VIII Marzenia senne
Z kuchni dobiegały ją delikatne dźwięki pianina. Hermiona leżała na kanapie, po raz pierwszy od wielu dni rozkoszując się wygodą pianki tapicerskiej pod kręgosłupem. Po chwili do instrumentu przyłączył się delikatny, melodyjny kobiecy głos, a zaraz po nim do jej uszu dotarło ciche pomrukiwanie Remusa Lupina. Mężczyzna śpiewał spod wąsa, dokładnie w ten sposób to dla niej brzmiało: tak, jak uśmiechał się zwykle delikatnym, nieśmiałym uśmiechem, tak i jego nucenie dobiegało jakby spod czegoś, z wnętrza ‒ stłumione charakterem czarodzieja. Hermiona znała tę piosenkę. Mama często śpiewała ją rankami razem z radiem tak, jak teraz robił to Lupin. Ona kojarzyła głównie jedno słowo: „śródmieście" i ‒ jeśli dobrze pamiętała ‒ był to tytuł utworu stworzonego długie lata przed jej narodzinami. Piosenka była naprawdę pogodna, pełna nadziei na lepsze jutro; gdy teraz wsłuchiwała się w jej słowa, nie wydawała się już tak niedorzecznie ckliwa i naiwna: ona również pragnęła uciec od wszystkich trosk i zmartwień, chciała znaleźć takie miejsce, w którym nic nie będzie zaprzątać jej głowy. Może właśnie znalazła? Zerknęła w stronę wąskiego przejścia do niewielkiego aneksu kuchennego.
Jednak w klatce piersiowej nieustannie czuła mdlące poczucie winy wobec tych, którzy zostali…
Naprawdę rozpatrzyli już wszystkie sposoby na powrót. Rozmyślali nad próbą odbicia Ginewry, co byłoby bezowocne i bezsensowne, a mogło wystawić pozostałych na wolności członków Zakonu Feniksa na dodatkowe niebezpieczeństwo. Rozważali nawet stanie pod Ministerstwem Magii (choć zakrawało to o samobójstwo) w nadziei, że zobaczą tam Freda. Ale szansa, że nie zostaną odkryci, a Fred w ogóle wrócił do pracy po tym, co się przydarzyło im i jego siostrze, była tak nikła, że postanowili nie próbować. Mieli w sobie widocznie resztki instynktu samozachowawczego, który mówił im: lepiej spróbować jakoś żyć, niż bezsensownie zginąć. Parli więc naprzód.
Nozdrza wypełnił jej rozkoszny zapach smażonych naleśników. Merlinie...
Lupin często gotował na Grimmauld Place i nawet czasem odważył się przynieść im coś do laboratorium, ale Snape tak bardzo nie lubił jedzenia w miejscu pracy i tak rzadko godził się na przerwy o ludzkich porach, że zwykle przegapiała obiady i musiała zadowalać się tostami, bo sama na upichcenie czegoś porządnego zwyczajnie nie miała czasu. Zdarzało się, że Lupin chował dla niej porcję, ale on przecież był tak zabiegany, że pilnowanie by Fred, James i skacowany Syriusz nie pożarli schowanego posiłku było nie tyle trudne, co niemożliwe. Najczęściej zastawała okruszki lub ogryzione kości kurczaka i wspomnienie zapachu po pieczonym lub duszonym mięsie.
Kilka minut później zjawił się ze stosikiem okrągłych, złocistych placków oraz miseczką rozmrożonych malin i plasterków banana. W kraciastej koszuli z flaneli narzuconej na górę od piżamy, wyglądał na jeszcze nie do końca rozbudzonego. Hermiona już dawno przebrała się w dres. Musiała przyznać, że naprawdę peszyło ją paradowanie przy Lupinie w niekompletnym stroju. Czemu? Chyba miała poczucie, że to wszystko było dotąd zarezerwowane dla niej i Rona ‒ to była ich prywatność, z której odarła ją jego śmierć, jeden z wielu szczegółów, których tak po prostu jej brakowało.
Uśmiechnęła się, nieco zażenowana własnymi myślami. Lupin usiadł obok i postawił posiłek na malutkim stoliku z metalową nóżką przykręconą do podłogi kampera.
‒ Dobrze spałaś? ‒ zapytał.
Pokiwała głową w odpowiedzi. Każdy sen, który nie odbywał się na twardej i zimnej podłodze leśnej chaty był dla niej obecnie niesamowitym przeżyciem.
‒ A ty?
‒ Jak dziecko.
‒ To bardzo mylące porównanie, wiesz o tym ‒ puściła do niego oko.
Lupin zaśmiał się i ukroił sobie kawałek naleśnika.
‒ Chyba wyszły nieco gumowate ‒ skomentował przełykając kęs.
‒ Chyba śnisz ‒ popatrzyła na niego z teatralnym oburzeniem.
Lupin pokręcił głową.
‒ To ta mąka. Nigdy nie używam tak drobnej mąki do naleśników.
Uniosła brwi.
‒ Lupin, ty naprawdę się tym przejmujesz?
‒ Może trochę… ‒ podrapał się po głowie z zakłopotaniem.
Trąciła go lekko łokciem.
‒ Czasem jesteś naprawdę niemądry.
Zaśmiał się. Obydwoje mieli dziś naprawdę dobre humory.
‒ Zły wilkołak? ‒ zapytał.
‒ Bardzo zły ‒ skinęła trochę zbyt energicznie głową, co poskutkowało dość spektakularną serią kaszlu. Remus klepał ją usłużnie w plecy.
‒ Umiesz w ogóle udzielić pomocy dławiącej się osobie? ‒ zapytała go po wszystkim, ocierając łzy, które pociekły jej po policzkach.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Wzruszyła ramionami.
‒ To proste. Musisz przełożyć sobie…
‒ Hermiono, może po prostu postaraj się nie dławić, dobrze?
Zaśmiała się.
‒ Spróbuję. Ale tylko jeśli ty wytrzymasz następną podróż bez marudzenia.
Lupin skrzywił się odruchowo, jednak szybko uśmiech powrócił na jego twarz.
‒ Jakoś to zniosę, nie przejmuj się mną zupełnie.
Spojrzała na niego poważnie.
‒ Nie wiesz, o co prosisz, Remusie.
Zmarszczył brwi.
‒ Nie do końca cię rozumiem, Hermiono.
Przełknęła, odłożyła sztućce i wyprostowała się, siadając na kanapie z podkurczonymi pod siebie nogami.
‒ Przez ostatnie lata przeszliśmy wszyscy razem: ja, ty, James, Snape i cała reszta, tak wiele, że w moim mniemaniu staliśmy się dla siebie rodziną ‒ tłumaczyła. ‒ Ale to ty zawsze byłeś blisko, gdy potrzebowałam rady lub pomocy.
Odruchowo położyła dłoń na jego dłoni.
‒ Zawsze będę ‒ zapewnił.
‒ Widzisz… I po tym wszystkim, po prostu nie potrafię się nie przejmować… Naprawdę, Remusie to, że jesteś tu ze mną ma dla mnie ogromne znaczenie ‒ ścisnęła mocniej jego dłoń.
Ich oczy spotkały się po raz pierwszy w trakcie trwania tej rozmowy. Hermiona zupełnie zapomniała o naleśnikach, które w jej mniemaniu nie były nawet ciut-ciut gumowate; nie potrafiła stwierdzić, kiedy zielone tęczówki Lupina znalazły się tak blisko. Czy to on się pochylił, czy ona?
Zamrugała ze zdumienia, gdyż zdała sobie sprawę, że od pewnego czasu wstrzymuje oddech. Serce biło jej jak szalone, gdy zerkając raz po raz w spokojne oczy czarodzieja, kierowana jakimś nagłym impulsem, pochyliła się i pocałowała go delikatnie.
Ot zwyczajne zetknięcie ust dwojga ludzi. Po sekundzie, może dwóch, poczuła, jak ręka Remusa wyślizguje się spod jej palców, a w następnym momencie dłonie mężczyzny otoczyły delikatnie jej twarz.
Jak motyla ‒ pomyślała, gdy odsuwał jej usta od swoich.
Złożył pocałunek na czole dziewczyny.
‒ Ja… przepraszam… ‒ wyszeptała z zażenowaniem. Wyglądało więc na to, że nie tylko poniosła ją fantazja, ale jeszcze do tego zupełnie się wygłupiła.
Lupin w odpowiedzi uśmiechnął się tylko, kręcąc głową. Pogładził jej policzki kciukami i pochylił się ponownie, by tym razem pocałować ją w rozchylone ze zdziwienia usta.
Hermiona usiadła gwałtownie na łóżku, nagle zupełnie wybudzona i dotknęła dłonią ust.
Obok siebie usłyszała głuchy łomot i mamrotane przekleństwo. Rozejrzała się szybko, kompletnie zdezorientowana.
‒ Snape? ‒ zapytała ze zdziwieniem.
‒ A kogo się do cholery spodziewałaś? ‒ wycedził, z godnością gramoląc się z podłogi.
‒ Nic, ja tylko…
‒ Znowu te sny? ‒ popatrzył na nią uważnie. Stał wyprostowany z ramionami splecionymi na piersiach. Nagle poczuła się zupełnie naga i odsłonięta, jakby jednym spojrzeniem mógł wydrzeć jej wszystkie sekrety.
‒ Tak ‒ powiedziała, odwracając wzrok.
‒ Coś się stało?
Wzruszyła ramionami, trochę zaskoczona tą dociekliwością mężczyzny.
Ta wizja była przecież tak samo ostra, tak samo realistyczna, jak pozostałe. Była tamta Hermioną, to ONA pierwsza pocałowała Lupina, to ONA potem objęła go, pragnąc jego bliskości i dotyku… Dziwnie było obudzić się z tym wspomnieniem, wspomnieniem, którego przecież nie powinna mieć…
‒ Nie ‒ powiedziała wreszcie, nie patrząc mu w oczy. ‒ To było po prostu trochę dziwne. Nie chcesz tego słuchać.
Pokiwał głową.
‒ Jak chcesz Granger.
Te słowa, towarzyszący im ton i postawa Mistrza Eliksirów wprawiły ja w osłupienie. Jak chcesz, Granger? Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, coś naprawić, ale wiedziała, że cokolwiek Snape chciał jej okazać, ten moment przeminął i nie da się do niego powrócić.
Siedzieli chwilę w milczeniu, każde wpatrzone w inny kawałek ohydnie wytapetowanej ściany.
‒ Idę do pracy ‒ powiedział wreszcie tonem zupełnie pozbawionym jakichkolwiek emocji. Czasem nie miała pojęcia, czy jest to tylko cześć jego sposobu bycia, czy efekt czegoś, co powiedział lub zrobiła. Tak było i tym razem.
Ubrał się w milczeniu.
‒ Może zjemy razem śniadanie ‒ zaproponowała pojednawczo, starając się brzmieć pogodnie.
Obrzucił ją jednym ze swoich szczególnych spojrzeń.
‒ Może innym razem, Granger ‒ mruknął, po czym wyszedł; starannie zamknął za sobą drzwi.
Musiała mocno zacisnąć szczęki, by nie krzyknąć za nim, że innego razu może już nie być.
Wypuściła powietrze przez usta wydając furkoczący odgłos. Opadła z powrotem na łóżko i przytuliła się do pościeli, która wpiła przez noc zapach Severusa Snape'a. Zamknęła oczy ‒ chciała złapać odrobinę snu przed długim dniem i jeszcze dłuższą nocną wartą. Myślała, że mgliste poczucie bliskości czarodzieja i nagromadzone zmęczenie szybko ukołyszą ją do snu. Nic jednak bardziej mylnego ‒ sen uparcie nie nadchodził. Wreszcie, do reszty zrezygnowana i zła, wstała, ubrała się i podążyła za Mistrzem Eliksirów.
*ssss*
Otaczał go mrok ‒ tyle był w stanie stwierdzić Syriusz Black, gdy ocknął się po pełnym pijackich wizji śnie. Czuł się przemarznięty i obolały: miejsce, w którym się znalazł niewiele różniło się temperaturą od panującej na dworze grudniowej szarugi. Chociaż nie mógł tego pamiętać, by znaleźć się w tym dziwnym zakamarku numeru dwunastego, musiał spaść ze znacznej wysokości.
Odruchowo poszukał różdżki, ale w ciasnym pomieszczeniu nie było u łatwo wykonać jakiegokolwiek ruchu. Pomieszczenie ‒ to było za dużo powiedziane. Przestrzeń przypominała raczej drewniany szyb wentylacyjny, albo… trumnę. Było tu zbyt ciemno, by stwierdzić, czy od strony stóp również znajduje się deska. Wierzgając wściekle nogami niczego nie wyczuwał, jednak to nie dawało mu pewności. W miarę upływu czasu, początkowy strach zaczął narastać w nim, aż osiągnął rozmiary paniki. Ta z kolei sprawiła, że jego oddech stał się przyspieszony, nierówny, serce, osłabione latami picia, kompletnie oszalało. Hiperwentylował. W głowie szumiało mu teraz jeszcze mocniej niż po przebudzeniu, czuł, że kręci mu się w głowie. Złapał się dłonią za gardło, bo miał wrażenie, że zaraz z pewnością się udusi. Trumna? Czy to była trumna? Poczuł, że spada, jednak tym razem zapadał się w głąb siebie, tracąc przytomność.
Na moment przed tym, nim urwał mu się film, otoczyły go białe rozbłyski i echa głosów.
Snape mówił coś do niego ale Black za nic nie był w stanie go usłyszeć: zagłuszały go wrzaski jego, Syriusza, matki. Chciał ja uciszyć lecz gdy odwrócił się w stronę, z której dobiegał go ów przeraźliwy dźwięk okazało się, że to krzyczy portret Dumbledore'a. Krzyczy na niego, wypowiadając słowa w niezrozumiałym mu języku, jednak towarzyszyło mu przekonanie, że jest to sekretna mowa centaurów, którą odkrył i opisał Hagrid, co zaraz spróbował wyłożyć wrzeszczącemu Albusowi. Tymczasem Snape ucichł, za to stał przed nim zupełnie nagi, a jego członek zasłaniała ogromna włochata książka, którą teraz uparcie próbował mu wręczyć ‒ był to słownik języka centaurów. Syriusz zrobił krok w tył, opędzając się przed natarczywym Mistrzem Eliksirów, który teraz miał już głowę dorosłego Harry'ego i płakał przeraźliwie. Spojrzał sam na siebie w lęku, że tak jak Harry-Snape on także jest goły ale z ulgą stwierdził, że ma na sobie chociaż założone tył na przód majtki. Książka wypadła z ręki Pottera i zaczęła iść w jego kierunku na ośmiu odnóżach, kłapiąc przy tym szczęką. Zaczął uciekać. Biegł i biegł, zahaczył przy tym szatą o konar, a ta porwała się. Zaplątawszy się w szmaty upadł jak długi na ziemię, z oddali słychać było zbliżający się tętent. Poczuł okropny, trudny do zniesienia lęk, zdając sobie sprawę, że oto zakończy swe nędzne życie pożarty przez centaury.
*ssss*
Pracując w laboratorium Hermiona miała mnóstwo czasu do rozmyślań: najczęściej wykonywali przecież bardzo rutynowe, znane im na pamięć czynności. Nie musiała się już zastanawiać, jak odpowiednio spreparować to, czy inne zioło, by przetrwało jak najdłużej i zachowało w pełni swoje właściwości magiczne. Metodyczne ruchy nożem, chochlą lub fiolką. Mycie i ustawianie słoi. Szorowanie do czysta blatów ‒ Snape nie tolerował rzucania zaklęć w pracowni, w czym z czasem przyznała mu rację: niechcący można było zniszczyć nimi wiele godzin, a nawet dni swojej pracy. Poza tym, jak mawiał, ułatwianie sobie życia uczy lenistwa.
Tak. Snape z pewnością nie należał do osób lubiących chodzić na skróty. Wręcz przeciwnie: przy całej swojej konkretności i ścisłości umysłu, bywał człowiekiem pełnym refleksji, lubiącym spokój i zadumę. Gdy się za coś zabierał, wykonywał to powoli, a pośpiech, do którego czasem zmuszała ich sytuacja, zawsze wywoływał w nim trudna do ukrycia irytację. Nie to, że nie potrafił pracować pod presją czasu ‒ wykonywał zadania z niesłabnącą precyzją, jednak jego mina i wzrok, mówiły same za siebie: Severus Snape pragnął być sam sobie panem chociaż w tej jednej kwestii ‒ sposobu organizacji powierzonych mu zadań.
W miarę, jak się poznawali przez te lata współpracy, Hermiona zauważyła, że Mistrz Eliksirów jest nie tylko dobrze zorganizowanym mężczyzną, ale i świetnym strategiem, wykwalifikowanym nauczycielem i opryskliwym, choć utalentowanym w zarządzaniu człowiekiem. Zanim jeszcze przeszli na „ty", zanim rozwinął się między nimi ten szalony romans, Hermiona miała okazję niejednokrotnie przekonać się o tym, że gdy wokół nie latały wybuchające kociołki Neville'a zaś grupy nabuzowanych hormonami nastolatków nie rzucały się sobie do gardeł, Severus Snape był raczej mrukliwy, niż zajadły w swej złośliwości, niezadowolony niż wiecznie epatujący niesłabnącą irytacją. Tym, co najbardziej przeszkadzało mu w prowadzeniu lekcji, była ich nieobliczalność co, jak sobie teraz przypominała, niejednokrotnie im tłumaczył, okraszając oczywiście swoje wynurzenia sarkazmem, ironią i określeniami z gatunku „imbecyle", „idioci", „lenie" i „nic nie warte bachory". Z pełnym sentymentu uśmiechem, musiała przyznać mu wtedy rację: byli błaznami, durniami oraz pozbawionymi kompetencji nieukami. Przynajmniej w znacznej większości. Grono z nich nie potrafiło poprawnie uwarzyć eliksirów na poziomie średnio zaawansowanym. Tym, co było najbardziej rozczarowujące był fakt, że Eliksiry nie wymagały tak wiele wrodzonych zdolności, co na przykład Transmutacja, czy Zaklęcia. Była to ścisła dziedzina wiedzy, magiczny odpowiednich chemii. Na poziomie szkolnym wystarczyło po prostu ściśle przestrzegać reguł oraz instrukcji, być na tyle pracowitym by przeczytać je przed lekcją a potem wykazać się uwagą, skupieniem i precyzją, a tego wszystkiego MOŻNA SIĘ BYŁO NAUCZYĆ. Dopiero poziom OWTM-ów, którego nie było im dane osiągnąć ze względu na wojnę, wymagał od ucznia odrobiny własnej inicjatywy, pomysłowości i samodzielnego myślenia. Jak bardzo zawiedziony musiał się czuć ten człowiek, widząc całe pokolenia osłów, ignorantów i nierobów. Gdy przypominała sobie ich klasę, z perspektywy czasu widział, że Snape miał wiele racji. Oczywiście nie musiał ubierać swoich opinii w tak dosadne słowa, mógł wykazać się większym taktem, zrozumieniem i empatią, jednak zestawienie tych określeń z nazwiskiem Mistrza Eliksirów samo w sobie brzmiało tak niedorzecznie, że łapał ją trudny do opanowania śmiech.
Na tym etapie ich znajomości wiedziała o nim na tyle dużo (choć nadal pragnęła poznać go lepiej), by stwierdzić, że jego życiowa postawa jest całkowicie zrozumiała a stan, w którym się znajduje godzien jest wszelkiego podziwu. Nie wiedziała, co dokładnie przeszedł w dzieciństwie i młodości dość, że zaprowadziło go to w tak niebywale mroczne zakamarki własnej duszy i umysłu, że wsparcia i pomocy szukał wśród ludzi tak bardzo od siebie różnych.
Spojrzała w stronę szczupłej sylwetki czarodzieja. Czy na pewno? Czy na pewno oni wszyscy nie byli siebie warci? Snape mówił jej przecież, żeby się nie łudziła ‒ że on również był Śmierciożercą, że to wszystko, gdy wykonuje się wciąż i wciąż kolejne okropieństwa, w końcu staje się czymś naturalnym, częścią ciebie samego. Wzdrygnęła się. Czy ona też jest więc taka sama, jak Dołohow, Bellatrix, czy Czarny Pan?
Nie, nie o to mu chodziło.
Odłożyła nóż, podniosła kilka pustych słojów, podeszła do regału i zaczęła ustawiać je równiutko na półce.
To nie tak.
Kiedy myślała o nim ‒ Severusie Snapie ‒ widziała człowieka niesamowicie inteligentnego i zdolnego, o ambicji zagrzebanej pod stertami kurzu i farfocli, które natrzepało na nią jego podłe, ponure życie. Zapewne nie miał tyle szczęścia, co ona: albo zabrakło rodzinnego ciepła i wsparcia, albo mocnych, trwałych więzi przyjaźni… Być może przez lata czuł się nie tylko szykanowany przez Huncwotów, ale nie mógł sobie znaleźć miejsca w społeczeństwie w ogóle. A co się zwykle dzieje z odrzutkami? Cóż… ci mniej uparci kończą swoje życie poprzez samobójstwo. Ci BARDZIEJ niezłomni, potrafią trwać w ten sposób przez wiele, wiele lat nie dając po sobie poznać ran ani blizn. Zdarzali się jednak i tacy, którzy mimo swojej zawziętości, posiadali też odrobinę skrywanej dobrze delikatności. W jej miejscu, prędzej, czy później, kiełkowały złość i nienawiść domagające się ujścia. Hermiona widziała to w nim ilekroć przypominała sobie o Lily: plamę ciepła na ogromnym, mrocznym filmie o jego egzystencji.
Pamiętała ten dzień, kiedy po raz pierwszy usłyszała od Harry'ego o rozwodzie rodziców. Chłopak od dawna napomykał, że pomiędzy Jamesem a Lily nie dzieje się najlepiej, ale Hermiona uspokajała go twierdząc, że pomiędzy jej rodzicami tez zdarzały się sprzeczki, kłótnie a nawet wielomiesięczne okresy małych i większych wojen.(Mamy wojnę Harry.Z pewnością odbija się to i na nich. Spójrz na to wszystko z ich perspektywy: stracili majątek, dom, prywatność… Znacznie mniej wystarczy, by poróżnić dwoje ludzi.)
Nie miała jednak racji, nie tym razem. Harry zaczął wspominać o jakimś mężczyźnie, o tajemniczym przyjacielu z przeszłości Lily (podsłuchał jedną z burzliwych dyskusji); siedzieli potem we troje z Ronem i obstawiali, kto to może być: czy miała na myśli czarodzieja, czy mugola. Ron optował za Syriuszem Blackiem (Hermiono, on w sobie rozkochiwał WSZYSTKIE czarownice w tamtych czasach, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mama… dobrze Harry, już nic więcej nie mówię.) Harry w ogóle nie wiedział, co o tym myśleć. Hermiona po cichu stawiała na kogoś z niemagicznego świata: Lily z pewnością poznała w młodości wielu mugoli, znacznie więcej niż czarodziejów, więc rachunek prawdopodobieństwa mówił sam za siebie.
Gdy okazało się, że owym tajemniczym kimś był nie kto inny, a Severus Snape, całej trójce opadły szczęki. Harry znienawidził dawnego belfra jeszcze mocniej, obwiniając mężczyznę o rozpad rodziny. Ron był tym nawet trochę rozbawiony, co niezmiernie denerwowało Hermionę. Ona sama czuła, że za tą sytuacją stoi coś innego, gdyż nie potrafiła myśleć o tym człowieku, jako casanowie odbijającym cudze kobiety. Przez lata głowiła się, co przywiodło Lily do takiej decyzji. A potem, gdy większość członków Zakonu Feniksa leżała już martwa, gdy odeszła również Lily, Hermiona zrozumiała, że James własnoręcznie wepchnął żonę w objęcia Mistrza Eliksirów swoim okropnym sposobem bycia. Jeśli przeżywał każdą porażkę tak, jak przeżywał żałobę, należało mieć wielki szacunek dla tej kobiety za to, że na odchodnym nie potraktowała męża paskudną klątwą.
Nie próbowała nawet tłumaczyć tego przyjaciołom. Wątpiła, by wzięli jej teorię na poważnie, by w ogóle chcieli jej wysłuchać. Tacy już byli: porywczy, narwani, emocjonalni. Ona była inna. Snape był inny. To zapewniło im przetrwanie.
Może to właśnie łączyło ją z tymi wszystkimi ludźmi, może była to ta sama cecha, która upodabniała ja nieco do Mistrza Eliksirów: nie tyle wola, co umiejętność przetrwania, adaptowania, improwizacji. Być może między złem a dobrem nie leżała wcale tak ostra i wyraźna granica, jak im to wmawiano przez cały proces wychowawczy. Severus Snape nie był przecież złym człowiekiem, czuła to głęboko w sercu, a jednak przeszedł przez to piekło i nadal żył, nadal oddychał a nawet potrafił z apetytem zjeść swój obiad.
*ssss*
Luna Lovegood siedziała nieruchomo na brzegu łóżka. Fred tkwił w śpiączce: blady, nieruchomy, w przerażający sposób przypominał jeszcze cieple zwłoki. Widziała już takie… Właściwie nie jedną, a wiele dogorywających osób, stygnących ciał, trupów o wciąż ludzkich kolorach i rysach, które nie zdążyły się zapaść, spuchnąć, rozmyć…
Niektóre widziała na żywo. Inne nawiedzały ją w snach. Do tych drugich, należała jej martwa matka. Luna podejrzewała, że było to wyparte wspomnienie (czytała trochę o mugolskiej psychoanalizie). Matka unosiła się zwykle na fali chłodnego, jakby ciekłego powietrza, które falującym ruchem przysuwało ja co raz bliżej i bliżej. Była piękna. Nie bała się tej matki. Tak naprawdę Luna nie bała się żadnych ludzkich szczątków ‒ czy to prawdziwych, czy wyśnionych. Jednak patrzenie na nieruchome ciało męża sprawiało jej dyskomfort podobny do tego, który czuła myśląc o zaginionym ojcu. Zaginiony ‒ to była tylko figura retoryczna, która zaliczała opatrzone nią nazwisko do martwych, ale nie posiadających pochówku osób. Lunie wydawało się to okrutna praktyką: dawanie złudnych resztek nadziei rodzinom było jak próba nakarmienia głodnego zaschniętymi na brzegach miski resztkami puddingu czekoladowego. Już lepiej byłoby lic ludziom przeżyć żałobę, niż zamykać ich w klatce wiecznego „a jeśli". Może i jej logika zdawała się wszystkim niedorzeczna, ale tak właśnie myślała i nie zamierzała tego zmieniać. Lunie, nawet gdy była sama, a właściwie ZWŁASZCZA wtedy, dobrze było z sama sobą. To dlatego często zwlekała z powrotem: by poczuć się normalna, zwyczajna, typowa. Bo taka była w swoim własnym towarzystwie, prawda? Gdy mogła porównywać się jedynie z własnym prototypem wszystkie cechy, które wyróżniały ją spośród rzeszy innych ludzi, stawały się nagle dominujące w jednoosobowym podzbiorze, który tworzyła sama ze sobą.
Jednak tym razem to pragnienie zagroziło życiu kogoś, kto był jej bliski, kogoś kogo kochała i czyje dziecko nosiła pod sercem.
Jasny gwint!
Pewnie, że zastanawiała się nad wypiciem odpowiedniego eliksiru. Jak mogłaby nie mieć wątpliwości? Te wciąż targały nią, szargały jej nerwy, ale Luna postanowiła być nieugięta: skoro raz podjęła decyzję, nie chciała się z niej wycofywać. Nie było wprawdzie szans na wizytę u specjalisty, na poznanie daty narodzin i płci dziecka, ale ona wiedziała już, że na świat przyjdzie syn, którego nazwą Jupiter Ksenofilius Oktawius Weasley. Tak bardzo chciała powiedzieć o tym wszystkim Fredowi…
Że zostanie ojcem. Że jest jej strasznie głupio, bo wróciła później niż zwykle i naraziła go nieumyślnie na niebezpieczeństwo. Że go kocha. Tego ostatniego chyba nigdy jeszcze nie powiedziała na głos, bo dotąd nie była pewna, co o tym wszystkim sądzi: czy Fred jest bardziej jej przyjacielem i kochankiem, czy pełnowartościowym partnerem. Teraz te dywagacje wydawały jej się głupie: przecież tym właśnie była miłość: zlepkiem przyjaźni i pożądania… A może znowu się myliła…
Ktoś delikatnie zapukał do drzwi.
Luna wstała, podeszła i otworzyła je delikatnie z intencją, by zamknąć je szybko, gdyby po drugiej stronie znajdował się Black lub Granger.
Pierwszego z nich nie chciała widzieć z oczywistych powodów: nie ufała mu, bała się go i zastanawiała się, co kryje się za dziwacznym i agresywnym zachowaniem mężczyzny. Wiedziała, że nie postępuje zbyt roztropnie ukrywając całe nocne zajście przed reszta Zakonu, ale teraz naprawdę nie chciała po raz kolejny czuć na sobie tych wszystkich zainteresowanych spojrzeń: wystarczy, że narobiła mnóstwo zamieszania swoim przybyciem, pokłóciła się z Granger…
Granger. Hermiona nie zrobiła niby niczego niewybaczalnego, ale też egocentryczna natura przyjaciółki, jej chłodny ostatnimi czasy sposób bycia oraz skłonność do wywyższania się, powodowały u Luny irytację.
Może i ciąża robiła z niej humorzastą zrzędę. Może. A może po prostu dojrzała do stawiania granic.
Jednak za drzwiami dostrzegła rudą głowę Ginny Weasley. Odetchnęła z ulgą.
‒ Wejdź ‒ powiedziała zmęczonym głosem.
Ginewra bez słowa minęła ją w przejściu. Luna wskazała jej wysłużony fotel, jedyny w ty pokoju sprzęt nadający się do siedzenia. Sama zajęła swoje wcześniejsze miejsce u wezgłowia Freda.
‒ To ty go tak urządziłaś ‒ stwierdziła chłodno, gdy już udało jej się w miarę wygodnie umościć.
Ginny przygryzła wargę, a Luna zaśmiała się.
‒ Nie mam ci tego za złe Ginny. Słyszałam już całą historię. To naprawdę nie twoja wina. Jeśli miałabym być na kogoś zła, to na niego… Ale jakoś nie potrafię. Wiem, jak było mu ciężko. I chyba poniekąd zrobił to dla mnie.
Weasley pokiwała smętnie głową, najwyraźniej nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Na końcu języka miała coś w rodzaju „szkoda tylko, że wyręczył się mną", ale wolała akurat to pozostawić dla siebie. Zmusiła się do nieco krzywego uśmiechu.
‒ Słyszałam, że posprzeczałaś się wczoraj z Hermioną ‒ powiedziała.
Luna skinęła głową.
‒ Nasz Wiem-To-Wszystko potrafi być ostatnio niezłym wrzodem na tyłku, co Weasley?
Ginny parsknęła krótkim śmiechem.
‒ Nie zaprzeczę. Chociaż trochę ją rozumiem… albo staram się zrozumieć, przynajmniej w kontekście mojej ostatniej przygody z Fredem…
‒ Tak, wszyscy wiemy, że jest bardzo ważna, bardzo zajęta i bardzo zaangażowana, bo daje o tym znać na każdym kroku ‒ prychnęła Luna. ‒ Co właściwie wiesz o naszej kłótni?
Ginny wzruszyła ramionami.
‒ O Hermionie Granger można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że jest plotkarą. Nadmieniła tylko, że chyba nie bardzo chcesz ją widzieć…
Luna zapatrzyła się w ścianę za rudowłosą gryfonką. Jej twarz przybrała typowy dla dziewczyny nieobecny wyraz. Myślała.
‒ Myślę, że ona mimo wszystko chciała dobrze, wiesz ‒ powiedziała w końcu.
‒ Co takiego? ‒ Ginewra zmarszczyła brwi.
‒ Och, myślę na głos ‒ uśmiechnęła się beztrosko do przyjaciółki. ‒ Ale naprawdę cieszę się, że mnie tu odwiedziłaś.
Ginny skrzywiła się.
‒ Całkiem dobrze się znam na samotnym siedzeniu w pokoju.
Luna popatrzyła na dziewczynę zdziwiona.
‒ Ale ja nie jestem sama, jest tu Fred.
‒ Tak, ale miałam na myśli przytomnych ludzi… On nie należy obecnie do najbardziej… rozmownych towarzyszy.
Luna poważnie pokiwała głową.
‒ Nie patrzyłam na to od tej strony. Ale ja nie siedzę tu z przymusu, tylko z wyboru.
‒ Jednak to twój mąż, więc obowiązek…
‒ Przestań.
Ginny uśmiechnęła się delikatnie.
‒ Jeśli chcesz, to mogę na chwilę cie zastąpić. Nawet na dłuższą chwilę.
Luna popatrzyła na koleżankę.
‒ I nie rzucisz na niego żadnej paskudnej klątwy?
‒ Słowo honoru.
*ssss*
Ktoś go ścigał, jakiś czarny cień. Mężczyzna, czy kobieta?
Nie wiedział. Cień raz przybierał postać jego matki: wysokiej i barczystej kobiety, za chwile zaś wydawał się drobny i skurczony, ale Syriusz nie był w stanie powiedzieć, kogo ma przed oczami.
Wiedział za to, że jest ciemno i zimno. Samotnie. Płakał. Płakał jak dziecko przytulony do czegoś twardego i lodowatego. Szorstkiego.
Potem zdało mu się, że widzi Smarka zwisającego za nogi z drzewa na hogwarckich błoniach i zaczął się śmiać jak wariat,bo z jego skarpetek wylewały się potoki zielonych gili i wypełzały węże. James śmiał się, że być może Snape może zostanie nowym Dziedzicem Slytherina. Severusa z jakiegoś powodu wcale to nie bawiło. Zwisał sobie jak nietoperz, skrzydła drgały mu w mroku, oczy świeciły drapieżnie, jak gwiazdy ‒ Syriusz wystraszył się, że te światła go pożrą.
Gdzie był? Gdzie był? Wielka równina, zimna i mroczna i te oczy: oczy jego matki: zawód, nienawiść i obrzydzenie malujące się na jej twarzy gdy otworzyła drzwi do jego pokoju. Poczuł zapach czyjejś bliskości, widmo ciepła cudzej dłoni. Jednak z jakiegoś powodu wiedział, że przecież jest sam, sam i zaraz się od tej samotności udusi…
Było mu potwornie ciasno. Zapewne zaraz się urodzi, taka myśl przeszła mu przez głowę.
Hipogryf tańczył zawzięcie na czyimś truchle jedząc melasowe ciasteczka Hagrida.
Zobaczył martwe ciało Pottera, ale nie potrafił powiedzieć, czy lezy tam ojciec, czy syn. Poczuł się winny: nie powinien kochać. Dlaczego zakochał się akurat w nim. Znów wzięło go na szloch. Chciał przytulić tego Pottera, chociaż nie wiedział, czy to James , czy Harry… Przepraszał głośno, że zawiódł, że obiecał, że nigdy nie zakocha się w Harrym.
‒ Nigdy mu o tym nie powiedziałem, James. Nigdy nawet słowem. Tak jak chciałeś… Nawet nie powiedziałem. Przecież mnie znasz… James…
Zamrugał, bo w oddali zobaczył blask kominka. Siedział przy nim Harry. Tak! Harry! A więc on, Syriusz umarł. Czy mógł już to wyznać? Mógł zdradzić mu te tajemnicę, która spiekała mu wnętrzności? Ale jak powiedzieć?
Syriusz zamrugał powiekami. Wokół było ciemno. Pamiętał już, że lezy w jakimś ciasnym pudle, tunelu, pies wie w czym jeszcze mógł się znajdować.
To się zdarzyło ‒ pomyślał przytomnie.
Rzeczywiście. To wtedy, jakieś sześć lat temu w wigilię Bożego Narodzenia, siedząc z synem Jamesa przy kominku i żartując z zaplanowanych na następny dzień zaręczyn jego i Ginny, Syriusz zdał sobie sprawę, że właśnie zakochuje się w tym młodym mężczyźnie, który nigdy nie patrzył na niego w ten sposób… Zawsze byli kumplami, dobrymi kumplami odkąd Potter zakończył edukację i okazało się, że czasem lubi pochodzić po pubach i barach do późnej nocy… Wtedy jeszcze dało się wymknąć na miasto i nie trafić do lochu Sam-Wiesz-Kogo…
Ech, co za czasy…
I chociaż w głębi duszy Syriusz wiedział, że w tym uczuciu nie ma niczego złego, wstydził się go. A to napełniało go z kolei wyrzutami sumienia wobec chłopaka.
Czy to nie było to samo, jakby wstydził się Harry'ego?
Tak bardzo chciał, żeby ktoś go przytulił…
I dolał Ognistej.
Skończyła się? Gdzie się podziała?
Trzaskał szafkami, których nie było, otwierał i zamykał kolejne drzwi w swojej głowie.
A potem zaczął się trząść i znów całkiem stracił przytomność.
*ssss*
Spotkanie Zakonu wyznaczono na wczesne popołudnie.
Żeby dłużej nie przeciągać ‒ jak powiedział Hermionie Lupin. Kobieta przyznała mu rację. Zbyt dużo spraw nagromadziło się już, o których trzeba było podyskutować i powiadomić. Każdy wiedział wszystko i nic: Peter wypaplał niejedno Remusowi i Jamesowi, ale ile z jego pijackich opowieści było prawdą, a ile podkoloryzowanymi bzdurami? Hermiona obiecała, że opowie o swoich snach, Luna miała powiadomić resztę domu o ciąży i przedyskutować z nią i Severusem wybudzenie Freda. Ginny trzeba było oficjalnie oczyścić z zarzutów.
W duchu modliła się tylko o to, żeby Potter i Snape nie roznieśli znowu zebrania swoimi gierkami. Trzeba było przecież zaplanować jakąś strategię w kwestii Luny i dziecka. I znaleźć zastępstwo. Naturalna kandydatka była Ginewra, jednak Hermiona podejrzewała, że przyjaciółka nie będzie chciała współpracować. Więc wszystko znów spadnie na ich trójkę?
Chciało jej się wyć. Wszyscy traktowali ją jak najgorsze zło: wściekali się, unikali jej, rzucali złośliwostki. A ona tylko starała się zrobić wszystko to, do czego nie palili się inni… Wpadła w błędne koło.
Fakt. Była humorzasta, zasadnicza i wykazywała się ostatnio niską tolerancją na cudze błędy i problemy. Ale to, jak zachowywali się inni i jak w kontraście do swojego marnego zaangażowania, traktowali ją, było z perspektywy Hermiony okrutne. Nie raniła nikogo specjalnie, tak jak nie dla własnej przyjemności chodziła wiecznie zmęczona i poirytowana. Chciałaby się choć raz porządnie wyspać bez towarzyszących jej niezmiennie wizji innego świata. Od tej ciągłej huśtawki i nadmiaru obowiązków sama nie wiedziała czasem kim jest i jak się czuje. A nikogo poza Remusem i Severusem nie obchodziły jej wysiłki, a tym bardziej samopoczucie. Lupin był troskliwy, jak zawsze. Snape okazywał niewiele ludzkich uczuć, jednak wiedziała, że może na niego liczyć. Reszta... Ginny i Luna bardzo surowo ją oceniały. Miała świadomość, że dała im do tego powód swoim zadaniowym podejściem, brakiem wsparcia... Ale czemu żadna z nich nie zdawała sobie sprawy z tego, że trzymając je za rączkę i głaszcząc po główce, nie wyciągnęłaby Ginny z aresztu ani nie przyniosła Lunie eliksiru? No dobrze, nie musiała wyrażać swojej opinii w kwestii ciąży Luny, ale ta sytuacja znów wymusi na niej, Lupinie i Snapie dodatkowe wysiłki. Bo James skwituje wszystko swoim głupim uśmiechem. Syriusz jak zawsze zaleje się w trupa. Peter i tak zaraz zniknie. Teoretycznie mogliby go zatrzymać na miejscu, nie będzie już im niezbędny u Czarnego Pana, kiedy Bella zostanie wezwana, a jednak Hermiona miała poczucie, że jego obecność w pobliżu może być decydująca w niejednej sytuacji.
Spostrzegła, że Lupin przygląda jej się zaniepokojony, wygięła więc wargi w sztucznym uśmiechu.
‒ Wszystko w porządku Hermiono?
‒ W jak najlepszym Remusie ‒ powiedziała, w duchu jednak dodała: poza tym, że wciąż przypomina mi się ten cholerny sen i czuję się przez to jakbym zdradzała z tobą Severusa. To był kolejny gwóźdź do trumny jej empatii: nie wiedziała czym były te sny, co oznaczały i co raz częściej łapała się na kwestionowaniu rzeczywistości, w której żyła. Bo może to nie był realny świat? Albo przynajmniej nie jedyny z realnych światów? Brzmiało to wszystko niedorzecznie, ale gdyby dzień przed jej jedenastymi urodzinami ktoś powiedział jej o istnieniu jednorożców, smoków i latających mioteł, w najlepszym wypadku popukałaby się znacząco w czoło. Może ten świat - JEJ świat - był tylko złudzeniem, może to on był snem? A może dawno już zginęła i utkwiła po śmierci w piekle własnych wspomnień i marzeń, wypaczonych i wymieszanych ze sobą w szalonym mirażu?
Ktoś chrząknął.
‒ Hermiono, na pewno wszystko ok?
Remus. Cholerny Remus Lupin i jego bezgraniczna troska o wszystko i wszystkich poza sobą samym.
‒ Daj już spokój Remusie, dobrze?
Luna I Ginny siedziały blisko siebie ‒ chyba zawiązały jakiś sojusz. Hermionę zemdliło na samą myśl o dwójce jej dobrych niegdyś koleżanek obgadujących ja za plecami niby najgorszego wroga. Miała ochotę im wykrzyczeć w twarz, że postępują nieludzko i niesprawiedliwie. Kątem oka dostrzegała, że Remus posyła Snape'owi znaczące spojrzenie. Złowiła jego pytający wzrok, wywróciła w odpowiedzi oczami. Dlaczego nie chciała, czy też nie potrafiła przyznać się do chwili słabości?
Jednak, co ja zdziwiło, Snape nie dał się zwieść, nie tym razem. Pośród przy ciszonego gwaru rozmów, wypełzł że swojego leża, podszedł do niej i ruchem głowy wskazał drzwi. Wyszli na korytarz.
‒ Możesz mi powiedzieć, co ty najlepszego wyprawiasz, Granger? ‒ zapytał bez ogródek.
‒ Co masz na myśli?
‒ Mydlić oczy możesz Lupinów, ale jak widzisz, też nie bez końca. Co się z tobą dzieje dziewczyno, siedzisz z cierpiętniczą miną i...
‒ Nie daję już rady, Severusie.
Snape prychnął.
‒ Kiedy staniesz przed Czarnym Panem, dopiero zobaczysz, co to znaczy nie dawać rady. A będziesz musiała sobie poradzić. Będziesz całkiem sama. Jeśli nie pójdziesz tam z przekonaniem, że to przetrwasz i wrócisz, lepiej żebyś odpuściła sobie swoje idiotyczne ambicje.
‒ Ja nie...
‒ Nie skończyłem Granger ‒ powiedział zimno. ‒ Masz przed sobą prawdziwe piekło, a załamujesz się u jego cholernego przedsionka.
‒ Oszczędź mi Snape swoich interpretacji Dantego.
‒ Czego? ‒ czarodziej zmarszczył brwi, zirytowany i zniecierpliwiony do reszty.
‒ Niczego ‒ mruknęła.
‒ To bardzo się cieszę, bo nie mam czasu na dyrdymały. Ty też go nie masz, a marnujesz nasze wysiłki na łzawe łkanie nad swoim losem.
‒ Łzawe łkanie? ‒ popatrzyła na niego z politowaniem.
Snape obrzucił ją dziwnym spojrzeniem, po czym złapał kobietę za ramię i delikatnie pociągnął za sobą do zastawionej bibelotami wnęki w korytarzu.
‒ Czy zdajesz sobie sprawę, że to wszystko nie dotyczy tylko ciebie, ale również mnie - wycedził. ‒ Nie będę ci prawił morałów, ani wypłakiwał w rękaw, ale odpowiedź mi na to pytanie: czy pomyślałaś chociaż przez chwilę, jak czuje się z tym wszystkim ja wciągając cie za sobą w pieprzony mrok, spychając prosto w łapy podobnych do siebie zwyrodnialców?
‒ Nie jesteś...
‒ Aleś ty naiwna. Oczywiście, że jestem. Za każdym razem, kiedy musiałem kogoś skrzywdzić, mogłem wybrać własną śmierć.
‒ Robiłeś to dla Zakonu... - powiedziała niepewnie. Szukała teraz jego oczu mając nadzieję, że zobaczy w nich coś, co pomoże jej rozgryźć całą te sytuację, jednak mężczyzna uparcie unikał jej spojrzenia.
‒ Żyjesz złudzeniami. Wyobrażeniami. Nie masz pojęcia, jak poczujesz się gdy wreszcie będziesz miała okazję stanąć na moim miejscu. Jeśli mnie nie znienawidzisz... Ja już nienawidzę siebie za nas oboje, tępa idiotko.
Spojrzał jej prosto w twarz.
‒ Więc skoro masz zamiar zgnębić i mnie i siebie, to chociaż zrób przy okazji coś pożytecznego. Jeśli masz zamiar się mazać, to lepiej by było dla ciebie, gdybyś zginęła na początku wojny.
‒ Jego słowa zabolały ją do żywego.
‒ Och płacz, teraz płacz Granger. Ciekawe, co zrobisz...
‒ Nie wiem ‒ powiedziała Hermiona, ocierając zawzięcie rękawem płynące po policzkach łzy. ‒ Nie wiem, co zrobię WTEDY, ale Teraz już dostatecznie cię nienawidzę.
Zaśmiał się sucho, ponuro, zimno.
‒ Weź się w garść dziewucho.
‒ Niech cię to twoje piekło wreszcie do reszty pochłonie Snape! ‒ krzyknęła i ruszyła przed siebie, znikając w labiryncie pokoi i pokoików starego domu z Grimmauld Place.
*ssss*
‒ Czy ktoś tu z łaski swojej może przyprowadzić Granger? ‒ ton głosu Mistrza Eliksirów był oschły, jak zwykle, ale na odmianę pobrzmiewały w nim także nuty irytacji i zmęczenia.
‒ I Syriusza ‒ James dołączył się do listy życzeń.
‒ Nie mam zamiaru tracić czasu na szukanie tego bezużytecznego nieroba ‒ prychnął Snape.
Remus, który od pewnego czasu pogrążony był w lekturze jakiejś przeżartej przez mole książki uniósł głowę znad jej pożółkłych kart.
‒ Gdzie jest Hermiona? ‒ zapytał Lupin. ‒ Miałeś z nią porozmawiać, uspokoić ją, a sprawić, że ucieknie ze spotkania.
Snape skrzywił się cierpko.
‒ Ja sprowadziłem ją tylko na ziemię, Lupin.
‒ Na ziemię, tak? Och Severusie. Tak, jak zawsze staram się widzieć w twoich poczynaniach jakiś aspekt rozsądku i dobrej woli, tak teraz po prostu nie potrafię cię zrozumieć. Masz wreszcie kogoś bliskiego, kogoś komu na tobie zależy, a ty za wszelką cenę próbujesz to spaprać.
Snape posłał wilkołakowi badawcze spojrzenie.
‒ Nie wchodzisz trochę za bardzo w nie swoje kompetencje, Lupin?
‒ A jakie to niby są moje kompetencje? Hermiona jest moją przyjaciółką, troszczę się o nią ‒ wilkołak usiadł wygodniej w fotelu. ‒ Myślę, że czas najwyższy, żebyś i ty zaczął to robić.
Mistrz Eliksirów zacisnął szczęki. Nie w smak mu były uwagi ze strony Lupina, ale sam przed sobą musiał przyznać, że ten człowiek miał rację: przeholował. Złość wzięła w nim górę nad rozsądkiem. Często tak bywało, gdy miał do czynienia z kimś lub z czymś bardzo mu drogim.
‒ Może jeszcze rzucicie się sobie do oczu? ‒ w progu salonu stała Hermiona. Zdążyła już odzyskać panowanie nad sobą,ale po jej twarzy wciąż widać było, że niedawno płakała.
Gdy Snape spojrzał w jej stronę, Granger uciekła wzrokiem.
‒ Zacznijmy, dobrze? ‒ zwróciła się do Remusa błagalnym tonem. ‒ Miejmy to już z głowy.
Lupin pokiwał głową. Zrozumiał aluzję: to on miał poprowadzić to spotkanie. Popatrzył na zebranych w salonie ludzi. Syriusza nadal nie było. James przyglądał się ciekawie Hermionie, zapewne rozbawiony całą zaistniałą sytuacją. Luna i Ginny udawały, że są pogrążone w rozmowie i niczego nie zauważyły. Westchnął. Zakon naprawdę zaczynał się rozpadać, trawiły ich od środka co raz wyraźniejsze podziały i wzajemne pretensje. Tym co sprawiło, że Lupin naprawdę się przejął, była publiczna sprzeczka tych dwojga: dotychczas, chociaż nieudolnie, starali się okrywać swój romans, związek, czy cokolwiek innego ich łączyło. Dotychczas nie prali swoich brudów publicznie. I chociaż ich rozmowy w korytarzu nikt nie dosłyszał, chociaż do uszu współtowarzyszy dotarło jedynie ostatnie zdanie wykrzyczane przez kobietę, świadczyło to wszystko o jakimś upadku, załamaniu się nawet tych dwojga najbardziej upartych i nieustępliwych osób, które pozostały jeszcze przy życiu.
Jeszcze. To słowo zapiekło go gdzieś głęboko w klatce piersiowej.
Odchrząknął.
*ssss*
‒ Najpierw sprawy bieżące… Wczorajszej nocy rozległ się huk, ale niczego nie zaobserwowaliśmy: nikt się nie włamał, nic nie zostało w domu uszkodzone...
Hermiona nie mogła skupić się na zebraniu. Jak jeszcze nigdy, nie potrafiła zmusić swojego umysłu do posłuszeństwa. Zamiast słuchać, co mówi Lupin, co do powiedzenia ma Peter, ona wciąż nie potrafiła wydostać się z tamtej chwili, z tamtej sprzeczki z Mistrzem Eliksirów, z kleszczy jego gorzkich, raniących słów. Utkwiła myślami na wypowiedziach mężczyzny i mieliła je teraz wciąż i wciąż na nowo. Wydawał jej się teraz potworem.
‒ Coś podobnego, Remusie, jeśli będziecie mieli w planach z nią skończyć, pozwól mi zajrzeć do mojej starej przyjaciółki zanim rzucicie...
Doprowadził ją do płaczu w sytuacji, gdy już i tak stała na skraju załamania. Każdy normalny człowiek po prostu podszedłby do niej i przytulił, ale nie ‒ on musiał wejść w rolę szpiega, nauczyciela oraz kata w jednym.
‒ Wtedy właśnie zrozumieliśmy, że to nie Ginny odpowiadała za ten odrażający…
Musiał nawtykać jej do oporu, do własnego uczucia ulgi. Poużywał sobie na niej: bezradnej, słabej i szukającej u niego wsparcia. Nie ma co Snape szczyt męstwa, powód do dumy.
‒ Severus i Hermiona dawali z siebie wszystko, naprawdę Luno, Fred zawdzięcza im życie.
‒ Bez przesady, Lupin. To wymagało podstawowych umiejętności. Nawet średnio rozgarnięty...
Zmusił ją do odwrotu, do zupełnej uległości i salwowania się ucieczką. Miała dość.
‒ Chcę, żebyście go obudzili, Snape.
‒ To wykluczone. Eliksiry nie są dość mocne. Jeszcze nie doszedł do siebie, Lovegood. Chcesz, żeby odwalił kitę marnując dni i noce naszej harówki…
‒ Zaryzykuję…
‒ Nie ty o tym decydujesz, dziewczyno.
‒ On ma prawo wiedzieć.
‒ O czym? O czym to chcesz poinformować Weasley'a?
‒ Dobrze wiesz, Snape.
Chciała tylko zostać z nim sam na sam i wykrzyczeć mu w twarz, że to koniec.
Postanowiła, że zrobi to jeszcze dziś, zaraz po zebraniu.
‒ Nastąpiły też pewne komplikacje ze strony Hermiony. Poinformowała nas, że od pewnego czasu ma wizje senne, które nie są zwykłymi snami...
Ulżyło jej. Gdy podjęła tę decyzję, od razu odzyskała władzę nad sobą i poczuła, że jej umysł stopniowo zaczyna działać jak dawniej. Koniec bezowocnych sprzeczek, ciągłych uszczypliwości i braku zrozumienia ze strony tego starego…
Z zamyślenia nie wybiły jej słowa Severusa Snape'a ‒ wyrwała ją dopiero cisza, która zaległa zaraz po nich.
‒ Co się dzieje?
‒ Mroczny Znak Granger ‒ powiedział oschle.
Spojrzała na niego, nagle cała krew odpłynęła jej z twarzy.
‒ To już? ‒ zapytała po prostu,zaskakująco spokojnym głosem.
‒ Już ‒ Snape skinął głową przyglądając się jej uważnie. ‒ Idziemy ‒ chociaż nie było tu słychać pytania, sposób w jaki na nią patrzył sugerował, że czeka na jej ostateczną decyzję.
‒ Idziemy.
Wyszli z pomieszczenia. Reszta po chwili wahania podążyła za nimi.
‒ Muszę wyczarować ci znak Granger‒ poinformował dziewczynę. ‒ Czekałem z tym aż do końca, bo…
‒ Miałeś nadzieję, że się rozmyśle? ‒ zapytała z lekkim przekąsem.
Nie odpowiedział, zacisnął tylko usta krzywiąc się dziwnie.
Potem, na oczach wszystkich zgromadzonych, przyłożył do ramienia gryfonki koniec swojej różdżki i wyszeptał:
‒ Morsmorde.
*ssss*
Obudził się po raz nie wiem już, który. Był cały zlany potem, przemarznięty i kręciło mu się w głowie. Wstrząsały nim gwałtowne dreszcze.
Cholerna dziura…
Gdyby tyko miał dostęp do alkoholu, zaraz poczułby się lepiej, a tak musiał cierpieć tortury delirium.
Gdzie był? Nadal nie potrafił tego określić, jednak powoli zdawał sobie sprawę z tego, że raczej nie jest to trumna i nikt nie pogrzebał go żywcem…
Jak przez mgłę przypominał sobie, że próbował kogoś zaatakować i ten ktoś rzucił w niego jakimś zaklęciem, którego jednak wcale nie wypowiedział. A może to zapijaczony umysł płatał Syriuszowi figle? Może nie było żadnego ataku…
Włosy. Jasne włosy i dwa błękitne, wodniste księżyce…
Lovegood. Luna Lovegood. To ją próbował zranić?
Dlaczego?
Napadła go? Nie. To byłoby do niej niepodobne. Jakie zaklęcie rzucał, nie potrafił skojarzyć. Wiedział za to, że musiał kobietę potwornie przestraszyć, bo potraktowała go czymś, co wyrzuciło go w to dziwne miejsce… Pamiętał ból, uderzenie, impet powietrza, jak przy wybuchu.
Cholera… Co on narobił.
Poczuł, że robi mu się jeszcze zimniej, jednak to uczucie nie pochodziło z zewnątrz, lecz zbudowało się w sercu Blacka i pełzło oplatając go z wolna swoimi oślizłymi makami: czysta zgroza.
*ssss*
Wyszli przed dom. Reszta potulnie została wewnątrz domu. Odeszli kilka kroków od drzwi tak, by mogła się spokojnie teleportować. Stali naprzeciwko siebie milczący i zakłopotani, momentami tak sobie bliscy, a teraz nagle dalecy i nieporadni.
Kątem oka dostrzegał, że drżą jej ręce, nie dał jednak po sobie poznać, że cokolwiek zauważył: jak szybko mrugała, starając się odgonić łzy, jak zawzięcie drapała się małym palcem po grzbiecie nosa…
W jego czarnej, pomniejszonej tylko szacie Śmieriożercy, zdawała mu się prawie niewidoczna: gubiła się w szerokich rękawach, obfitym kapturze okrywającym jej ramiona. Była blada, nienaturalnie blada, a on nawet nie był w stanie powiedzieć, czy to efekt strachu, czy kontrastu, jaki jej cera tworzyła na tle ciemnej tkaniny.
Mógłby jej powiedzieć tysiąc różnych rzeczy. Wyznać jej miłość, to na początek. Potem udzielić kilku ostatnich dobrych rad. Wziąć w ramiona by pamiętała tę ostatnią chwilę przed aportacją, jako ciepłą i pełną wsparcia.
Jednak tym, co czuł była złość: do Zakonu i do świata, do Czarnego Pana. Dostawało się nawet nieżyjącemu już Dumbledore'owi. Przede wszystkim jednak nienawidził samego siebie: pławił się w odrazie, płonął zimnym ogniem obrzydzenia.
Nie potrafił.
Hermiona wzruszyła ramionami, jakby w odpowiedzi na niewypowiedziane emocje, które pewnie zastygły w jego oczach grudkami żywego lodu.
‒ No to… ‒ powiedziała nieco niepewnym tonem, starając się przywołać na usta coś na kształt uśmiechu. ‒ Do zobaczenia Severusie.
Z trudem skinął głową, bo nagle jego kark zrobił się dziwnie sztywny.
‒ Granger…
‒ Hmmm? ‒ przestąpiła z nogi na nogę; wprost wylewały się z niej zdenerwowanie i strach.
Powoli położył jej dłonie na ramionach i poczekał w milczeniu, aż na niego spojrzy. Zdawało mu się, że trwa to wieki.
‒ Wrócisz tu ‒ stwierdził chłodno. Nie potrafił inaczej ubrać w słowa tego, co pragnął jej przekazać.
Uśmiechnęła się, teraz naprawdę się uśmiechnęła; z jej oczu biło niesamowite ciepło. Objęła go i przycisnęła się do niego całym ciałem.
Chwilę później odsunęła się od niego szybkim, zdecydowanym ruchem, otarła oczy wierzchem dłoni i wyciągnąwszy flakonik z przepastnej kieszeni, wypiła go jednym haustem. Wzdrygnęła się.
Jej ciało zaczęło puchnąć i wrzeć, zapadać się i rozszerzać. Trwało to chwilę, po czym po Hermionie, jego Hermionie nie pozostał żaden ślad, a w jej miejscu stanęła przed nim najokrutniejsza z brytyjskich czarownic.
‒ Do zobaczenia Snape ‒ powiedziała, co w ustach Bellatrix zabrzmiało raczej jak groźba, a nie obietnica.
Potem zniknęła.
Mistrz Eliksirów stał jeszcze chwilę wpatrując się w pusta przestrzeń, po czym wszedł do środka Kwatery Głównej, kwitując całą sytuację zamaszystym trzaśnięciem dębowymi drzwiami.
*ssss*
Luna siedziała na łóżku czekając, aż eliksir zadziała. Fred powoli zaczynał się ruszać, pojękiwał cicho przez sen, stękał i poruszał gałkami ocznymi. Snape mówił, że ten proces może trwać od kilku minut, do kilku dni, zależy od czarodzieja. Postanowiła, że nie ruszy się stąd, dopóki Fred nie otworzy oczu. Siedziała i patrzyła, jak mężczyzna walczy z magicznym snem, jak stopniowo wraca mu władza w rękach, nogach…
Zapadał zmierzch. Zmęczona położyła się przy nim. I wtedy powieki Freda drgnęły i uchyliły się nieznacznie.
‒ Luna? ‒ wybełkotał.
‒ Tak to ja ‒ uśmiechnęła się do niego na swój typowy, rozmarzony sposób.
Potem, umierając, Fred wspominał ten uśmiech jako najpiękniejszy widok w całym swoim życiu.
