A/N: Uwzględniłam informacje zawarte w dodatku "Le Dessert"
Ryō Kurokiba wiedział, czego pragnął. Gdy raz sobie coś postanowił, nie było takiej siły, która powstrzymałaby go przed próbą realizacji tegoż postanowienia, tym bardziej, że kiedy wchodził w swój tryb kucharski mało kto, jedynie członkowie Elitarnej Dziesiątki i Gwiazdy Polarnej, ważył się mu przerwać. Nie ważne, co to było, zawsze starał się doprowadzić to do samego końca z największym możliwie sukcesem.
Tym razem jego celem było podarowanie Alice prezentu na jej urodziny, będące ledwie dwa miesiące przed zakończeniem ich edukacji w Akademii Tōtsuki. Uważał, że nie mogła pokazać się na uroczystości bez czegoś, co nie podkreśli jej nietypowej w Japonii skandynawskiej urody. Pragnął sprawić Alice w prezencie coś wyjątkowego, dorównującego jej pięknem, klasycznego i z pazurem jednocześnie. Problem leżał jednak w tym, że... nie wiedział, co to mogłoby być. Może to przez obawę o odkrycie jego planu, w końcu jego panienka należała do osób niezwykle ciekawskich, a może dlatego, że przebywał z nią już tyle lat, że nie wiedział, czym mógłby ją zaskoczyć. Mając nie aż tak dużo czasu, trzy tygodnie do urodzin Alice i pięć dni do kolejnego wyjazdu Yukihiry (cudem udało się go przekonać, by został trochę dłużej), który niespodziewanie wrócił na przerwę noworoczną, udał się do Gwiazdy Polarnej, aby tam zasięgnąć rady.
-Ryō, co tam? Może skusisz się na kalmara?- zawołał Sōma w połowie schodów, gdy tylko przekroczył próg budynku.
-Spróbuj tylko, a nie żyjesz!
Miarowy krok Pierwszego Krzesła niósł się echem po praktycznie opustoszałym akademiku, gdyż większość jego rezydentów przebywała na feriach u swoich rodzin, nieliczni zaś zostali, by szlifować swoje umiejętności w innych niż zwykle klubach. Jedynie on i, jak się okazało chwilę później, Tadokoro znajdowali się w tamtym momencie w budynku. Nawet ucieszył się, że to właśnie ich zastał, uważał, że oni naprawdę mogli mu pomóc. Zwłaszcza Dziesiąte Krzesło, której udało się zasłużyć na jego uznanie, bo choć przegrała, nie mógł nie docenić siły, która kryła się w jej daniach. Poza tym potrzebował kobiecej opinii, a wiedział, że na dyrektorkę lub jej sekretarkę nie ma co liczyć, jeśli chciał, by plan wypalił.
Zaparzywszy herbatę, każdy swoją ulubioną, idealnie odpowiadającą charakterowi, cała trójka zasiadła przy stole w kuchni. Niemalże od razu przeszli do rzeczy.
-Dobra, stary, o co chodzi?
-Potrzebuję rady odnośnie wyboru prezentu- oznajmił prosto z mostu specjalista od owoców morza. -Mam fundusze, ale nie mam pomysłu. Żadnego.
-Czyli mówisz, że mamy ci po...- wesoła mina Sōmy została zgaszona przez mordercze spojrzenie.
-Nie waż się tego mówić. Przyszedłem po RADĘ.
-Ryō, czy mógłbyś powiedzieć mi, co chciałbyś uwzględnić w tym prezencie?- wtrąciła Megumi. -Chodzi mi o emocje, które chciałbyś przekazać jej tym prezentem... Wybacz, nie chciałam cię zdenerwować!- pisnęła, widząc jego, delikatnie rzecz ujmując nerwową, nawet jak na jego osobę bez bandany na głowie, reakcję.
Nigdy nie mówił tego głośno, nie miał w zwyczaju rozmawiać z innymi o takich sprawach, a co dopiero samemu ująć w słowa swoje uczucia dotyczące pewnej osoby. A jednak szczere spojrzenia dwójki przyjaciół sprawiły, że słowa zaczęły wprost wypływać z jego ust. Mówił o wszystkich drobnych rzeczach, jakie zauważał, o ich wspólnych chwilach, o tym, jak bardzo pragnął ją uszczęśliwić swym gotowaniem. Zwłaszcza to ostatnie zdawało się interesować Sōmę, którego wyraz twarzy zdradzał swego rodzaju zamyślenie i nostalgię. Trwało to tylko przez kilka sekund, a po chwili dumania czerwonowłosy nastolatek podniósł głowę i zapytał:
-Co powiedziałbyś na perły?
-Hę?
-Alice mieszkała przez większość życia w Europie, ty zresztą też, prawda?
-No tak...- Ryō nie do końca wiedział, co powinien powiedzieć.
-Oh, wiem, co masz na myśli!- Megumi klasnęła w ręce. -Perły są popularne tak w Japonii, jak Europie! Od zawsze ceniono je za unikalny połysk i idealny kształt - choć są też perły barokowe, nieregularne - i wiązano je z księżycem i kobiecością! Symbolizują szczerość, wierność, a także mądrość zyskaną z upływem czasu. Mówi się także, że kiedy podaruje się je ukochanej osobie, to uchronią one przed łzami!
-A nie chodziło przypadkiem o panny młode?- Sōma przysunął się do niej z badawczym spojrzeniem.
Dziewczyna nagle speszyła się i zaczęła dukać niewyraźnie pod nosem.
-To Takumi tak powiedział!
-Dobra, dobra, już cię nie męczę...- zachichotał, notując jednocześnie tę uwagę. -I jak, Ryō, co powiesz?
-Hmm... to dosyć ciekawe. Zainteresowaliście mnie. Dobry pomysł.
-W takim razie pozwól, że coś załatwię!
Odszedł na parę minut od stołu i wykonał telefon, jak gdyby wiedział, z kim powinien się skontaktować. Gdy skończył rozmowę, zwrócił się w stronę patrzących na niego z ciekawością Ryō i Megumi i uśmiechnął się szeroko.
-Załatwione! Pojutrze jedziemy do dystryktu Ginza!
#^#
Luksusowy dystrykt handlowy Ginza, podobnie jak reszta Tokio, żył własnym życiem. Czworo członków Elitarnej Dziesiątki maszerowało w miarę spokojnie, jednocześnie zaglądając w każdą witrynę. Przyzwyczajeni do restauracji, hurtowni towarów i hal gastronomicznych zachwycali się produktami wysokiej jakości, niektórzy mniej (Ryō i Akira), inni bardziej otwarcie (Sōma i Megumi), wbijając spojrzenia w ekspozycje. Co jakiś czas zatrzymywali się, by przyjrzeć się bliżej niektórym produktom.
Kiedy szli tamtego ranka na pociąg do Ginzy, Sōma stwierdził, że Jesienne Trio, jak nazywał siebie i dwóch pozostałych uczestników finału Wyborów Jesiennych, powinno razem tam pójść, dlatego zaciągnęli ze sobą białowłosego mieszkańca Instytutu Shiomi. Na początku Hayama opierał się i protestował, mówiąc, że nie ma ochoty nigdzie wychodzić przy padającym śniegu, jednak po dłuższych namowach - i drobnej pomocy ze strony nauczycielki - udało się go przekonać. Koniec końców stwierdził, że odrobina ruchu mu nie zaszkodzi, a jak zauważył czerwonowłosy kucharz, na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech. Entuzjazm Sōmy zdawał się przechodzić na wszystkich członków niewielkiej grupki maszerującej wśród szklanych budynków i ciemnych parasoli przechodniów, chroniących się przed śniegiem.
Wreszcie dotarli na miejsce. Zasiadający na Pierwszym Krześle Sōma wszedł pierwszy, tuż za nim Ryō, po nim Megumi, a pochód zamykał czujny na wszystko Akira. Powitał ich mężczyzna w średnim wieku, odziany w nieformalne, acz eleganckie ubranie. Jego twarz zdradzała lekkie zdziwienie młodym wiekiem klientów, co na szczęście nie przeszkodziło mu w zachowaniu profesjonalizmu. Potwierdziwszy wizytę, zaczął oprowadzać ich po sklepie, opowiadając jego historię oraz opisując poszczególne rodzaje pereł, w których przecież firma się specjalizowała, wymieniając ich cechy, pochodzenie oraz przedział cenowy, w jakim się znajdowały.
W pewnym momencie, gdy przeszli na kolejne piętro, coś, a dokładniej błysk naszyjnika, przykuło uwagę Ryō. Zbliżył się do gabloty, w której spoczywały okrągłe dzieła natury, oprawione w złoto, srebro lub platynę. Nie przypominały one jednak niczego, co wcześniej widział, ich kolor bowiem był głęboki, ciemny, niczym skandynawskie niebo podczas nocy polarnej, a jednak lśniły identycznie jak jasne, dotąd mu znane perły. Pochylił się, by przyjrzeć się im jeszcze bliżej, gdy sprzedawca podszedł do niego z uśmiechem.
-Ah, widzę, co przykuło pańską uwagę... To perły Mórz Południowych, cenione za swój niezwykły, ciemny kolor. Występują one w różnych odcieniach...
-Myślałem, że perły są białe- mruknął Sōma,
-Nie wszystkie. Niektóre małże samoistnie wytwarzają masę perłową w innych barwach. Te tutaj są czarne. Piękne, czyż nie? Według polinezyjskich legend symbolizują one miłość, która nigdy nie umrze.
-To jest to.
-Co?
Ciemne spojrzenie Ryō pozostawało utkwione w gablocie.
-Poproszę naszyjnik z tych pereł. Taki, który nadaje się dla młodej damy. I niech pan przestanie się tak uśmiechać!
#^#
Sōma oczywiście zaskoczył ich wszystkich, zostając dzień dłużej, niż planował, aby odwiedzić młodsze klasy i odpowiedzieć na wszystkie żądania Shōkugeki, które uzbierały się przez czas wolny. Profesor Chapelle tylko kiwnął głową, kiedy Yukihira zaprezentował mu swoje danie egzaminacyjne, a potem zjadł całość bez mrugnięcia okiem, za to z uśmiechem, który nie opuścił go aż do końca zajęć. Wyjechał tuż przed tym, jak mieszkańcy Gwiazdy Polarnej wstali, ale zdążył przed tym przygotować wszystkim śniadanie, zresztą bardzo dobrze przyjęte.
Dwa tygodnie później nadszedł dzień urodzin Alice, hucznie obchodzony przez rodzinę Nakiri i wszystkich, którzy swego czasu należeli do strony rebeliantów. Wystawne przyjęcie zmieniło się jednak w wystawną i pełną smaków libację, głównie za sprawą Ryōko i jej "soku ryżowego" oraz braci Aldini, którzy otrzymali spory zapas wszelkich likierów limoncello, amaretto, rosetto czy mirto. Ryō, choć również degustował i czerpał z tego niemałą przyjemność, dla dobra swojego i Alice starał się zachować trzeźwość - a także by wręczyć jej prezent, co do tej pory mu się jeszcze nie udało. Po kilku godzinach imprezy, gdy zapadł już mrok, spostrzegł, że solenizantka zamierzała się wymknąć na zewnątrz. Podążył za nią w stronę balkonu, (nie)całkiem przypadkowo doganiając tuż przy drzwiach.
-Jeju, nie sądziłam, że dostanę tyle prezentów!- uśmiechnięta od ucha do ucha, Alice oparła się o balustradę.
-Wiesz, w jesteś w Elitarnej Dziesiątce i pochodzisz z rodu Nakiri, nic specjalnego- mruknął, na co dziewczyna się zmarszczyła.
-No wiesz co? Mógłbyś chociaż dzisiaj być dla mnie miły...
-Ależ jestem, nie zauważyłaś?
-Uh, czasami rozmowa z tobą jest taka trudna... W ogóle czemu poszedłeś za mną? Nie jest ci zimno?
-Nie mogłem cię przecież puścić samej na mróz. A zresztą- wskazał na swój płaszcz, narzucony naprędce na sweter-wydaje mi się, że to chyba ty trzęsiesz się z zimna w tej sukience.
Alice aż podskoczyła na tę uwagę.
-Ja też wychowałam się w Danii, więc jestem przyzwyczajona do chłodu! Chociaż...- przyciszyła głos. -...mógłbyś się podzielić płaszczem.
-W życiu...
-Ej!
-... ale mogę to zrobić, pod jednym warunkiem.
-Jakim?- czerwonawe tęczówki wręcz zalśniły na propozycję.
A on, zbierając w sobie całą odwagę, lecz wciąż starając się zachować obojętną twarz, zażądał:
-Przyjmiesz mój prezent urodzinowy i zgodzisz się być moją partnerką na ceremonii ukończenia szkoły.
Zamrugała kilkukrotnie, po czym uśmiechnęła się tak, że mogłaby tym uśmiechem zmienić noc polarną w dzień.
-Ciężkie warunki, ale zgadzam się!
-Hmm...
Ostrożnie otulił ją płaszczem, z uwagą zapinając każdy guzik. Dziewczyna wtuliła się w kołnierz, mrucząc coś pod nosem o tym, że uwielbia jego wodę kolońską, a potem, nie zważając na jego zaskoczone spojrzenie, zabrała się do rozpakowywania prezentu, który przecież zgodziła się przyjąć jako jeden z warunków. Jej oczom ukazał się przepiękny sznur czarnych, lśniących w świetle latarni pereł, wyraźnie odcinający się na tle wyłożonego białym jedwabiem wnętrza pudełka. Każda perła, oddzielona jedna od drugiej węzłem na jedwabnym sznurze, połyskiwała łagodnie, jakby czekając z nadzieją, aż zostanie włożona.
Kucharka pisnęła z zachwytu.
-Jakie one piękne! Sam wybierałeś? Oczywiście, że tak, ale widziałam, jak spędzałeś czas z Yukihirą, Megumi i Hayamą, pewnie ci coś doradzali!
-Owszem, udałem się do nich po radę- mruknął, nie potrafiąc powstrzymać łagodnego uśmiechu cisnącego się na usta.
-Pomożesz mi je włożyć?
Zamrugał, zaskoczony tak nagłą prośbą.
-Już?
-A co, mam ich nie wkładać? Są zbyt piękne, by zostały w pudełku. Poza tym...- pociągnęła go lekko za krawat ku sobie, tak, że stykali się czołami. -...chcę jakoś pokazać, kto jest moim mężczyzną.
-Ah...- westchnął, nie do końca wiedząc, co powinien powiedzieć. Nie powiedział więc już nic, tylko delikatnym ruchem ściągnął jej włosy z karku i, ku jej wielkiej satysfakcji, zapiął sznur czarnych pereł.
Resztę nocy spędzili razem, właściwie nie odchodząc od siebie na krok. Prawie jak zawsze... z tą różnicą, że z jego twarzy nie schodził uśmiech, a Alice przypominała świeżo zaręczoną dziewczynę, pokazującą wszystkim swój pierścionek... To znaczy naszyjnik.
#^#
W prezencie ślubnym również podarował jej perły, operowy naszyjnik stworzony z białych i czarnych pereł, by symbolizował ich wspólną drogę.
