Trochę czasu minęło od ostatniego posta, ale musicie mi wybaczyć, bo sporo miałam na głowie. Dodatkowo moge powiedzieć, że wprowadzam małe poprawki w formatowaniu, więc tekst będzie czytelniejszy. "Sny" Hermiony będa oddzielone pozioma linią, zaś przeskoki akcji "*ssss*". Myśle, że to sporo ułatwi ;)
Szykuje się tez parę zmian w samym tekście, powiadomie Was o nich razem z następnym rozdziałem, który juz sie pisze. na razie nie aktualizowałam pozostałych historii, ale moge polecić cos nowego, a mianowicie Goniąc wspomnienia, gdzie mam juz prolog i pierwszy rozdział. Pozdrawiam!
VI Mroczna postać
Gdy Hermiona się obudziła, Remus Lupin wciąż jeszcze spał, cicho pochrapując. Był wczesny ranek, przez brudne szyby do środka chaty wpadały strugi światła. Potarła dłonią czoło. Czuła się jakoś dziwnie nie na miejscu, miała przeświadczenie, że przed chwilą leżała obok kogoś zupełnie innego. Przymknęła oczy, pod powiekami widziała jeszcze powidok marzeń sennych, czyjeś szczupłe dłonie, czyjeś przymknięte oczy… Nie potrafiła powiedzieć, kim był ten mężczyzna, o którym śniła. Wydawał jej się dziwnie znajomy. Z pewnością nie był Ronem. Westchnęła. Czy powinna śnić o kimś innym niż on? Podniosła rękę i przypatrzyła się błyszczącemu na palcu złotemu krążkowi.
Poczuła obok siebie ruch. Spojrzała na Lupina, który przecierał właśnie zaspane oczy.
─ Długo już nie śpisz? ─ zapytał.
Pokręciła głową.
─ Obudziłam się zaledwie kilka minut temu.
Uśmiechnął się trochę nerwowo. Bądź co bądź znów spali dzisiaj razem, miał prawo czuć się niekomfortowo.
Chrząknęła.
─ Pójdę zaparzyć herbatę.
─ W takim razie ja upoluję coś na śniadanie ─ zażartował.
Uśmiechnęła się.
─ Tylko nie szukaj mamuta ─ odpowiedziała.
─ Postaram się.
Drzwi za mężczyzną zamknęły się, wpuszczając do izby kłąb wilgotnego, lodowatego powietrza. Był grudzień. Zbliżała się gwiazdka.
Zaklęła pod nosem, zalewając pokruszone liście herbaty gorącą wodą. Około sto siedemdziesiąt stopni*, tak jak uczyła ją matka.
Drzwi otworzyły się i zamknęły znowu.
─ Nie było mamutów ─ powiedział Lupin.
─ Tak myślałam ─ mruknęła. Odechciało jej się żartów. Wilkołak szybko zauważył zmianę nastroju u przyjaciółki i podszedł do niej. Kucała nad dwoma kubkami.
─ Czy coś się stało?
Pokręciła głową.
─ Właściwie, to nie, Remusie. Po prostu mamy grudzień. Grudnie bywają ciężkie.
Wyciągnął do niej rękę, pomagając dziewczynie wstać i przytulił ją do siebie.
─ Jakoś będzie, zobaczysz. Jak zawsze, przetrwamy.
Pokiwała głową bez przekonania.
─ Jak właściwie kontaktujesz się zwykle z Fredem, Peterem i Luną? ─ zapytała Hermiona, której nagle coś przyszło do głowy. Miała niejasne poczucie, że może się w tym kryć ratunek dla nich, droga powrotna do ich bezpiecznego, ciepłego więzienia.
Lupin uśmiechnął się smutno.
─ Pijesz do pierwotnego pomysłu Snape'a z miejscem zbiórek.
─ Prawdę mówiąc nie do końca wiem, do czego piję ─ przyznała.
─ Nie było cię przy tych ustaleniach? ─ zmarszczył brwi.
Pokręciła głową.
─ Nie, chyba wcale nie było mnie na Grimmauld Place. Nie wiem nawet, kiedy to dokładnie się działo, ale z pewnością pamiętałabym cokolwiek… O co ci chodziło z tą zbiórką?
Remus upił łyk herbaty i powiedział:
─ Początkowo powstał pomysł ze stałym miejscem spotkań dla osób przebywających poza domem. Miało to być przy jakimś głazie, na odludziu, żeby można było zostawiać zabezpieczone wiadomości.
─ Ale?
Remus westchnął.
─ Ale Minerwa wpadła na lepszy pomysł, który dzisiaj nas pogrzebał ─ przyznał Lupin. ─ Zaklęliśmy kawałki pergaminu ─ coś co można łatwo zniszczyć, aby pokazywała się na nich automatycznie zaszyfrowana pozycja Kwatery Głównej. Ja swojego nie nosiłem przy sobie. Cały czas leży sobie bezpiecznie w moim pokoju. ─ Przykro mi, Hermiono ─ dodał po chwili widząc gasnącą w oczach czarownicy nadzieję.
Wzruszyła ramionami.
─ To nie jest niczyja wina, Remusie. Tak bywa. Każde rozwiązanie wystawia kogoś lub coś na niebezpieczeństwo. Gdybyście wybrali opcję z głazem, ktoś mógłby się wygadać na torturach i teoretycznie któreś z trójki wpadłoby pewnie w łapska Sam-Wiesz-Kogo.
Patrzyli na siebie bez słowa.
─ Zjesz śniadanie?
Pokiwał głową.
─ Czemu nie. Jeszcze nie obrzydły mi batoniki.
Hermiona przywołała kilka opakowań jedzenia.
─ Szkoda, że masz chorobę lokomocyjną ─ powiedziała z westchnieniem rozdzierając folię z wędliną.
Lupin spojrzał na nią ciekawie.
─ Coś ci przyszło do głowy?
─ Uhmmm.
─ W takim razie zamieniam się w słuch ─ Remus uśmiechnął się do dziewczyny zachęcająco. O ile każdy temat, który zaczynał się od „choroba lokomocyjna" lub „samochód" napawał go obecnie głębokim uczuciem obrzydzenia, o tyle wiedział, że Hermionie nie trzeba o tym wcale przypominać, gdyż jej zażenowanie i tak sięgało już zenitu.
─ Po prostu pomyślałam, że bezpieczniejszym sposobem na ukrywanie się byłoby znalezienie jakiegoś samochodu. Gdybyśmy zmienili tablice rejestracyjne…
─ Nawet na to nie licz ─ Lupin, krzywiąc się pokręcił stanowczo głową. ─ Nie zrobiłbym tego nawet dla ciebie.
Uniosła brwi. Otworzyła już usta, żeby się spytać, co takiego wilkołak miał na myśli, ale mężczyzna pierwszy również pojął znaczenie swoich słów. Uśmiechając się z zażenowaniem wymamrotał:
─ Wybacz, Hermiono. Nie powinienem był, ja… nie miałem nic zdrożnego na myśli.
Odpowiedziała mu nerwowym spojrzeniem.
─ Nie martw się, Remusie, już zapomniałam.
Zapadła dłuższa chwila niezręcznej ciszy.
─ A gdybyśmy znaleźli jakiś niepozorny kamper? ─ zapytała.
Remus zmarszczył brwi.
─ O czym dokładnie mówisz?
─ To taki duży samochód z mieszkaniem…
Lupin zachichotał.
─ Wiem, czym jest kamper, Hermiono. Nie zapominaj, że jestem czarodziejem półkrwi. Pytałem raczej, co to zmienia w twoim pomyśle samochodowej wycieczki.
Westchnęła.
─ Teoretycznie, całkiem sporo. Po pierwsze byłoby nam wygodniej. Po drugie nie musielibyśmy cały czas się poruszać, można by ukryć się na jakimś kempingu na jakiś czas…
─ Cóż… ─ Lupin w zamyśleniu drapał się po nosie. ─ Dlaczego myślisz, że poruszanie się mugolskim transportem byłoby bezpieczniejsze od siedzenia na odludziu.
Hermiona uśmiechnęła się w swój dawny wszechwiedzący sposób. Ucieszyło go to niezmiernie, bo już od wielu lat nie widział u dziewczyny oznak jej dawnego zapału. Była nadal pilna, pracowita i skrupulatna, jednak znikły entuzjazm i zapał, zastąpione przez chłodną obowiązkowość i rutynę. Zawsze imponowała mu swoim ostrym, niczym brzytwa umysłem, niesamowitą pamięcią.
─ Czarodzieje nie potrafią jeździć samochodami i, z tego co wiem, trzymają się z daleka od wszelkiego rodzaju mugolskich maszyn. Popraw mnie, jeśli źle myślę.
─ Myślisz bardzo dobrze ─ Lupin uśmiechnął się blado.
─ A skoro tak, jaka jest szansa, że w poszukiwaniu czarodziejów Śmierciożercy będą zaglądać na mugolskie pole namiotowe? Zwłaszcza do mieszkania na kółkach?
Pokiwał głową.
─ Twierdzisz, że wtedy nie musiałbym cały czas znosić tych tortur?
─ Przypuszczalnie ─ obdarzyła go przepraszającym uśmiechem. ─ Muszę to jeszcze przemyśleć.
Wstała i zaczęła przechadzać się po chatce z rękoma w kieszeniach jeansów. Chodziła tam i sam, mamrocząc pod nosem. Wreszcie zatrzymała się, spojrzenia dwojga czarodziejów spotkały się.
─ Myślę, że wiem, co powinniśmy zrobić Remusie.
Mężczyzna westchnął z udawaną rezygnacją.
─ Czekam na wyrok.
─ Nie licz na ułaskawienie.
Severus Snape otworzył oczy, niechętnie rozstając się ze stanem półsnu, w którym dryfował już jakiś czas. Mętny blask poranka oświetlał zimnym światłem sylwetkę młodej kobiety wtuloną w jego bok. W tym chłodnym półmroku jej skóra przybrała bladą, prawie niebieskawą barwę. Nie widział twarzy kobiety, gdyż ta zginęła pod warstwami wzburzonego morza włosów. Uśmiechnął się do siebie, mimowolnie. Nawet gdy spała, spokojna i nieruchoma, jej włosy żyły własnym życiem, wiecznie zbuntowane i niesforne, jak ich właścicielka. Jednocześnie zachwycała go i wytrącała z równowagi, cierpko-gorzka i słodka zarazem, zależy z której strony ugryźć. Zastanawiał się, czy była bardziej kompresem czy solą na jego rany, które nosił w sobie nieustannie od wielu lat.
Pokochał ją.
Przyjął tę prawdę ze stoickim spokojem. Może przywykł już do tego, że bez względu na jego starania życie bezustannie obracało je wszystkie w pył.
Podczas, gdy leżąca przy nim kobieta gotowa była rzucić się z pazurami na cały świat, on zmęczył się już walką z własnym przeznaczeniem.
Kochał ją.
To była z pozoru tak prosta prawda, a jednak nie spodziewał się już nigdy jej zakosztować. Nie po tym, jak skończyła się jego pierwsza, wlekąca się za nim całe życie miłość.
Pamiętał tamten dzień, w samym środku wojny, gdy otworzył drzwi swojego domu przy Spinner's End a na progu zobaczył kasztanowe włosy Lily Evans, która pełnym opanowania głosem powiedziała:
─ Wreszcie jestem.
Tyle. Tylko tyle po przeszło dwudziestu latach czekania. I aż tyle. Kim był, by ją oceniać, by narzekać? Pamiętał swoje zdumienie, z którym odsunął się, by wpuścić ją do środka. Deszcz lał się strugami z nieba, jednak na nią nie spadła nawet jedna kropla. Tego dnia, ani przez wiele następnych, niewiele ze sobą rozmawiali. Omijali się w ponurych czeluściach domu Snape'ów. Nie mówił nic. Nie musiał. Wiedział, że Lilly wie wszystko, co było istotne. Wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie po tych wszystkich latach. Pamiętał jej ciepłą dłoń na ramieniu piątego dnia. Pamiętał zapach jej policzka jedenastego. I przeraźliwy chłód jej stóp w nocy, który po miesiącu wspólnej egzystencji miał mu odtąd towarzyszyć aż do jego śmierci.
Ale stało się inaczej.
Czekał na nią po to, by znów utracić.
Teraz leżała przy nim Ona. Jak kolejna szansa do stracenia, kolejna sprawa, którą mógł tak zwyczajnie spieprzyć. Wciąż nie rozumiał, czym zasłużył sobie na jej uczucia. Zdawał sobie sprawę ze swoich licznych wad. Nie potrafił być nawet sympatyczny, z trudem przychodziła mu uprzejmość, gdzie tu było miejsce na czułość? A jednak przy niej znów czuł się żywy i wiedział, że daje życie jej.
Pamiętał ten wieczór, gdy przyniósł tę cholerną herbatę. Kiedy to wszystko się zaczęło? Nadal nie był w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie, chociaż spędził już nie jedną nocną wartę na rozmyślaniu, próbując w głowie odtworzyć każde mniej lub bardziej przypadkowe zetknięcie ich dłoni, przypomnieć sobie, kiedy w trakcie rozmów zaczęli skracać dystans, zarówno fizyczny, jak i społeczny. Robił to z czystego pedantyzmu. Kiedy dostrzegł, jak wiele ich łączy? W którym momencie szacunek, który nauczył się do niej żywić widząc jej oddanie, opanowanie i pracowitość, przerodził się w coś więcej? Kiedy pierwszy raz dostrzegł w niej kobietę i kiedy zdał sobie sprawę, że dla niego jest atrakcyjna? Dostrzegał wtedy w jej oczach, że widzi jego pokręcone zainteresowanie swoją osobą. Nie był chłopcem, mimo swojej szorstkości potrafił być na tyle przenikliwy, by rozpoznać, czy ktoś odwzajemnia jego uczucia. Ona je odwzajemniła. W niepojęcie intensywny sposób rzuciła się na głęboką wodę ich relacji. Widział, jak spadając w tę mroczną otchłań zamyka oczy. On nie mógł. Musiał być przytomny, gdy wszystko zacznie się walić im na głowy. Tymczasem przeliczył się. Nie dostrzegł nic. Nie było spadającego nieba. Uczucie wślizgnęło się między nich niepostrzeżenie, jak wąż, niepomny lodowatego zimna piwnicy, bezduszności fiolek, stołów i kamiennych ścian. Jak długo oszukiwali się, że dają sobie nawzajem tylko przyjemność? Z początku z pewnością łączył ich tylko romans. A potem…
Kochał ją.
Wiedział, że najpewniej nigdy jej tego nie powie. Wiedział, że drugi raz nie popełni tego samego błędu i nie pozwoli Granger nadstawić za siebie karku. Był też świadom, że skoro nie udało mu się to z Lily, a z tą upartą do granic możliwości dziewczyną nic nigdy nie szło tak, jak sobie zaplanował, sytuacja jest znacznie trudniejsza.
Działała na niego jak magnes, jak narkotyk, co było chyba kwestią ich beznadziejnej sytuacji. Byli dla siebie jedyną ucieczką przed zbierającymi się nad nimi gęstymi chmurami unicestwienia.
Chociaż wiedział, że nigdy nie przyzna się do tego przed nikim, Granger miała rację. To, co chciał zrobić było głupie, wręcz szczeniackie. Nie miało prawa się udać. Jak jednak mógłby nie spróbować dać jej więcej czasu? Była inteligentna, ponadprzeciętnie zdolna. W jakiejś części zdawała sobie z tego sprawę. Kiedyś irytował go sposób, z jakim obnosiła się ze swoją wiedzą. Teraz widział, że Hermiona Granger nadal nie doceniała swoich faktycznych umiejętności i talentów. Kiedy na nią patrzył, miał poczucie, że oto stoi przed lustrem przeszłości i ma przed sobą młodą Minerwę albo Rowenę Ravenclaw. To była kolejna rzecz dla niego nie do wysłowienia. Podziw dla jej intelektu. To on, z czego czarodziej zdał sobie jakiś czas temu sprawę, w pierwszej kolejności, a nie uroda dziewczyny, zwrócił jego uwagę. Błyskotliwość, spryt, głód wiedzy.
Wiedział, że poradzi sobie bez jego pomocy z prowadzeniem laboratorium. Była znacznie sprawniejsza i pojętniejsza od niego. Po cichu, przez te pięć lat ich współpracy uczył ją, przygotowując do dnia, w którym on odejdzie, by móc powierzyć jej rolę nieformalnej Mistrzyni Eliksirów.
Patrzył na nią, jak śpi, pogrążona w swoich wizjach, w świecie, w którym nie było go przy niej.
Z tego błogiego zamyślenia wyrwało go nagle niespodziewane chrząknięcie. Skierował wzrok na twarz dziewczyny by napotkać spojrzenie jej orzechowych oczu.
─ Nie śpisz, Granger? ─ zdziwił się.
Pokręciła głową i uśmiechnęła się do niego leniwie.
─ Mówiłam ci, że mam bardzo lekki sen. Od kilku minut obserwuję, jak stękasz nade mną.
Uniósł brwi.
─ Stękam?
─ Wysilasz mózgownicę ─ roześmiała się.
─ Bardzo zabawne ─ skrzywił się Snape i zaczął podnosić się z łóżka. Hermiona wyciągnęła rękę i położyła ją na ramieniu mężczyzny.
─ Przepraszam, zostań. Nie musisz być zawsze taki przeczulony na swoim punkcie.
Uniesione brwi Mistrza Eliksirów uzmysłowiły jej, że przeprosiny wyszły jeszcze gorzej niż to, za co je złożyła.
Zaklęła cicho.
Snape uśmiechnął się krzywo.
─ Widzę, że jesteś dobrym obserwatorem, Granger. Sam lepiej bym tego nie spaprał ─ zarechotał po swojemu.
Parsknęła śmiechem.
─ Ale nie zostaniesz?
─ Nie – odparł krótko. ─ Praca czeka. I wszystko mnie boli, Granger. Jesteś ostatnio raczej… koścista.
Westchnęła. Umięśniony się znalazł.
─ W takim razie ja również idę ─ powiedziała na głos.
Wzruszył ramionami. Hermiona pokręciła głową mamrocząc pod nosem coś o niereformowalnych starych dupkach.
─ Mówiłaś coś? ─ patrzył na nią ni to wściekły, ni to rozbawiony. Trudno było określić.
─ Nie potrafisz już inaczej, prawda?
─ Nie rozumiem, Granger.
─ Rozumiesz, rozumiesz.
Prychnął.
─ A czy ty potrafisz choć przez chwilę nie zachowywać się jak irytująco rozmowna wersja czarodziejskiej encyklopedii?
Zachichotała.
─ Chyba masz, rację Severusie. Ty po prostu już musisz być…
─ Dupkiem z Lochów? Tak, Granger. Widocznie taki już jestem ─ zadrwił.
Podeszła do niego i korzystając, że pochylił się by zapiąć pasek od spodni, pocałowała go w czoło; wywołała tym u niego kolejny grymas pełen trudnych do określenia emocji.
─ Nie zrób dzisiaj nic głupiego, dobrze, Severusie? Obiecaj mi, że nie pójdziesz się zabić. Że zostawisz ten niedorzeczny plan z oddaniem Belli Czarnemu Panu i pomożesz mi przygotować się do roli.
Patrzył na nią zimnym, mrocznym wzrokiem.
─ Jeśli będę zmuszona powiem o wszystkim Remusowi.
─ Powiedz Jamesowi ─ warknął.
─ Żeby pomógł ci wybrać rozmiar trumny?
─ Przynajmniej raz na coś by się ten gnojek przydał ─ sarknął Snape.
Westchnęła, wzięła się pod boki.
─ Możesz na mnie spojrzeć, do jasnej cholery?
─ Czy znajdę tam rozwiązanie jakiegokolwiek problemu, z którym muszę się dzisiaj uporać? ─ mruknął.
Wzruszyła ramionami.
─ Nie wiem. Może. Sprawdź.
Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem. Zaczynała działać mu na nerwy. Jeśli teraz rościła sobie prawo, by na każdym kroku pouczać go i strofować…
─ Nie chcę cię stracić ─ wyszeptała.
Głupia ─ pomyślał.
─ Jeszcze nie dziś Granger ─ mruknął.
─ Chcę dowodu ─ powiedziała niespodziewanie twardo. Kiedy spojrzał na nią, dostrzegł w jej twarzy, że ona także była lekko zaskoczona swoją stanowczością. Szybko jednak ochłonęła, pokiwała głową, jakby sama sobie dodawała odwagi. ─ Daj mi dowód, Snape.
─ Będziesz mi musiała zaufać na słowo, wiedźmo ─ prychnął.
Zgromiła go wzrokiem.
─ Ani mi się śni.
Teraz Snape był już mocno zdumiony. Niby wiedział, że Granger potrafi być nieustępliwa, ale nigdy nie próbowała tych sztuczek względem niego. Mimo wszystko, poza ich pierwszą nocą, nigdy dotąd nie stawiała mu żadnych twardych warunków.
─ Czego chcesz? ─ warknął wściekły i zniecierpliwiony na całego. W jednej skarpecie na stopie, z drugą do połowy naciągniętą, spoglądał na nią spod czarnych włosów opadających mu na czoło.
─ Przysięgi ─ powiedziała szybko, jakby bała się, że za moment nie zdoła tego z siebie wykrztusić. Patrzyła mu hardo w oczy.
─ Przysięgi ─ powtórzył za nią dla kontrastu cedząc każdą głoskę starannie przez zaciśnięte zęby.
Przełknęła ślinę trochę zbyt głośno by uszło to jego uwadze. Wyprostował się. Wytrzymała jego spojrzenie.
─ Granger, czy ty wiesz o co prosisz?
Skinęła głową.
─ Przysięgnij ─ powiedziała cicho. ─ Sam mówiłeś, że Wieczysta Przysięga mogłaby powstrzymać nawet Czarnego Pana.
─ Chyba śnisz, Granger ─ warknął. ─ Musisz nauczyć się mi ufać. Ufać komukolwiek ─ dodał ciszej.
Podeszła do niego i złapała go za dłoń. Patrzył na nią obojętnie.
─ A mogę ci ufać?
Zaklął w myślach. Czy mogła? Sam sobie czasem nie ufał.
─ Nie masz wyboru ─ odparł odwzajemniając delikatnie uścisk dłoni dziewczyny.
─ Przysięgam ci, że nie pozwolę mu się zabić, Snape ─ powiedziała patrząc mu głęboko w oczy. Jej były duże i niewinne, jego czarne, pozbawione blasku, który wciąż żarzył się w jej źrenicach.
Skinął jej na znak akceptacji. Patrzyła na niego wyczekująco. Odchrząknął. Nie lubił patetycznych gestów.
─ Przysięgam ci, że nie oddam się w jego ręce ─ powiedział niechętnie, w myślach jednak dodał ─ jeśli nie uznam tego za konieczne.
Zaśmiał się zimno. Miało nie być miłości, miało nie być deklaracji. Pieprzyć to wszystko. Schylił się i pocałował ją. Merlinie, dlaczego był taki głupi?
Hermiona zaśmiała się w jego usta. Spojrzał na nią zły i zdziwiony.
─ To wyszło trochę jak bardzo pokręcony ślub ─ wyjaśniła czerwieniąc się.
─ Na szczęście tylko wyszło ─ mruknął. ─ Nie chciałabyś mieć mnie na wyłączność na całe życie ─ burknął.
Tak się składa, że w obecnych okolicznościach raczej tak będzie ─ pomyślała smutno, otwierając drzwi. Nie była to co prawda Wieczysta Przysięga, ale Hermiona starała się przekonać samą siebie, że słowa Snape'a coś znaczyły i nie użyłby wobec niej swoich szpiegowskich sztuczek, by łgać jej prosto w oczy.
Hermiona uśmiechnęła się kiwając na powitanie przechodzącemu Lupinowi. Wyglądał na mocno niewyspanego i wymiętego, zawsze tak było, gdy w domu zjawiał się Peter Pettigrew. Cała czwórka rytualnie doprowadzała swoje ciała i umysły do totalnej ruiny.
─ Przyjdź potem na dół ─ zawołała za wilkołakiem. ─ Damy ci coś na… efekty uboczne.
Lupin podniósł do góry kciuk w odpowiedzi, widać zbyt skacowany na poranne pogawędki.
Snape obrzucił ją niechętnym spojrzeniem.
─ No co? ─ zapytała cicho. ─ Nie podzielisz się z Lupinem swoim obrzydliwym specyfikiem?
Wzruszył ramionami. Hermiona uśmiechnęła się do niego.
─ Twoje wspomnienia czy Freda? ─ zapytała.
─ Najpierw praca, potem przyjemności ─ skwitował, uśmiechając się krzywo.
─ Jak sobie życzysz ─ westchnęła.
Weszli schodami na górę i przeszli przez pierwsze drzwi po lewej.
Fred leżał nieruchomy, blady, całkowicie nieświadomy. Hermiona objęła się ramionami i potarła je. Zrobiło jej się jakoś zimno. Spojrzała w stronę Snape'a. Jego twarz, ani postawa nie zdradzały żadnych emocji. Stał wyprostowany, niczym struna, wpatrując się w chłopaka pozbawionym wyrazu wzrokiem. Beznamiętny, chłodny, obojętny.
Czy ten człowiek rzeczywiście potrafił kochać? Czy to rzeczywiście on zdjął przed nią tej nocy maskę, pozwalając swoim dłoniom i ustom powiedzieć jej to, czego słowami nie potrafił? Czy to były tylko jej naiwne wyobrażenia?
─ Na co czekasz? ─ zapytał ją zdziwiony jej rozkojarzeniem. Pokiwała głową, wyjęła różdżkę, uklękła u wezgłowia łóżka i wyszeptała zaklęcie.
Wpadła w szarawą masę rozszeptanych obrazów. To było zupełnie inne uczucie niż oglądanie wspomnień świadomego człowieka. Wtedy wszystko unosiło się, zmieniało dynamicznie. Teraz wspomnienia były ciężkie, zlane ze sobą, lepkie jak budyń. Miała uczucie, jakby próbowała pływać w bagnie. Głosy zdawały się przytłumione, zduszone, obrazy nie miały ostrych konturów, zlewały się ze sobą, rozmazane i nierówne. Chwilę zajęło jej odnalezienie się w tej plątaninie czarno-białego filmu. Szukała głosu Ginny, szukała krzyku Freda, czegokolwiek, co mogłoby naprowadzić ją na odpowiednie zdarzenie.
Czemu się denerwujesz, Fred?
Bo jej nie ma Ginny, Luna nie wraca, znowu gdzieś przepadła. Czasem wydaje mi się, że wcale nie chce tutaj wrócić…
A dziwisz jej się? Chodź, zjemy coś, porozmawiamy…
Nie to nie było to wspomnienie. Ginny była inna, weselsza, Ron musiał jeszcze żyć…
Nie przeszkadzaj mi Ginny, chce mi się spać, idź męczyć kogoś innego.
Dźwięk zamykania drzwi.
To też nie to.
Fred? Fred, jesteś tam?
Hmmm?
Możesz zejść na dół? Hermiona…
Cholera. To było jak szukanie igły w stogu siana. Przejrzała pobieżnie jeszcze kilka innych wizji. Już miała się poddać i z poczuciem przegranej oddać pałeczkę Snape'owi, gdy jej słuch przykuł brzmiący jak z rynny ponury głos Ginewry:
─ Myślisz, że długo to jeszcze potrwa?
Skupiła się na tym wspomnieniu i wkroczyła w nie.
Rozległo się pukanie do drzwi. Siedzący przy oknie Fred westchnął, najwyraźniej wyrwany z głębokiego zamyślenia wzdrygnął się, skrzywił. Otwierał właśnie usta, Hermiona dałaby sobie rękę uciąć, że miał zamiar przegonić natręta, jednak wtedy drzwi pokoju zaskrzypiały. Obraz zamigotał. Tak było ze wszystkimi wspomnieniami. Na moment przebiło inne, nieostre, nieme. Potem obraz powrócił powoli do normalności.
...
─ Pewnie, że możesz – odpowiedział chłopak, uśmiechała się nieco sztucznie. Hermiona nie słyszała pytania, ale podejrzewała, że stojąca w progu rudowłosa dziewczyna pytała brata o pozwolenie na wizytę.
─ Myślisz, że długo to jeszcze potrwa? – Ginny usiadła obok niego na łóżku.
─ Co potrwa? – Fred nawet jej nie słuchał. Hermionie zrobiło się żal przyjaciółki. Wszyscy ją odtrącali, przesuwali jak stary, zepsuty domowy sprzęt. Prawda jednak wcale nie różniła się mocno od tego porównania. W Ginewrze coś nie działało, a ona wątpiła, by jeszcze kiedyś zaczęło.
─ My, walka, Zakon. Świat. Nie wiem jak to ująć – odpowiedziała, Ginny. Fred kiwał głową.
─ Nie mam pojęcia – przyznał. Teraz już trochę zaangażował się w rozmowę. – Czasem wydaje mi się, że to już, a kiedy indziej mam nadzieję doczekać następnego ranka.
─ Myślisz, że jest jakaś przyczyna? Dlaczego to nas spotyka.
─ Na brodę Merlina, Ginny! – Fred zaczął już tracić cierpliwość. – Skąd u ciebie tyle filozofowania?
─ A tak jakoś… - popatrzyła na niego uśmiechając się dziwnie.
Fred odwrócił się z powrotem do okna. Hermiona z uniesionymi brwiami obserwowała, jak jego dłoń wędruje powoli ku schowanej w kieszeni spodni różdżce, jak przymyka oczy, a jego usta poruszają się bezgłośnie. Skupiła się na ruchu jego warg. Zdawało jej się, że powiedział coś kończącego się na semra, sepra, albo sewra. Więc jednak. Remus miał rację...
─ Fred…
─ Słucham? – spojrzał na swoją rudą siostrę.
─ Sectusempra.
Chłopak krzyknął, z pojawiających się na jego ciele ran trysnęła krew, jednak on zdążył jeszcze machnąć różdżką rzucając zaklęcie kończące klątwę. Hermiona odwróciła wzrok od wrzeszczącego Freda i spojrzała na przyjaciółkę, która powoli otrząsała się z otępienia.
─ Remus miał rację ─ było jej pierwszymi słowami, które wypowiedziała po opuszczeniu głowy nieprzytomnego chłopaka. Było jej niedobrze, Snape zauważył to od razu. Dziewczyna była blada, jak ściana.
─ Weź się w garść, Granger ─ warknął Snape. ─ Nie możesz wymiotować na oczach Czarnego Pana za każdym razem, gdy kogoś potną lub zamordują ─ dodał zimno.
─ Przecież wiem ─ powiedziała słabo.
Snape prychnął i pokręcił głową. Patrzył na nią z góry, lodowaty, daleki, inny.
─ Wstań ─ wycedził. ─ Wstań natychmiast, dziewczyno. Jeśli on każe ci coś zrobić, nie zwlekasz. Robisz to w tej samej sekundzie, lub on robi to za ciebie, a potem kończy z nieposłusznym elementem swojej perfekcyjnej w założeniu układanki.
Hermiona posłusznie stanęła na drżących nogach.
─ To tyczy się nawet Wewnętrznego Kręgu? ─ zapytała słabo.
Snape skrzywił się.
─ To zależy od sytuacji, prośby i tego, czy dana osoba nie popadła już wcześniej w niełaskę.
─ Czyli w razie czego mam szansę się wykpić przynajmniej za pierwszym razem?
Niechętnie skinął głową.
─ Ale nie będziesz zadowolona z ceny, jaką możesz ponieść.
─ Oświeć mnie.
Zaśmiał się sucho.
─ Już niedługo przekonasz się na własnej skórze. I z moich wspomnień. Może kazać rzucać na ciebie Crucio wszystkim po kolei. Może zrobić to sam, a wtedy będziesz błagać o śmierć, bo skutki jego zaklęć są długotrwałe.
Podał jej ramię, by mogła się na nim wesprzeć.
─ Wystarczy lekcji na ten moment, Granger. Zostawmy to na później.
Spojrzała na niego.
─ Musisz mnie tego nauczyć.
Uniósł brwi.
─ Czego znowu, Granger, bo piętrzysz przede mną zadania, z których mogę się w tym życiu nie zdążyć wywiązać.
─ Pijesz do mojej głupoty, czy swojego rychłego zgonu? ─ zapytała ponuro.
─ Tępa niestety nigdy nie byłaś, Granger.
─ Niestety?
─ Tak. Bo wtedy być może potrafiłbym być wobec ciebie obojętny.
Ścisnęła jego łokieć.
─ Snape?
─ Co Granger?
─ Ty też jesteś całkiem inteligentny.
Skrzywił się. Zrozumiał aluzję.
*ssss*
Gdy Remus zapukał do ich pracowni, Hermiona i Snape pili właśnie poranną herbatę. Obydwoje od dawna rezygnowali ze śniadań. Woleli omijać szerokim łukiem kręcących się Huncwotów zwłaszcza w tych rzadkich przypadkach, gdy byli w komplecie.
─ Mała przerwa w pracy? ─ zagaił, ale cierpkie miny dwojga czarodziejów szybko ostudziły jego entuzjazm.
─ Humorek dopisuje, Lupin? ─ mruknął Snape i wstał z krzesła, by przynieść wilkołakowi swój eliksir.
─ Można tak powiedzieć ─ odrzekł Remus, pocierając kark z zakłopotaniem. Hermiona mrugnęła do niego.
─ Przepraszam cię, Remusie. Mamy ciężki poranek. Czeka nas trudne popołudnie i koszmarny wieczór.
─ Co tam mamroczecie? ─ Snape spojrzał na dwoje przyjaciół z niejaką podejrzliwością.
─ Planujemy twój pogrzeb ─ mruknęła Hermiona. Westchnęła, po czym sprostowała:
─ Opowiadałam właśnie Remusowi, jakie atrakcje zaplanowałeś na naszą dzisiejszą randkę.
Snape uniósł brwi.
─ Nie wygłupiaj się Granger.
─ Tak, tak, wiem ─ przewróciła oczami, ─ nie jesteś w nastroju na cierpkie żarty, jeśli tylko nie pochodzą od ciebie.
Remus mimowolnie parsknął śmiechem, na co Snape wepchnął mu w dłoń fiolkę z eliksirem.
─ Pij ─ wycedził.
Lupin odkorkował buteleczkę i wypił jej zawartość jednym haustem. Nie zdołały go jednak ominąć wszystkie walory smakowe niezwykłej mieszanki. Snape z satysfakcją malująca się na twarzy obserwował reakcję wilkołaka.
─ Co to jest? ─ wykrztusił Lupin.
Hermiona wzruszyła ramionami.
─ Eliksir trzeźwiący. I niwelujący kaca. W jednym.
─ Niespotykany ─ skomentował powoli Remus, ostrożnie dobierając słowa.
Hermiona roześmiała się szczerze.
─ Bardzo ciekawie to ująłeś, Remusie. Ja skomentowałam to zupełnie inaczej.
Remus chciał coś powiedzieć o specjalnych względach, które ma u Mistrza Eliksirów młoda Gryfonka, których on nie posiadał, ale w porę ugryzł się w język.
─ Lepiej już sobie pójdę.
─ Do zobaczenia na naradzie Remusie.
Lupin skinął jej głową i zniknął. Spojrzała na Snape'a. Uśmiechał się krzywo, ale jego oczy skierowane były na porozkładane na blacie składniki.
─ Co teraz? ─ zapytała, przesiadając się na stół.
─ Oklumencja ─ rzucił od niechcenia.
Patrzyła na niego z uwagą, czekając, aż mężczyzna podniesie wzrok i ich spojrzenia się skrzyżują.
─ Severusie… ─ zaczęła cicho nie doczekawszy się reakcji.
─ Myślisz, że nie czuję, że się na mnie gapisz, Granger? ─ sarknął i posłał jej wyjątkowo niechętne spojrzenie.
─ O co właściwie ci teraz chodzi?
Widziała, jak zaciska szczęki.
─ Nie lubię, gdy się o mnie rozmawia ─ wycedził. ─ Zwłaszcza za moimi plecami.
Westchnęła.
─ Więc o to te dąsy?
─ Ja się nie dąsam, Granger. Nigdy. Jedynie nadmieniam, co mi nie odpowiada.
Skinęła głową, ale wewnątrz poczuła nagłą falę ciepła. W swój pokrętny sposób Snape dawał jej do zrozumienia, co mu nie odpowiada. Jak chciałby, żeby wyglądała ich relacja. Zdała sobie sprawę, co to w praktyce oznacza. Severus Snape się zaangażował. Wstała i trochę na siłę objęła go w pasie. Mistrz Eliksirów zesztywniał na chwilę, nie przyzwyczajony do takich gestów. Jednak po chwili również otoczył czarownicę ramionami. Trwali tak przez kilka chwil przytuleni. Pochylił się i powtórzył jej poranny pocałunek, muskając czoło Hermiony swoimi ustami.
─ Jestem tu, Granger ─ zapewnił. ─ Jeszcze tu jestem.
Hermiona zacisnęła palce na jego szacie roboczej i przytuliła twarz do szyi mężczyzny. Drżała. Wypuścił długo wstrzymywane powietrze. Tulił ją, nagle kruchą i słabą, chociaż zwykle zdawała się tak niezłomna i dzielna. Gładził ją po kasztanowych włosach. Szyję miał mokrą od jej łez.
*ssss*
─ Słuchaj mnie uważnie ─ powiedział powoli Snape patrząc Hermionie w oczy z ostrym, wymagającym wyrazem twarzy. ─ Jeśli zrobisz dokładnie to, co ci powiem, będziemy na dobrej drodze. Mamy mało czasu, całe to cholerne zamieszanie z Weasleyami ─ zignorował grymas na twarzy młodej Gryfonki ─ zabrało nam kilka cennych dni… Musisz więc wysilić swoją mózgownicę a wiem, że to potrafisz Granger, więc mnie nie oszukasz.
Skinęła głową, starając się skopić na zadaniu, a nie na zagrywkach Snape'a. Czy on właśnie powiedział jej komplement?
Tak jak się spodziewała, ich ewoluujący związek tylko wszystko komplikował. Obydwoje podchodzili teraz do wszystkiego bardziej osobiście. Pozwalała sobie na to, by zrzucać przed nim maskę siły i niestrudzonej odwagi. Chociaż wiedziała, że Snape zawsze widział na wylot jej gryfońską duszę, i tak jak dotąd uparcie starała się chować swoje lęki i zmartwienia przed jego chciwym spojrzeniem. Dotychczas pozwalała sobie na chwile słabości tylko w obecności Remusa Lupina.
Kłótnie, które zdarzały się między nią a Severusem przez ostatnie pół roku nie miały w sobie zbyt wiele osobistego charakteru. Teraz czuła, że zaczynają tworzyć związek i to sprawiało, że wiele spraw zaczynało wyglądać znacznie trudniej. Kiedyś Snape zganiłby najlżejszy objaw słabości, kiedyś nie byłoby między nimi czułości. Teraz, po ich ostatniej wspólnej nocy, wiele spraw uległo zmianie. Snape nadal był Snapem, wymagającym, wrednym dupkiem, ale nie potrafił już odmówić jej prawa do człowieczeństwa.
─ Zanim rzucę na ciebie zaklęcie, Granger, postaraj się na początek wybrać jedną z tych dwóch strategii: albo maksymalnie oczyścić umysł, albo skupić się na jakiś wybranych wspomnieniach.
Uśmiechnęła się trochę krzywo.
─ Nie traktuj mnie jak pierwszoroczniaka, Snape.
─ Nie traktuję ─ mruknął. ─ Wyjaśniam…
─ Czytałam ─ przerwała mu.
─ Powinienem się domyślić ─ mruknął.
─ Zapomniałeś już z kim masz do czynienia? W Hogwarcie…
Posłał jej lodowate spojrzenie.
─ Myślisz, że gdybym nadal widział w tobie tę zarozumiałą, wkurzającą dziewuchę, którą byłaś, gdybym nadal patrzył na ciebie przez pryzmat szkoły…
Roześmiała się.
─ Pytasz, czy mam cię za jednego z tych zwyrodnialców biegających za mundurkami swoich uczennic?
─ Lepiej bym tego nie ujął, Granger.
─ Głupi jesteś. Rzucaj to zaklęcie.
Wykrzywił usta w parodii uśmiechu.
‒ Legilimens!
Hermiona zdała sobie sprawę, że nigdy jeszcze nie czuła się tak zdenerwowana, jak w tej chwili. Gdy przygotowywała się do zdania OWTM-ów, czuła się bardzo podobnie, jednak emocje nie były tak paraliżująco intensywne. Wtedy zagrzewały ja do walki, popychały do spędzania bezsennych nocy nad książkami. Nie mogło się z tym równać stanie naprzeciwko Śmierciożerców, samotnym i pozbawionym różdżki, widząc za ich plecami materializującą się powoli sylwetkę ich mrocznego pana. Nawet tamtej nocy, gdy ich ciała spotkały się po raz pierwszy, nie czuła się tak przerażona, zupełnie, jakby kołysała się na pietach nad krawędzią bezdennej przepaści.
Ze zdumieniem zrozumiała, że to właśnie robiła: miała spaść w nieznaną otchłań, którą był umysł Severusa Snape'a. Zastanawiała się, co przerażało ją najbardziej w tej patowej sytuacji: jego tymczasowy (jak podejrzewała) stoicki spokój, czy możliwy ‒ późniejszy ‒ wybuch emocji. Wiedziała, że nie mają innego wyjścia, on też był tego na tyle świadom, że nie oponował. Przeszukiwanie umysłu Belli mogłoby okazać się zbyt niebezpieczne. Nie mogli mieć pewności, czy nie zaalarmowałoby to Voldemorta i nie ściągnęło na nich natychmiastowej i spektakularnej zagłady.
Stała naprzeciwko niego tak, jak on stał kilka godzin wcześniej naprzeciwko niej, patrzyła w jego czarne, chłodne oczy. Nie wiedząc, jak wybrnąć z tej ciszy, chciała go przytulić, ale ją od siebie odsunął, delikatnie acz stanowczo. Nie zdziwiło jej to. Zmieszała się jeszcze bardziej. Udostępnianie jemu swoich wspomnień było proste: Snape i tak czytał z niej, jak z otwartej księgi, nie potrzebował do tego zaklęć ani podstępów. Jego przenikliwość zawsze ją denerwowała. Teraz i ona miała posiąść wiedzę o jego życiu, co powinno ją cieszyć chociażby z jednego powodu: dzięki temu mogli stać się bardziej równymi partnerami. Dotychczas przy jego zaborczym, apodyktycznym charakterze musiała walczyć o każdy spłachetek terytorium Mistrza Eliksirów, często niestety stosując taktykę spalonej ziemi.
Hermiona Granger nie mogła się jednak pozbyć ponurego przekonania, że pomijając wątpliwą przyjemność oglądania spotkań Śmierciożerców, z tej sytuacji może wyniknąć coś znacznie gorszego. Coś takiego, jak koniec ich rodzącego się w bólach związku.
‒ Granger, będziesz tak stać cały wieczór w nadziei, że wywiercisz we mnie dziurę swoim wzrokiem, czy może jednak pofatygujesz się, by rzucić to jedno pieprzone zaklęcie? ‒ wycedził przez zęby.
Pokiwała głową. Odetchnęła. Miał rację. Kto był w tej sytuacji poszkodowany? Ona, czy on?
Wyciągnęła różdżkę w jego kierunku i wymamrotała zaklęcie. Myślała, że będzie tak, jak w każdym innym przypadku, że otoczy ja gwar przyciszonych, niewyraźnych i zniekształconych głosów, miraż ruchomych obrazów, zapętlonych scen. Myliła się. Stala pośrodku białej pustki, cichej i spokojnej. Ze zdumienia i zachwytu na moment zapomniała o oddychaniu.
To było niesamowite. Nie do uwierzenia. Ten człowiek na drodze wieloletniej praktyki, którą wymusiła na nim rola podwójnego agenta, nauczył się Oklumencji Absolutnej, o której czytała kiedyś w jednej z tysięcy książek, które wpadły jej w ręce.
Potem powoli, z białej przestrzeni wyłoniła się pojedyncza szara nić, która sunęła ku niej w powietrzu, jak mglista macka. Zarzynała się na moment przed twarzą kobiety, by po chwili wniknąć w jej umysł z całą mocą.
Hermiona poczuła, że spada wewnątrz własnej czaszki w szary wir. Na jego końcu jarzyło się słabe światło. Trwało to może kilka sekund, a potem, nagle wszystko się skończyło.
Stała pośrodku ogromnej sali, która powoli nasiąkała barwami i głosami.
‒ Oczywiście, mój Panie ‒ poznawała ten drżący, głęboki głos. Podążyła wzrokiem za kierunkiem, z którego dochodził. Przy fotelu ustawionym u szczytu stołu klęczał smukły blondyn. Lucjusz.
Rozejrzała się gorączkowo, serce biło jej jak oszalałe, oddech przyspieszył. Znała to miejsce. Znajdowali się w Malfoy Manor, dawnej siedzibie Tego-którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, zanim dorobił się własnej posiadłości.
Szybko przesuwała wzrok z twarzy na twarz, aż wśród siedzących przy długaśnym stole osób, odnalazła tę, której szukała. Jego czarne włosy spłynęły na policzki. Siedział wyprostowany, z lekko pochyloną do przodu głową, nie zdradzając zainteresowania towarzystwem. Hermiona mogła się założyć, że tego akurat nie musiał udawać. Była to zaiste dobra taktyka: być zawsze pod ręką, ale nie wychylać się. Voldemort, jak słyszała, lubił ludzi skromnych i cichych. Tym zapewne, spośród wielu innych cech, ujął go Mistrz Eliksirów. W zestawieniu z jego przydatnością musiało to stworzyć niesamowicie nęcącą mieszankę dla takiego narcyza, jak ów nieśmiertelny czarnoksiężnik.
‒ Dobrze Lucjuszu ‒ odparł po chwili łaskawie Voldemort, przeciągając pretensjonalnie zgłoski. Hermiona zmusiła się, by na niego spojrzeć. W gruncie rzeczy musiała przyzwyczaić się do potwornego widoku jego pozbawionej nosa twarzy, czerwonych ślepi, bladej jak u trupa, bezwłosej głowy… Teraz, gdy powolnym krokiem podeszła do niego, by wstrzymując oddech, stanąć tuż przed nim, dostrzegła, że jego gadzio płaska twarz nie posiadała rzęs, ani brwi.
Koło jego nóg wiła się Nagini, co chwila pieszczotliwie oplatając kostki czarodzieja. Hermionie zrobiło się niedobrze. Wzrok Voldemorta powędrował w stronę pozostałych Śmierciożerców. Patrzył poprzez jej sylwetkę, podczas gdy ona skupiła się teraz zupełnie na starszym Malfoy'u. Rozdygotana, blada postać wciąż kuliła się u stóp lorda. Musiał przeskrobać coś wyjątkowo paskudnego. Nie cieszyło jej to ‒ co przyjęła z niejakim zdumieniem. Nienawidziła tego człowieka, a jednak jego strach napełniał ją współczuciem. Spodziewałaby się raczej uczucia mściwego tryumfu, po prawdzie to on pojmał Harry'ego, to on wciągnął w zasadzkę Ronalda. Potem uczestniczył w napadzie na Norę, w której zginęła Molly. Miała wszelkie prawo pragnąć by jego Czarny Pan rozgniótł go tu i teraz, na jej oczach. Jednak ta skulona kreatura w niczym nie przypominała dumnego, napuszonego szlachcica, który wymachiwał jej przed nosem swoją laską na korytarzu szkoły. Nie było w nim nic z mrocznej chwały, którą okazywał przemierzając korytarze domu Weasleyów, gdy próbowała dosięgnąć go swoją Drentwotą.
Dziś, czy też właściwie WTEDY, wyglądał jak słabe zaszczute zwierzę. Powróciła do lustrowania stołu, w poszukiwaniu Dracona i Narcyzy, ale ich nie znalazła. Przypomniała sobie. To były początki wojny. Narcyza Malfoy próbowała ukryć siebie i syna, nie chcąc dłużej uczestniczyć w magicznym konflikcie. Jednak Czarny Pan zażądał ich stawiennictwa, a gdy Lucjusz nie chciał wyjawić miejsca pobytu żony i jedynego syna, sam popadł w niełaskę. Severus relacjonował to na jednym z pierwszych spotkań Zakonu, na które wpuszczono ich, niespełna osiemnastoletnich dzieciaków.
‒ Co powinniśmy zrobić, moi wierni słudzy? ‒ zasyczał ostatnie słowo. Nagini na granicy wzroku Hermiony błogo ocierała się o swojego pana. Dziewczyna przyglądała się reakcjom poszczególnych Śmierciożerców. Nie wątpiła, że u większości z nich, były to jedynie wyuczone postawy. Jak w teatrze, gdy trupa po raz setny gra ten sam spektakl, którym wszyscy jej członkowie zdążyli się już dostatecznie znudzić. Dołohow siedział ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, tępy wzrok utkwił w punkcie tuż nad ramieniem swojego lorda. Crabbe senior wraz ze swoim gorylowatym potomkiem wlepiali oczy we własne kolana. Selwyn i Rowle, przybrawszy wyrazy twarzy pełne głębokiej zadumy przymknęli powieki, rzucając spod nich przerażone spojrzenia w okolice penetrowane nieustannie przez ulubionego węża Czarnego Pana. Hermiona patrzyła na to wszystko ze zdumieniem, zastanawiając się, czy Voldemort naprawdę nie widzi obłudy w zachowaniu swoich sług, śmieszności i przesady w ich pozach. Spojrzała na gadzią twarz czarodzieja i z miejsca pozbyła się wszelkich wątpliwości: on wiedział i ta świadomość bawiła go niepomiernie. Przeniosła wzrok z powrotem na zgromadzonych w sali dworu Malfoy'a magów. Jedynymi, którzy mieli odwagę patrzyć bezpośrednio w oczy Voldemorta, byli Mulciber, Avery, Bella i, o dziwo, Severus Snape. Hermiona zmarszczyła brwi zupełnie już nie rozumiejąc obranej przez niego strategii. Zobaczyła, jak gadzi pysk mrocznego lorda zwraca się w stronę Snape'a. Wąskie, bezwargie usta czarnoksiężnika oblekły się parodią uprzejmego uśmiechu. Mistrz Eliksirów skinął głową, kłaniając się delikatnie. Wężowe oczy Voldemorta przeniosły się na siedzącą przy nim Bellatrix. Bezbrzeżne uwielbienie emanujące z twarzy czarownicy, przyprawiło Hermionę o kolejną falę mdłości. O ile cały czarodziejski świat miał dziwną skłonność do przesady w wielu dziedzinach życia, ci tutaj zachowywali się trochę jak artyści cyrkowi. Z drugiej jednak strony, czy można być normalnym i popierać takiego szaleńca?
‒ Rookwood!
Mężczyzna wstał posłusznie.
‒Augustusie, zrób mi proszę tę przyjemność, i ukaż tego idiotę Malfoy'a. Nie chce mi się brudzić rąk tą zafajdaną ze strachu poczwarą ‒ machnął dłonią w stronę wciąż klęczącego mężczyzny. ‒ Wstyd mi są ciebie, Lucjuszu ‒ dodał z emfazą.
Hermionie lodowaty dreszcz przebiegł po kręgosłupie. Nie chciała na to patrzyć, nie po wszystkim, co dotąd widziała. Nie chciała znieczulić się na ten widok, jednak to było pewne: by przeżyć, będzie musiała wyzbyć się samej siebie, swoich wartości…
Patrzyła na Lucjusza Malfoy'a z mocnym postanowieniem, że wytrzyma tę próbę, ale gdy Rookwood wypowiedział klątwę, odwróciła wzrok. Jej oczy powędrowały ku zachwyconej twarzy Bellatrix. Z braku lepszego pomysłu skupiła całą uwagę na studiowaniu jej ekspresji, pełnego głodu i fascynacji spojrzenia, tego jak eleganckim gestem przysłaniała usta, tłumiąc śmiech. Po chwili zdała sobie sprawę, że naśladuje kobietę, starając się wygiąć nadgarstek pod dziwnym kątem, odchylić szyję, potrząsnąć włosami.
Wreszcie krzyki Malfoy'a ustały, a Hermiona podniósłszy wzrok dostrzegła, że Voldemort uniósł dłoń.
‒ Severusie?
‒ Tak, mój panie.
Jedwabisty głos Mistrza Eliksirów przykuł jej uwagę.
‒ Wyprowadź go proszę i zamknij w komnacie ‒ polecił Voldemort znudzonym głosem. Porozmawiaj z nim, przemów mu do rozsądku, bo zgubi siebie, tę swoją żoneczkę i nieusłuchanego bachora.
Bellatrix zachichotała. Ośmielony jej reakcją, Goyle, rówieśnik Malfoy'a również parsknął nerwowym śmiechem. Wyraz twarzy Czarnego Pana zmienił się w mgnieniu oka, gdy przenosił swój wzrok z własnych splecionych na stole dłoni, na młodego Śmierciożercę.
W jego dłoni nagle, jakby zmaterializowana pojawiła się różdżka. Severus Snape wciąż stal, patrzą to na lorda, to na swojego podopiecznego.
‒ Crucio ‒ powiedział od niechcenia czarownik, celując niedbale w młodego osiłka. Goyle wrzasnął.
Snape nadal czekał wpatrzony w torturowanego chłopaka.
‒ Możesz już iść Severusie. Wyprowadź to ścierwo, a potem zabierz proszę z moich oczu tego błazna. Daj mu szlaban, wymierz baty, to ty jesteś opiekunem jego domu, prawda? ‒ czerwone gadzie oczy zdawały się przeszywać czarnowłosego mężczyznę na wskroś.
Skinął powoli głową.
‒ Więc to na tobie spoczywa obowiązek jego wychowania, skoro on ‒ długim, chudym palcem wskazał na starszego z Goylów odchylając się przy tym z niejaką odrazą ‒ nie podołał temu ambitnemu zadaniu. Następnym razem ukażę również ciebie Severusie. Tym czasem…
Znów wymierzył różdżką, ale teraz celowała ona prosto w ojca chłopaka. Snape obrócił się na pięcie i wspomnienie zaczęło się rozmywać, jednak w uszach Hermiony jeszcze przez chwilę dźwięczał przeraźliwy wrzask cierpiącego człowieka.
Gdy znalazła się z powrotem w białej pustce umysłu Snape'a, chciała się cofnąć, jednak nie mogła. Zdenerwowana, zdała sobie sprawę, że mężczyzna trzyma ją w więzach własnych myśli. W tym momencie zrozumiała, dlaczego tak długo udało mu się uniknąć zdemaskowania. Że jego wola potrafiła być silniejsza od woli osoby przeszukującej jego wspomnienia. W tym wypadku po prostu pokazywał jej starannie wyselekcjonowane momenty bez bawienia się w pozory. Była pewna, że jeśli nie chciał pokazać, że wpływa na przesuwające się pod powiekami legilimenty** obrazy, był w stanie bez większego trudu osiągnąć i to. Potrafił tak doskonale oczyścić swój umysł, oddzielić pamięć od świadomości na tyle, by nieproszony gość niczego z niej nie wykradł. Jednocześnie poczuła mieszankę złości i smutku, bo zdała sobie sprawę, że Snape albo się przed nią popisuje, albo uważa ją za intruza.
Nie miała niestety czasu na to, by bardziej wszystko przemyśleć, bo oto nadpływało kolejne wspomnienie.
Noc. Mały dom na spokojnej, uśpionej ulicy. Hermiona nie widziała wiele, bo nie było tu latarń, które oświetlałyby przestrzeń. Musiało być bardzo późno, bo jasne były tylko nieliczne okna stłoczonych wzdłuż szosy budynków. Gdzieś z prawej strony usłyszała nikły odgłos kroków, a potem trzask kolejnych aportacji. Zwróciła się w tamtą stronę. Rozpoznała jego sylwetkę. Severus Snape był tym, którego kroki usłyszała jako pierwsze. Poza nim pojawiło się tu jeszcze sześć mrocznych postaci. W blasku różdżek dostrzegła czarne peleryny i zakrywające twarz maski. Troje z nich szeptało coś podnieconymi głosami, ktoś przechadzał się po krawężniku, jeszcze inna postać pomachała Mistrzowi Eliksirów dłonią.
Zachowywali się jak dzieci i, gdy Severus Snape znalazł się w kręgu światła, Hermiona otworzyła szeroko oczy ze zdumienia na widok młodej, chudej twarzy ozdobionej charakterystycznym, wielkim nosem. Byli nimi. Miała przed sobą zaledwie nastolatków. Postać chodząca po krawężniku zaczęła coś cicho nucić wysokim głosem. Bella. Hermiona z zaciekawieniem podeszła bliżej, chcąc przekonać się, czy kobieta zakryła twarz tak, jak większość jej towarzyszy. Miała nadzieję zobaczyć młodszą Bellatrix. Choć była od części towarzyszy o dekadę starsza, zachowywała się jak dziecko. Czy zawsze była tak samo szalona? Odnotowała w pamięci, by spytać o to Snape'a.
‒ Jak tam, Severusie? ‒ rozpoznała głos Lucjusza Malfoy'a. Jego pełna gracji sylwetka odchyliła się do tyłu, jakby próbował ocenić przeciwnika.
Snape w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.
Lucjusz zaśmiał się sztucznie.
‒ Nigdy nie rozumiałem słabości Czarnego Pana do tego półkrwi pokurcza ‒ szturchnął Severusa łokciem w żebra.
‒ Och, zamilcz Lucjuszu ‒ Hermiona nie rozpoznawała głosu tego mężczyzny.
‒ Daj spokój, Regulusie, ‒ Malfoy poklepał przedmówcę po ramieniu. Więc był tu również brat Syriusza… ‒ będziesz go bronił? Nie masz ważniejszych zmartwień, jak choćby twój starszy brat, zdrajca krwi?
‒ Naprawdę powinieneś czasem zastanowić się, zanim coś powiesz, Lucjuszu ‒ rozpoznała głos Dołohowa.
W nikłym blasku różdżek Hermiona dostrzegła, że usta Severusa Snape'a wykrzywia złośliwy grymas.
‒ Lucjusz lubi ryzyko, prawda Malfoy? ‒ powiedział Snape bardzo spokojnie.
Starszy mężczyzna już celował w niego różdżką, gdy w powietrzu świsnęło zaklęcie, które momentalnie unieruchomiło Malfoya.
‒ Chyba żartujesz, Mulciber ‒ Bella prychnęła jak wściekła kotka. Nagle przestała pląsać po krawężniku, zatrzymała się i skierowała osłoniętą maska twarz ku najstarszemu z nich. ‒ Nie możesz tak po prostu…
Tamten zarechotał wrednie.
‒ Oczywiście, że mogę. Wszystko mogę. Jestem waszym opiekunem, katem i panem, kiedy Lord powierzy mi nad wami pieczę. A dziś, dzieciaki, jesteście pod moja kuratelą. I macie zachowywać się cywilizowanie. Przynajmniej między sobą.
Zapadła cisza. Czarodziej zdjął z Malfoy'a zaklęcie zamrażające i zwrócił się do Snape'a.
‒ Przeproś go.
Snape milczał z zaciętą miną.
Mulciber zdjął z dłoni skórzana rękawiczkę i wymierzył chłopakowi policzek.
‒ Przeproś.
Kolejne milczenie i odgłos plaśnięcia.
‒ Na Merlina, przeproś go wreszcie Snape ‒ w głosie Regulusa pobrzmiewało zniecierpliwienie.
‒ Przepraszam ‒ mruknął Snape.
Lucjusz zachichotał.
‒ Lucjuszu, ty również.
Malfoy wciągnął gwałtownie powietrze, najwyraźniej zdziwiony. Mulciber zaczął ściągać dopiero, co założoną rękawicę. Lucjusz sięgnął do maski, żeby ja przytrzymać na miejscu, ale zawahał się wpół gestu i spod metalowej ozdoby rozbrzmiało niewyraźne:
‒ Przepraszam.
Mulciber zaklaskał w ręce, zatarł je i powiedział:
‒ A teraz dzieciaki pora na zabawę.
Hermiona widziała tej nocy jeszcze wiele innych wspomnień. Niektóre pokazywały jej bezmyślne, inne celowe okrucieństwo gangu popaprańców. Wiele wizji Snape roztoczył przed nią, jak się domyślała, tylko po to, by oswoić ją z sytuacją, z którą przyjdzie się jej mierzyć. W jej głowie piętrzyły się kolejne pytania, które starała się za wszelką cenę zapamiętać, wściekła na mężczyznę, że nie pozwalał jej na chociażby krótką przerwę. Podejrzewała jednak, co nim kierowało. Severus Snape ponad wszystko bał się bliskości, a teraz właśnie obnażał się przed nią ze swojej niechlubnej przeszłości.
Kiedy wreszcie pozwolił jej na chwilę oddechu, Hermiona opadła zmęczona na krzesło.
‒ Severusie?
‒ Mhmm?
Snape stał odwrócony do niej plecami, dłubiąc coś w kociołku. Najwyraźniej na siłę szukał sobie zajęcia.
‒ Czy Bella zawsze była taka?
‒ Szalona?
‒ Nie inaczej.
Snape milczał przez chwilę.
‒ Gdy ją poznałem, już od pewnego czasu była niezrównoważona ‒ zaczął. ‒ Podobno jej stan miał coś wspólnego z Czarnym Panem. Z ich relacją. Było zawsze mnóstwo plotek na jej temat większość, co zrozumiałe, rozsiewał Rudolf.
‒ Oświecisz mnie?
Westchnął. Dałaby sobie rękę uciąć, że przymknął oczy, zniecierpliwiony jej pytaniem. Znając jednak jej dociekliwość i będąc świadomym, jak ważne jest to dla jej bezpieczeństwa, powstrzymał się od sarkastycznego komentarza.
‒ Mówiono, że Bella straciła dziecko podczas jednej z akcji***.
‒ JEGO dziecko?! ‒ Hermiona była w szoku. ‒ Czy Bella i Vol… Czarny Pan mają romans?
‒ Mieli ‒ sprostował Snape z niejakim niesmakiem. Odwrócił się do niej przodem, opierając się o stół. ‒ Mało kto w to wierzył, ale to akurat była prawda. Nie wiem, czy Bella rzeczywiście miała zostać matką, ale ja i Czarnego Pana łączyło zawsze coś więcej niż współpraca. A Rudolf nie potrafił tego znieść.
‒ Przecież to małżeństwo było…
‒ Ustawione, wiem, Granger, nie musisz mnie pouczać. Nie był o nią zazdrosny z miłości, tylko z dumy. Nie bądź naiwna ‒ ostatnie zdanie okrasił wymownym prychnięciem
Hermiona otwierała właśnie usta, by zadać kolejne pytanie, ale z hallu dobiegł ich uszu potężny huk. Obydwoje rzucili się biegiem w kierunku drzwi, w dłoniach ściskali gotowe do ataku różdżki.
Drzwi frontowe otworzyły się z hukiem, a do środka wlały się strugi deszczu. Remus zbiegł ze schodów wyszarpując różdżkę z kieszeni spodni. Hermiona i Snape wypadli z pracowni. Mistrz Eliksirów tym samym ruchem, co lata temu na błoniach Hogwartu, zagarnął czarownicę za swoje plecy. Tak jak wtedy, musiał zrobić to niemal siłą, bo Granger wyrywała się do przodu. Z kuchni dobiegł krzyk Jamesa Pottera:
‒ Peter, jeśli chcesz żyć przemień się, natychmiast!
Czarna czupryna ojca Harry'ego pojawiła się w zasięgu wzroku Hermiony.
‒ Ginny! ‒ ryczał Remus głosem, jakiego nie słyszano jeszcze z jego ust. ‒ Są tu! Ratuj Freda!
Blada twarz dziewczyny mignęła mu na korytarzu, stukot kroków Gryfonki upewnił ich, że posłuchała polecenia.
W ciemności stała mroczna postać i wyglądało na to, że zabezpieczenia tym razem zawiodły i nadchodzi kres lub coś znacznie niż on gorszego…
*stopni Fahrenheita
** legilimenta, słowo produkcji własnej, oznaczać ma osobę stosującą legilimencję jako, że takiego określenia w kanonie brak (stworzone pod logikę: nekromancja ‒ nekromanta)
*** idea zaczerpnięta z czyjegoś opowiadania. Tam Bella miała urodzić dziecko ale straciła je po zaklęciu rzuconym przez matkę Neville'a i oszalała.
