Miał się urodzić w Noc Duchów, tak powiedzieli jego przeklętej matce magomedycy. Jednak Syriusz Black już od narodzin okazał się być człowiekiem pełnym niespodzianek. Zamiast w Halloween przyszedł bowiem na świat trzy dni później, przysparzając tym samym swoim rodzicom mnóstwo stresu i zmartwień. Magiczne prognozy daty narodzin są bowiem zwykle nieomylne. Prawdę powiedziawszy, Syriusz nigdy nie słyszał o tym, by jakiekolwiek inne magiczne dziecko odwinęło rodzinie podobny numer.
Jako mały chłopiec był rozpieszczany ponad wszelkie wyobrażenie. Otoczony uwielbieniem, śliczny pulpecik mamusi, który z dniem pojawienia się młodszego brata, Regulusa, został zepchnięty na dalszy plan, w zimne łapska niańki. Jako dwuletni berbeć nagle zrozumiał, że zaczęto od niego wymagać, choć dotychczas znał tylko miękki uścisk mamy i słodycz podstawianych mu pod sam noc łakoci. Ze stresu przestał jeść i szybko stracił na wadze. Jak się potem przekonał, stało się to z korzyścią dla niego, gdyż tusza nigdy nie bywała przymiotem łamaczy kobiecych serc. Łamacz Kobiecych Serc, tak lubił o sobie mówić. W skrytości jednak podkochiwał się w starszym o rok Krukonie. Dzielnie jednak grał bawidamka i kobieciarza, tego wszak oczekiwano po spadkobiercy fortuny Blacków, dziedzicu, pierworodnym czystej krwi rodu. O ile w świecie niemagicznym w latach siedemdziesiątych homofobia powoli zaczynała być domeną starszych pokoleń, o tyle wśród hermetycznego społeczeństwa czarodziejów, a zwłaszcza w gronie wciąż opanowanych manią czystości starych rodów, gdzie dziedziczenie i przekazywanie genów nadal było ulubionymi tematami przy świątecznym obiedzie, bycie gejem nie uchodziło nikomu na sucho.
Krył się na tyle dobrze, by nikt z jego rodziny nie zdołał odkryć sekretu aż do roku jego dwudziestych urodzin, feralnego roku, w którym odszedł zarówno ulubieniec domu Regulus, jak i ojciec, Orion Black, zostawiając starszego syna sam na sam z oszalałą z żałoby matką. Pewnego pięknego dnia, Walburga weszła do pokoju starszego syna zastając w nim nieco zbyt roznegliżowanego mężczyznę, by uznać go za kolegę swojego pierworodnego. Wtedy dla staroświeckiej kobiety czara goryczy przelała się i po karczemnej awanturze nieodwołalnie wyrzuciła Syriusza z domu. W swoim mniemaniu zapewne okazywała mu jak dotąd łaskę, pozwalając pomieszkiwać w rodzinnej siedzibie mimo nieakceptowanych poglądów politycznych.
Syriusz stał się odtąd stałym gościem u Jamesa Pottera i jego ciężarnej żony. Pomieszkiwał u przyjaciół i kuzynostwa. Szwendał się znacznie częściej niż poprzednio po pubach i podejrzanych knajpach. Miewał kochanków, miewał i kobiety ‒ dla niepoznaki pokazując się z nimi publicznie. Matka oczywiście milczała, nigdy nie zdradziła nikomu wstydliwego sekretu syna. Nie chciała przecież okryć domu Blacków hańbą. Opowiadała więc ciągle o rzekomej heroicznej śmierci młodszego syna i sercowych podbojach starszego, gdy tylko nadarzała się okazja by błysnąć rodowymi srebrami przed którymkolwiek z członków skoligaconej do granic możliwości rodziny.
*ssss*
Stali w bezruchu, patrząc na ciemny kształt stojący w drzwiach Grimmauld Place. Skamieniali, stężali: wpół skoku, wpół gestu, z zaklęciem zatrzymanym na koniuszku języka, w drodze z ust na wolność powietrza. Końce różdżek błyszczały zapowiedziami świetlnych rozbłysków. I nagle wszystko ruszyło, ale jakby w karykaturalnie zwolnionym tempie. Snape czuł, jak sweter dziewczyny wysuwa mu się spomiędzy paców, gdy Hermiona z całej siły szarpnęła za tkaninę. Jej dłoń przesunęła się po jego ramieniu, gdy odpychała go od siebie, by pobiec w stronę drzwi. Oczy wszystkich spoczęły teraz na niej, na ułamek chwili, który zdawał się trwać w nieskończoność. Patrzyli, jak rzuca się naprzód, z szeroko rozłożonymi ramionami. Widzieli, słyszeli, że krzyczy coś, ale nikt w szoku nie był w stanie zrozumieć wypowiadanych przez nią słów. Kasztanowa grzywa włosów poruszała się dziko wokół jej twarzy, gdy kręciła zamaszyście głową. Snape podążył za czarownicą, podobnie Remus ruszył w stronę kobiety z wyciągniętą przed siebie różdżką. James stał, jak wryty. Gdzieś u góry przetoczył się stukot kroków. Który z nich zrozumiał to jako pierwszy, nie potrafili tego później ustalić. Dość, że obydwaj ‒ i Snape i Lupin ‒ opuścili wreszcie różdżki, szeroko otwartymi oczami patrząc to na postać za drzwiami, to na zasłaniającą ją obronnym gestem Hermionę.
‒ Co ty u licha wyprawiasz, Granger? ‒ zdążył jeszcze wycedzić Snape, zanim odpowiedź sama przeszła przez próg i ukazała się im w pełnej krasie swoich ociekających strugami deszczu włosów.
*ssss*
Lupin mawiał, że jego matka nazywała ich Czterema Jeźdźcami Apokalipsy. Po tym, jak kiedyś Peter, Syriusz i James odwiedzili kolegę w letnie wakacje, cała okolica miała co wspominać na długie lata.
Cudem uniknęli Wizengamotu po tym, jak Syriusz użył zaklęcia poza murami szkoły. Zadziałały oczywiście bezbłędnie koneksje rodziny Blacków. Aurorzy musieli, co prawda, rzucić kilka zaklęć zapomnienia na pobliskich mugoli, a Ministerstwo jakoś życzliwie zapomniało o tym, że żaden z trójki przyjaciół wilkołaka nie zarejestrował swojej animagicznej formy. Życie na krawędzi, tak o tym mówili śmiejąc się przy miejscowym piwie, gdy wieczorami rozpalali ognisko w lesie. Zanieśli tam starą kanapę, postawili kilka prześmiewczych tabliczek o grasujących wilkołakach i nikt nie zwracał zupełnie uwagi na blade, niezręczne uśmiechy Remusa. Dużo piwa, trochę przemyconego ze składziku Slughorna Eliksiru Rozweselającego i cały świat należał do nich. Lily pewnie wygarbowałaby im skórę. Gdyby oczywiście wiedziała. Ale ona zajęta była pocieszaniem biednego Smarkerusa, co przyprawiało Pottera o histerię. Był zazdrosny i zły, pełen nienawiści do brzydkiego, drobnego chłopca ze Slytherinu. Czego mu zazdrościł? Syriusz nigdy do końca nie wiedział, czy była to przyjaźń dziewczyny, czy ogromne zdolności magiczne. Wystarczało mu, że Snape stanowił wymarzoną ofiarę, był kimś gorszym od niego, bardziej sponiewieranym przez życie lub nie potrafiącym tak dobrze ukrywać swoich licznych ran. Smarkowi zawsze brakowało obycia, taktu i, w konsekwencji, popularności. Nikt nie stał za plecami Snape'a, tak jak za Syriuszem stała grupa przyjaciół, fanek i cała popieprzona familia, której nienawidził najbardziej na świecie. I chociaż osobiście miał w głębokim poważaniu tego wielkonosego pacana i jego zasrane życie, to jego konflikt z Jamesem był mu na rękę: znalazł kogoś, na kim bezkarnie mógł sobie poużywać. Jak często gnębili Snape'a? Teraz, po przeszło ćwierćwieczu, trudno mu było sobie to przypomnieć. Wiedział, że robili to zbyt często, zbyt brutalnie i że nie miało to nic wspólnego z głupimi żartami, których niejednokrotnie dopuszczali się w stosunku do młodszych uczniów. Czasem zastanawiał się, czy Snape stałby się tym, kim jest, gdyby ich czwórka zostawiła go w spokoju. Gdyby wylecieli ze szkoły już na pierwszym roku za jeden ze swoich sadystycznych popisów. Albo gdyby po prostu kiedyś podeszli do niego, wyciągnęli dłonie i przeprosili. Czy wtedy Snape kiedykolwiek stanąłby po stronie Sami-Wiecie-Kogo? Choćby na chwilę? Prawda była taka, że chłopak rozpaczliwie potrzebował wsparcia i dopiero w grupie lucjuszowych ekstremistów uzyskał namiastkę bezpieczeństwa. Faktycznie, gdy zaczął pałętać się po błoniach z tymi czystokrwistymi podróbkami czarodziejów, zarówno oni, jak i Lily w znacznym stopniu stracili zainteresowanie czarnowłosym łamagą. Wtedy podśmiechiwali się z Petera, był przecież takim niewydarzonym, niezbyt utalentowanym dzieciakiem… Potem on również otarł się o współpracę z Tym-Krórego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
Merlinie, czy byli aż tak źli, aż tak zepsuci? Syriusz zawsze wolał myśleć raczej, że byli po prostu młodzi i głupi. Tylko dlaczego nikt inny na przez te lata nie zachowywał się tak jak oni? Nawet banda Lucjusza Malfoy'a zachowywała wtedy pozory dobrego smaku.
Może matka Lupina miała rację? Może byli jakimiś stworami z jej księgi, którą uparcie cytowała przy stole, do której się modliła, i którą nazywała Słowem Bożym?
Syriusz uważał, że w tej jednej kwestii natura poskąpiła mugolom rozumu: wiara w jakiegokolwiek boga była dostatecznie głupia. A już wszelkie odmiany chrześcijaństwa wywoływały u niego salwy śmiechu. Matka Remusa śmieszyła go swoim zaufaniem. Swoi ślepym przywiązaniem, pewnością co do czegoś, czego nie dało się poznać żadnym ze zmysłów. To zakrawało dla niego o szaleństwo. Mówiła o miłości Boga do ludzi, o miłosierdziu. Gdzie był więc bóg, ten, czy inny, gdy jego matka porzuciła go na rzecz młodszego syna? Gdzie był, gdy wilkołak gryzł Lupina? Gdzie się podziewał, kiedy ich czwórka niszczyła życie Severusa chrzanionego Snape'a? Boski plan. Tak mu powiedziała, gdy zapytał ja po złości tamtego lata (dla pewności pozostawił ten wyrzut na ostatni wieczór przed wyjazdem). Ile właściwie wtedy mieli? Trzynaście, czternaście lat?
Na Merlina, nie pamiętał.
*ssss*
Na dworze było już ciemno, chociaż popołudnie dopiero się zaczęło. Jak to w grudniu. Ciemne, bezgwiezdne niebo zaglądało przez przysłonięte zazdrostkami okna. W domu panowała senna cisza: wszyscy widocznie zajmowali się swoimi sprawami: Remus ogarniał braki, naprawiał usterki, kontrolował zaklęcia ochronne, doglądał Blacka, Snape z nosem utkwionym w kociołku warzył brakujące eliksiry. Fred wciąż leżał w łóżku nieprzytomny. Reszta szwendała się bez specjalnego celu.
Luna siedziała w kuchni pijąc herbatę w milczeniu, jej wielkie bladoniebieskie oczy raz po raz zerkały na Hermionę znad kubka pełnego parującego płynu. Siorbała cicho. Granger czekała, starała się nie okazywać rosnącego w niej z każdą chwilą zniecierpliwienia. Teraz, gdy dziewczyna już wróciła ze swojej wyprawy, czekało ich ze Snape'm mnóstwo, naprawdę mnóstwo pracy. Uporządkowanie chaotycznie składowanych przez Lunę komponentów. Oczyszczenie ich i spreparowanie. Uratowanie tych, które zbyt długo leżały na dnie przepastnej torby. Musieli rozpocząć warzenie kilku eliksirów. Czas płynął. Luna grzała się okryta kocem. Hermiona dostrzegała jej zmieszanie, ale naprawdę liczyła, że zdąży złapać tej nocy chociaż kilka godzin snu. Vold… Czarny Pan mógł wezwać Bellę w dowolnym momencie. Prawdę powiedziawszy oboje ze Snapem z rosnącym napięciem czekali na ten nieuchronny moment.
‒ O czym chciałaś ze mną porozmawiać?
Lovegood przygryzła lekko wargę. Hermiona uniosła brwi. Rzadko widywała dziewczynę tak zdenerwowaną. Zwykle przez rozmarzony wyraz twarzy Luny nie przebijało zbyt wiele emocji, te pozostawały schowane przed wzrokiem postronnych.
‒ Mam do ciebie wielką prośbę, Hermiono ‒ powiedziała cicho. ‒ Ale bardzo proszę cię o dyskrecję.
Hermiona pokiwała głową.
Luna zaś zaczęła opowiadać, a w miarę jak mówiła, oczy jej słuchaczki otwierały się co raz szerzej ze zdumienia.
*ssss*
Syriusz snuł się po pokoju poddenerwowany i nieswój. Znów w chwili trzeźwości nawiedziły go wspomnienia. Te… i inne i znacznie gorsze, znacznie bardziej bolesne. Gdyby ktoś kazał mu jednym zdaniem podsumować jego całe dotychczasowe życie, bez wahania powiedziałby:
Zupełne, pierdolone dno.
Tak niestety było w rzeczywistości. Egzystencja wielkiego dziedzica fortuny, przedwojennego playboya i uzdolnionego maga składała się z krótkich okresów względnego spokoju i szczęścia, poprzecinanych długimi pasmami nieszczęść i strat. Mimo, że otoczony przez przyjaciół, nie wrogów, zawsze czuł się samotny i niezrozumiany. Remus troszczył się o niego jak matka kwoka o swoje najsłabsze pisklę, ale to nie było to, nie tego potrzebował. Od lat, a dokładniej od śmierci Harry'ego nie rozmawiał z nikim, kto by go rozumiał, kto nadawałby z nim na tych samych falach. Nie to, żeby on i Harry kiedykolwiek… Merlinie broń, James zabiłby go na miejscu. Wystarczająco poróżniła ich już sama informacja o jego… preferencjach. Kazał mu się wtedy, a było to dobre ćwierć wieku temu, trzymać z dala od chrześniaka. Potterowi na szczęście szybko minęło, zapewne Lupin wytłumaczył mu to i owo (a może to była Lily), sprawiając, że James przestał widzieć w szkolnym przyjacielu zboczeńca czyhającego na cnotę jego niepełnoletniego syna. Same aluzje tego typu wywoływały w Syriuszu zawsze mieszankę furii i obrzydzenia. Zatwardziali tradycjonalni czarodzieje nadal zrównywali homoseksualistów z pedofilami. James radził mu nawet potem by się z tego śmiał, na co Black odpowiedział podobnym snape'owemu cierpkim uśmiechem. Ich relacja nigdy nie była już tak ciepła i Syriusz starał się unikać człowieka, który miał o nim tak zmienne zdanie. Oddalili się od siebie, ale Black tak naprawdę nigdy nie przestał tęsknić za Jamesem i jego niepoważną, wesołkowatą osobowością. Z czasem wszyscy wokół dorośli, zakładając rodziny i angażując się w poważne życie zawodowe. A on wciąż przepijał, wręczane mu jak łapówkę za milczenie, pieniądze matki. Jego duma trochę cierpiała, gdy je przyjmował, jednak gorsze cierpienie dosięgało go, gdy nie miał za co kupić kolejnej butelki Ognistej. Lupin czasem wpadał i sprzątał jego melinę, robił mu wyrzuty, dokarmiał go, pilnował, żeby pił coś, co nie zawierało procentów. Syriusz mawiał wtedy, że woda go zabija, bo w jego żyłach płynie czysta whiskey. Parę razy nawet próbował to zaprezentować, ku przerażeniu Remusa sięgając po kuchenny nóż. Raz mu się chyba nawet udało… Znów zawodziła go pamięć… Nie miał pewności, co było tylko pijackimi majakami, a co prawdą...
*ssss*
Hermiona starała się wyglądać normalnie, jednak z tego wszystkiego zupełnie zapomniała o mruganiu. To, o co poprosiła ją Luna nie było ani trudne, ani niezwykłe, a jednak w obecnych okolicznościach nie chciało jej się wierzyć, że ktokolwiek mógłby być aż tak lekkomyślny. Przecież przegrali wojnę, mieli niebawem zginąć. Nigdy nie uważała Luny za wyjątkowo odpowiedzialną osobę, ale żeby aż tak…
‒ Dobrze ‒ powiedziała, siląc się na spokój. ‒ Przyniosę ci eliksir z laboratorium, ale musisz cierpliwie poczekać, jeśli ma to zostać między nami dwiema.
Luna skinęła milcząco głową.
Fiolki i retorty zadzwoniły, gdy Hermiona potrąciła regał w ciasnej przestrzeni składziku. Podniosła głowę znad opatrzonych etykietami półek i nerwowo zerknęła w stronę przedniej części piwnicy, w której znajdowały się stoły robocze. Snape stał jednak nadal odwrócony tyłem do niej, ponury i pogrążony we własnym mrocznym świecie. Od niespodziewanego wtargnięcia Luny milczał jak zaklęty, zmuszając wszystkich do chodzenia wokół niego na palcach. Hermiona domyślała się, że musiało to mieć związek albo z jej szaloną szarżą w stronę drzwi albo jego własnym brakiem refleksu, gdy wysmyknęła mu się z rąk i pobiegła. Zupełnie nie wiedziała, czy powinna poruszać ten temat, a jeśli tak, to w jaki sposób. W takich chwilach Snape był jak tykająca bomba, a ona nie miała nerwów na kolejną kłótnię. Z tego względu postanowiła skupić się na powierzonym jej zadaniu. Nie… raczej prośbie Luny. Wszystko zawsze traktowała, jak pracę domową: zarówno eseje w Hogwarcie, jak i pomoc innym. Nie to, że podchodziła do tego bez emocji. Po prostu każdą prośbę, każdy problem traktowała śmiertelnie poważnie, jak misję, jak równanie matematyczne, w którym koniecznie trzeba było znaleźć rozwiązanie. Takim podejściem przysporzyła sobie sporo wrogów w szkole, zarówno tej mugolskiej, jak i magicznej. Mało kto lubi szarogęszące się przemądrzałe pannice, prawda? Teraz, po latach to wiedziała, chociaż i tak trudno jej było powściągnąć swoje opiekuńcze zapędy. Pod tym względem bardzo dobrze rozumiała Remusa: wiecznie niedoceniany, niezauważany, traktowany przez wszystkich, nawet najbliższych przyjaciół, od niechcenia, jak matka, która choćby nie wiem co się zrobiło i tak przygarnie pod kochające skrzydła. Na domiar złego ten mężczyzna całe życie był sam. Podejrzewała, że większość kobiet traktuje go w podobny sposób, jak jego kumple: bezpłciowo, przedmiotowo. Resztę zaś odstraszał sam Lupin, skupiony całe życie na swoim okropnym losie wilkołaka. Przez te wszystkie lata, czasem miała ochotę nim potrząsnąć. Ale potem doszły ją słuchy o jego romansie z Tonks, która zginęła trochę wcześniej niż Ron. Wtedy poznała jeszcze jedną cechę Lupina: okazał się być człowiekiem nad wyraz prywatnym i dyskretnym. Z jakiegoś powodu napełniło ja to tym większą sympatią do Remusa.
Gdy kątem oka dostrzegła ruch przy stole, Hermiona zdała sobie sprawę, że od kilku minut stoi w kompletnym bezruchu ze wzrokiem utkwionym w ciemnym, sfatygowanym drewnie regałów i palcem na etykiecie poszukiwanej przez nią buteleczki. Ostatnia. Zaklęła. Będzie musiała jeszcze niepostrzeżenie dorobić fiolkę eliksiru tak, by skrupulatny Mistrz nie zauważył zniknięcia jednego ze swoich drogocennych eksponatów. Schowała zdobycz do kieszeni swetra i ruszyła do wyjścia.
‒ Granger… ‒ od strony pracowni dobiegło ja coś bardziej przypominającego chrząkniecie niż ludzka mowę. Odwróciła się jednak do niego.
‒ Snape? ‒ uniosła wysoko brwi, by podkreślić drzemiącą w jej myślach resztę pytania: o co ci znowu do cholery chodzi?
‒ Mamy pracę do wykonania.
Roześmiała się. Jednak wcale nie czuła się rozbawiona. Był to raczej wyraz jej bezsilności i tłumionej długo frustracji. Huśtawka emocji, jaka fundował jej ten facet doprowadzała ją do obłędu.
‒ Jakże mogłabym zapomnieć ‒ zadrwiła.
Teraz to jego brwi powędrowały wysoko. Wyglądał na skonfundowanego, co z kolei dogłębnie ją ubawiło. Postanowiła jednak trzymać te stron e swojej natury a wodzy.
‒ Zaraz wracam ‒ wyjaśniła jak najspokojniej. ‒ Idę sprawdzić, co u Luny. Teraz, kiedy już nie musimy martwić się Ginny, bo chodzi wolna, jak ptak od naszej wczorajszej sesji szperania w mózgu Freda, mamy młodą Lovegood do doglądania ‒ dodała gorzko ‒ Tak, żeby nam się za bardzo z nudów w głowach nie poprzewracało.
‒ Granger…
Żachnęła się. Miała już powyżej uszu swojego nazwiska wypowiadanego przez tego starego, butnego...
‒ Milcz, Snape. Odezwij się, jak zapamiętasz wreszcie moje imię i zdecydujesz się powiedzieć mi, co cię tak bezbrzeżnie wkurzyło, że od kilku godzin traktujesz mnie jak powietrze.
To powiedziawszy trzasnęła jeszcze na odchodnym drzwiami od piwnicy.
Po drugiej stronie zatrzymała się na chwilę oddychając ciężko. Zachowała się idiotycznie, jak nastolatka, a nie dojrzała kobieta, którą w swoim mniemaniu była, wiedziała o tym, gdy już opadły trochę emocje. Ale na Merlina, ten człowiek budził w niej to, co najgorsze!
Wzdrygnęła się, czując na sobie czyjeś spojrzenie. U szczytu schodów stał Lupin.
Uśmiechnęła się do niego przepraszająco.
‒ Właśnie o tobie myślałam ‒ powiedziała.
‒ Na Merlina ‒ wilkołak podrapał się z zakłopotaniem w głowę, ‒ cym ci aż tak podpadłem?
‒ Kurczę, nie o to mi chodziło… ‒ roześmiali się oboje.
‒ Domyśliłem się. Ten wyraz twarzy masz zarezerwowany dla kogoś innego.
Skwapliwie pokiwała głową.
‒ W każdym razie możesz być pewien, że myślałam o tobie ciepło i w ogóle w samych superlatywach ‒ Poklepała przyjaciela po ramieniu.
Kąciki jego niebieskich oczu uniosły się i zmarszczyły lekko w kolejnym uśmiechu.
Położył dłoń na jej dłoni.
‒ Jesteś najlepsza, Hermiono. Pamiętaj o tym.
Ścisnęła jego rękę w swojej. Do oczu napłynęły jej łzy. Spontanicznie przytulała zaskoczonego mężczyznę. Objął ją wolnym ramieniem.
‒ Co się dzieje, Hermiono?
‒ Wszystko ‒ powiedziała, uśmiechając się słabo, gdy odsunęła się już od Lupina. ‒ Cały pieprzony świat sypie się nam na głowy. Jak nie Ginny, to Luna i ten cholerny dom… Musimy potem porozmawiać… Mam pewna informację, nie do uszu ogółu, jak na razie, która może mieć związek z zachowaniem zabezpieczeń Kwatery.
Lupin skinął głową.
‒ Możesz liczyć na moją dyskrecję. Jak będziesz miała czas, to wiesz gdzie mnie znaleźć. Mam dzisiaj nocną wartę. Przyjdź na strych, to porozmawiamy. Czy Severus…
‒ Będę bez niego ‒ ucięła szybko.
Wilkołak zmarszczył brwi.
‒ To po prostu nie dotyczy Snape'a ‒ powiedziała trochę ostrzej niż zamierzała, czego pożałowała szybko widząc uniesione w obronnym geście ręce Lupina.
Westchnęła i potarła łuk brwiowy.
‒ Przepraszam, Remusie. Jestem do chrzanu, serio nie chciałam być wredna.
‒ Idź i odpocznij ‒ powiedział z troską.
Jedno jej spojrzenie wystarczyło mu za odpowiedź.
‒ Och. Rozumiem. Wyższa instancja wzywa.
‒ Dokladnie.
‒ No to życzę powodzenia.
Zaśmiała się ponuro.
‒ Przyda się. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Lupin ruszył po schodach na piętro.
‒ Remusie! ‒ zawołała za nim po chwili Hermiona.
Odwrócił się.
‒ Co z naradą?
‒ Musi poczekać. Ani wy, jak podejrzewam, nie wyrobicie się z robotą do ludzkiej godziny, ani Luna nie wygląda na chętną do wieczornych posiadówek.
‒ To fakt, wygląda na zmęczoną.
‒ Przyniosłem jej kubek rosołu.
Pokiwała głową. Nagle, tknięta przeczuciem, dodała jeszcze:
‒ Nie dawaj jej proszę na razie żadnych eliksirów, nawet Pieprzowego. Ani salicylanów, dobrze?
Lupin popatrzył na nią, a w jego oczach dostrzegła nagłe zrozumienie. Pokiwał jednak tylko głową w milczeniu i poszedł w swoją stronę.
*ssss*
Zaczął pałętać się po domu, trochę z nudów, a trochę w celu powolnego zmierzania w stronę kuchni. Gdy już zdarzyło mu się wytrzeźwieć, z jednej trony żal mu było rozstawać się ze stanem jakiej-takiej jasności umysłu, a z innej, chciał jak najszybciej uciszyć wszystkie te głosy, które nawiedzały go wtedy w głowie: niewyraźne głosy przeszłości, grzmiący obwiniająco głos sumienia, podszepty umysłu styranego latami picia alkoholu. Gdy był młodszy, zdarzało mu się okaleczać. Raz czy dwa poszedł nawet na całość. W obydwu przypadkach ktoś zjawił się w porę. Za pierwszym rzem była to niania, za drugim Lupin. Przeklęty Remus zawsze miał nosa do takich sytuacji. Zawsze wyzuwał, gdy przyjaciel przechodził kryzys i zjawiał się z kubkiem pieprzonego kakao w ręce. Zawsze obiecywał sobie, że wyrzuci wilkołaka za drzwi, że nie chce jego bezsensownej litości.
Może bał się, że zakocha się w starym przyjacielu tak, jak to się stało z Harrym? Bo tak ‒ wbrew wszelkim założeniom, jakoś rok przed zniknięciem Harry'ego, Syriusz zdał sobie sprawę, że to, co czuje do chrześniaka wykracza mocno poza przyjacielskie uczucia. Harry był jak James za młodych lat. Ciągnął do niego Blacka sentyment, potrzeba bycia zrozumianym ‒ sam zawsze był Piotrusiem Panem, nigdy nie dorósł na tyle, by rówieśnicy potrafili zrozumieć jego pomysły, pobudki, zainteresowania w taki sposób, jak Syriusz by tego chciał. Szczęście i problem w jednym polegało na tym, że to wszystko znalazł w młodszym Potterze: kumpla do imprez, gdy jeszcze świat toczył się w miarę normalnym torem, powiernika sekretów, towarzysza jego przeróżnych szalonych pomysłów na życie. Harry był entuzjastycznie nastawiony, czegokolwiek Black by nie zaproponował. I z czasem, zapewne gdzieś pod koniec życia Pottera, Syriusz uległ tej pokusie, by znowu poczuć do kogoś coś więcej, coś jeszcze niż tylko przyjaźń i sentyment. A że z pełną świadomością idiotyzmu swoich poczynań zakochał się w zaręczonym z Ginewrą chrześniaku? To pasowało tylko i wyłącznie do jego porąbanej historii. Nikt nigdy nie dowiedział się o tej sympatii Blacka. Spaliłby się ze wstydu, gdyby ktokolwiek się domyślił. Zwłaszcza Harry. James prawdopodobnie ukatrupiłby go w bolesny sposób, wykrzykując jakieś bzdety o gejach. Tym, co pozostało Syriuszowi, była butelka; pełna Ognistej Whiskey, kołysała jego skołatane po latach serce.
Wreszcie udało mu się przemóc: zawlókł się na parter i w akompaniamencie dudnienia w uszach i mając za jedynego towarzysza potworny ból głowy, otworzył nową butelkę i zaczął pić.
*ssss*
‒ Jedna gałązka pokrzyku na dno butelki. Zalać wrzątkiem i odczekać dwie minuty ‒ mruczała do siebie Hermiona nad swoim stanowiskiem pracy. ‒ Dokładnie dwie minuty.
Rzuciła na naczynie zaklęcie odliczające i zabrała się za następną gałązkę. Prawie wypuściła butelkę z rąk, gdy za jej plecami rozległo się wymowne chrząkniecie. Odwróciła się, zirytowana.
‒ Naprawdę, Snape? Nie jesteś za stary, żeby podkradać się do mnie w trakcie pracy i straszyć mnie pochrząkiwaniem?
Uniósł brwi, ale nie skomentował jej tyrady. Zamiast tego wyciągnął przed siebie otwartą dłoń z położoną na niej etykietką.
‒ Możesz mi wyjaśnić, co to jest? ‒ wycedził, ewidentnie starając się nad sobą panować.
Hermiona przełknęła ślinę. Więc jednak od razu się zorientował…
‒ Etykieta porządkowa ‒ powiedział cicho.
‒ Granger, nie pierwszy raz w mojej karierze wykręcasz mi taki numer, więc mów do jasnej cholery, po co był ci ten eliksir!
Zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu, żeby opanować falę złości. Gdy je otworzyła, Snape wciąż stał wyprostowany jak struna, górując nad nią zarówno wzrostem, jak i swoim przerośniętym ego.
‒ A jak myślisz, Snape? ‒ zapytała chłodno.
‒ Myślę, że chciałbym znać wynik tego testu, Granger ‒ wypluł z siebie ściszonym głosem.
‒ Nie mogę ci teraz nic powiedzieć ‒ powiedziała powoli. ‒ Zaufaj mi i poczekaj.
Obiecała Lunie, że nie zdradzi nikomu jej sekretu. Nie przed poznaniem wyników. Poza tym, jakaś część niej była ciekawa, jak zachowa się Severus w tej sytuacji. Nie to, żeby oczekiwała fanfarów, kwiatów i pochwał, ale po pół roku mogło im się przydarzyć i to…
Widziała, jak zaciska szczęki. Walczył ze sobą, by nie powiedzieć o słowo za dużo.
‒ Sam powinienem przyrządzać ci eliksir ‒ prychnął tylko po chwili. ‒ Jak widać, przeceniałem twoje umiejętności.
Odwrócił się, by odejść, ale Hermiona złapała go za rękaw koszuli.
Roześmiała się.
‒ Naprawdę Snape, tak to zakończysz? Zadajesz sobie sprawę, jakie bzdury opowiadasz? Dobrze wiesz, że nigdy nie popełniam błędów podczas warzenia tak prostych receptur. Poza tym, czy naprawdę brakuje ci elementarnej wiedzy na temat antykoncepcji, choćby tej czarodziejskiej? Nawet ten idiotyczny eliksir BYWA ZAWODNY! ‒ ostatnie słowa wykrzyczała mu prosto w twarz, gdyż w międzyczasie udało jej się zmusić Snape'a do tego by z powrotem na nią spojrzał. ‒ Wymyśl przynajmniej jakąś konstruktywną krytykę tej sytuacji, zamiast rzucać bzdurne oskarżenia na wiatr.
Źrenice mężczyzny rozszerzyły się.
‒ Ty naprawdę…
Uśmiechnęła się drwiąco.
‒ Naprawdę Snape, ale nie ja.
W kilka sekund Mistrz Eliksirów skurczył się do swoich zwykłych rozmiarów, ale w jego oczach pojawiła się zimna wściekłość.
‒ Myślisz, że wolno ci tak sobie pogrywać, dziewczyno? ‒ wycedził.
Podniosła rękę.
‒ Wolnego. Fakt, trochę tę sytuację nakręciłam, ale ja NAPRAWDĘ nie powinnam z tobą o tym teraz rozmawiać, bo obiecałam komuś dyskrecję.
‒ Dobrze wiesz, Granger, że nie pytałem o to, dla kogo…
Hermiona uśmiechnęła się krzywo i wzięła się pod boki.
‒ Snape. Severusie. Przecież teraz odpowiedź jest aż nazbyt oczywista. I tak mogłeś się domyślić drogą eliminacji, a w tym momencie, gdy zostały tylko Ginny i Luna, zastanów się, Severusie, tylko Ginny i Luna…
Uciszył ją niecierpliwym gestem.
‒ Więc po co to było, cała ta szopka?
‒ Bo jej obiecałam, Snape. I chciałam wiedzieć, czego się po tobie spodziewać, w razie…
‒ Zadowolona? ‒ warknął, już na nią nie patrząc. Odwrócił się do niej bokiem, rozjuszony i urażony zarazem.
‒ Ależ oczywiście ‒ zadrwiła. Prawdę mówiąc, chociaż nie liczyła na ciepłe przyjęcie, trochę się zawiodła na jego zachowaniu. Miała cicha nadzieję, że w ogóle nie odkryje zniknięcia naparu, a jeśli nawet tak się stanie, pozwoli jej spokojnie wszystko wyjaśnić we właściwym czasie. Przecież wystarczyłoby, żeby poczekał tych parę godzin...
‒ A czego niby oczekiwałaś? ‒ wyrzucił z siebie przerywając jej rozmyślania.
‒ No właśnie niczego Snape, sęk w tym, że zupełnie nie byłam sobie w stanie wyobrazić ciebie…
‒ W roli ojca? ‒ uśmiechał się złośliwie. Świdrował ją zimnym spojrzeniem.
Pokręciła głową.
‒ Nie. Raczej w sytuacji, w której mówię ci, że nasze życie skomplikowało się aż do tego stopnia.
‒ To nie podlega żadnemu teoretyzowaniu Granger! ‒ wybuchnął, znowu tracąc nad sobą kontrolę. Założył ręce za plecy, jakby bal się, że ja uderzy. Hermiona wiedziała jednak, że ukrywa w ten sposób ich drżenie.
‒ Co takiego? ‒ zapytała, siląc się na spokojny ton.
‒ Że urodzenie tego dziecka byłoby największą głupotą na jaką mogłabyś się zdecydować!
Te słowa zraniły ją do żywego. Wiedziała, że są słuszne, ale ta świadomość wcale nie sprawiała, że bolały mniej. Zacisnęła zęby i pięści, przeciwstawiając się nagłej pokusie rzucenia się na mężczyznę i rozdrapania mu tej jego parszywej buźki.
Snape zmierzył ją jeszcze chłodnym, krytycznym spojrzeniem i oddalił się do swojego stołu, bez słowa.
Hermiona przez chwilę walczyła ze sobą, by nie uciec stąd jeszcze w tym samym momencie. Oddychała głęboko. Jednak po kilku minutach uspokoiła się na tyle, by powrócić do pracy. Metodyczne czynności zwykle pozwalały jej zebrać myśli i zrozumieć własne uczucia.
Tak stało się i tym razem. Wkrótce monotonny stuk noża ukołysał jej emocje i ukoił nerwy.
*ssss*
Hermiona czekała w sypialni Luny i Freda. Był to sporej wielkości pokój o bladoróżowych ścianach i meblach z ciemnego drewna, prawdopodobnie z mahoniu. Kolorystyka, tak jak w pozostałych pomieszczeniach domu Blacków była koszmarna a wystrój ponury i ciężki. Jednak Luna w jakiś sposób poprawiła wygląd sypialni drobnymi elementami na tyle, że można było poczuć się tu w miarę przytulnie.
Luna zamknęła się w łazience i już od dwudziestu minut nie wyściubiała nosa. Odruchowo zerkała na zegarek. Snape był sam w pracowni z mnóstwem pracy do wykonania, nie chciała go zostawiać samego na zbyt długo. W prawdzie ten dumny człowiek nigdy nie przyznałby się przed nikim do zmęczenia lub zbyt dużego nawału obowiązków, ale Hermiona wiedziała ile eliksirów czeka na uwarzenie i w jakim stanie są składniki, których dostarczyła im przyjaciółka. MUSIAŁA wrócić jak najszybciej i uporać się z piętrzącymi się na stołach kupkami liści, owoców, pazurów i piór. Nie lubiła patrzeć na jego zmęczenie, na to jak walczy ze sobą, by nie pokazać go całemu otaczającemu go wrogiemu światu. Czasem przypominał jej upartego, małego chłopca, zagubionego gdzieś w ciele potężnego maga, który w desperacki walił piąstkami na prawo i lewo. Snape zawsze zgrywał lepszego i silniejszego niż był w rzeczywistości. Tak samo obojętność była tylko wygodna do noszenia maską.
Kochała go, chociaż wygodniej byłoby go nienawidzić.
Wreszcie usłyszała zgrzyt przekręcanego zamka i drzwi od łazienki uchyliły się.
‒ I jak Luno? ‒ zapytała Hermiona. ‒ O ile zwyczajne, mugolskie testy nie zawsze dają u czarownic prawidłowe rezultaty, ten daje stuprocentową pewność.
‒ Chyba powiększy nam się nasza dziewięcioosobowa rodzina, Hermiono ‒ Luna usiadła obok koleżanki, ułożyła usta w ciup i wypuściła przez nie długo wstrzymywane powietrze.
Granger pokręciła głową.
‒ Jak mogliście do tego dopuścić, w obecnej sytuacji…
‒ Nie praw mi morałów, dobrze? ‒ Luna starała się brzmieć swobodnie, ale w jej głosie można było dostrzec urazę.
‒ Nie zrozum mnie źle, ja po prostu jestem przerażona tym, jak mamy wszystko zorganizować…
Dziewczyna zaśmiała się gorzko.
‒ Ty jesteś przerażona Hermiono? Zawsze niby taka pomocna i troskliwa, jesteś jednak strasznie egocentryczna. Poprosiłam cię jedynie o pomoc w zdobyciu eliksiru, a t już próbujesz wchodzić z butami w moje prywatne życie.
‒ Luno, ja…
‒ Nie skończyłam, Hermiono ‒ blondynka przyłożyła do ust palec wskazujący uciszając towarzyszkę. Gryfonka, trochę zbita z tropu, umilkła.
‒ Wiele razy naprawdę mi pomogłaś i bardzo szanuję twoja wiedzę i umiejętności, ale odkąd to wszystko się zagmatwało, jako przyjaciółka jesteś do bani.
Hermiona spłonęła rumieńcem.
Nie zapraszałam cię do wpychania nosa w moje decyzje. Dla ciebie mogę być stukniętą ekscentryczką, ale tak zdecydowałam się żyć i nie masz prawa mnie oceniać, dopóki moje wybory nie zaczną wpływać…
‒ Ale Luno, one właśnie zaczęły wpływać na nas wszystkich! Czy zdajesz sobie sprawę ile komplikacji przyniesie taki mały człowiek w tak beznadziejnej sytuacji? Kto będzie teraz wykonywał twoje obowiązki? Bo uwierz mi lub nie, ale ani ja, ani nikt inny nie pozwoli ci się narażać. Podejrzewam, że nawet kwatera zmusi cie do pozostania na miejscu…
‒ Bez obrazy, Hermiono, ale sądzę, że Ginny mogłaby wreszcie ochłonąć. Ja również straciłam ojca, który był moją jedyną rodziną. Ale poszłam dalej.
‒ Trochę jest w tym wszystkim hipokryzji ‒ powiedziała powoli Hermiona. ‒ Wytykasz mi wtrącanie się w nie swoje sprawy, podczas gdy sama komentujesz zachowanie Ginewry.
‒ Och, Hermiono nie udawaj, że ciebie tez to nie irytuje! Cały czas widzę, jaka jesteś nią rozczarowana…
Granger popatrzyła na dziewczynę zaskoczona. Była aż tak dobrym obserwatorem?
‒ Tak, o waszym romansie wiem praktycznie od początku ‒ powiedziała beznamiętnym tonem. ‒ Wszyscy macie mnie za dziwadło, a ja po prostu rozumiem świat w nieco odmienny sposób.
‒ Ja… wybacz, Luno. Zagalopowałam się. I to jak sądzę nie pierwszy raz.
‒ Masz rację.
Hermiona roześmiała się z rozbrajającej szczerości koleżanki.
‒ Dobrze, że wróciłaś cała i zdrowa.
‒ Tylko narobiłam sporo zamieszania.
Hermiona pokiwała głową.
‒ Gdzie byłaś, zanim przeniosło cię do domu?
‒ W mieście. Tak, jak mówiłam, postanowiłam zdobyć test ciążowy, więc odwiedziłam Londyn.
Hermiona westchnęła.
‒ Wiesz, że to nie było…
‒ Wiem.
‒ To dobrze.
*ssss*
Remus siedział naprzeciwko okna, na strychu.
‒ Spałaś w ogóle tamtej nocy? ‒ zapytał, gdy tylko drżący płomień jego różdżki oświetlił ziemistą ze zmęczenia twarz Hermiony. W odpowiedzi tylko uniosła brwi.
‒ Rozumiem ‒ odpowiedział, nie kryjąc współczucia ‒ i już się nie odzywam.
‒ Miło mi, że pytasz, naprawdę ‒ powiedziała, zmuszając swoje usta do uśmiechu. Czasem naprawdę by chciała, żeby byli ze Snapem typową parą, która troszczy się o siebie tak, jak robił to zawsze Lupin. Snape dbał o nią na swój dziwny, mrukliwy sposób, ale nigdy nie zapytał jej wprost, czy jest zmęczona, spragniona albo czy nie potrzebuje przerwy. Był służbistą i w trakcie pracy traktował ją jak, w najlepszym wypadku, koleżankę z pracy, a w najgorszym ‒ leniwego podwładnego. To bywało naprawdę uciążliwe, zwłaszcza ostatnio, gdy między nimi zaczęło się dziać coś na poważnie. Musiała skakać z pozycji beznamiętnej pracownicy laboratorium, do partnerki, która to rola również przyprawiała ją najczęściej o ból głowy. Dlaczego więc z nim była? Dlaczego wciąż pozostawała w tej relacji nawet teraz, gdy obydwoje zapędzili się wzajemnie w kozi róg? Przecież miał być seks ‒ chwilowa odskocznia, wypalenie nagromadzonych złości, strachu i desperacji. Miał być seks ‒ nie spanie ciało przy ciele, zapamiętywanie swoich zapachów, faktury naskórka, blizn i znamion. Miała być przyjemność, a nie ciągła złość, niepewność i lęk, że to drugie pewnego dnia zniknie z powierzchni ziemi. Nie, nie lęk, lecz ponura pewność nieuchronnego. Miały być splecione ciała, na chwilę, w przelocie, na mgnienie chwil. Jednak w efekcie związały się ze sobą także ich serca i dusze i Hermiona czuła to za każdym razem, gdy zadawała sobie to beznadziejne pytanie: dlaczego?
Usiadła obok Lupina.
‒ Co takiego masz mi do powiedzenia?
Remus siedział, oparty o ścianę i wpatrywał się w noc za oknem. Zawsze obserwowali w ten sposób niebo i okolice od strony drzwi do budynku. Cześć warty spędzali też na patrolowaniu korytarzy i otoczenia numeru trzynastego. Jak dotąd ich wysiłki na szczęście pozostawały próżne i nigdy nikt obcy nie zakłócił ich spokoju. Jednak poprzedni wieczór poruszył ich wszystkich dogłębnie.
‒ Luna jest w ciąży ‒ wyznała.
‒ Domyśliłem się po twoich ostatnich poleceniach. Kazałem jej grzać stopy w wełnianych skarpetkach i poiłem ja bulionem jak oszalały.
‒ Dobrze zrobiłeś.
Dziewczyna wpatrywała się w swoje paznokcie. Nie przepadała poruszać takich tematów.
‒ Co planuje Luna?
‒ Nie pytałam jej ‒ odparła szybko Gryfonka. ‒ Ale domyślam się. Chce, obudzić Freda, żeby mogła mu o tym powiedzieć.
‒ Co na to Snape?
‒ Na ciążę Luny?
Lupin zaśmiał się cicho.
‒ Nie, Hermiono. Na wybudzenie Freda. Domyślam się, że raczej nie powiedziałaś mu…
‒ Och, jesteś w błędzie. Gdybym mu nie wytłumaczyła powodu, z którego zniknął jego DROGOCENNY eliksir…
‒ Nie musisz mówić, już rozumiem.
Prychnęła, wciąż czuła wściekłość na samą myśl o dzisiejszej reakcji Snape'a. Prawdę powiedziawszy nie chciała go dziś oglądać na oczy.
‒ W każdym razie ‒ podjęła, odchrząknąwszy znacząco ‒ mam pewien pomysł, skąd mogła się wziąć taka reakcja kwatery. Skoro Luna spodziewa się dziecka, zabezpieczenia przypuszczalnie wepchnęłyby ją do środka w razie wystąpienia jakiegoś zagrożenia. Z tego co wiem, tutaj działa mnóstwo bardzo starej magii, która obłożył dom ojciec Syriusza. Potem dopiero swoje trzy grosze dorzuciliśmy my. I jest tego tak dużo, że naprawdę trudno będzie dociec, co dokładnie się podziało.
‒ Jak dla mnie takie wyjaśnienie jest aż nadto wiarygodne.
‒ To tylko hipoteza ‒ zaznaczyła. ‒ Nie wyjaśnia absolutnie niczego, raczej rodzi kolejne pytania. Bo ja naprawdę niewiele wiem, o tym domu. Do tego potrzebny by nam był…
‒ Trzeźwy Syriusz ‒ uprzedził ją Lupin.
‒ Jakbyś zgadł ‒ zaśmiała się gorzko.
‒ W kwestii Freda… To nie wiem, Remusie. Obydwoje z Severusem uważamy, że nie jest to najgorszy pomysł, żeby Fred zaczął powoli normalnie funkcjonować. Ale zanim wstanie z łóżka, musimy przyrządzić więcej eliksiru uzupełniającego krew. Bez jadu bahanek jest naprawdę słaby… Dlatego boję się, jak zareaguje na tę wiadomość. Jeśli się zdenerwuje lub zmartwi, może mu to zaszkodzić. Obiecałam Lunie, że to przemyślimy.
Milczeli przez chwilę. Potem Hermiona opowiedziała Remusowi swoja ostatnia wizję.
‒ Najciekawsze jest to, że dzisiaj po raz pierwszy obudziłam się sama ‒ zakończyła długą wypowiedź Gryfonka.
‒ To znaczy? ‒ Lupin spoglądał na nią uważnie mimo widocznie zaspanych oczu.
‒ Nikt nie musiał mną potrząsać. Pamiętasz, jak to było, gdy razem z Fredem znaleźliście mnie śpiącą w pokoju.
‒ Trudno byłoby o tym zapomnieć.
‒ Właśnie. Dzisiaj obudziłam się bez tych wszystkich urągających godności procedur ‒ powiedziała i puściła do niego oko.
‒ Jak myślisz, co było powodem?
‒ Szczerze powiedziawszy, jestem tak zmęczona, że nic nie myślę, Remusie. Mam ochotę po prostu zwinąć się w kłębek i zasnąć choćby i tu, na tej zawilgotniałej podłodze.
‒ Śmiało, nie krępuj się ‒ Lupin wykonał zapraszający gest ręką.
‒ Nie mogę. Głupio byłoby mi zostawić Severusa samego. On też wygląda na skonanego, chociaż w swoim mniemaniu pewnie tego nie okazuje.
‒ Myślę Hermiono, że rzeczywiście nikt poza tobą by tego nie zauważył. I wiesz… Ciesze się, naprawdę.
‒ Z mojego niewyspania? ‒ zażartowała; ziewając przeciągle zasłoniła usta dłonią.
‒ Z tego, że Severus ma obok siebie kogoś, kto przynajmniej stara się go zrozumieć i nie kazał na siebie czekać przez pół jego życia.
‒ Pijesz do Lily ‒ nagle w jej głosie pobrzmiało rozdrażnienie. Nie lubiła tego tematu. Bala się, że nie może się mierzyć z tą kobietą. I nie chodziło jej o to by Lily Potter zniknęła z serca Snape'a całkowicie. Obawiała się po prostu, że jest dla niego gorszym zamiennikiem, plastrem na ranę.
‒ Hermiono, spójrz na mnie.
Spojrzała.
‒ Lily się do ciebie nie umywa. A poza tym odeszła. Nie ma jej. Nie mówię, że to dobrze, bo lubiłem ją, naprawdę była cudowną osobą i tylko dzięki niej Severus nadal żyje ale… Mam wrażenie, że ty możesz być dla niego kimś więcej.
Hermiona zmarszczyła brwi.
‒ Co masz na myśli? ‒ zapytała.
Lupin usiadł wygodniej, zerknął w jej stronę, by po chwili z powrotem wpatrzyć się w przestrzeń za oknem.
‒ To, że z nikim dotąd Snape nie był w stanie pracować i dzielić życia równocześnie. Tego drugiego nie robił właściwie z nikim przez tak wiele lat, że zwątpiłem by w ogóle to potrafił. Naprawdę, Hermiono, może z twojej perspektywy tego nie widać, bo Snape nie jest specjalista w rozdawaniu uśmiechów i pochwał…
‒ No co ty nie powiesz ‒ mruknęła.
‒ Właśnie. Ale nigdy dotąd nie widziałem, by darzył kogoś takim podziwem i zaufaniem, jak ciebie.
Hermiona zarumieniła się na te słowa.
‒ Mówisz poważnie?
‒ Całkowicie poważnie, Hermiono.
Uściskała go.
‒ Dziękuję ci, Remusie. Jesteś wspaniałym przyjacielem. Tych durniów, którzy nie widzą twojego zaangażowania należałoby podpiekać na wolnym ogniu. Należy ci się pomnik za cierpliwość.
Zaśmiał się.
‒ Jestem szczęściarzem, Hermiono mając przy sobie kogoś takiego jak ty.
Kilka minut później Hermiona schodziła już po schodach na dół. Minęła położone na drugim piętrze sypialnie Jamesa i Syriusza, potem ruszyła korytarzem na pierwsze piętro. Było już późno i naprawdę pragnęła jedynie się położyć. Cała ta gonitwa myśli, wielogodzinna praca z obrażonym Snapem w laboratorium, zarwana noc i wreszcie stres z poprzedniego wieczoru doprowadziły ja do stanu zupełnego wyczerpania zarówno fizycznego, jak i psychicznego.
Szła cicho w nadziei, że nie natknie się nigdzie na Severusa, bo miała podstawy by sądzić, że kolejny spór między nimi zakończyłby się poważną katastrofą magiczną. Wciąż chciała usłyszeć to cholerne, niemożliwe do uzyskania przepraszam. Nawet bez dalszych wyjaśnień. Czy jemu w ogóle bywało przykro? Czy odczuwał skruchę? Jak można było dotrzeć do pokładów jego empatii? Stanęła przed drzwiami do swojej sypialni. Zawahała się. Tą ucieczka mogła tylko pogorszyć sytuację, dać mu do zrozumienia, że traktuje go wybiórczo, niepoważnie. Zacisnęła usta. A niech to szlag!
Weszła do pokoju i położyła się na łóżku. Płacz dobrze by jej zrobić, ale łzy nie chciały płynąc, a ona była taka zmęczona…
Gdy już zasypiała, na granicy świadomości usłyszała skrzypienie drzwi i szelest kroków. Poczuła, jak materac jej wąskiego łóżka ugina się za jej plecami. Odwróciła głowę, zamrugała.
‒ Severus…
‒ Śpij już Granger ‒ mruknął.
Zasnęła by, jak zawsze, śnić o zupełnie innym świecie.
*ssss*
Luna zeszła do kuchni, po tym jak obudziła się przy łóżku Freda cała ścierpnięta i obolała. Jeśli miała zasnąć z powrotem, musiała trochę rozprostować kości oraz zjeść jakąś pożywna kolację. Bulion Lupina wprawdzie był pożywny i rozgrzewający, ale nie zapełniał żołądka na długo, a ona pościła już od kilku dni, borykając się z problemami w uzupełnianiu prowiantu.
Nie zapaliła światła, bo przyzwyczajone do ciemności oczy zapłonęłyby jej bólem, a powidoków wprost nie znosiła. Przeszukiwała więc po ciemku szafki, podśpiewując i hałasując co najmniej jak stado dzikich szopów.
Nagle poczuła, że w jej plecy wbija się coś ostrego i usłyszała za sobą czyjeś sapanie.
‒ Kim jezdeź i s-so tu obisz-sz? ‒ zapijaczonego głosu Syriusza nie dało się pomylić z niczym innym.
‒ Luna ‒ powiedziała, siląc się na beztroski ton, jednak jej serce zabiło szybciej ze strachu. ‒ Daj mi tylko zapalić światło i…
‒ Nije praffda ‒ wybełkotał. ‒ Nije fiesze ci nicz, a nicz.
Oderwał od jej pleców różdżkę, jednak Luna wiedziała, że wcale nie po to, by pozwolić jej odejść, lecz aby rzucić zaklęcie. Które w tym stanie mogło brzmieć dowolnie i wywołać dowolny efekt…
‒ Tręt…
‒ Nie! ‒ wrzasnęła na całe gardło.
Rozległ się huk, usłyszała stukot i stłumiony jęk mężczyzny.
Nie mając chwili do stracenia, uciekła do sypialni i zabezpieczyła drzwi wszystkimi możliwymi zaklęciami. Cokolwiek tam się wydarzyło, ona i dziecko byli już bezpieczni.
