Track 8
Afterglow
Had to cool me down to take another round
Now I'm back in the ring to take another swing
Cause the walls were shaking the earth was quaking
My mind was aching
And we were making it
And you shook me all night long
Yeah you shook me all night long
(AC/DC: You shook me all night long)
Bez wątpienia stoczywszy wpierw walkę ze swoimi naturalnymi odruchami, Severus Snape wzniósł się na absolutne wyżyny troski i raczył odprowadzić Yen do domu. Była na tyle oszołomiona, że sama mogłaby nie trafić pod właściwy adres. O ile w ogóle pamiętała jeszcze, gdzie właściwie mieszka. Mistrz eliksirów niewątpliwie liczył na zaproszenie do środka i kontynuowanie porywającej „dyskusji", którą rozpoczęli tej nocy w jej garderobie, ale wtedy pani Lupin pozbierała do kupy resztki konającego właśnie w agonii zdrowego rozsądku i praktycznie zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Co za dużo, to niezdrowo. Musiała mieć czas i możliwość, aby sobie to wszystko na spokojnie przemyśleć, a obecność Severusa na pewno by jej w tym nie pomogła. Ponury Nietoperz zbyt często i zbyt skutecznie ją rozpraszał. W wiadomy sposób.
Było już bardzo późno, zbliżał się świt, lecz Yenlla za żadne skarby by teraz nie zasnęła. Cichutko przemknęła na górę i zamknęła się w sypialni. Padła na krzesło przy toaletce i zapaliła nocną lampkę. Ledwo poznawała samą siebie w lustrze. Policzki jej płonęły, a oczy błyszczały. Schowała twarz w dłoniach, tłumiąc nagły napad wesołości. Nie chciała obudzić skrzatów. Błyskotka w mig domyśliłaby się wszystkiego, co do tego Yen nie miała najmniejszych wątpliwości.
Powinna w tej chwili spłonąć ze wstydu, powinna zginąć pod ciężarem wyrzutów sumienia, powinna… Problem w tym, że absolutnie nie miała na to ochoty. Oczywiście nie świadczyło to o niej najlepiej, ale aktualnie miała to totalnie gdzieś. Przyjdzie czas na rachunek sumienia i konsekwencje, ale jeszcze nie teraz, nie dziś.
– Ojej! – westchnęła rozmarzona Yen.
Zawirowała na krześle, wsłuchując się w subtelne dźwięki nocy. Tu czy tam coś zaskrzypiało, na zewnątrz szumiały drzewa, a po ulicy czasem przemknął jakiś zabłąkany samochód wracającego do domu mugola. Wszędzie cisza i spokój. Tylko Yenlla kręciła się, niespokojnie tupując nogą. W jej głowie szalał chaos. Nie chciała i nie mogła iść spać. Chciała tańczyć i śpiewać!
Dźwięki muzyki i pasujące do nich słowa napłynęły same, gdy wpatrywała się w wielki i jasny księżyc w pełni powoli sunący ku zachodowi.
– Mamma mia – szepnęła do siebie.
Westchnęła po raz kolejny i ruszyła z kopyta:
.
Mamma mia, here I go again
My my, how can I resist you?
Mamma mia, does it show again
My My, just how much I've missed you?
.
Yenlla ponownie odwróciła się do lustra. Sięgnęła po szczotkę do włosów i starannie przeczesała swoje półdługie sploty. Z każdym jej ruchem kolejne pasma wydłużały się i ciemniały. Rude włosy stopniowo znikały zastąpione przez jej firmową czerń.
– I was cheated by you – zaśpiewała do lustra. – And I think you know when. So I made up my mind, it must come to an end.
Poderwała się znowu i nerwowo szarpiąc włosy szczotką, zawirowała w niewielkiej przestrzeni sypialni.
.
Look at me now, will I ever learn?
I don't know how but I suddenly lose control
There's a fire within my soul
Just one look and I can hear a bell ring
One more look and I forget everything
.
Yen potknęła się, padła na łóżko i zaśmiała się jak wariatka. Śmiała się z siebie, wrednego wszechświata i całego tego bałaganu, w który właśnie na nowo się pakowała.
.
Mamma mia, here I go again
My, my, how can I resist you?
Mamma mia, does it show again
My, My, just how much I've missed you?
.
Po raz kolejny zerwała się na równe nogi i pobiegła do garderoby. Zanurkowała w przepastnej szafie, odsuwając nerwowo na boki stosy kolorowych sukienek, kwiecistych spódnic i prostych koszulek fundacji Remusa, które namiętnie nosiła. Przerzucała z kąta w kąt obcisłe jeansy, szorty i koszule w kratę. Rozgrzebała całe stosy mugolskich lub udających mugolskie ciuchów pochodzących z najnowszej i obecnie najmodniejszej kolekcji Madame Malkin. Zdążyła nieźle się zmachać, zanim dogrzebała się do ukrytego na samym dnie szafy, okutego żelazem staromodnego kufra.
– Yes, I've been broken-hearted – ciągnęła, szarpiąc się z oporną i ciężką skrzynią, która pamiętała jeszcze jej czasy w Hogwarcie. – Blue since the day we parted – jęknęła niemelodyjnie, zaciskając z wysiłku zęby, gdy walczyła z zardzewiałą kłódką. – Why, why did I ever let you go?
Nagły atak kichania przystopował jej wokalne popisy, gdy prehistoryczny kurz zawirował w powietrzu. Yen oczyściła wieko gołymi rękami, a potem spróbowała je unieść. Stare zawiasy jęczały w proteście, a mała kobietka niemal zupełnie opadła z sił, ale była uparta. Wreszcie udało jej się otworzyć kufer.
– Mamma mia, now I really know – podjęła tryumfalnie. – My, my, I should not have let you go!
Yen zanurkowała w skrzyni i wyciągnęła z niej całą swoją przeszłość. Ciężkie aksamitne suknie zdobione misternymi, złotymi i srebrnymi haftami. Bezlitosne gorsety, które brutalnie wyciskały jej powietrze z płuc. Obszerne peleryny na czerwonej podszewce i pokryte mistycznymi symbolami tiary. Rzeczy, które nosiła dla Severa. Imponujące kreacje, które kiedyś wyznaczały trendy w magicznej modzie, a teraz nadawały się jedynie do muzeum, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się wyjść w nich na Pokątną. Jej wspaniała kolekcja… Naturalnie drastycznie pomniejszona, bo większość strojów wyleciała w powietrze wraz z mieszkaniem pierwszego szpiega Zakonu Feniksa, ale zawsze.
.
I was angry and sad when I knew we were through
I can't count all the times I have cried over you
.
Look at me now
Will I ever learn
I don't know how
But I suddenly lose control
There's a fire within my soul
Just one look and I can hear a bell ring
One more look and I forget everything
.
Śpiewając i wirując w rytm muzyki, którą słyszała wyłącznie w swojej głowie, Yenlla narzucała na siebie kolejne elementy archaicznej garderoby. Piękne, wspaniale zaprojektowane suknie uszyte z kilometrów materiału zajęły niewielką przestrzeń jej domowej garderoby.
.
Mamma mia, here I go again
My my, how can I resist you?
Mamma mia, does it show again
My My, just how much I've missed you?
.
Yen chichotała, prężąc się przed lustrem, odziana w pamiątki dawno minionego świata. Dawnego życia, które… Które wydało jej się nagle – mimo wszystko – znacznie lepsze i ciekawsze od obecnego.
Kompletnie wyczerpana padła wreszcie na małżeńskie łoże. Po chwili oczy same jej się zamknęły.
§§§
Ocknęła się gwałtownie, czując, że coś jest bardzo nie tak. Leżała w poprzek łóżka, a wstające słońce świeciło jej prosto w oczy. Na pewno nie spała zbyt długo i czuła się odpowiednio fatalnie. Usiadła na łóżku, potrząsając głową, jakby miało jej to w czymkolwiek pomóc. Zdecydowanie cierpiała na kaca, ale dla odmiany – moralnego.
Czy to, co pamiętała z minionego wieczoru, wydarzyło się naprawdę?
– Mamma mia! – jęknęła żałośnie, dotykając palcami obolałych skroni.
Na dole coś dużego uderzyło z impetem w ścianę. Yen była pewna, że to właśnie podobny hałas wyrwał ją przed chwilą ze snu, jednak nie miała pojęcia, co to takiego… Gdy huk powtórzył się po raz kolejny, poważnie się zaniepokoiła, lecz nadal nie była w stanie zareagować.
Usłyszała lekkie kroki na korytarzu, a potem pukanie do drzwi.
– Panienko? – odezwała się nerwowo Błyskotka. – Proszę pani! – poprawiła się zaraz. – Pan Lupin… Chyba nie czuje się najlepiej.
Ta informacja wreszcie postawiła Yen na nogi.
Pełnia księżyca. Ach, tylko nie to!
Zanim wyszła, odruchowo zerknęła w lustro. Ponownie jęknęła. Część włosów na jej głowie była ruda i wyprostowana, część długa, kruczoczarna i falująca, a reszta – nie wiedzieć czemu – zielona! Yen sięgnęła po szczotkę i szybko doprowadziła fryzurę do ładu – znów miała piękne, ogniście rude włosy. Zrzuciła z siebie wygniecioną ponad wszelkie pojęcie suknię w kolorze burgunda i upchnęła ją z powrotem w kufrze. Narzuciła szlafrok i wybiegła z pokoju na spotkanie skrzatki.
– Co się stało? – zapytała.
Błyskotka nie odpowiedziała, tylko wymownie skinęła głową w stronę schodów. Yen zbiegła na dół i zobaczyła Remusa. Siedział na podłodze oparty o ścianę i ciężko dyszał. Wyglądał strasznie. Tak strasznie jak jeszcze nigdy od początku ich wspólnego życia. Miał brudne, przesiąknięte krwią ubranie i pooraną świeżymi bliznami twarz.
Yen krzyknęła, po czym padła obok niego na kolana.
– Rem, nic ci nie jest?
Pokręcił głową. Chyba nie był w stanie mówić.
– Jak się czujesz? Jest bardzo źle? O mój Merlinie, co mam zrobić? – Załamała dłonie jego żona, która czuła się całkiem bezradna. – Wezwę pomoc!
Chciała wstać, ale przytrzymał ją za rękę.
– Nie… – wycharczał. – To tylko… Ciężka noc.
Yenlla w niezdecydowaniu przygryzła wargę.
– Ktoś powinien cię obejrzeć. Natychmiast!
– Nie. Tylko nie do Munga – prosił.
A wtedy Yen przebiegł po plecach zimny dreszcz. Bo tak szczerze w pierwszej chwili nie pomyślała wcale o szpitalu, ale o… Snapie. To zabawne, jak szybko ponownie przywykła do myśli, że to on stanowi pierwszą instancję, do której powinna się zgłaszać w kryzysowych sytuacjach.
– Jesteś pewien, Remmy? – dopytywała. – To wygląda bardzo poważnie.
– Nie do szpitala, błagam.
Przypomniała sobie, jak bardzo jej mąż nie znosi magicznej lecznicy i jak paskudne ma stamtąd wspomnienia. Przyzwyczaił się do tego, że radzi sobie sam. Nie znosił litości… I tych spojrzeń.
– Oczywiście, kochanie – skapitulowała Yen. – Pomogę ci wstać, dobrze? Musisz się położyć.
Korzystając z pomocy Newtona, zdołała jakoś przetransportować Remusa do salonu i ułożyć na kanapie. Zupełnie zapomniała, że wystarczyło użyć różdżki, ale cóż… Taka już była. Błyskotka układała na stole podstawowe eliksiry i maści, Newton ruszył do kuchni po zapas gorącej wody, a Yen sięgnęła po bandaże. W końcu nie robiła tego pierwszy raz, miała długą praktykę. Kiedy Severus wracał ze spotkań Wewnętrznego Kręgu, to była prawdziwa rzeź. Nawet najpaskudniejsza pełnia biednego wilkołaka nie mogła się z tym równać.
Wymęczony Remus został obmyty, napojony eliksirami i troskliwie opatrzony. Nie mógł marzyć o lepszej opiece. Oparty na poduszkach i otulony kocem niemal natychmiast usnął.
Yen również opadła z sił, w końcu sama przeżyła dość bogatą w wydarzenia noc. Zwinęła się w kłębek na fotelu i oparła głowę na dłoni.
„Co ja najlepszego zrobiłam?", pomyślała udręczona i kompletnie zagubiona.
Czy to była kara? Podczas gdy ona… A wtedy Remus… Akurat wtedy, podczas pełni księżyca! Chyba zupełnie nie miała serca!
– Niech to szlag! – rzuciła na głos.
Patrzyła na pokiereszowaną twarz swojego męża i po raz pierwszy odczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Mimo ciepłej letniej aury zrobiło jej się przeraźliwie zimno. Zerknęła na uśpionego Remusa, a przed jej oczami zaraz zaczęły przemykać niechciane obrazy… Jego orzechowe oczy, ciepły uśmiech, szałas w lesie… Gwiazdy nad ich głowami i szumiące kojąco błękitne morze.
Przypominała sobie wszystko. Całą ich historię od początku do końca.
§§§
Nieco ponad dwa lata temu Yenlla Honeydell nadal była wściekła i zraniona. Właśnie wtedy przyszedł jej do głowy ten zwariowany pomysł i nie było nikogo, kto spróbowałby ją powstrzymać. Zaczęła pisać swój musical. W każdej wolnej chwili pracowała nad scenariuszem. Dialogi i piosenki same rodziły się w jej głowie i przeciekały na papier, ona musiała tylko nadążyć z ich spisywaniem. Pod koniec lipca pierwsza wersja była gotowa, ale nie całkiem usatysfakcjonowała Yen. Porwana twórczym szałem artystka wycinała, zmieniała i poprawiała. Piosenki były coraz lepsze, żarty złośliwsze, a tekst – coraz bardziej dla niej pochlebny. Z czasem wkradły się też do niego rzeczy, których z początku nie chciała tam umieszczać, fragmenty, które ją zdradzały, ale postanowiła je zostawić, bo tak było lepiej dla całości. Wreszcie na początku września rzuciła scenariusz na biurko swojego agenta, który miał wybadać potencjalne zainteresowanie materiałem, a potem znikła. Tak po prostu.
Yen czuła się wycieńczona psychicznie i fizycznie. Musiała odpocząć. Tak znalazła się nad morzem gdzieś w północnej Francji. Nie był to bynajmniej żaden kurort, nic z tych rzeczy. Trafiła na totalny koniec świata, gdzie nikt nie mógł jej rozpoznać. Wrzesień był chłodny i bardzo jesienny, dlatego pogoda idealnie odpowiadała jej nastrojowi. Panna Honeydell zatrzymała się w małym pensjonacie i większość dnia spędzała, snując się po opuszczonej, ponurej i zimnej plaży. Spacerowała tak rano, wieczór i w południe. Niespokojne morze współgrało z jej duszą. Miała nadzieję, że porywiste wiatry wywieją z niej cały duchowy chaos.
Myślała, że wszystko w jej życiu jakoś się ułożyło… A tymczasem rozsypało się jak domek z kart. Została z niczym. Znowu.
I właśnie tam, i właśnie wtedy stał się cud. Gdy pewnego wieczoru zeszła do sali jadalnej na kolację, przy jednym ze stolików dostrzegła Remusa Lupina. Był blady i wymizerowany, jak zazwyczaj. W końcu ostatnia pełnia wypadła ledwo dwa dni temu.
– Yen! – Poderwał się na jej widok. – Co ty tu robisz?
„Dobre pytanie", mruknęła do siebie w myślach.
Chociaż niespecjalnie miała ochotę na towarzystwo, uśmiechnęła się do dawnego przyjaciela najładniej, jak umiała, i dziarsko ruszyła w jego stronę. Remus usłużnie odsunął dla niej krzesło i Yen usiadła przy stoliku. Uprzejma kelnerka natychmiast dołożyła drugie nakrycie.
– Mogłabym zapytać o to samo – powiedziała. – A gdzie Tonks? Wyskoczyliście razem na wakacje? Szkoda, że pogoda jest taka kiepska, prawda? – rozpaplała się jak idiotka, zanim odebrała ostrzegawczy sygnał.
Mina Lupina powiedziała jej więcej niż tysiąc słów, nie musiał nic dodawać. Yen nigdy nie pomyślałaby, że to możliwe, ale najwyraźniej coś w tym związku poszło nie tak. Pożałowała, że zadała tak niedelikatne pytanie. I że nie interesowała się ich losem przez tak długi czas.
– Przepraszam – szepnęła.
Yen liczyła, że Remus nie powtórzy jej błędu. Ostatecznie fakty z jej życia osobistego powinny być powszechnie znane. Pewnie wszyscy już wiedzieli, że…
A jednak nie.
– Severus pewnie robi karierę w Świętym Mungu, co? – zagadnął, próbując zmienić temat.
No tak, Yen się przeliczyła. Nie mógł wiedzieć. Przecież prawie nikt nie wiedział. Niechętnie dzieliła się z innymi najbardziej upokarzającym epizodem swojego życia.
Uśmiechnęła się. To zawsze wychodziło jej najlepiej. I nadal uśmiechała się, kiedy łzy, jedna po drugiej, zaczęły kapać jej do talerza.
§§§
Spacerowali razem po plaży, mimo że paskudna pogoda bynajmniej do tego nie zachęcała. Ostra bryza uparcie próbowała zerwać Yen kolorowy szal, a Remus coraz ciaśniej owijał się staromodnym prochowcem.
– Nie jest ci zimno? Może powinniśmy zawrócić? – zaproponował.
– Nie, tak jest lepiej. Nie mogę znieść czterech ścian, duszę się! – rzuciła z egzaltowaną przesadą.
Na pustej, owiewanej bezlitosnymi podmuchami wiatru plaży znaleźli wreszcie nieco osłoniętą zatoczkę. Przed wichurą chronił ich wyrzucony na brzeg konar starego drzewa. Usiedli na piasku – wprawdzie zimnym i wilgotnym, ale w obecnym stanie ducha chyba niezbyt im to przeszkadzało.
– Teraz twoja kolej – przypomniała Yen. – Co się stało z Tonks?
– Odeszła. – Wzruszył ramionami.
– Nie – zaprotestowała Yen. – Kochała cię, nie odeszłaby tak po prostu. Powiedz, co naprawdę się stało.
– Musiała. Dla własnego dobra. Przeze mnie stała w miejscu. To było kompletnie bez sensu.
Yenlla cierpliwie słuchała opowieści, którą wyciągała z niego słowo po słowie, zdanie po zdaniu, katastrofę po katastrofie.
Młodą aurorkę, Nimfadorę Tonks, czekała wspaniała kariera. Została wytrenowana przez legendarnego Alastora Moody'ego, była członkinią Zakonu Feniksa i brała udział w Wielkiej Bitwie. Nie potrzebowała innych rekomendacji, aby szybko awansować. Jednak – jak wcześniej nauczyli się już Yen i Severus – ambicje zawodowe mają swoją cenę. Pożerają mnóstwo czasu. Po zamieszaniu z Lordem Voldemortem brytyjscy autorzy uzyskali światową renomę – w chrzcie ognia udowodnili, że są skuteczni i najlepsi. Nic dziwnego, że błyskawicznie z całego świata posypały się propozycje: „Chodźcie, sprawdźcie nasze zabezpieczenia i pomóżcie nam je zreformować". Zespoły aurorskie, które posyłano w świat, cieszyły się wielkim poważaniem i były wręcz rozchwytywane. Dla Tonks oznaczało to – skromny, bo skromny, ale zawsze – pierwszy wypad szkoleniowy do Szkocji.
– Pracowała bardzo ciężko i wiecznie była w rozjazdach – opowiadał Lupin. – Teleportowała się po kilka razy dziennie, starała się do mnie wracać. Wydawało jej się, że powinna o mnie dbać, bo… Wiadomo. Z każdym dniem była bardziej wycieńczona.
Yenlla nie wątpiła, że Tonks się starała. Na oko miała spore skłonności do poświęcania się w imię wielkiej miłości, tylko że… Na mądrą Rowenę, nikt nie chce być tą osobą, dla której ktoś musi się ciągle poświęcać. Remus Lupin nie był tutaj wyjątkiem.
– A tymczasem ja… Na wiecznym bezrobociu. Co mogłem jej zaoferować w zamian? Nic.
Niestety, po wojnie życie Remusa nie zmieniło się aż tak bardzo. Dla niego nie było żadnych przełomowych propozycji. Jedyna różnica polegała na tym, że po całym tym zamęcie i artykułach w prasie jeszcze trudniej przychodziło mu zatajenie swojej „przypadłości".
– Miała wyjechać do Australii – odezwał się po dłuższej chwili milczenia Lupin.
– Nie chciałeś się z nią zabrać?
– Ja… Miałem tu coś do zrobienia…
Yenlla zgodnie pokiwała głową. Wprawdzie ona nawet nie miała możliwości odmówić, bo Snape nigdy jej o to nie zapytał, ale wiedziała, że i tak nie wyjechałaby z nim do Niemiec. To byłaby bardzo zła decyzja.
– Teraz trudno mi powiedzieć, o co dokładnie poszło – podjął Remus. – Kłóciliśmy się. Prawie bez przerwy. Nie pamiętam dlaczego. Z perspektywy czasu to wszystko wydaje się kompletnie idiotyczne.
Towarzyszka niedoli odruchowo chwyciła go za rękę. Uśmiechnął się.
– Zostałaby dla mnie, a potem już zawsze by tego żałowała. Ty i ja wiemy, jak to jest zmarnować całe lata nie z własnej winy, Yenka. Co to znaczy żyć w zawieszeniu, wiecznie czekać, aż coś się zmieni. Jak gorzko smakują marzenia, których nie można zrealizować. Musiałem pozwolić jej odejść. Dora jest młodą dziewczyną i ma jeszcze całe życie przed sobą, a ja? Jestem starym, smętnym facetem, który nie dostał swojej szansy. To nie miało sensu. Od samego początku.
– Więc… Wyjechała?
– Tak.
Długo siedzieli obok siebie w milczeniu. Yenlla opatuliła się swetrem i zagapiła w horyzont. Niebo pociemniało, morze stało się jeszcze bardziej niespokojne. Zbierało się na deszcz.
A zatem wszystko jasne. Znaleźli się dokładnie w tej samej sytuacji. Odrzuceni jako najsłabsze ogniwa. Niech to szlag! Życie nie powinno być takie trudne. Przeżyli wojnę, najczarniejszy okres w dziejach czarodziejskiego świata. Teraz powinno być już tylko lepiej… Prawda?
– Czy naprawdę jest tak źle? – zagadnęła Yen, aby nieco zmienić temat. – Chodzi mi o pracę. Dlaczego nie wróciłeś do Hogwartu?
– To zamknięty rozdział.
– Myślałam, że to lubiłeś.
– Tak, oczywiście, ale… Miałem inne plany. Szkoda, że nic z tego nie wyszło.
– Jakie?
Zapadła pełna zakłopotania cisza.
– Założyłem fundację – wyznał nieśmiało, jakby ze wstydem.
– Fundację? Naprawdę? – zainteresowała się natychmiast Yen, wpatrując w niego błyszczącymi z podniecenia oczami.
– Tak. Pomyślałem, że musi nas być więcej. To znaczy… Och, sama wiesz, osób z „futerkowym problemem", jak nazywa to Łapa. Gdybyśmy zebrali się razem i zaczęli działać, coś musiałoby się zmienić. Zresztą, nieważne. To było głupie.
– Wcale nie! – zaprotestowała Yen. Uniosła się na kolana i przytrzymała się jego ramienia. – To świetny pomysł. Ilu macie członków?
– Pięciu – zaśmiał się gorzko Remus. – To moi starzy znajomi. Ludzie niechętnie się przyznają. To nie jest coś, czym chciałabyś się pochwalić publicznie.
– Ale to błąd! – krzyknęła Yen z przekonaniem. – Musicie nagłośnić tę inicjatywę w mediach.
– Nie, to byłoby szaleństwo. Samobójstwo!
– Wcale nie. Nie rozumiesz, Rem? Właśnie o to im chodzi! – dowodziła, z powagą spoglądając mu w oczy. – Dopóki się ukrywacie, robicie dokładnie to, czego społeczeństwo oczekuje. Sami grzecznie usuwacie się w cień. Schodzicie im z drogi i z oczu. Fundacja to wspaniały pomysł, ale wymaga ogromnego zaangażowania i odpowiednich środków. Po powrocie musisz mnie odwiedzić. Porozmawiamy z moim agentem!
– Ależ ja nie zamierzam występować w teatrze – przeraził się.
– To nieważne. Thomas jest geniuszem – zapewniła go szybko, znowu uspokajająco chwytając za rękę. – Na pewno coś wymyśli.
§§§
No więc przyszedł. Wprawdzie bardziej do samej Yen niż w sprawach fundacji, ale szelma zaciągnęła go do swojego menedżera. Thomas Starlight najpierw był absolutnie przerażony, a później – absolutnie zachwycony. Wilkołaki! Tak, to jest to! Działalność charytatywna zawsze sprawia dobre wrażenie, ale wilkołaki to absolutny majstersztyk! Odpowiednio skandaliczne, odpowiednio oryginalne, odpowiednio mniejszościowe… Wilkołaki idealnie pasowały do wizerunku niepokornej panny Honeydell. Świetny pomysł.
– Tak, tak, tak! – Kiwał głową raz po raz. – Na tym na pewno da się coś zbudować.
Machina ruszyła. Pojawili się dziennikarze, pijarowcy, spece od wizerunku i rozpoczął się klasyczny yenllowy cyrk – tyle że tym razem w słusznej sprawie. A że sama inicjatywa była interesująca i społecznie porywająca, kolejni zainteresowani ludzie znaleźli się sami. Oczywiście, na początku w fundacji panował totalny chaos organizacyjny, ale gdy tylko Remus Lupin nabrał wreszcie pewności siebie, narzucił kaganiec marketingowej karuzeli i przejął pałeczkę.
Pełnia Księżyca stała się faktem. I wielkim sukcesem. Wystarczyło tylko lekkie pchnięcie we właściwym momencie.
Yenlla, jako honorowy członek fundacji, pojawiała się podczas wszystkich demonstracji, a wraz z nią chciwa sensacji prasa. Jednak wilkołaki, te bezlitosne, krwiożercze bestie, na kolejnych fotkach w kolorowych magazynach wcale nie chciały wyglądać strasznie. To byli absolutnie przeciętni, zwyczajni do bólu czarodzieje. Tacy jak wszyscy. Sympatyczni. Ludzie zaczynali ich lubić. Ludzie nie widzieli problemu. Społeczność czarodziejów zgodnie powiedziała: TAK.
Yen i Lupin widywali się teraz całkiem często. Musieli, mieli wspólny cel. Samotna Yenlla, którą Nietoperz tuż po wojnie zaciągnął z powrotem do swojej nory, lgnęła do towarzystwa. A teraz znowu było jak dawniej: Remus, Syriusz, młody Potter. Wszystko na swoim miejscu. Śliczna kobietka coraz częściej popadała w sentymentalny nastrój i ciągnęła do nich jeszcze bardziej. Potrzebowała swojego miejsca na ziemi i wesołych ludzi. Swoich przyjaciółek, które odrzuciła, bo Severus za nimi nie przepadał. Świata, który znowu kręciłby się wokół niej.
I wygrała!
Jednak długo nie była pewna, jak potoczy się sprawa z Remusem. Ani czego właściwie by chciała… Ros i Kitty tylko uśmiechały się domyślnie. Oczywiście, kiedy już jej wybaczyły, że po raz kolejny je porzuciła.
Łatwo było zrobić rachunek zysków i strat. Mogła mieć albo ponurego, wiecznie wkurzonego Nietoperza, albo wianuszek osób, które ją uwielbiały. I nawet nie musiała dokonywać tego jakże trudnego wyboru, bo Snape sam wystawił ją za drzwi.
Nieskonkretyzowany romans toczył się powoli w swoim leniwym tempie. Żadnych deklaracji, żadnych gwałtownych ruchów, aby nie spłoszyć się nawzajem. Nie było już czasu na kolejne błędy i pochopne decyzje.
Dopiero podczas bożonarodzeniowego przyjęcia w niewielkiej siedzibie fundacji, która już wtedy nie wystarczała na ich potrzeby, coś się wreszcie wydarzyło. Nic dziwnego, Ros zadbała, aby jemioła praktycznie ściekała ze ścian i sufitu. Nie wiadomo, czy zrobiła to bardziej dla Yen, czy dla siebie i Syriusza.
Remus ją pocałował.
Obyło się może bez fajerwerków, ale było… dobrze. A przynajmniej zupełnie jej wystarczyło.
Oświadczył się w marcu i naturalnie został przyjęty. Bo i dlaczego nie? W międzyczasie stał się całkiem dobrą partią.
Kiedy dwa miesiące później Yen ślubowała mu miłość i wierność, była pewna, że robi to szczerze. Przecież go kochała… prawda? Oczywiście, że tak! Małżeństwo było dla nich najlepszym wyjściem z możliwych, po co czekać, na kogo? Wszak byli dla siebie nawzajem ostatnią szansą. Po nieudanych związkach zasłużyli wreszcie na trochę szczęścia i świętego spokoju.
Tak, to była właściwa decyzja.
Więc dlaczego piękna pani Lupin wszystko zniszczyła?
§§§
„Nigdy więcej!" obiecywała sobie solennie Yen. „Nigdy, nigdy, nigdy! Wypadek w teatralnej garderobie był błędem, chwilowym zaćmieniem, jednorazowym napadem obłędu. To już się nigdy nie powtórzy. NIGDY!", zarzekała się i z pewnością mocno w to wierzyła.
W wolnej chwili pobiegła na górę i ponownie wepchnęła swój kufer wspomnień na samo dno olbrzymiej szafy, a potem starannie przykryła go nowymi ubraniami, jakby bała się, że jej przeszłość lada moment ponownie wyrwie się ze skrzyni i zacznie nawiedzać ją w jej nowym, szczęśliwym życiu. Dosyć bzdur! Koniec! Finito! Przy następnej okazji po prostu spali to wszystko, i już!
Remus ocknął się w południe i wyglądał już znacznie lepiej. To był chyba jedyny plus jego szczególnej kondycji – błyskawiczna regeneracja. Choroba, która go wyniszczała, jednocześnie dbała, aby zbyt szybko się nie zużył. Czuł się lepiej i chętnie przyjął od Yen zupę ugotowaną wcześniej przez Błyskotkę. Smakowała bosko po paskudnej nocy i jeszcze gorszym poranku.
– Dziękuję – powiedział z wdzięcznością, a żona uśmiechnęła się do niego uroczo.
Popatrzył na jej podkrążone oczy i oczywiście zinterpretował to w niewłaściwy, ale bardzo pochlebny dla niej sposób.
– Przepraszam, nie chciałem cię martwić. Chyba niewiele dziś spałaś…
Zgrabne i śliczne kłamstwo samo wypłynęło na jej usta:
– Miałam złe przeczucia, nie mogłam zasnąć.
Gdyby tylko Remus poznał prawdę o tym, co naprawdę robiła… Och, to byłaby katastrofa!
– Może powinnaś odpocząć…
– Nie, nie! – zaprotestowała. – Czuję się dobrze i chętnie z tobą posiedzę. Lubię się tobą opiekować, kochanie – zapewniła szybko, a twarz jej męża, mimo zmęczenia i ciężkich przeżyć, natychmiast pojaśniała.
Yenlla pomyślała, że za to, co mu zrobiła, przez wieczność będzie się smażyć w najgłębszej otchłani piekła.
Przez cały dzień trzymała się blisko Remusa, praktycznie ani na moment nie oddaliła się od jego boku. Poprawiała poduszki, podawała eliksiry i soczki. Mimo że czuł się całkiem dobrze, nie pozwoliła mu wstać. Rozesłała sowy i załatwiła im obojgu urlopy na żądanie. Dzień po pełni księżyca nikt nie zadawał zbędnych pytań. Schowała wszystkie służbowe papiery, o które się upominał, i zamiast tego podała mu książkę.
Gdy dwie godziny później na parapecie w salonie pojawiła się znajoma sprytna sówka, Yen brutalnie zatrzasnęła jej okno przed dziobem. Czuła, że przynajmniej tyle jest winna mężowi. Nocą mogły wydarzać się różne rzeczy, ale w świetle dnia wszystko wyglądało inaczej. Najlepiej było po prostu o tym zapomnieć. Na zawsze. Jakby nigdy się nie wydarzyło. Oczywiście, wiedziała, że to nie rozwiąże sprawy, ale nie miała siły teraz o tym myśleć. Postanowiła, że pomyśli o tym kiedy indziej.
– Może to coś ważnego? – zainteresował się Remus, gdy drapanie za oknem nie ustawało, a jego żona uparcie udawała, że niczego nie słyszy. – Z teatru.
– Na pewno nie.
– Jesteś pewna? Nie chciałbym odciągać cię od prób tuż przed premierą.
Yen pokręciła głową i usadowiła się obok niego na kanapie.
– Nie przejmuj się tym, Rem. To nieważne. Zresztą, na razie nie będzie więcej prób. Premiera została przesunięta na jesień.
– Dlaczego?
– Cóż… – westchnęła ciężko, unikając jego wzroku. – Ten tancerz… On założył oficjalne zażalenie do komisji etyki…
– Co za bydlak! – Lupin aż poderwał się z miejsca. – Mówiłem, że powinniśmy pierwsi się z nim rozprawić. Możemy to jeszcze zrobić… Na pewno jest jakiś sposób.
– Nie, błagam, nie! – przerwała mu szybko Yen, która doskonale wiedziała, że sama namieszała i znalazła się w tej absurdalnej sytuacji na własne życzenie.
– Czego on właściwie chce?
– Uważa, że został zwolniony niesprawiedliwie. Ale nie to jest najgorsze… Zwrócił się z tym do komisji po mugolskiej stronie, więc odkręcanie całej sprawy zajmie znacznie więcej czasu.
– Czy może ci zaszkodzić?
– Nie. Władze teatru staną po mojej stronie.
– A premiera? – chciał wiedzieć Remus. – To chyba niedobrze, że się opóźni…
– Żartujesz? – zaśmiała się. – To najlepsze, co mogło się wydarzyć! Skandal od zawsze stanowi najlepszą reklamę. Bilety zostały wyprzedane na rok do przodu. To będzie wielki hit, bez wątpienia. A ja mam trochę czasu, aby się tobą zająć. Czyż to nie cudowne?
Podczas gdy pani Lupin odgrywała rolę anioła domowego ogniska, małe pazurki nadal drapały w parapet, niwecząc jej starania i przypominając o wszystkim.
– Przepraszam na moment – rzuciła i wybiegła na taras.
Chwyciła sowę, zabrała wiadomość i odesłała ją z powrotem bez odpowiedzi. Na liścik nawet nie spojrzała. Zaniosła go do kuchni i spaliła bez czytania. Coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że ciężka noc Remusa to jakaś przewrotna kara za jej chwilę zapomnienia.
§§§
Pod wieczór skontaktowała się ze swoimi przyjaciółkami. Potwornie zaniedbała je przez ostatnie tygodnie i obie początkowo potraktowały ją z dystansem. Ale gdy opowiedziała o nocnych kłopotach Remusa i zasugerowała, że przydałoby mu się towarzystwo, nie potrafiły jej odmówić. Rosmerta i Kitty gorliwie pojawiły się u państwa Lupinów wraz z partnerami i Yen mogła urządzić swoją małą imprezę. Trzy pary rozsiadły się na tarasie wśród zniewalającego zapachu kwiatów i klimatycznych chińskich lampionów. Zebranie w małej grupce jakoś przeżył nawet nieśmiały pan Johnson. Po przesławnej rocznicy ślubu on i Remus jakoś przypadli sobie do gustu, pewnie z powodu podobieństwa charakterów.
Yen zwyczajowo królowała w towarzystwie, skoro tym razem całym sercem postanowiła zaangażować się w spotkanie. Częstowała przekąskami i drinkami, śmiała się nawet z najbardziej żałosnych żartów i huncwotowych anegdotek oraz brała udział w idiotycznych gierkach towarzyskich, które ciągle wymyślał Syriusz, chociaż szczerze ich nienawidziła. Idealna żona, przyjaciółka i pani domu.
– Wyglądasz dzisiaj znacznie lepiej – zauważyła z uznaniem Kitty, która przydreptała za nią do kuchni. – Wydajesz się spokojniejsza i bardziej zrelaksowana.
Yenlla wolała tego nie komentować, więc tylko się uśmiechnęła.
– Dlaczego ZNOWU nie powiedziałaś nam o problemach w teatrze? – wyrzucała jej przyjaciółka. – Czy to dlatego ostatnio zachowywałaś się tak… dziwnie?
– Och, Kitty! – Yenlla padła na krzesło, dramatycznie załamując ręce. – Mam tego dosyć! Nie chcę o tym rozmawiać, nie rozumiesz? Chcę tylko, aby to się wreszcie skończyło.
Emocjonalna i wrażliwa z natury Kitty od razu się rozpłakała i rzuciła na nią z otwartymi ramionami.
I nagle wszystko znów było w porządku. A one wróciły na taras roześmiane i w jak najlepszej komitywie. Do przekupienia została Yenlli tyko o wiele bardziej nieufna Rosmerta, która tak niecnie knuła za jej plecami. Piękna pani Lupin jeszcze nie postanowiła, co z nią zrobi, ale rozważała kilka ciekawych opcji…
Przyjęcie trwało w najlepsze, gdy znajoma sowa pojawiła się ponownie. Yen jednak uparcie ją ignorowała. I tak zdziwiła się, że nadawca, biorąc pod uwagę jego przerośnięte ego, postanowił udawać, że nie zrozumiał aluzji. Zazwyczaj obrażał się znacznie szybciej i za mniejsze przewinienia. Dopiero gdy bezczelny ptak wylądował na środku stołu, omal nie wpadając do talerza Blacka, musiała zareagować. Chwyciła sówkę pod pachę i wymknęła się do ogrodu.
– Chyba faktycznie zatrudnię asystentkę – rzuciła przepraszająco. – Mam serdecznie dość tych listów.
§§§
Troskliwa żona przetrzymała Remusa w domu całe trzy dni. Mimo że bardzo się bronił, była nieprzejednana.
– Ostatnio pracowałeś niemal bez przerwy, należy ci się odpoczynek – orzekła. Jej mina nie pozostawiała złudzeń, że nie jest to kwestia otwarta do dyskusji.
Pan Lupin nie miał innego wyjścia, jak tyko oddać się w jej troskliwe ręce. I tym razem nie były to tylko puste słowa czy figura retoryczna. Yenlla opiekowała się nim z zaskakującą czułością i poświęceniem.
– Od tej pory nie pozwalam ci spędzać tyle czasu w ministerstwie i fundacji – zapowiedziała surowo i bardzo teatralnie. – Oddalamy się od siebie… Musiałeś to zauważyć.
Siedzieli razem w salonie późnym wieczorem. Remus czytał książkę, Yenlla znowu zwinęła się na fotelu i udawała, że potrafi robić na drutach. Już kiedyś próbowała tego przy łóżku innego rekonwalescenta. Jak zwykle wyglądała ślicznie w ciepłym świetle świec. Była urocza i była jego. Tym razem. I zapewne miała rację. Od pewnego czasu nie czuł, że musi się jeszcze o nią starać. To był błąd.
Lupin podniósł się, zbliżył do żony, pocałował w czoło i ukląkł u jej stóp. Yen zadrżały ramiona. Chyba coś ją dręczyło, ale nic nie powiedziała. Osunęła się na kolana obok niego i pozwoliła wziąć w ramiona.
– Wszystko będzie dobrze – obiecał Remus. – Wszystko da się naprawić.
Poczuła łzy pod powiekami. W tym momencie naprawdę tego chciała. Z całych sił. Najbardziej na świecie.
– Tak. Zróbmy to.
– Ale… – dodał niespodziewanie Remus i Yen zmarła.
– Tak, kochanie? – zapytała ostrożnie
– Najpierw chciałbym ci zadać jedno pytanie i proszę, abyś była ze mną szczera. Severus… Czy powinienem się o niego martwić?
Na moment zabrakło jej tchu, lecz szybko się pozbierała i zaatakowała go z całą mocą urażonej niewinności.
– Oczywiście, że nie! – krzyknęła, odsuwając się od niego. – Skąd ci to przyszło do głowy?
Remus wyglądał na zakłopotanego.
– Ros wspomniała, że widziała…
Yen nawet nie słuchała. Magiczna chwila prysła jak mydlana bańka. Nie czuła już tego rozkosznego wzruszenia, o nie. Była wściekła. Na dźwięk imienia wścibskiej przyjaciółki ciśnienie natychmiast jej podskoczyło.
– Nie wiem, co mówi Ros, ani co takiego widziała, ale na pewno źle to zinterpretowała – powiedziała zimno. – Ale naturalnie sam możesz wybrać, której z nas ufasz.
Remus zaczął protestować i łagodzić sytuację, ale było już za późno. Yen znowu straciła punkt oparcia. Czuła się zapędzona w kozi róg, a wtedy była nieobliczalna. W każdej chwili mogła zacząć drapać i gryźć w samoobronie.
§§§
Piękna Krukonka nienawidziła bezczynności – głównie dlatego, że bezpowrotnie straciła kilka najlepszych lat życia – więc gdy jej teatr pod koniec czerwca zbliżał się powoli do letniej przerwy, wystarała się o angaż w mniejszym teatrzyku. Miała występować w zabawnej rewii retro pełnej starych szlagierów, kabaretu i piór. Wielkim plusem był także brak Marisol, która nie przeszła castingu, i teraz wydawała się obrażona na cały świat. Razem z Yen dostała się tylko Amy Joe, zapewne ze względu na swój egzotyczny południowoamerykański akcent.
Pani Lupin odwiedziła swój macierzysty teatr, aby omówić strategię w sprawie namolnego latynoskiego tancerza z dyrektorem i udręczonym reżyserem pechowego musicalu, który w ciągu miesiąca niemal zupełnie wyłysiał. Sprawdziła również harmonogram kilku ostatnich prób i spotkań przed wakacyjną przerwą. Potem ruszyła przed siebie, zagłębiając się w mniej reprezentacyjne zakątki Witchwayu, gdzie jak grzyby po deszczu wyrastały podejrzane spelunki i malutkie teatrzyki. Czuła się świetnie i wyglądała ślicznie w szerokiej, powiewnej spódnicy i dobranym do niej lekkim gorsecie (a jednak!) nowego typu – nie miał stalowych fiszbin i stanowił raczej twór bluzkopodobny niż część bielizny.
Mimo że starała się przemykać bardzo ostrożnie, a w dodatku tylko bocznymi, mało uczęszczanymi uliczkami (dwa razy nawet się teleportowała!), nie zdołała uciec przeznaczeniu.
Severus Snape wyrósł przed nią jak spod ziemi.
– Czy twój dom został gdzieś przeniesiony przez rozszalałą trąbę powietrzną? A może straciłaś palce w jakimś tragicznym wypadku? – rzucił ironicznie, aczkolwiek nie tak lekko, jak zapewne zamierzał. Ciekawe, czy długo układał sobie tę przemowę w głowie...
Yen postanowiła być dzielna. Niemal udało jej się ukryć, jak bardzo obawiała się tego spotkania. Popatrzyła na niego z uprzejmym zainteresowaniem.
– Hm, nie. Nie zauważyłam – odpowiedziała obojętnie.
Severus postąpił krok do przodu, Yen w tanecznym piruecie odskoczyła dwa kroki do tyłu.
– Pisałem do ciebie.
– Ach, tak?
– Ale może list zatonął w morzu korespondencji od wielbicieli…
– Nie rozumiem, po co ten sarkazm. Naprawdę dostaję mnóstwo poczty. – Szelma wzruszyła ramionami.
Znowu to samo. Krok do przodu, dwa skoki w tył. Mistrzowi eliksirów zaczęła nerwowo drgać powieka, Yenlla zachowała irytujący spokój i wpatrywała się obojętnie w coś tuż nad jego głową. Kontaktu wzrokowego unikała jak ognia.
– Co się stało, pani Lupin? Czyżby spóźnione wyrzuty sumienia? – wysyczał złośliwie. – Zamierzasz mnie teraz unikać?
– Przykro mi, ale naprawdę nie rozumiem, o co chodzi. – Wcielenie niewinności w osobie pięknej Yenlli Lupin de domo Honeydell zamrugało wielkimi chabrowymi oczami. – A teraz, jeśli mi wybaczysz, jestem już spóźniona…
Yen zadarła dumnie głowę i spróbowała go wyminięć. Ponownie zagrodził jej drogę. Nie podobał mu się ten ton ani nagły chłód, a już najbardziej odgrywanie idiotki. Jeżeli w ten sposób chciała go do siebie zniechęcić, zdecydowanie spudłowała. Grając niedostępną, rzuciła mu wyzwanie.
– Nie porozmawiasz ze mną?
– Och, na Rowenę! – zirytowała się w końcu, paląc go nienawistnym wzrokiem. – Nie mamy o czym! A już na pewno nie tutaj, na środku ulicy!
– Jak chcesz.
Tym razem nie zdążyła odskoczyć. Snape chwycił ją wpół i natychmiast się z nią teleportował.
§§§
Yen poczuła szarpnięcie w okolicy pępka i zanim na dobre zorientowała się, co się dzieje, mistrz eliksirów już przyciskał ją do drzwi po wewnętrznej stronie swojego apartamentu. Rozpoznała mroczny korytarz, szafkę na buty, którą kiedyś zajmowała w całości, i obrzydliwy stojak na parasole, który Snape zwinął na pożegnanie z Grimmauld Place. Najwyraźniej nawet on bywał sentymentalny.
No i cały jej udawany spokój szlag trafił.
– Czyś ty oszalał?! – krzyknęła. – Nie możesz mnie, ot tak, porywać! Jesteś nienormalny!
Tym razem to on postanowił celowo niczego nie rozumieć.
– Chciałaś porozmawiać.
– Powiedziałam, że NIE chcę z tobą rozmawiać!
– Więc nie musimy nic mówić – zawiesił znacząco głos, jakby sugerował, że jest wiele innych rzeczy, którymi mogliby się w tym czasie zająć. Jego oczy połyskiwały ironicznie w mroku korytarza. Wydawał się całkiem z siebie zadowolony.
W Yen natychmiast zawrzała krew.
– Wypuść mnie! W tej chwili!
Spróbowała się wyrwać, ale ją przytrzymał. Poszukała ręką klamki, ale ją zablokował. Chyba świetnie się przy tym bawił.
– Snape, puszczaj!
– Przekonaj mnie.
W odpowiedzi kopnęła go w kostkę, lecz zniósł to mężnie. Dawniej mogłaby spróbować wbić mu szpilkę w stopę, jednak z wiekiem zrobiła się wygodna i leniwa – po cywilnemu zazwyczaj nosiła płaskie buty.
– Zostaw mnie! Nie jestem twoją zabawką, do ciężkiej cholery! – Miotała się dziko. – Nie możesz mnie wyrzucać na śmietnik, gdy tak ci wygodnie, a potem wracać, jak gdyby nigdy nic, i wywracać moje życie do góry nogami. Mam męża i jestem szczęśliwa.
– Kłamstwo.
– A co ty możesz o tym wiedzieć?! Jesteś tylko wrednym, starym, głupim Nietoperzem! Nie będziesz mi mówił, jak mam żyć!
Miała prawo być na niego wściekła. Miała prawo do pretensji, a nawet do wydrapania mu oczu. Może i faktycznie wcześniej na moment się zapomniała, ale przecież to nic a nic nie zmieniało. Chyba należały jej się w końcu jakieś wyjaśnienia!
Nic jednak nie wskazywało na to, że się ich doczeka.
– Za dużo mówisz – stwierdził nieoczekiwanie mistrz eliksirów.
Yenlla z wrażenia aż się zapowietrzyła.
– Słucham?!
– Komplikujesz zupełnie proste sprawy. Plus marnujesz czas na bezsensowne, kilometrowe rozmowy, które do niczego nie prowadzą.
Oszołomiona szelma kompletnie oniemiała, gdy rozpoznała swoje własne słowa. Dawniej wiele razy mówiła mu podobne rzeczy, a teraz bezczelnie rzucił jej to w twarz! Chyba na serio stracił rozum.
– Co takiego…? Ty…!
Ale było za późno. Zszokowana Yen na moment zapomniała o obronie, a mistrz eliksirów nie omieszkał tego wykorzystać. Pochylił się nad nią i zrobił dokładnie to, o co od początku mu chodziło.
Piękna Yenlla mogła być zła, wściekła, mogła ziać ogniem, lecz i tak nie potrafiła go odtrącić – o tym zdążył się już przekonać organoleptycznie trzy noce temu. Miękkie kolana nie zapewniły jej dostatecznie dobrego oparcia, aby mogła go odepchnąć. Jednak wkrótce cudem znalazła w sobie dość siły (albo przekory), żeby to zrobić.
– Puszczaj mnie, do cholery! – wrzeszczała wyprowadzona z równowagi Yen. – Co ty sobie wyobrażasz?! PUSZCZAJ!
– Przecież wcale cię nie trzymam.
Faktycznie. Bydlak zdążył w tym czasie ponownie nałożyć maskę doskonałej obojętności. Stał z rękami grzecznie splecionymi na plecach i tylko na nią patrzył. To Yen rozpaczliwie wczepiała się w niego wszystkimi wolnymi kończynami. Natychmiast go puściła.
– Nienawidzę cię! – zapewniła szczerze i z całego serca.
– A zatem okazujesz to w zaiste przedziwny sposób.
– Zamknij się!
Role się odwróciły. Tym razem to Yenlla ruszyła do przodu, a Snape wycofał się strategicznie, niepewny, co szalona kobieta zrobi. A szelma z całego wachlarza możliwości wybrała tę najbardziej nieprzewidywalną. Zachwiała się na lekko drżących nogach, poleciała w bok i wpadła na obrzydliwy, kradziony stojak na parasole, którego Black nadal namiętnie poszukiwał. Straciła równowagę i padła na podłogę, pociągając za sobą zdziwionego Nietoperza.
– Hm, czyżby tonksizm rozprzestrzeniał się niczym choroba weneryczna? – zapytał uprzejmie, unosząc się nad nią.
Położenie Yen niespodziewanie stało się jeszcze bardziej żałosne. Przyciśnięta do podłogi i unieruchomiona przez mistrza eliksirów prychnęła gniewnie. Rude włosy uwolniły się z wysokiego koka i rozsypały wokół niej. Swoim zwyczajem wyglądała malowniczo.
– Jak śmiesz mówić mi takie rzeczy?!
– A więc nie była to niezgrabność, lecz celowe działanie? – rzucił przewrotne. – Cóż, jeżeli chciałaś bawić się ze mną w ten sposób, mogłaś od razu powiedzieć. Nie musimy tego robić tutaj. W pokoju obok mam całkiem wygodne lóżko. Powinnaś o tym wiedzieć, skoro sama je wybierałaś.
– Ja wybierałam?! – oburzyła się. – Miało być okrągłe!
– Po moim trupie. To porządne mieszkanie, a nie burdel.
Yen zmrużyła złośliwie oczy. Miał tupet, aby opowiadać takie dyrdymały w podobnych okolicznościach.
– Doprawdy? Nie byłabym tak kategoryczna w ocenie.
Snape przewrócił oczami.
– Widzisz, słońce dni moich…
– Nie nazywaj mnie tak!
– …przez ostatnie tygodnie zachowywałaś się niemal cywilizowanie, a teraz znowu stajesz się wulgarna.
– Ty też jeszcze niedawno próbowałeś przebierać się za dżentelmena.
– Ależ ja nim jestem!
– Więc złaź ze mnie! Mam męża.
– A ja mam rum. Chcesz się wymienić?
Pochylił się nad nią na tyle nisko, że czarne włosy połaskotały ją w policzek. Pachniał tymi swoim przeklętymi eliksirami i papierosami. Racjonalna część Yen nienawidziła tego zapachu, jednak ta nieuleczalnie obłąkana aż skręcała się z tęsknoty za nim. Mimo to zdecydowanie odwróciła głowę w bok. Pod komodą w korytarzu nadal poniewierał się jakiś jej zagubiony kolczyk. Co za koszmar! To się nigdy, nigdy nie kończy!
– Poza tym, słońce dni moich… – wyszeptał jej prosto ucha, które sama przed nim nieopatrznie odsłoniła. Posłużył się najbardziej jedwabistym tonem, na jaki było go stać. – Jeżeli naprawdę zamierzałaś ostatecznie ze mną skończyć, dlaczego, do wszystkich diabłów, założyłaś gorset?
Punkt dla bydlaka. Jego sprawne dłonie bezbłędnie wyszukały miejsce, gdzie gorset łączył się ze spódnicą. Yenlla jęknęła nieświadomie i przymknęła oczy. Czuła jego usta na szyi i palce wędrujące tu i tam w poszukiwaniu zapięcia. Wprawdzie już wiedziała, że przegrała, ale planowała walczyć do końca.
– Nie ma zamka – rzuciła zaczepnie. – Będziesz musiał przegryźć się przez niego zębami.
– Myślisz, że tego nie zrobię?
– Fetyszysta!
– Każdy ma swoje małe słabości.
Świat odpływał gdzieś w dal. Cokolwiek jeszcze chwilę wcześniej motywowało Yen do oporu, obecnie rozpłynęło się w niebyt. Od początku nie miała najmniejszych szans, bo tak naprawdę chciała ponieść klęskę.
– Wiesz, jak to się skończy, Yenlla – kusił wciąż tym samym głosem, od którego dostawała gęsiej skórki. – Po co tracić czas? – najprawdopodobniej znów ją zacytował.
Uniosła dłonie, wplotła palce w jego włosy i przyciągnęła do siebie. Było jej już absolutnie wszystko jedno.
– Chodź – szepnął eony czasy później, chwytając ją z rękę i pomagając wstać.
Yen pozwoliła się poprowadzić, gdzie tylko chciał. Chociaż to zwykle było jedno, bardzo konkretne miejsce.
§§§
– Szlag, szlag, szlag! – zaklęła Yen, budząc się gwałtownie.
Czarna pościel, zielone kotary i srebrne wężyki. Właściwie miejsce, niewłaściwy czas. Gdyby działo się to dwa lata temu, wszystko byłoby w najlepszym porządku, ale teraz to zupełnie inna historia.
– Niech to szlag!
Wypadła z sypialni jak burza owinięta wyłącznie w czarne prześcieradło. Snape dumał w salonie na artykułem w „Nowoczesnym Warzycielu" czy innym podobnym periodyku. Ponownie w pełnej, czarnej gali i z przygładzonymi włosami. Niezniszczalny drań! Jak to się działo, że po każdym starciu zawsze tylko ona kończyła naga, rozespana i zdezorientowana?
– Dzień dobry – przywitał się raczej złośliwie niż grzecznie. Przynajmniej coś takiego sugerował jego ironiczny uśmieszek.
– Dzień dobry? – przeraziła się kompletnie rozbita Yen. – Już?! Już jest dzień? Który? – dopytywała, zerkając w okno w poszukiwaniu wskazówek. Jednak za zaciągniętymi kotarami mógł równie dobrze zapadać zmierzch lub wstawać poranek.
– Uspokój się, minęło dopiero kilka godzin.
– ILE?
Wzruszył ramionami.
– Co za różnica?
– Niech cię szlag, Snape! – powtórzyła Yen jak mantrę. – Mówiłam, że idę na spotkanie!
– Najwyraźniej nie było aż tak ważne.
Oczywiście wyczuł jej zamiary. Uchylił się, a pełna niedopałków popielniczka roztrzaskała się o ścianę tuż nad jego głową.
– Zacznę ci wystawiać rachunki – ostrzegł lojalnie.
Yenlla prychnęła jak wkurzona kotka.
– Gdzie moje ubranie?
– Zapewne tam, gdzie je rzuciłaś, słońce dni…
– Och, daruj sobie!
Wymaszerowała oburzona i obrażona, potykając się o prześcieradło. Wreszcie z irytacją (a może i z premedytacją?) cisnęła je na podłogę i dalej powędrowała au naturel.
Mistrz eliksirów kręcił głową, słuchając kolejnej serii soczystych klątw, które z pasją miotała pod jego adresem. Yen zwykle była czystym, żywym płomieniem, ale teraz mógłby wręcz postawić na niej kociołek i zaoszczędzić na drewnie.
Powróciła do salonu ubrana i jeszcze bardziej zezłoszczona. Kolorowa spódnica kołysał się ładnie na biodrach, ale gorset zwisał na niej smętnie i podejrzanie. Odwróciła się do Snape'a bokiem i z wyrzutem wskazała rozdarcie na materiale. Posłusznie sięgnął po różdżkę. Yen znów prychnęła i zebrała włosy w nieporządny, artystyczny węzeł na czubku głowy.
– Wyglądasz na przemęczoną – stwierdził Severus fachowo. – Powinnaś mniej pracować. Albo więcej spać.
Omal nie zabiła go wzrokiem.
– Mówiłam ci już, że praca w Mungu nie uprawnia do stawiania diagnoz. To nie twój interes.
– Zawsze możesz skorzystać z mojego łóżka, jeżeli twoje już ci się znudziło – dodał mimochodem.
Yenlla wydała z siebie dziki kwik śmiertelnej urazy, po czym natychmiast wyszła, z rozmachem trzaskając drzwiami.
– Do jutra – mruknął pod nosem.
– Prędzej szlag mnie trafi! – wrzasnęła buntowniczo Yen z korytarza.
Potem słyszał już tylko jej szybkie kroki, gdy zbiegała ze schodów.
