiedza go w postaci ducha obciążonego łańcuchami i przyczepionymi do nich ciężarami. Mogłaby nim teraz być. Jak on miał na imię? Chociaż usilnie próbowała sobie to przypomnieć i była pewna, że w normalnych okolicznościach ta informacja wypłynęłaby swobodnie na wierzch jej świadomości, teraz nie była w stanie zebrać myśli. To dało jej do zrozumienia, jak bardzo jest wykończona. Mimo snu, mimo niezbyt wymagającego przedpołudnia już zamiatała nosem podłogę. Nie miała ochoty się kłaść. Znowu musiałaby się otrząsać z tych dziwnych snów, znowu przez niemal godzinę układałaby sobie wszystkie wydarzenia z obydwu światów tak, by tworzyły sensowne całości.
Zamknęła się w pokoju, usiadła na podłodze oparta o łóżko i zjadła lunch. Zerknęła na półkę pełną książek. Kiedy ostatnio coś czytała? Przez tę cholerną wojnę wszyscy, nie wyłączając niej samej, przestawali być sobą. Gubili gdzieś wszystko, czym byli dawniej. W zwykłych okolicznościach, pewnie siedziałaby teraz z nosem w jakiejś wielkiej bibliotece i szukała informacji o dręczących ją wizjach. Teraz mogła co najwyżej siedzieć i próbować to rozgryźć bez żadnej potrzebnej wiedzy merytorycznej. To, czego doświadczała b nie kwalifikowało się do sennych przepowiedni, o których uczyli się na Wróżbiarstwie. Nie wyglądało jej również na żadną klątwę. Przynajmniej nie żadną znaną i opisaną przed wojną. Teraz? Kto to mógł wiedzieć, co takiego wymyślił Czarny Pan i jego poplecznicy.
A Snape? Skąd mogła wiedzieć, jak on się zmienił? Przecież nie dawał po sobie poznać właściwie niczego. Odkąd zobaczyła go po raz pierwszy szesnaście lat temu, aż po dziś dzień, nosił na twarzy perfekcyjną maskę, której nie był w stanie przebić nawet Lord Voldemort.
Czarny Pan.
Jego Pan.
Jej Pan.
Kim musiał się stać? Kim ona się stanie?
Powinna czuć się odrzucona świadomością jego czynów, a jednak tak się nie działo. Nie wiedziała, czy jest to efekt wieloletniego przyzwyczajenia: Snape sam w sobie był okropny. Sarkastyczny, podły i przebiegły, dzięki swojej niedoścignionej wiedzy w zakresie wielu dziedzin magii oraz niebagatelnym umiejętnościom i zdolnościom potrafił stawić czoła prawie każdemu przeciwnikowi. Przypomniała sobie jego słowa. Mówił, że po tym wszystkim, co przeżył i co zrobił, ludzie wokół wydają mu się godni pogardy, śmieszni i irytujący. Musiała przyznać mu rację. Już teraz, mimo braku tak szerokiej gamy doświadczeń, jakie zdążył zebrać w swoim życiu Severus Snape, Hermiona niejednokrotnie denerwowała się na przyjaciół nie potrafiących poradzić sobie z kolejnymi stratami i porażkami. Podczas, gdy Mistrz Eliksirów chował swoje ego głęboko na dnie świadomości, zakasywał rękawy i wracał do pracy, każdy kolejny kopniak od losu dawany niektórym z nich, kończył się kompletnym załamaniem i brakiem zdolności do dalszej kooperacji.
Byli siebie warci ─ stwierdziła z niemałym zdziwieniem uświadamiając sobie, jak niewiele brakowało jej do podobnej Mistrzowi Eliksirów postawy.
Nagle coś jej przyszło do głowy. Wstała i krótkim zaklęciem niewerbalnym odesłała naczynia do kuchni. To mógł być dobry pomysł… Pytanie tylko, czy on się na to zgodzi.
Szybkim, zdecydowanym krokiem pokonała schody na parter, a potem zbiegła do piwnicy. Poczucie celu dodało jej energii. Weszła, delikatnie naciskając klamkę. Sama wiedziała po sobie, jak niebezpieczne może być zaskoczenie warzącego eliksir czarodzieja. Niby Snape nie miał w zwyczaju podskakiwać na każde skrzypnięcie, miał jednak specyficzną tendencję do wybuchania, gdy ktoś przeszkadzał mu w pracy.
─ Severusie? ─ rozejrzała się po pracowni, jednak jej wzrok natrafił tylko na sprzęty. Weszła, w dalszym ciągu szukając swojego mentora.
Wreszcie zauważyła, że kufer Moodiego, stojący pod ścianą na tyłach laboratorium jest otwarty.
Podeszła i zajrzała do niego ostrożnie. Z wewnątrz dochodziły przytłumione głosy. Zawahała się. Czy powinna? Czy to nie naruszało zanadto jego nieprzecenialnej prywatności? Teoretycznie miała takie samo prawo tu być, jak i on. Teoretycznie, bo terytorializm Mistrza Eliksirów był ogromny, a nawet gdy zamknięto ich w tej ciasnej kamienicy zdawał się czasem przybierać na sile. Dopuszczanie jej do siebie szło mu kiepsko, cała gra, którą obecnie ze sobą toczyli przypominała obłaskawianie wyjątkowo narowistego byka. Nie, żeby ona cokolwiek ułatwiała, nie mogła przypisywać jemu całej zasługi za to, że znaleźli się w martwym punkcie relacji. Westchnęła i weszła do kufra. W miarę, jak pokonywała kolejne stopnie drewnianych schodków, dźwięki nasilały się. Pierwszym, co usłyszała wyraźnie był piskliwy, szalony chichot Bellatrix.
─ Zastanów się, Bella ─ jedwabisty, spokojny głos jej byłego profesora rozbrzmiał zza przymkniętych drzwi celi.
─ Nic mnie nie obchodzi, co mi masz do powiedzenia, Snape. Nigdy ci nie ufałam. Mówiłam to Czarnem Panu, ale on nie chciał mnie słuchać.
─ Jak sama widzisz wcale nie jest taki wszechwiedzący, Lestrange ─ prychnął. Usłyszała ciche szurnięcie i oczyma wyobraźni zobaczyła, jak Mistrz Eliksirów wstaje. Kiedyś miałby na sobie swoją wspaniałą czarną szatę, niezbyt praktycznie zapinaną na miliony guzików. Gdyby nie proste, codzienne uroki, czarodzieje nie wydostawaliby się ze swoich łazienek przed południem.
Teraz, gdy sklep Madame Malkin, o ile nadal istniał, stał się dla nich nieosiągalny, wszyscy ubierali się w mugolskie ubrania skradzione przez Jamesa Pottera. Hermiona trzymała jeszcze w szafie jedną nie zniszczoną doszczętnie szatę, na pamiątkę starych czasów. Zastanawiała się czasem, czy pozostali postępowali podobnie, chowając drogie sercu relikty przeszłości po zakamarkach Grimmauld Place…
─ Co proponujesz, Snape? ─ odezwała się po dłuższej chwili Bellatrix.
Hermiona zdała sobie sprawę, że sama cały czas stoi na zewnątrz, przysłuchując się rozmowie jak szpieg. Chciała właśnie złapać za klamkę drzwi, lecz to, co powiedział mężczyzna sprawiło, że zastygła.
─ Czarny Pan najbardziej ze wszystkich chce dostać w swoje ręce mnie ─ powiedział cierpko czarodziej.
─ Nie pochlebiaj sobie ─ prychnęła wiedźma. ─ Czarny Pan nie ma już cię za pupilka, nie jesteś już dla niego nikim lepszym od tej twojej szlamy. Właśnie Severusie, gdzie szlama Granger?
Hermiona podskoczyła wystraszona, słysząc głośne, dźwięczne plaśnięcie. Zaraz po nim ozwał się chichot Belli.
─ Nie te nerwy, co kiedyś, Severusie?
─ Mylisz się, Bellatrix ─ Snape za drzwiami, Hermiona była tego pewna, na wargi czarodzieja wypełzł tak mu właściwy sarkastyczny uśmiech.
─ Nie wiem, co planujecie, wy dwoje, ale jesteście już martwi.
Snape zaśmiał się sucho.
─ Z pewnością, Lestrange. Jednak to ty na razie jesteś spętana, nie jedno z nas. I o ile Granger ma jeszcze skrupuły, w to nie wątpię, ja ich nie posiadam. Myślę, że dobrze o tym wiesz. I jeśli nie zaczniesz współpracować, zrobię to, co tak wspaniałomyślnie zapowiedziała ci ona. Oskóruję cię.
Wiedźma zachichotała.
─ Pozostańmy więc chwilowo przy twojej tezie, że mój Pan i Mistrz rzeczywiście interesuje się tobą w szczególności. Musisz mi powiedzieć, po co wam moja krew. Włosy wiem do czego, ale krew, Snape? Czyżbyś zamienił się w wampira?
Znowu ten obłąkany śmiech, który przyprawiał Hermionę o mdłości.
─ Nie muszę i nie będę ci niczego mówił, Bella ─ prychnął Snape. ─ Znamy się zbyt długo by grać w te gierki, może w swojej naiwności myślałaś, że możesz omamić Granger, ale ani z nią ani ze mną ci się to nie uda. Przejdźmy do rzeczy.
Nastąpiła chwila ciszy.
Potem Snape kontynuował.
─ Uwolnię cię Bella. I pójdę z tobą do Czarnego Pana.
Kobieta prychnęła.
─ Myślisz, że po tym wszystkim przyjmie cię z powrotem?
Snape zaśmiał się.
─ Bellatrix, czy ty masz mnie za głupca? Oddam się w jego ręce idiotko.
─ W jego ręce?
─ Ogłuchłaś.
─ Twoja propozycja rzeczywiście jest całkiem interesująca. Czego chcesz w zamian?
─ Rozejmu ─ wypluł z siebie.
Wiedźma zachichotała.
─ I kto tu jest naiwnym głupcem?
─ Przemyśl to, Bella. Czarny Pan podchodzi do obietnic honorowo. Zawsze mogę zjawić się u niego sam i zaproponować mu zwrot ciebie i dobrowolne poddanie się jego sprawiedliwości.
─ Co więc cię powstrzymuje, Severusie?
─ Cóż… ─ Snape dobierał ostrożnie słowa. Mówił prawie pogodnym tonem. ─ Wtedy byłbym zmuszony wyznać Czarnemu Panu, że zdradziłaś go na torturach… Że Zakon wie teraz o sprawach, które mogą mu zaszkodzić.
─ Nie jesteście w stanie…
─ Czyżby? ─ tym razem zaśmiał się Snape. Zimno i nieprzyjemnie. ─ To niby jakim cudem, według ciebie, cały czas jakoś żyjemy? Mamy swoich szpiegów wszędzie, Bella. I tak wiemy już o was prawie wszystko. Prawie. Wiemy co robicie, gdzie śpicie. Ale nie zaszkodzi dowiedzieć się jeszcze, że robicie pod siebie ze strachu.
Warknęła.
─ Pójdziesz grzecznie? ─ zapytała po chwili milczenia.
─ Oczywiście, Lestarnge. Raczej nie mam zamiaru robić z siebie błazna.
─ Bez różdżki?
Milczenie.
─ Dobrze więc ─ zgodziła się wiedźma.
Hermiona, która już od dłuższego czasu wstrzymywała oddech. Wypuściła powietrze trochę zbyt głośno.
Po drugiej stronie drzwi rozległ się chichot, potem pełne teatralnej dezaprobaty cmokanie, aż wreszcie usłyszała chrząknięcie Mistrza Eliksirów i jego jadowity głos:
─ Chodź, Granger. Twoje wścibstwo osiągnęło właśnie kolejny poziom absurdu.
Hermiona otworzyła drzwi z mieszaniną wstydu i złości. Zamiast jednak pozwolić dziewczynie wejść do środka, Snape szybkim krokiem pokonał dystans między nimi i obrzuciwszy młodą wiedźmę wściekłym spojrzeniem, przecisnął się obok niej i zatrzasnął drzwi dając upust swoim emocjom.
─ Czyś ty na głowę upadła, Granger?! ─ warknął. Stał tak blisko niej, że niemal wciskał czarownicę w ścianę.
─ Ja…
─ Postradałaś resztki rozumu?! Skradasz się i śledzisz mnie. Czy zdajesz sobie sprawę, że mogłaś wystawić nas wszystkich na niebezpieczeństwo?
Wzięła się pod boki, odpychając się od ceglanego muru zmusiła mężczyznę, by dał jej trochę więcej przestrzeni.
─ Niebezpieczeństwo? ─ warknęła. ─ jakie niebezpieczeństwo, do siedmiu piekieł? Jeśli ktoś kogoś naraża, to ty siebie i cały Zakon urządzając sobie idiotyczne pogaduchy z tą pokręconą suką.
Snape prychnął.
─ Próbuję uratować twój tyłek, głupia wiedźmo.
Wytrącona zupełnie z równowagi, dźgnęła go boleśnie palcem między żebra.
─ Ty uratować mój tyłek?!
─ Słyszysz się w ogóle? Słyszysz, Severusie jakie bzdury wygadujesz?
─ Możesz mnie oświecić, Granger, proszę bardzo! ─ prychnął.
─ Chcesz oddać życie za wątpliwą obietnicę ze strony tego zwyrodniałego śmiecia!
Uśmiechnął się kpiąco.
─ Granger, gdzie się podział twój słynny…
─ Intelekt? ─ przerwała mu. ─ Ma się całkiem dobrze, Severusie. To, co mnie zastanawia leży po twojej stronie. Zawsze miałam cię za rozsądnego, twardo stąpającego po ziemi człowieka. A dziś mówisz do tej…
─ Oszczędź mi swoich niekonwencjonalnych epitetów, Granger…
─ ...szmaty, która zabiła prawie połowę naszych przyjaciół, że masz zamiar oddać się bezbronny w ręce…
─ Granger, ostrzegam cię!
─ … Czarnego Pana! Czy ty sobie ze mnie kpisz?
─ Nie kpię sobie z ciebie, kobieto. Wyjaśnię ci wszystko, jeśli tylko będziesz chciała mnie wysłuchać!
Hermiona dyszała, wściekła.
─ Mów ─ poleciła lodowatym tonem. Uśmiechnął się w duchu. Sam by tego lepiej nie zrobił.
─ Jeśli przyjdę tam bez Belli, Granger, Czarny Pan być może złoży Wieczystą Przysięgę, by odzyskać więźnia ─ powiedział zniżając głos do szeptu. Niby po zamknięciu drzwi Silencio powinno chronić ich przed uszami Bellatrix, były jednak w domu inne osoby, które nie powinny na razie nic wiedzieć o jego planie.
─ Zwariowałeś ─ zaśmiała się histerycznie. ─ Ty naprawdę zwariowałeś Snape. Dasz się zabić, chociaż Wieczysta Przysięga nic nie da, bo ten pieprzony skurwiel i tak jest NIEŚMIERTELNY.
─ Skąd ta pewność, że Wieczysta Przysięga działa tak samo, jak Avada? Masz o niej w ogóle pojęcie, Granger?
Mierzył ją przez chwilę spojrzeniem pełnym sprzecznych emocji. Był naraz wściekły i poruszony, jednak tego drugiego starał się nie dawać po sobie poznać.
Hermiona milczała.
─ Jest jeszcze wiele rzeczy, których nie wiesz, Granger ─ dodał pełnym jadu tonem.
─ Problem w tym, Snape ─ powiedziała zimno, ─ że tego ty również nie możesz wiedzieć. Świdrowała go przez chwilę wzrokiem, oczekując odpowiedzi.
Snape zmusił się i delikatnie kiwnął głową.
─ Więc nie zaprzeczaj ─ cedziła słowa przez zaciśnięte zęby. ─ Nie zaprzeczaj, że wybierasz śmierć.
Uśmiechnął się krzywo.
─ Nie mając nawet pewności, czy ta kreatura zgodzi się na twoje warunki.
Patrzył na nią w milczeniu. Jego twarz straciła wszelki wyraz, spojrzenie miał bezbarwne, ciężkie. Hermionę uderzyło wrażenie, że Severus Snape przypomina teraz nie żywego człowieka, a swoją woskową podobiznę. Wzdrygnęła się na to koszmarne porównanie.
─ Próbujesz uciec ─ oskarżyła go, celując znów do niego palcem. Nie znosił, gdy to robiła. Widziała, jak jego wzrok skupia się na jej dłoni, intensyfikuje, w oczach czai się mrok.
─ Ciesz się, że to tylko palec, Snape, nie moja różdżka ─ warknęła jakby w odpowiedzi na niewypowiedzianą zaczepkę.
Widziała to, budujące się w jego grymasie na sekundy przed tym, gdy wystąpiło. Mistrz Eliksirów podniósł prawą rękę, zacisnął dłoń w pięść i wymierzył cios.
Remus po raz kolejny w tym tygodniu aportował się w ustalonym miejscu. Każdy z przebywających poza domem członków Zakonu, i poza Lupinem tylko on, znał punkt i godzinę spotkania. Ta wybiórcza wiedza, którą dysponowali niosła ze sobą ryzyko, jednak niwelowała prawdopodobieństwo, że w razie złapania jeden człowiek zdradzi wszystkie ich tajemnice. Taką zasadę ustalili, gdy zostało ich na Grimmauld Place nieco ponad tuzin. Lupin zajmował się lokalizacją Kwatery Głównej i odbieraniem pracujących poza domem kolegów. Snape wraz z Hermioną warzył eliksiry, wspólnie zajmowali się rannymi i chorymi, Severus dodatkowo zajmował się ich mini wywiadem złożonym z Petera i Freda, zaś kobieta poprawiała i uzupełniała wszelkiego rodzaju zabezpieczenia, uroki i antyuroki rzucone na dom. James i Luna dbali o zaopatrzenie ─ czarodziej gospodarcze, wiedźma zbierała składniki potrzebne do działania laboratorium. Dzięki swojej samotniczej naturze oraz niesamowitej spostrzegawczości i niezłej wiedzy z zakresu Zielarstwa, była zadowalającą następczynią Neville'a. Hermiona kilkakrotnie próbowała założyć na terenie Kwatery Głównej małą zielarnię, jednak w tych murach nie chciały rosnąć nawet grzyby. Ginny i Syriusz… Ginewra czasem pomagała Hermionie w jej zmaganiach z upartym, żyjącym własnym życiem domem Blacków. Jednak brakowało jej determinacji, by stanowić konkretne wsparcie. Granger traktowała ja raczej jako wsparcie kryzysowe niż stałą współpracownicę. Syriusz zaś nadawał się tylko i wyłącznie do jednego, a było tym uparte i niesamowicie regularne opróżnianie butelek z whisky. Gdy nie udało im się zdobyć jego ulubionej, Ognistej, którą kupował Fred z litości nad resztą domowników, Black zadowalał się niemagicznymi trunkami. W jego pokoju wiecznie śmierdziało przetrawionym alkoholem, on sam cuchnął gorzej niż szkockie gorzelnie, a wszyscy mieszkańcy Kwatery Głównej na pamięć znali pory syriuszowych wypraw do kuchni, by unikać kontaktu z jego nieświeżym oddechem i zapuszczoną aparycją.
Było wpół do pierwszej po południu, wiał delikatny, choć mroźny wiatr. Niebo było pochmurne, stalowoszare. Wokół nie było niczego poza drzewami i sporym głazem, który służył im za punkt orientacyjny oraz miejsce do zostawiania zaszyfrowanych, magicznych wiadomości.
Remus podszedł do kamienia, naciął kciuk zaklęciem i narysował krwią ustalony symbol. Głaz milczał. Nie pojawiły się na nim żadne napisy. Czarodziej pokręcił głową, wyraźnie zmartwiony. Luna nie wracała znacznie dłużej niż zwykle, wszyscy zaczynali się o nią martwić. Snape niedługo zacznie krążyć po Grimmauld Place, postawiwszy swoje mordercze instynkty w stan najwyższej gotowości. I będzie miał niejako słuszność. Luna nie dotrzymywała terminów, a zaopatrzenie pracowni było tak naprawdę kwestia życia lub śmierci, jak pokazała ostatnia sytuacja z Fredem. Lupin wątpił, by chłopak mógł się do czegoś jeszcze przydać w Ministerstwie. Po czekającej go jeszcze dobry tydzień rekonwalescencji mógł zapomnieć o powrocie do pracy. Jego kariera jako szpiega właśnie dobiegła końca. Coś tknęło Remusa, odnotował w pamięci, by po powrocie porozmawiać o tym z Hermioną i Severusem. Spojrzał na zegarek. Musiał zostać tu jeszcze jakieś czterdzieści minut. Dziwnie się z tym czuł, ale przez lata, mimo mieszkania w jednym domu, stopniowo, początkowo niezauważalnie, oddalał się od starych przyjaciół. Peter Nigdy nie był mu specjalnie bliski, jednak to z nim, jako jedynym potrafił się obecnie porozumieć. Gdy lata temu przyszedł do niego mówiąc, że nie tylko Snape, ale i on dostał się do kółka przyjaciół Toma Riddle'a i że obawia się o swoja rolę w Zakonie, Remus wsparł go, pomógł w rozmowach z Albusem Dumbledere. Wspólnie doszli do wniosku, że można wykorzystać zaistniałe już kontakty i skoro Peter postanowił jednak przyznać się do spiskowania z Lordem Voldemortem, należy dać mu drugą szansę. Niepozorny, 2iecznie przestraszony dotąd Pettigrew nagle jakby urósł kilka cali. Remus widział ten błysk w jego oczach tamtego dnia w gabinecie dyrektora Hogwartu. Ten moment, w którym ktoś pierwszy raz w niego uwierzył, zaufał mu i to w tak krytycznym momencie, napełnił Glizdogona siłą i stworzył jako człowieka na nowo. Dotychczas był zawsze ich popychadłem, Śmierciożercy również traktowali go jak połączenie błazna i maskotki. Teraz został pierwszym szpiegiem Zakonu Feniksa. Pomógł im pozyskać Snape'a, gdy jego zainteresowanie mrocznymi praktykami zmalało pod wpływem okrucieństw, jakich zaczęli się dopuszczać jego przyjaciele. Niestety, a może i na szczęście dla samego Petera, tutaj skończyły się jego wielkie dokonania i podczas gdy, wraz ze wzrostem potęgi Voldemorta, Severus Snape zyskiwał coraz większe łaski czarnoksiężnika, Glizdogon je tracił. Obecnie był jednym z pomniejszych sług Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Z jednej strony rzadko przynosił jakiekolwiek przydatne informacje, z drugiej był przynajmniej bezpieczny. Nie dane mu było zapłacić ceny za wiedzę i użyteczność dla Zakonu, jaką zapłacił Snape.
Mistrz Eliksirów okupił to własną duszą. Remus widział to w jego zimnych, czarnych oczach. Jego potrzaskana dusza, jego martwy wyraz twarzy. Głęboko współczuł Severusowi wszystkiego, co go w życiu spotkało. Nie podzielał antypatii Jamesa. Szczerze powiedziawszy, Snape wydawał mu się obecnie znacznie bliższy niż pozostała dwójka Huncwotów. Wiecznie pijany Syriusz i oszalały z żałoby nad samym sobą James.
Były też Hermiona, najinteligentniejsza czarownica, jaką kiedykolwiek spotkał, zdolna, niezłomna i zdeterminowana do granic możliwości. Ona i Mistrz Eliksirów tworzyli prawdziwą parę robotów, pracując często w nieludzkim tempie i zmęczeniu. Im dłużej myślał o tych dwojgu, tym bardziej zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo oczywistą była ich relacja. O ile szczerości przywiązania dziewczyny do Rona nie dało się w żaden sposób podważyć, o tyle ona i Severus pasowali do siebie, jak dwa zagubione puzzle. Nie była Lilly, ale może to i dobrze? Ta kobieta nawiedzała życie Snape'a już nazbyt długo, żonglując uczuciami obu mężczyzn przez kilka lat szkoły, a potem również w dorosłym życiu. Nie winił jej, jednak z pewnością nie uprościła już i tak skomplikowanej relacji Jamesa i Severusa. W ostatecznym rozrachunku poświęciła się za…
Lupin wzdrygnął się, nagle wyrwany z zamyślenia przez dźwięk aportacji. Obejrzał się za siebie. Koło głazu stał, uśmiechając się nerwowo Peter Pettigrew.
─ Witaj Remusie ─ powiedział lekko drżącym głosem.
─ Witaj, Peter.
Uścisnęli się serdecznie.
─ Co u was, na Grimmauld Place?
─ Nie najlepiej ─ przyznał Remus.
Pettigrew zmarszczył niemal bezbarwne brwi.
─ Co takiego się dzieje, Remusie?
─ Ginny zaatakowała Freda. Nie wiemy jeszcze, dlaczego. Mam pewien pomysł, ale muszę skonsultować to zresztą.
Niższy mężczyzna pokiwał głową.
─ A jak Syriusz? Dalej tyle pije?
─ Bez zmian ─ Lupin pokiwał głową, uśmiechając się blado. ─ James staje się z dnia na dzień co raz bardziej nieznośny. Nie pomagają żadne rozmowy. Niedługo on i Snape skoczą sobie do gardeł.
─ Biedny Severus ─ Peter pokręcił głową z dezaprobatą.
─ W rzeczy samej ─ zgodził się Lupin.
Szpieg zaśmiał się sucho.
─ Do czego to doszło, Remusie, żebyśmy my, Huncwoci, żałowali Smarkerusa, zamiast stać murem za Jamesem.
─ Sam nie wiem, Peter. Albo nasz przyjaciel tak bardzo się zmienił, albo my. Może wszystko naraz ─ milczeli przez chwilę. ─ Powiedz, masz jakieś wieści?
Glizdogon stęknął.
─ Jakieś mam, ale nie spodziewaj się niczego spektakularnego.
Remus poklepał go po ramieniu.
─ Robisz wszystko, co w twojej mocy, przyjacielu. Zdasz raport tu, czy wracasz na jakiś czas do Kwatery Głównej.
Peter uśmiechnął się.
─ Czarny Pan dał mi kilka dni urlopu, że tak się wyrażę. Chętnie popatrzę na mniej zakazane mordy i napiję się z Syriuszem.
Lupin roześmiał się szczerze.
─ Łapa z pewnością nie pogardzi towarzystwem. Będzie to dla niego miła odmiana od picia do lustra.
─ Więc ustalone.
Rozległy się dwa ciche pyknięcia i obydwaj czarodzieje zniknęli, jeden po drugim.
Hermiona zacisnęła powieki. Rozległ się głuchy łomot, gdy pięść Mistrz Eliksirów uderzyła w ceglaną ścianę lochu.
─ Ostatecznie ci odbiło? ─ syknęła.
─ Bardzo prawdopodobne, Granger ─ wycedził. Hermiona ukradkiem zerknęła na dłoń mężczyzny. Miał zakrwawione knykcie.
Dureń.
─ Co jest prawdopodobne, Snape? ─ warknęła.
─ To, że oszalałem. Oszalałem pozwalając ci się w to wplątać.
Wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić.
─ Na wszystkich bogów, Snape. Nie masz tu zbyt wiele do gadania. Nie jestem już twoją uczennicą, tylko dorosłym, autonomicznym człowiekiem. Nie możesz dać mi szlabanu z Filtchem.
─ Tak byłoby znacznie wygodniej ─ odparł, krzywiąc się. Wyładował większość złości uderzając w mur. Ból stopniowo ustępował, jednak jego zbawienne pulsowanie zdążyło już ostudzić emocje Mistrza Eliksirów. Dlaczego stracił panowanie? Ta sytuacja przypominała mu pewne wydarzenia sprzed kilku lat, kiedy Lily…
─ Severusie ─ usłyszał głos Hermiony, jakby z oddali. Zamrugał.
─ Czego chcesz, dziewczyno.
─ Za często zadajesz to pytanie wcale nie chcąc słyszeć odpowiedzi ─ wytknęła mu ze złośliwym uśmieszkiem.
─ Zadowolona z siebie? ─ zadrwił.
─ Niestety wcale ─ przyznała już poważniej. ─ Niestety ostatnio daleko mi do zadowolenia lub choćby odrobiny spokoju, bo wciąż nie mogę rozgryźć twojego zachowania.
─ A czy jest, co rozgryzać?
Westchnęła.
Snape stał z rękoma splecionymi na piersi, prawą, zranioną, chował pod pachą. Wyraz twarzy miał zacięty, oczy świdrowały ją z dobrze znaną dziewczynie ostrością. Zawsze podziwiała jego siłę, niezłomność, intelekt. Był najbardziej utalentowanym człowiekiem, jakiego znała, może poza Albusem Dumbledore. Chociaż, kto wie, co Severus Snape mógłby osiągnąć, gdyby pozwolono mu się swobodnie rozwijać?
─ Severusie. Jesteś takim samym dupkiem, jakim byłeś, gdy szesnaście lat temu po raz pierwszy nazwałeś mnie Panną-Wiem-To-Wszystko. Jesteś tak samo czarujący i ujmujący, jak wtedy, gdy kazałeś mi czyścić kociołki w ramach szlabanu. Nie brak ci wrodzonego taktu, który wielokrotnie pokazywałeś mi oraz pozostałym uczniom w trakcie rożnych trudnych momentów. Bezsprzecznie jesteś największym, najbardziej zatwardziałym draniem, jakiego przyszło mi spotkać. Ale nie jesteś złym człowiekiem. Wiem to. I nie jesteś też głupcem, choć ostatnio całkiem nieźle go udajesz ─ mówiąc to uśmiechała się lekko.
─ Wiem, że przeszedłeś przez niejedno piekło, wiem, że robiłeś mnóstwo strasznych rzeczy. Nikt cię za to nie wini, ty też powinieneś sobie odpuścić.
Jego wzrok mógłby wypalać dziury.
─ Tak, wiem, że nie potrafisz, wszyscy jesteśmy tego aż nazbyt świadomi, że dawno już powziąłeś decyzję o katowaniu się swoim dorobkiem win do końca swojego życia. Ale to nie jest powód, żebyś się poddawał.
─ Już raz pozwoliłem komuś… ─ położyła mu palec na ustach. Ten gest wiedźmy na tyle go zaskoczył, że rzeczywiście urwał, co Hermiona bezwzględnie wykorzystała, by kontynuować.
─ Ja nie wybieram się tam po śmierć, tylko po informacje ─ powiedziała cicho i spokojnie. ─ Nie rozumiem, co dokładnie masz na myśli mówiąc mi te wszystkie rzeczy, za które powinnam już dawno przestać się do ciebie odzywać. Nie chcę tego wszystkiego, co dzieje się między nami. Naprawdę jest mi to nie na rękę. I tobie też. Ale stało się ─ rozłożyła ramiona w geście bezradności. ─ Mamy, co mamy ─ dodała. Nachyliła się w jego stronę i przybliżyła usta do ucha mężczyzny. ─ Ty i ja. I kilka ostatnich dni tego świata ─ wyszeptała.
Spojrzała mu w oczy. Przez chwilę wydawało jej się, że w jego źrenicach pojawiła się iskierka ciepła. Jednak szybko zgasła pod wpływem wypływającego z głębi jego poszarpanej duszy lodu. Odsunął się od niej i bez słowa ruszył po schodach.
─ Jasne ─ rzuciła za nim. ─ Uciekaj. Myśl tylko o sobie i swoich zranionych uczuciach. Pewnie, niech cię zabije i wywiesi twoje zwłoki, żebym mogła popatrzeć.
Zatrzymał się na moment. Zawahał się. Jego sylwetka drgnęła, jakby chciał obejrzeć się i spojrzeć w oczy Hermiony, której po policzkach ciekły łzy bezsilności. Zamiast tego ruszył po chwili dalej, wychodząc z kufra. Dziewczyna pobiegła za nim, wydostała się do piwnicy i wyszarpnęła różdżkę z kieszeni spodni. Snape stał już przy drzwiach, z dłonią na klamce.
─ Jeśli zrobisz jeszcze krok, przysięgam, przeklnę cię ─ wycedziła.
Zaśmiał się zimno.
─ Więc na co czekasz, Granger? ─ wysyczał. ─ Na służbie u Czarnego Pana też będziesz obwieszczać całemu światu swoje zamiary, czy może lepiej użyjesz różdżki i wykonasz robotę?!
─ Snape ─ powiedziała cicho ─ jeśli ci na mnie zależy, chociaż trochę, nie rób nic głupiego ─ poprosiła.
Obejrzał się na nią i obdarzył drwiącym uśmieszkiem.
─ Nie zapomnij o naszym wieczornym spotkaniu z Lupinem ─ przypomniał.
Odetchnęła z ulgą. Cokolwiek Snape miał zamiar zrobić, miało to poczekać przynajmniej jeszcze kilka godzin. Będzie miała czas obmyślić strategię.
Kiedy Mistrz Eliksirów wyszedł z laboratorium, Hermiona siedziała jeszcze jakiś czas, starając się uspokoić. Gdy już emocje opadły na tyle, że była w stanie logicznie myśleć, zdała sobie sprawę, że nie zrobiła tego, po co tu przyszła. Westchnęła. Będzie musiała spróbować porozmawiać z nim innym razem. Jeśli ten głupi osioł nie da się przez ten czas zabić.
Uśmiechnęła się smutno. Był taki okres w jej życiu, gdy jako dziewczynka uwielbiała czytać historie o bohaterach oddających swoje życie za ukochane kobiety. Jakaż ona była wtedy głupia, marząc o rycerzu w lśniącej zbroi.
Teraz go miała tuż przy sobie i wiedziała, że musi połamać mu kopie, zanim będzie za późno.
Hermiona właśnie wychodziła z piwnicy, gdy drzwi wejściowe otworzyły się i przeszedł przez nie ktoś o drobnej posturze. Zatrzymał się, w półmroku widać było wędrujące magiczne kule światła, które wniknęły w przybysza i oddaliły się, rozpoznając go, jako domownika.
─ Peter ─ uśmiechnęła się dziewczyna, gdy już zaklęcia obronne zostawiły czarodzieja w spokoju. Za nim próg przekroczył Remus Lupin i jego także dosięgły wymyślone przez Flitwicka świetliste kule.
─ Witaj, Hermiono ─ odpowiedział nieco nerwowym grymasem. Pettigrew nigdy nie czuł się wśród nich zbyt komfortowo, zwłaszcza przez pierwsze dni po powrocie od Czarnego Pana. Radko bywał w domu, gdyż jego usługi były potrzebne niemal stale. Glizdogon był kimś w rodzaju skarbnika Voldemorta, zbierał wpłaty, spisywał je i porządkował wydatki. Nie była to najbardziej niebezpieczna funkcja, jednak każdą pomyłkę mógł okupić wielkimi nieprzyjemnościami. Raz na jakiś czas pozwalano mu na kilka dni oddalić się z dworu Toma Riddle'a. Glizdogon nie przynosił zwykle wielu przydatnych informacji, jednak nadal pozwalał im utrzymać jakąkolwiek aktualną wiedzę na temat Czarnego Pana i jego bandy morderców.
─ Nie wiem, jak u ciebie, ale u nas sporo się ostatnio działo ─ powiedział znużona.
Peter pokiwał skwapliwie głową.
─ O tak, Remus już mi co nieco opowiedział. ─ Ja również mam dla was pewne wieści, ale pozwólcie mi najpierw nieco wypocząć. Opaść stresowi. Jutro będę do waszych usług. Tymczasem…
─ Syriusz jest w swoim pokoju ─ poinformowała go Hermiona. Znała rytuał Petera Pettigrew aż za dobrze. Wieczorna libacja z Blackiem, poranny ból głowy, popołudniowe zebranie Zakonu. Niech mu będzie. Po przeszło miesiącu spędzonym wśród Śmierciożerców należała mu się chwila na odreagowanie.
Uśmiechnęła się do Lupina.
─ Luna zostawiła chociaż wiadomość?
Remus pokręcił głową.
─ Jak tu wróci, skrócę ją o głowę ─ obiecała Hermiona i ruszyła schodami na piętro.
Kiedy wieczorem Hermiona przyszła do salonu, pierwszym, co rzuciło jej się w oczy był płonący w kominku ogień. W pomieszczeniu panował półmrok, drwa trzaskały wesoło, tworząc przyjemną dla uszu muzykę natury. Remus siedział w fotelu blisko paleniska. Snape ukrywał siebie i swoje uczucia w tym samym co zwykle kącie pokoju. Czarownica wzięła głębszy oddech i ruszył w stronę Lupina, by zająć drugie miejsce w kręgu światła roztaczanego przez płomienie. Nie zaszczyciła Mistrza Eliksirów ani jednym spojrzeniem. Wciąż złość i poczucie zranienia kołatały się w jej sercu podsyłając kobiecie wspomnienia rozmów i obrazy zdarzeń, które miały między nimi miejsce przez ostatnie cztery dni.
Pod pachą trzymała rulon brystolu, który zastąpił u nich ostatnio pergaminy. Był łatwiej dostępny i nie wymagał ryzykownych wizyt na Pokątnej.
─ Jestem ─ powiedziała odruchowo, chociaż czuła na sobie wzrok obu mężczyzn, a Lupin uśmiechał się do niej przyjaźnie.
Kątem oka dostrzegła grymas Mistrza Eliksirów, który z trudem powstrzymał się od jakiegoś kąśliwego komentarza. W tej sytuacji pewnie brzmiałby jak coś w rodzaju: Cóż za błyskotliwe odkrycie, Granger. Siadaj i nie trać dłużej mojego czasu.
Wbrew sobie, uśmiechnęła się pod nosem.
─ Wszystko mam tutaj ─ postukała w rulon i rozsiadłszy się wygodnie, posłała go zaklęciem w powietrze, gdzie rozwinął się ukazując metodycznie spisane notatki.
Snape chrząknął maskując rozbawienie. Cała Granger. Wszystko potrafiła zmienić w zestaw tabelek i wykresów, spisów i definicji. Czasem nawet jego zadziwiała jej skrupulatność. Pamiętał, jak przynosiła wypracowania dłuższe nawet trzy lub czterokrotnie od wymaganego minimum, a on z satysfakcją wymalowana na twarzy odbierał za to punkty Gryfindorowi. Widział złość w oczach jej kolegów i koleżanek wymierzoną po części w niego, a po części w tę przemądrzałą, wszystkowiedzącą dziewczynę. Skąd mógł wiedzieć, że z tej trudnej do wytrzymania Gryfonki wyrośnie jeszcze bardziej uciążliwa kobieta o umyśle ostrym, jak barbierska brzytwa?
─ Podstawową różnicą jest to, że w naszej rzeczywistości prawie wszyscy przebywamy tu, na Grimmauld Place. W moich wizjach Ginny porwano, ja i ty, Remusie zgubiliśmy się, a Luna i Peter nie mają jak wrócić.
Lupin spojrzał na nią pytająco.
─ Tak jak i u nas, oni też dzielą się tylko częścią wiedzy. Na wszelki wypadek.
Wilkołak pokiwał głową.
─ Zabezpieczenia wyglądają podobnie, nawet ocalały te same osoby. W odróżnieniu do naszej rzeczywistości, tam wyszłam za mąż za Rona… ─ urwała, przełknęła ślinę łowiąc mroczne spojrzenie Severusa Snape'a. ─ Tym, co mnie zastanawia, jest kilka informacji, które zapamiętałam, a nie mam ich z czym porównać, bo zwyczajnie tutaj nigdy nie zadawałam sobie, ani żadnemu z was takich pytań...
Lupin pokiwał głową.
─ Nie krępuj się Hermiono.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi.
─ Nie wiem, czy jest sens zawracać sobie tym głowę. To były kwestie osobiste, takie właśnie drobne kwestie, jak na przykład mój status związku z Ronaldem…
─ Wszystko może mieć znaczenie ─ odparł Remus. ─ Nie wiemy, czym są te sny, o co w nich chodzi i co nam się może przydać.
Pokiwała głową.
─ Dobrze więc… Moje pierwsze pytanie dotyczy ciebie, Remusie, nie obraź się.
Lupin uniósł dłoni w uspokajającym geście.
─ Nie mam takiego zamiaru. Ale widząc twoje zdenerwowanie też zaczynam się denerwować, więc może zapytaj o wszystko i miejmy to z głowy ─ posłał jej przepraszający uśmiech.
─ Na Merlina, skończycie w końcu te umizgi, czy mam tu zasnąć ─ warknął Snape.
Hermiona zignorowała go.
─ Zastanawiam się jak jest z Syriuszem i z tobą. W tamtych wizjach Syriusz jest homoseksualny, ty nie.
Remus uśmiechnął się.
─ Nigdy nie pytałem Syriusza, ale, hmmm to całkiem możliwe. Odkąd ukończył Hogwart nie słyszałem o żadnych jego przyjaciółkach. To wyjaśniałoby również antypatię jego matki… Ja wolę kobiety, Hermiono.
Pokiwała głową.
─ I jeszcze to, o co pytałam cię rano.
─ Możesz być tak miła i przypomnieć?
─ Choroba lokomocyjna. Jeśli oczywiście korzystałeś kiedyś z mugolskiego transportu…
─ Nie mam pojęcia ─ przyznał.
Hermiona uśmiechnęła się nerwowo.
─ Dobra. To wszystko, co przygotowałam. Mogę wam jeszcze streścić, co konkretnie działo się w dwóch ostatnich snach, ale może najpierw powiedzcie, co o tym wszystkim sądzicie. Mnie najbardziej niepokoi fakt, że po obudzeniu czuję się strasznie skołowana, dzisiaj nie mogłam się połapać, gdzie jestem…
─ Nie wiem, jak ty, Severusie, ja nie mam bladego pojęcia, czym to może być.
Snape milczał przez chwilę łypiąc na nich spod czarnych, ściągniętych brwi.
─ Legilimencja ─ zaczął powoli, niskim głosem ─ daje również możliwość manipulowania cudzymi wspomnieniami. Wprawny mag potrafi wprowadzić zmiany w umyśle atakowanego tak, że ofiara nigdy nie zauważy różnicy. Może być w jakimś stopniu skonfundowana, ale to efekt przejściowy ─ mówił rzeczowo, chłodno, jak podczas szkolnych wykładów. Z twarzy mężczyzny zniknęła złość, zostały tylko skupienie i profesjonalizm. Coś ścisnęła się w piersi Hermiony.
─ Niektórzy rzeczywiście robią to podczas snu osoby, której wspomnienia pragną zmodyfikować. Jednak, jeśli jest to tego typu sytuacja, mamy do czynienia z partaczem ─ zawyrokował Snape. ─ Jeśli mam rację pomoże Oklumencja, której i tak miałem uczyć Granger ze względu na Bellatrix ─ dokończył skrzywiony. Przyglądała mu się badawczo. Zastanawiała się, czy nie powinna wyciągnąć w tej rozmowie jego pogaduszek z Lestrange, ale postanowiła, że na razie pozostanie to pomiędzy ich dwojgiem.
Lupin skinął głową.
─ Coś mi dzisiaj przyszło do głowy, Severusie ─ powiedział.
Snape patrzył na niego. Siedział nieruchomo, jak posąg.
─ Może źle podchodzimy do kwestii Ginny i Freda.
─ Co masz na myśli Lupin?
─ A to, że być może to umysł Freda Weasley'a kryje odpowiedź.
Hermiona pomasowała swój obolały kark.
─ Wiesz, Remusie, że Fred cały czas jest pod wpływem silnych eliksirów nasennych. Nie możemy teraz go wybudzić. Cały czas jest w strasznym stanie. Rany były głębokie, co prawda zasklepiliśmy je, ale ciało musi się wygoić. Zregenerować. Nasze eliksiry nie są tak idealne, jak byśmy chcieli, brakuje nam wielu składników.
Lupin pokiwał głową.
─ Wszystko wiem, Hermiono. Ale z tego, co mi wiadomo, dla wprawnego w Legilimencji sen nie jest żadną przeszkodą.
Snape zmarszczył brwi.
─ Sugerujesz, żebym…
─ Nie, Remusie ─ Hermiona przerwała Mistrzowi Eliksirów. ─ Nie zgadzam się na to, żeby ktokolwiek grzebał w umyśle Freda bez jego zgody.
─ Wiem Hermiono, jak to brzmi. Ale jeśli możemy poznać przyczynę zachowania Ginewry… Nie zrozum mnie źle. Ona też to przeżywa. Zadręcza się, próbuje sobie cokolwiek przypomnieć. Niedługo sfabrykuje fałszywe wspomnienia ─ spojrzał na Snape'a. ─ Wiesz najlepiej, że to możliwe.
Hermiona patrzyła to na jednego, to na drugiego.
─ Co dokładnie macie na myśli?
─ Gdy ktoś bardzo cierpi, Granger, potrafi stworzyć w swojej głowie wspomnienie czegoś, co nigdy go nie spotkało. I bardzo szczerze w to uwierzyć. Mnóstwo ludzi doświadczyło tego… zjawiska podczas naszych tortur u Czarnego Pana ─ wyjaśnił przez zaciśnięte zęby.
─ To okropne… Myślicie, że Ginny aż tak ciężko…
Remus wzruszył ramionami.
─ Trudno to jednoznacznie określić. Nie czuj się winna, Hermiono ─ uprzedził jej słowa. ─ Masz mnóstwo pracy. To, jak czuje się Ginewra nie jest twoja winą.
─ Ale jej nie pomogłam.
Zapadła cisza.
─ Co dokładnie zamierzasz znaleźć w umyśle Weasley'a, Lupin?
Wilkołak potarł wąsik.
─ Przypuszczam, że może to mieć coś wspólnego z niechęcią Freda do szpiegowania ─ wyjaśnił.
Hermiona uniosła brwi.
─ To ma sens. Pierwszy raz widzę jakieś możliwe rozwiązanie tej układanki ─ uśmiechnęła się. ─ Gdyby Fred chciał się wymigać, a zapewne głupio było mu powiedzieć o tym wprost, mógłby skłonić Ginny, żeby mu pomogła… Albo raczej zmusić, zważywszy na to, jak Ginny czuła się w trakcie ataku.
─ Imperio? ─ zapytał Lupin.
─ W rzeczy samej ─ mruknął Snape.
Podniósł się z fotela.
─ Zrobię to jutro ─ obiecał. ─ I ty mi pomożesz, Granger.
Patrzyła na niego wściekła.
Uśmiechnął się wrednie.
─ Przyzwyczajaj się Granger. Do poleceń i okrucieństwa. Polecam ci poćwiczyć na Belli.
Uniosła pytająco brew.
─ Klątwy ─ rzucił krótko. ─ A co myślałaś, Granger? Balowe upięcia?
Hermiona odchrząknęła. Postanowiła skorzystać z okazji i obecności Remusa, by zadać zaplanowane pytanie.
─ Zrobię to, jeśli mi pomożesz.
Snape spojrzał na nią krzywo.
─ Niby w czym?
─ Już wcześniej, wtedy, gdy zeszłam do pracowni… ─ popatrzyła na niego wymownie, ─ chciałam prosić cię o twoje wspomnienia.
Zobaczyła, jak momentalnie mężczyzna cały się napina, zaciska szczęki, zwęża oczy.
─ Niby z jakiego powodu?
─ Żeby poznać to, co mnie czeka ─ wyjaśniła niemal szeptem. Czuła się, jakby prosiła go o rozebranie się do naga i paradowanie bez bielizny po ulicach Londynu.
Lupin przyglądał się im uważnie.
─ Dobrze ─ wydusił z siebie wreszcie, po dłuższej ciszy Mistrz Eliksirów. ─ To słuszna propozycja. A teraz idziemy ─ polecił.
─ Dokąd? ─ zapytała odruchowo, ale Snape już wyszedł na korytarz.
─ Do jutra, Remusie ─ powiedziała zirytowana i ruszyła za Mistrzem Eliksirów.
─ Dokąd, u licha?
Snape przystanął i uśmiechając się paskudnie odpowiedział:
─ Spać, Granger. Miałem mówić o tym przy Lupinie? Podobno czujesz się niezręcznie z tym, że wszyscy o nas wiedzą
Westchnęła i przyłożyła dłoń do czoła. Pod brwiami czuła pulsujący tępo ból.
─ Snape, nie wkładaj mi w usta czegoś, czego nie powiedziałam ─ poprosiła. ─ Jedyne, co mi przeszkadza, to zachowanie Pottera. Gapi się na nas, jakby chciał rzucić w nas oboje Avadą.
Krzywy uśmiech Mistrza Eliksirów starczyłby jej za całą odpowiedź.
─ Bo tak pewnie jest, Granger.
Pokręciła z niedowierzaniem głową.
Ruszyli korytarzem w stronę jego sypialni.
─ Zaczekaj ─ powiedziała. ─ Wezmę tylko kilka rzeczy…
─ Granger…
─ Lubię myć zęby ─ wycedziła, patrząc na niego trochę złowrogo.
─ Dobrze więc, zaczekam u siebie.
Skinęła głową i poszła do swojego pokoju.
─ Granger? ─ zawołał za nią, gdy stała już w progu.
─ Hmmm?
─ Jeśli nie przyjdziesz, to zjawię się u ciebie w asyście dementorów.
Uśmiechnęła się.
─ Umiem rzucać Patronusa ─ zapewniła go i zniknęła za drzwiami.
Snape czekał na nią w fotelu. Czytał książkę.
─ Ciekawa lektura? ─ zagaiła, trochę niepewnie czuła się w tym pomieszczeniu. Spojrzał na nią znad pożółkłych kartek.
─ Nie zwykłem zajmować się nieciekawymi rzeczami, Granger.
Jego spojrzenie było na tyle sugestywne, że przeszedł ją dreszcz.
─ Rozumiem, że w takim razie uważasz mnie za interesującą?
Snape uśmiechnął się paskudnie.
─ Mówiłem o rzeczach, Granger, nie ludziach.
Wstał i odłożył książkę z powrotem na półkę.
─ Mogę chociaż wiedzieć, co…
─ Wścibska, jak zawsze ─ wymruczał, podchodząc do niej. Czuła się głupio, stojąc na środku pokoju z pastą i szczoteczką w ręce. Może przywiązanie do tych dwóch przedmiotów było niedorzeczne, jednak jej, córce stomatologów, kojarzyły się one z domem i troską. Drżącą ręką wymacała za sobą komodę i odłożyła tam swoje rzeczy.
Nos czarodzieja musnął jej ucho, potem skórę za nim. Słyszała, jak wciąga powietrze, wdychając jej zapach.
─ Wciąż jestem na ciebie wściekła ─ ostrzegła go.
Wzruszył ramionami. Jego lewa dłoń wśliznęła się pod bluzkę Hermiony.
─ Przecież ci nie zabronię ─ powiedział głębokim, gardłowym szeptem. Patrzył jej w oczy, podczas gdy jego dłoń powoli pełzła w górę po boku wiedźmy, by potem zsuwać się, równie delikatnie, w kierunku jej biodra. Patrzyła w te ciemne, zimne tęczówki, w czarne jak węgle źrenice. Szukała odpowiedzi na miliony niezadanych pytań.
─ Jak o mnie myślisz? ─ odezwała się wreszcie, opierając się o komodę.
Uniósł brew.
─ Granger? Hermiona?
Do lewej dłoni dołączyła prawa, by łatwiej było mu rozpiąć koszulę Hermiony. Potem obie ręce wśliznęły się pod cienki materiał. Lewą powrócił do gładzenia jej talii, zaś prawą sięgnął na jej plecy, do haftki stanika. Przymknęła oczy.
─ Czekam na odpowiedź ─ powiedziała cicho.
Wprawnym ruchem rozpiął jej stanik, Kobieta pozwoliła mu zsunąć koszulę ze swoich swobodnie zwisających ramion.
─ W większości przypadków Granger ─ powiedział nachylając się do jej ucha.
Odchyliła się do tyłu, by spojrzeć na twarz mężczyzny. Górne części jej garderoby leżały u ich stóp. Przygryzła wargę. Odsunął się od niej, by lepiej widzieć to, co przed nim eksponowała.
─ Dobrze wiesz, o co pytam…
Chrząknął i zaczął całować szyję Hermiony. Jej oddech przyspieszył.
─ Odpowiedz ─ nalegała. ─ Jak o mnie myślisz, gdy się kochamy?
Odsunął się od niej i obdarzył ją jednym ze swoich mrocznych spojrzeń, których niegdyś się bała, a teraz jedynie próbowała rozszyfrować ich znaczenie.
─ Gdy się kochamy? ─ zapytał zdumiony.
Nagle, w mgnieniu sekund poczuła wstyd, bo zdała sobie sprawę, że powiedziała więcej, niż zamierzała, niż spodziewała się, że mogłaby pomyśleć. To był przecież tylko seks… Schowała twarz w dłonie. Skąd w niej ta naiwność?
─ Miałam na myśli, że…
Niemal siłą oderwał jej ręce od policzków i zmusił ją by na niego spojrzała.
─ Chcesz się kochać, Granger?
─ Ja…
─ Odpowiedz!
Trzymał jej nadgarstki w swoich dłoniach, w jego oczach palił się niebezpieczny płomień. Gniew? Pożądanie? Ciekawość? Nie potrafiła stwierdzić.
Puścił jej ręce. Na jego ustach błąkał się drwiący uśmiech.
Zamknęła oczy.
Potem ją pocałował.
Najpierw delikatnie. Tak, jak ich pierwszej nocy. Powoli, starannie, dając jej czas, by uspokoiła się w jego ramionach. Byli ze sobą prawie pół roku, a ona zdała sobie sprawę, że dopiero dziś zdarza się między nimi coś poważnego. Coś innego.
Nie naciskał już na odpowiedź. Ona też umilkła, wsłuchana w przyspieszający rytm ich tętna, w oddechy urywane między pocałunkami. Gdy ściągnęła mu koszulę, Snape machnięciem różdżki pozbył się ich spodni. Popatrzył na nią.
Mieli tak mało czasu. Tak mało im zostało życia, wolności. Siebie nawzajem. Po co było czekać? Po co udawać? Nie było tu nikogo, by ich ocenić, bo sami siebie nie potrafili już osądzać. Czuł na języku jej smak, w nozdrzach zapach i kiedy tej nocy w nią wchodził, ich oczy spotkały się, a ręce splotły. Było w tym akcie coś boleśnie tęsknego, widział w jej oczach ból, który jeszcze się nie dokonał, wiedział jednak, że jest świadoma, że cierpienie niechybnie nadejdzie.
Tej nocy obejmował ją i tracił zarazem. Patrzyła mu w oczy i z przerażeniem czuła, że każdy ruch jego bioder to kolejne słowo długiego pożegnania. Chciała się rozpłakać, ale chociaż łzy płynęły jej po skroniach, nie mogła szlochać. Chwytała się go i czuła, jak on chwyta się jej, choć obydwoje wiedzieli, że nie zatrzymają się nawzajem dłużej niż na mgnień chwili.
Tej nocy, gdy wyszeptała jego imię, on po raz pierwszy wyszeptał jej.
Gdy się zatrzymali, a świat z powrotem zaistniał, Severus Snape uniósł się na przedramionach, chcąc z niej wyjść i położyć się obok. Hermiona powstrzymała go chwytając za rękę.
Spojrzał na nią pytająco z nieco krzywym uśmiechem na ustach, jakby chciał powiedzieć: Naprawdę, Granger?
Naprawdępomyślała spotykając spojrzenie tych czarnych oczu.
Po chwili skinął głową i ostrożnie położył się na niej. Czuła na sobie jego ciężar, przyduszający ją do materaca, niekomfortowy, trudny do zniesienia, ale tak potrzebny, bardziej niż powietrze, którego nie mogła nabrać przyciśnięta ciałem czarodzieja.
Czuła go w sobie. Nieopisywalne uczucie połączenia, które za moment zostanie zerwane.
Jego oddech łaskotał ją w szyję.
Przymknęła powieki.
Na granicy świadomości, pomiędzy snem, a jawą, poczuła jak ramiona Severusa oplatają ją a on odwraca się razem z nią na plecy, by tym razem to czarownica spoczęła mu na piersi. Poczuła muśnięcie koca na barkach, a potem otoczyła ją miękka, lepka od potu ciemność.
