„Osobliwa plama po kawie na horyzoncie zdarzeń"
Tak przechrzciłem tytuł mojej wielogodzinnej mordęgi (pracy) nad zobrazowaniem, jedynie z pomocą węgla i ołówka, modelu Sagittariusa A, gdy nieumyślnie potrąciłem łokciem prawie, ale tak naprawd e, opróżniony kubek zimnej kawy. Napój rozlał się po papierze, tworząc złoto-brązową mapę Stanów Zjednoczonych w samym epicentrum Drogi Mlecznej.
— Noż ch... olera jasna! Szlag by to!— O wiele bardziej kwieciste słownictwo pchało mi się na język, skutecznie jednak udało mi się odeprzeć chęć wyklęcia, pod niebiosa, wszystkich kobiet, przyrodzeń i dzieci pokroju mojego oprawcy.
— Zawahałem się przy „ch" — O wilku mowa — Ale wybrnąłeś, więc ci odpuszczę.
Odwróciwszy wzrok od pochłoniętego kawową gehenną dysku akrecyjnego, spojrzałem na rozciągniętego i w pełni rozluźnionego współlokatora alias największ ę, jaką los mógł zesłać pod mój nos.
Rzucanie w jego stronę zawistnych spojrzeń miało się na nic - jedynie prychał niczym kot-paniczyk i groteskowo przewracał oczami. Słowa również zdawały się, w przypadku tego ewenementu, pozbawione jakiegokolwiek sensu. Przez lata wypracował sobie strategię jak doprowadzać swoją stoicką postawą moją osobę do szewskiej pasji. Samo spojrzenie na ten „niewinny" uśmieszek było jak cios policzek - drugiego bynajmniej nie mam zamiaru nastawiać.
— Uwierz, że jestem na granicy wytrzymałości, Aleksandrze — odparłem cicho, spoglądając na jego ułożoną pod dziwnym kątem sylwetkę. W dłoniach trzymał niedawno wypożyczony egzemplarz książki Hawkinga. Z jednego ucha bezwiednie zwisała mu słuchawka i nawet będąc w pewnym oddaleniu, mogłem usłyszeć głos jakiegoś rapera i jego mało kulturalny zasób słów.
Śmiech na sali proszę państwa, cóż za istna hipokryzja z jego strony. Przeklniesz w jego towarzystwie - jak śmiałeś w ogóle to zrobić!? - ale już mania na punkcie undergroundowych kawałków jest w pełni akceptowalna. Paradoks Banacha-Tarskiego*, psze państwa.
— Wciąż nie rozumiem, po co tak bardzo się starasz — powiedział Aleksander, przewracając spokojnie stronę książki — Przecież profesor Franklin da ci zaliczenie, nawet jeśli weźmiesz jakieś argumenty z pierwszego lepszego forum dla astromaniaków.
— Nie jestem płaskoziemcą, żeby opierać swoje poglądy na bzdurach wyczytanych w Internecie — odparłem, odwracając się z powrotem w kierunku Sagittariusa A, skąpanego w zaschniętej już plamie.
Faktem było, iż profesor Benjamin Franklin bywał restrykcyjny, jeśli chodziło o sposób jego nauczania - gdy ktokolwiek odważył się pisnąć, choć słówko podczas jego wykładu, był bezceremonialnie wyproszony z sali, a w ramach zadośćuczynienia musiał napisać esej na omawiany na danych zajęciach temat. Niemniej jego najbardziej rozpoznawalną, wśród studentów, cechą, było to, że nie przykładał większej uwagi do rzetelnej oceny prac pisemnych, czy w ogóle jakichkolwiek zadań. Stąd też, gdy jakiś delikwent otrzymał w ramach kary referat, mógłby wypisywać tam nawet nic nie znaczące wstawki, a i tak dostałby zaliczenie. Niech dowodem na to będzie, gdy takową karę otrzymał Hercules Mulligan, jeden z bliższych przyjaciół tej zapatrzonej w siebie cholery imieniem Aleksander, i w pracy o magnetosferze jako „tarczy przeciwk słonecznemu" wrzucił zdanie o przejęciu kontroli nad światem przez ponadprzeciętnie inteligentne dinozaury z Indominusem Rexem na czele, dostał solidne zaliczenie na cztery mniej. Tak się kończy pisanie pracy przy jednoczesnym oglądaniu mało znaczącej, z punktu naukowego, produkcji o wskrzeszaniu dinozaurów.
Uniosłem poległe dzieło z nikłą nadzieją, że może istnieje jeszcze szansa ratunku. Niestety.
Westchnąłem i z goryczą zgniotłem centrum naszej galaktyki, a następnie niezbyt celnie cisnąłem nią w kierunku kosza, znajdującego się na drugim końcu pokoju. Oczywiście prowizoryczna piłka odbiła się od ściany i wylądowała obok pojemnika, a widząc to Aleksander, nie mógł oczywiście się powstrzymać i wydał z siebie dziwny, skrzeczący odgłos.
— Jeżeli kiedykolwiek będą szukali jakiegoś śmiałka, który wyruszy w podróż w jedną stronę do Czarnej Dziury, spodziewaj się, że w twoim imieniu się zgłoszę — powiedziałem, powoli podnosząc się z niewygodnego fotela i kierując w stronę śmietnika.
Aleksander uniósł spojrzenie błękitnych oczu znad lektury i bezceremonialnie wpatrywał się w moją osobę. Usilnie starałem się go ignorować, ale nawet będąc odwróconym do niego tyłem, czułem, jak niemal wypala we mnie dziurę tym swoim świdrującym wzrokiem.
— W sumie, mogę to zobaczyć? — zapytał niespodziewanie, gdy właśnie podnosiłem zawiniątko.
Spojrzałem na niego z wahaniem, na co chłopak przewrócił zirytowany oczami.
— No przecież i tak to zniszczyłeś, więc gorzej być nie może...
— Mam ci przypomnieć, jak podczas ogniska integracyjnego na pierwszym roku, próbowałeś „naprawić" dogasający niewypał i omal nie spowodowałeś pożaru pobliskiego lasu?
— Powtarzam po raz setny: nie wziąłem pod uwagę prędkości i kierunku wiania wiatru oraz tego, że brzoza, rzeczywiście, jest niezłą podpałką. Reszta poszła jak domino.
— Domino, które sam pchnąłeś — prychnąłem, wzdychając.
Na moje usta wypłynął mimowolny uśmiech, gdyż wspomnienie tego feralnego dnia, natychmiast przywołało widmo przeszłości z Aleksandrem w roli głównej. Znałem go od przeszło czternastu lat, gdy podczas zajęć przyrodniczych w podstawówce zostaliśmy przydzieleni do tej samej grupy, która miała zasiać kwiaty wzdłuż szkolnego muru.
Ekstrawertyczny chłopiec z wiecznie rozwichrzonymi brązowymi włosami już od najmłodszych lat potrafił, pokazać na, co go stać. Ilekroć w jego oczach pojawiał się charakterystyczny blask, wiadomym było, że Aleksander wpadł na pomysł - a to mogło zwiastować tylko jedno: kłopoty. To właśnie tego wiosennego dnia, czternaście lat temu, przekonałem się o tym po raz pierwszy, gdy mały Aleks w szale zwyzywał nauczycielkę, tylko dlatego, że próbowała dać mu jasno do zrozumienia, iż nie mamy możliwości, aby z tych kilku marnych sadzonek ułożyć flagę Stanów Zjednoczonych. Szczęśliwie nie doszło do żadnych rękoczynów, bo zainteresowany małym zamieszaniem wuefista, zdążył odciągnąć Aleksa, zanim na dobre rozpętała się burza.
— I tak ci nie ufam — powiedziałem, rzucając w jego kierunku śmieć, który oczywiście bez problemu złapał. Koszykarz się znalazł.
Podczas gdy mój współlokator rozwijał papier, ja całkowicie ignorując jego obecność, ponownie zasiadłem do biurka i zacząłem zastanawiać się nad tym, co dalej począć. Znowu zabrać się za szkic Sagittariusa A, czy zwyczajnie wydrukować jego zobrazowanie, które kilka lat temu udostępniła NASA*? Nie lubię chodzić na łatwiznę - to właśnie powód, dla którego zdecydowałem się spróbować zilustrować własnymi siłami tę przeklętą Czarną Dziurę. Jednocześnie jednak, na samą myśl o spędzeniu kolejnych godzin, a nawet dni, nad kartką papieru, dostawałem szału.
— Aleś to spier... zepsuł — urwał natychmiast, przypominając sobie o naszym głupim zakładzie sprzed roku.
— Spostrzegawczy jesteś, Hamilton — zadrwiłem, nie odwracając nawet głowy.
Usłyszałem skrzypienie sprężyn w nadwyrężonym materac a. Lekko odchyliłem głowę, z zaciekawieniem obserwując, co ten dewiant znowu wymyślił. On zaś łaził po całym pokoju, unosząc kartkę pod światło i w zamyśleniu pocierał podbródek wierzchem dłoni - Myśliciel Rodina za baksa się znalazł. Choć nie, tamten siedzi sobie grzecznie w Paryżu i nikomu nie zawadza.
Z cichym westchnieniem ponownie odwróciłem się w stronę biurka. Przyciągnąłem do siebie laptopa i dziękowałem Bogu, że nie wpadłem jeszcze na pomysł, aby pisać odręcznie resztę pracy. Nie jestem aż tak ambitny, żeby katować swoją rękę, pisząc ciurkiem po dwóch stronach arkusza pięćdziesięcio stronicową pracę o istnieniu Czarnych Dziur. Zwłaszcza że przerysowanie modelu obrazującego zagięcie czasoprzestrzeni bazujące na ogólnej teorii względności Einsteina, było już gwoździem do mojej trumny.
Podczas gdy Hamilton mrucząc coś niewyraźnie pod nosem, ciągle robił nam dziury w podłodze, zająłem się ponownym, kij wie już którym, sprawdzeniem, czy aby na pewno w pracy nie ma żadnego błędu, a format nadaje się do wydruku. Brakuje mi jeszcze do szczęścia literówki na ostatniej stronie albo braku przecinka na pierwszej.
— Ej, bo kosmos tak po prawdzie nie ma koloru, prawda? — zapytał nagle.
Odwróciłem się w jego kierunku, z powątpiewaniem, mając nadzieję, że tylko się przesłyszałem. Daremnie, Aleksander patrzył na mnie poważnym wzrokiem, godnym polityka na konferencji prasowej, zapytanego o swoje domniemane romanse.
— Aleksandrze mój drogi, czy znowu za bardzo balowałeś ostatnimi czasy z Johnem i bliźniakami Laffayette, zapominając, żeś jest na drugim roku studiów na kierunku astrofizyka?
Chłopak głośno prychnął, przewracając oczami, a następnie, rzucił mi zirytowane spojrzenie.
— Skąd w tobie tyle sarkazmu, Burr?
— Masz dwadzieścia lat i pytasz mnie, czy próżnia ma kolor... sam się o to prosisz. — odparłem spokojnie, starając się nie zaśmiać. A w tamtym momencie, to było doprawdy trudne zadanie.
Hamilton mruknął niewyraźnie, po czym podszedł do mnie i położył pognieciony kawałek papieru na biurku, tuż przed moją twarzą. Przez chwilę zerkałem zdezorientowany to na papier, to na niego, zastanawiając się, co znowu wymyślił. Przez kolejną minutę stał nade mną, opierając jedną dłoń o biurko, a drugą o biodro i patrzył wyczekująco. Czy on naprawdę oczekuję, że czytam mu w myślach? Fakt, znamy się długo, ale nie jesteśmy na tyle dobrymi przyjaciółmi, zasadniczo wcale nimi nie jesteśmy, by zawiązała się między nami nić telepatii. Westchnąłem głośno, jak więzień skazany na dożywocie - a żyjąc w jednym pokoju z Aleksandrem, tak właśnie się czułem - i zwróciłem wprost do niego:
— Tak kosmos nie ma koloru, bo światło nie ma się od czego odbijać. A teraz łaskawie, wytłumaczyłbyś mi, co to ma do rzeczy?
Co całkowicie mnie zaskoczyło, Aleksander natychmiast się rozpromienił, a jego twarz rozjaśnił szeroki, hollywoodzki uśmiech. Pochylił się nad kartką, jedną dłonią trochę zbyt gwałtownie obracając w tę samą stronę moją głowę. Stęknąłem boleśnie, ale oczywiście jaśnie pan Aleksander Hamilton nie zważał na krzywdę, jaką mi robił. Przyrzekam, że kiedyś go zabiję - jeśli nie wyślę w głąb Czarnej Dziury, to zrobię to własnymi rękami.
— Rozwiązanie jest prostsze, niż myślisz, Burr — powiedział, wyrywając mnie z bezaleksandrowej krainy szczęścia i rozkoszy. A gdyby go tak zaciągnąć na jakieś pustkowie i postrzelić, a następnie gdzieś zakopać? Nie, echo wystrzału mogłoby się za bardzo ponieść. —Dysk akrecyjny wiruje z taką prędkością, że budujące go cząsteczki, wytwarzają światło oraz promieniowanie... eh... rentgenowskie, prawda? Wybacz, ostatnio zajmowałem się w odszukiwanie egzoplanet metodą tranzytu. Zresztą Czarne Dziury to twoja działka.
Kiwnąłem ostrożnie głową, z zaciekawieniem wysłuchując co, ten niepozorny arogant, znowu wymyślił.
— A więc światło dysku, tak jak światło Słońca, sprawia, że wszystko, co widzimy nad, pod i obok niego jest bezdenną czernią, w której nie widać nawet gwiazd.
— Aleks, proszę cię, to wiedzą dzieci w podstawówce, przejdź do konkretów.
— Ale w tym rzecz właśnie! — zakrzyknął uradowany, a ja musiałem aż cofnąć głowę. Jeszcze głuchoty do szczęścia mi brakuje, a jak tak będzie się darł mi do ucha, to z pewnością w niedługim czasie się jej nabawię. — Jako studenci i przyszli ludzie nauki szukając rozwiązań, odnosimy się do skomplikowanych równań i teorii, których szary zjadacz chleba nie pojmuje. A być może właśnie chodzi o coś znacznie prostszego?! Żeby powstało coś trudnego, musiało to ewoluować, a więc idąc wstecz, dochodzimy do punktu wyjścia. Wszystko zaczyna się od podstaw!
Gorączkował się tak bardzo, jakby właśnie doszedł do jakiegoś wiekopomnego odkrycia - a mówił o czymś oczywistym, co jednak wciąż nijak miało się do kawowej plamy na moim rysunku. Oczywiście, że wszystko zaczyna się u podstaw, to tak jak z człowiekiem - najpierw pojawiamy się jako niczego nieświadome bobasy, takie trochę puste naczynia, a z wiekiem zapełniamy się wiedzą, doświadczeniem i emocjami, a więc można by rzec, że „ewoluujemy" jako człowiek, jak każdy inny.
— Chyba nie rozum... — Zanim zdążyłem dokończyć, szatyn przerwał mi, pstrykając palcami prosto w moją potylicę. Jemu chyba naprawdę w życiu atrakcji brakuje.
— Chodzi mi o to, abyś, zamiast wyrzucać coś, nad czym tak długo ślęczałeś i przypadkowo zniszczyłeś, to wykorzystał ten defekt. — oznajmił z szerokim uśmiechem mężczyzna.
Wciąż nie do końca rozumiałem, co takiego miał na myśli, więc bez słowa i cienia zrozumienia, nadal wpatrywałem się jego ponoć przystojną (nie mnie to oceniać) twarz.
— Rozlej kawę na reszcie kartki i zrób z tego kosmos. Dorysuj ewentualnie jakieś białe punkciki, jako inne ciała niebieskie. — powiedział w końcu.
Rozlej kawę i zrób kos... chwila moment, co? Natychmiast chwyciłem w dłonie kartkę z czarnym rysunkiem Sagittariusa A oraz złoto-brązową plamą, która teraz nie miała bliżej określonego kształtu. Stany Zjednoczone albo zniknęły, albo rozrosły się na oba otaczające je oceany.
— Nie uważasz, że to trochę dziecinne?
— Przecież właśnie w tym rzecz, próbuję ci to wytłumaczyć od początku, Aaronie! — Był wyraźnie pobudzony, ale z jego oczu mogłem wyczytać frustrację, którą powodowałem najpewniej ja sam. A fakt, że użył mojego imienia, zamiast jak w zwyczaju nazwiska, tylko to przypuszczenie potwierdził.
Odwróciłem wzrok, kładąc na biurku pracę i starając się ją, chociaż odrobinę naprostować, zacząłem intensywnie myśleć.
W zasadzie to nie był wcale taki głupi pomysł. Co prawda w ogóle nie w moim stylu, bo zawsze, odkąd pamiętam, miałem przypiętą łatkę ucznia, który wszystkie prace wykonuje sumiennie i wzorcowo. Taka odmiana w formie dodania do pracy czegoś... awangardowego, jak na mnie może okazać się czymś, co albo mnie pogrąży w oczach profesora Franklina, albo wzbudzi jego aprobatę. Skoro pozwala, aby w pracach jego studentów znajdowały się bezsensowne wstawki o dinozaurach, to czemu nie mógłby przeboleć modelu centrum Drogi Mlecznej przypominającej twór przedszkolaka.
Odetchnąłem głośno. Złapałem kubek, w którym uprzednio znajdował się zdradziecki napój i ostentacyjnie wystawiłem go w stronę wciąż zwisającego mi nad głową Hamiltona.
— Byłbyś tak miły Aleksandrze i zrobiłbyś mi kawy?
