Od tłumaczki: Akcja robi się coraz ciekawsza. Miłość i wojna w tym samym rozdziale, chyba jednym z moich ulubionych. Bardzo dużo narracji i interakcji Syriusz – Hermiona (których będzie coraz więcej i więcej w miarę postępu opowieści) i Draco – Hermiona, na których powtórkę będzie trzeba dosyć długo poczekać, ale uważam, że warto. W końcu są prawie rodziną. Widzimy się w przyszłym tygodniu.
ROZDZIAŁ 12 – TAK SMAKUJE WHISKY
1 maja 1998
Hogwart, Szkoła Magii i Czarodziejstwa
Tajne Przejście na Czwartym Piętrze
- Hermiono, proszę, obudź się – Syriusz zapłakał, tuląc do siebie ciało czarownicy, pierwszy raz od dziesięcioleci. Łzy same napłynęły do jego oczu i przelały się, mieszając się na jego twarzy ze śladami pozostawionymi przez wodę, która chwilę temu chciała ich zabić. – Mia, proszę, obudź się.
Musnął wargami zimne czoło dziewczyny i zacisnął powieki tak mocno, że zobaczył jasne koła w ciemnościach. Pamiętał ten widok. Dawno temu, w warunkach dużo przyjemniejszych niż obecne. Jego serce pulsowało mocno, grożąc wyrwaniem się z klatki piersiowej, kiedy ogrzewał ją, próbując przekazać jej część swojego ciepła. Gdyby tylko mógł przekazać jej swój oddech…
- Lily! – Jęknął, kiedy nieoczekiwanie przypomniał sobie sytuację z dalekiej przeszłości. – Wiedziałem, że powinienem był bardziej uważać.
Jego oczy błyszczały, kiedy układał Hermionę płasko na zimnych, mokrych kamieniach. Przyglądał się jej uważnie, próbując przypomnieć sobie coś, co widział tylko raz, wiele lat temu.
- Do diabła – zaklął. – Jak Mia to robiła?
Sięgnął do niej i odchylił jej głowę do tyłu. Zatkał jej mały, delikatny nos swoimi dużymi, spękanymi dłońmi. Rozchylił jej wargi. Pochylając się, Syriusz odetchnął głęboko. Drżał, opuszczając swoje usta na jej usta. Gdyby to działo się w innym momencie, gdyby nie próbował ratować jej życia, gdyby nie leżała pod nim zimna i bez życia, Syriusz radowałby się dotykiem jej warg. Jęknąłby z zachwytu, pochłonąłby ją, jej smak, jej oddech. Ale w jej drobnym ciele nie było oddechu.
Dlatego dał jej swój.
Pompował w nią oddech za oddechem, przestając tylko wtedy, kiedy uciskał mocno jej klatkę piersiową, zmuszając serce i płuca do pracy. Powtarzał swoje ruchy, modląc się do Merlina, Kirke, Morgany i Godryka, nawet do Salazara Slytherina, żeby to pomogło i sprowadziło dziewczynę z powrotem.
I w momencie, gdy zgasło ostatnie światło ze słoja, pogrążając Syriusza i Hermionę w całkowitych ciemnościach, poczuł, jak jej ciało drgnęło i zaczęło wyrzucać z siebie wodę, zalegającą dotąd w płucach. Dziewczyna usiadła gwałtownie, kaszląc i prychając. Mężczyzna przygarnął ją do siebie, tłumiąc łkanie w jej mokrych, gęstych włosach.
- Syriusz? – Wyszeptała łamiącym się głosem, trzymając kurczowo jego mokre szaty.
- Zniszczyłem go – zapewnił ją. – Na Merlina, nigdy więcej nie próbuj tak umierać!
Obsypał lekkimi pocałunkami jej czoło i włosy. Nie przejmował się, że nic nie widział, że gdzieś w zamku coś wybuchło. Żyła. Jego serce nadal waliło w niekontrolowany sposób, ogarnięte paniką, ale ona żyła.
Obróciła się do niego z cichym płaczem, zarzuciła ramiona na jego szyję i schowała twarz w jego ramieniu. Przygarnął ją do siebie, przebiegając palcami po jej plecach. Załkała głośniej i ten dźwięk prawie go złamał. Trzymał ją mocno, przypominał sobie przez cały czas, że jej się udało, że przeżyła. Czuł się tak, jakby jego serce nadal w to nie wierzyło i musiało się upewniać raz za razem. Położył dłoń na jej policzku i odsunął jej twarz od swojego ramienia. Nie widział jej, ale czuł jej oddech na swojej szczęce.
- Żyjesz – powiedział i poczuł, jak Hermiona pokiwała głową.
- Żyję – zgodziła się z nim, a jej słodki głos złamał wszystkie jego postanowienia. Remus wiedział, że ona przeżyje. To było logiczne, a jednak w tym momencie, kiedy niemal ją stracił i dostrzegł prawdziwe oblicze wojny i śmierci, nie mógł się powstrzymać, żeby nie pokazać jej swojego uwielbienia.
Nie dając sobie czasu do namysłu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami, Syriusz przycisnął swoje wargi do jej ust, uwielbiając ciepło, które do nich wróciło. Spodziewał się, że go odepchnie. Spodziewał się, że mocno uderzy go w twarz. Jednak ku jego zdumieniu i zachwytowi, jej reakcją było pełne upojenia westchnienie, które złapał, poruszając leniwie ustami. Nie mógł się pohamować, jego ciało pulsowało bólem, musiał jej posmakować.
Jego palce delikatnymi ruchami pieściły najpierw jej ramiona, a następnie żebra, po bokach jej klatki piersiowej. Westchnęła głośno, otwierając usta, a on skorzystał z okazji, z tego nieświadomego zaproszenia i wsunął swój język między jej wargi. Warknął z uznaniem, kiedy poczuł jej język na swoim. Ten warkot trwał gdzieś w tyle jego gardła, kiedy nagła myśl rozbłysła w jego umyśle.
Ona smakuje tak, jak smakuje whisky.
Spodziewał się, że już o wszystkim zapomniał, że tylko sobie to wyobraził. Ale to wszystko było prawdą, a ona znajdowała się w jego ramionach, żywa, dając mu tyle samo, ile brała od niego. Zatonął w niej. Wsunął dłoń w jej kręcone włosy i położył na podstawie karku, trzymał ją mocno, blisko siebie, a głodna bestia, która wiecznie siedziała w jego sercu wołała o więcej.
Wydawała z siebie słodkie, krótkie dźwięki, a on spijał z jej warg każdy jęk, każde westchnienie, jednocześnie obiecując jej więcej, jakby to był jedyny sens jego istnienia. Te dźwięki podsycały płonący w nim ogień, którego nie czuł już od dziewiętnastu lat i nagle pomyślał, że jest tak, jakby nigdy go nie zostawiła. Nie było śmierci, wojny, Petera czy Voldemorta. Nie było zdrad, strat, nie było Azkabanu i przede wszystkim nie było tej cholernej Zasłony. Tylko ona, tylko ten moment w ciemności, tylko skubanie jej dolnej wargi i całowanie znaków, jakie zostawiał.
Wyszeptała jego imię i Syriusz położył dłonie na jej biodrach, sadzając ją na swoich kolanach, tuląc do swojego twardego, umięśnionego ciała. Poczuł jej dłonie na swojej piersi i spodziewał się, że go odepchnie, ale ona tylko zaczęła odkrywać jego ciało. Uwielbiał jej dotyk. Pocałował ją mocniej, intensywniej, pieścił swoim językiem wnętrze jej ust, próbując jej przekazać swoje uczucia. Chciał, żeby dowiedziała się wszystkiego, żeby poznała prawdę i bał się, że nie dożyje momentu, kiedy ona zrozumie.
Jej małe dłonie dotykały czule jego karku, zagłębiając się w jego czarne włosy. Jęknęła i zacisnęła dłonie. W ciemnościach było jej łatwiej. Ciemności dały jej pewność siebie, której zwykle nie odczuwała. Chciała wykrzyczeć wszystko, co właśnie czuła, ale nie wiedziała, jak sformułować niektóre myśli, a co dopiero je wypowiedzieć. Chciała mu powiedzieć, że ten pocałunek jest dla niej wszystkim. Kiedy otworzyła oczy, czuła na ustach zanikające dreszcze, które powiedziały jej, jak ją uratował. Płakała wtedy częściowo właśnie dlatego, że to uczucie już zanikało, a ona nawet nie wiedziała, jak on smakował. Chciała mu powiedzieć, że właśnie teraz czuje te same dreszcze. Rozprzestrzeniały się po jej skórze jak ogień piekielny, koncentrując w koniuszkach palców i w jej brzuchu. Chciała mu powiedzieć, że smakował jak Cukrowe Pióra i że w trakcie intensywnej nauki ssała energicznie końcówki tych Piór. Ta myśl wywołała w niej erotyczne, niestosowne fantazje, dlatego przywarła mocniej do niego, próbując stopić się z dotykiem jego dłoni na jej biodrach.
Chciała mu powiedzieć tak wiele i jednocześnie ukryć tak wiele. Chciała ukryć swoją niepewność i niepokój. Chciała ukryć swoje przerażenie tym, że odpowiedzialna mogła być Więź, którą stworzyła za pomocą Magii Krwi. Że ta Więź kazała mu ją dotykać, całować, drażnić żarem. Chciała ukryć to, że nie miała żadnego doświadczenia i marzyła o takim pocałunku od lat, ale nikt nigdy jej tak nie całował. Nikt nigdy jej nie całował.
Wiktor był stuprocentowym dżentelmenem, kiedy zabrał ją na bal bożonarodzeniowy na czwartym roku. Mimo tego, co wszem i wobec obwieszczała Ginny, wyjechał z Hogwartu zaszczycając ją krótkim pocałunkiem, złożonym na jej dłoni. Cormac McLaggen był blisko. Dopadł ją pod jemiołą, na przyjęciu Slughorna, ale udało jej się uciec bez pocałunku. I tak jego ręka za często spoczywała na jej pośladkach. Wszyscy przypuszczali, że w końcu zejdzie się z Ronem, ale jego zeszłoroczna przygoda z Lavender postawiła go w nowym świetle. Czarownica zrozumiała, że wszelkie uczucia, jakie żywiła dla swojego rudowłosego przyjaciela są wyłącznie siostrzano-braterskie.
Zwykle obiektem jej zauroczenia był jakiś chłopiec, nie biorąc pod uwagę tamtego żenującego zainteresowania Lockhartem i dużo bardziej sekretnego zadurzenia w innym nauczycielu Obrony przed Czarną Magią… Ale ten człowiek, który trzymał ją w ramionach nie był chłopcem. Był mężczyzną. Panował nad swoimi ruchami, nie wahał się, dotykając jej. Nie spieszył się, okazywał swoje pożądanie bardzo dokładnie i precyzyjnie, co ją zadziwiało, biorąc pod uwagę, jaki zwykle był impulsywny i nierozważny. Jego dotyk rozpalił w niej ogień, a kiedy przesunął dłonie na jej piersi, odchyliła głowę i z jej gardła wydarł się jęk. Przez jej plecy przebiegł dreszcz, jakby na gorącą skórę spadł zimny deszcz.
Powoli odsuwając się o niej, Syriusz usłyszał, jak z trudem łapie oddech i poczuł winę, gdy pomyślał, że jeszcze przed chwilą brak tlenu prawie ją zabił. Mimo, że już jej nie całował, nie miał siły, żeby wypuścić ją ze swoich ramion. Wiedział, że opuściłaby je na zawsze. Pocałował ją. Pocałował Hermionę, osiemnastoletnią najlepszą przyjaciółkę swojego chrześniaka. Nie tylko ją pocałował. Na dodatek pieścił ją i pożądał jej. Część jego umysłu miała nadzieję, że ten moment nigdy nie przeminie, że nie będzie musiał ponieść konsekwencji swoich czynów. Druga część chciała, żeby zapaliło się jakieś światło, bo musiał na nią spojrzeć. Chciał na własne oczy zobaczyć jej potargane włosy, zaczerwienione policzki i nabrzmiałe wargi.
Ale nic nie rozjaśniło ciemności i żaden dźwięk nie przerwał ciszy. Tylko ich oddechy mieszały się ze sobą.
- Hermiono… - Zaczął, ale inny głos natychmiast go uciszył. Zimny, wysoki dźwięk odbijał się od ścian. Nie potrafili powiedzieć, skąd pochodził. Tak, jak potwór, któremu kiedyś rozkazywał, ten głos mógł trwać w murach Hogwartu od lat.
- Wiem, że przygotowujecie się do walki. Wasze wysiłki spełzną na niczym. Wy nie możecie się ze mną mierzyć. Ja nie chcę was zabijać. Szanuję nauczycieli z Hogwartu. Nie mam zamiaru rozlewać magicznej krwi. Dajcie mi Harry'ego Pottera – syczał Lord Voldemort. – Wtedy was nie skrzywdzę. Dajcie mi Harry'ego Pottera, a nie tknę szkoły. Dajcie mi Harry'ego Pottera, a sowicie was wynagrodzę. Macie czas do północy.
Ponownie pochłonęła ich ciemność. Oboje wstrzymywali oddech.
Hermiona przełamała się pierwsza, zarówno wokalnie, jak i fizycznie, podnosząc się z kolan Syriusza.
- Czas na nas. Musimy pomóc Harry'emu.
Nie poruszając tematu tego, co właśnie między nimi zaszło, Black wstał i pokiwał głową. Poszukał po omacku różdżki i zaklęciem zapalił światło. Podniósł z ziemi zniszczonego Horkruksa, podał go Hermionie, a ta natychmiast schowała szczątki pucharu w swojej torebce. Następnie sięgnął po miecz Gryffindora i skierował się do wyjścia.
Biegnąć w stronę Wielkiej Sali, zwrócili w końcu uwagę na to, co działo się wokół nich. Coś atakowało zaklęcia ochronne Hogwartu i każde uderzenie w tarcze powodowało, że ziemia się trzęsła. Uczniowie i profesorowie przemieszczali się do lochów. Dostrzegli Neville'a, który razem z profesor Sprout i tuzinem innych studentów niósł w ramionach uciszone mandragory. Syriusz zaśmiał się gardłowo, pocierając kciukiem ciepłe drewno swojej różdżki.
- Prawie nas ominęła cała zabawa!
- Komnata Potrzeby! – Wyrzuciła z siebie Hermiona, pochylając głowę, żeby ukryć rumieniec, który doskonale widział. Ruszyła schodami w górę. – Musimy sprawdzić, czy przybył Zakon.
Wybiegli zza rogu i ich oczom ukazał się niecodzienny widok Harry'ego Pottera i Dracona Malfoy'a, siedzących obok siebie pod ścianą, oddychających ciężko i umazanych popiołem. Okulary Harry'ego zaparowały, a jasne włosy Dracona posiwiały. Pozbawione przytomności ciała Crabbe'a i Goyle'a leżały niedaleko, związane i oszołomione.
- Co, do diabła, się wam stało? – Warknął Black.
- Malfoy – Harry łapczywie chwytał oddech. – Uratował mi życie.
- Ty uratowałeś Harry'ego? – Wykrzyknęła zdumiona czarownica.
- Dostanę za to Order Merlina? – Odpowiedział blondyn.
- Patrzcie, co znalazłem – Harry rzucił przyjaciółce poczerniały, doszczętnie zniszczony diadem. – Jak wy sobie daliście radę?
Zaśmiał się cicho, ale śmiech szybko przerodził się w kaszel, kiedy jego płuca próbowały oczyścić się z dymu.
- Zniszczyliśmy go – odpowiedziała lekko. – Jak ci się udało bez miecza? I dlaczego obaj jesteście pokryci sadzą?
- Pamiętałem, że już wcześniej widziałem ten diadem, kiedy kazałaś mi się pozbyć książki do eliksirów – odpowiedział gorzkim tonem, przypominając sobie poprzedni rok. – Poszedłem po niego i natknąłem się na Malfoy'a i jego niewolników.
- Próbowali zabić Pottera – dodał Draco, potrząsając głową z niedowierzaniem. – Nawet gdybym nie był po twojej stronie, uważałbym to za złe posunięcie. Wszyscy wiedzą, że Czarny Pan sam chce go zabić. Ogłuszyłem ich, zanim zdążyli wycelować.
- Ale któryś z nich zdążył rzucić Szatańską Pożogę na Komnatę Potrzeby zanim go ogłuszyłeś – zaznaczył Harry.
- Szatańską Pożogę? – Zaskrzeczała Hermiona. – Jak wam się udało uciec?
- Przycisz się trochę, Granger – Draco się skrzywił. – Patrzysz na dwóch najlepszych Szukających w tej szkole. Wylecieliśmy.
Pokazał dwie stojące pod ścianą miotły, ogorzałe od płomienia i umazane sadzą.
Syriusz w międzyczasie przyglądał się intensywnie dwóm nieprzytomnym Ślizgonom i prawdopodobnie warczał coś niepochlebnego pod nosem, bo nagle między nim i nastolatkami stanął poważnie wyglądający Draco.
- Z nimi jest tak samo, jak ze mną. Tylko nie udało im się wycofać na czas.
- Próbowali zabić mojego chrześniaka.
- I czeka ich z tego powodu proces. Wiesz, czym jest proces, prawda, kuzynie? Jeżeli zostałem dobrze poinformowany, ty nigdy nie otrzymałeś sprawiedliwego procesu. Nie pozwoliłeś mi zamordować ich ojców. Powiedziałeś mi, że nie jestem mordercą – chłopak stał spokojnie i patrzył w ciemne, gniewne oczy Syriusza. – Nie bądź hipokrytą.
Rodzinne podobieństwo do Blacków, które Syriusz właśnie zauważył w młodym Malfoy'u było zdumiewające. Brudne, poczerniałe włosy chłopaka ukrywały fakt, że zwykle był obrazem swojego ojca. W tym świetle Syriusz widział płynącą w młodzieńcu krew Blacków, szczególnie w jego szarych oczach, niemal identycznych z jego własnymi. Zgadzając się z jego słowami, cofnął się o krok.
- Zabierz ich stąd – nakazał.
Nagle Hermiona wydała z siebie dziwny dźwięk, co spowodowało, że trzech czarodziejów odwróciło się w jej stronę z podniesionymi różdżkami. Zakryła dłonią usta i spojrzała na nich z poczuciem winy.
- Przepraszam – szepnęła. – Właśnie się zorientowałam, że został nam tylko wąż.
Zanim mieli czas jej odpowiedzieć, ziemia się zakołysała, eksplozja wstrząsnęła powietrzem, a z oddali dobiegły ich odgłosy walki. W czwórkę pobiegli w kierunku, z którego dobiegał hałas i zobaczyli trzy czerwone głowy pośród chaosu walki.
- Ron! – Wrzasnął Harry.
Weasley jęknął i zrzucił z siebie kilka sporych kamieni.
- Jestem cały – patrzył na Freda i Percy'ego, broniących swojego młodszego brata przed atakującymi Śmierciożercami. – Cholerni Śmierciożercy rozwalą nam cały zamek. A co u was?
Harry podał przyjacielowi dłoń i pomógł mu wstać z podłogi. Jego błękitne oczy rozjarzyły się śmiechem, gdy Fred i Percy odpowiedzieli parsknięciami na jego narzekania, sami rzucając zaklęcia ogłuszające na swoich przeciwników.
- No wiesz, uniknęliśmy ognia, zniszczyliśmy dwa Horkruksy, znaleźliśmy nowych przyjaciół – roześmiał się Potter.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi, Potter – Draco rzucił Gryfonowi spojrzenie pełne obrzydzenia, a Harry tylko śmiał się głośniej.
- Wystarczy – warknęła Hermiona. – Harry, czas to wszystko zakończyć. Musimy znaleźć węża.
Delikatnie zdjęła mu z nosa okulary i oczyściła je zaklęciem z sadzy i pyłu, zanim mu je oddała.
- Musisz się dowiedzieć, gdzie jest Voldemort, bo wąż będzie blisko niego, prawda? No już, Harry! Zajrzyj mu do głowy!
Draco w międzyczasie włączył się razem z Weasley'ami do odpierania ataków Śmierciożerców. Syriusz pilnował, żeby nikt ich nie zaskoczył z drugiej strony i uważnie przyglądał się Harry'emu, który koncentrował się z zamkniętymi oczami i klęczącej obok niego Hermionie.
- Jest we Wrzeszczącej Chacie – wydusił z siebie Harry, otwierając nagle oczy. – Wąż jest z nim i jest otoczony jakimś magicznym murem. Snape jest z nimi.
- Voldemort siedzi we Wrzeszczącej Chacie? – Hermiona nie kryła oburzenia. – On nawet nie walczy?
- On uważa, że nie musi walczyć – wyjaśnił Potter. – Myśli, że sam do niego przyjdę.
- Dlaczego?
- Wie, że polujemy na Horkruksy. Dlatego trzyma Nagini przy sobie. To oczywiste, że muszę pójść do niego, żeby zbliżyć się do węża.
Syriusz zauważył, że Harry bawił się fiolką ze wspomnieniami, którą dostał od Snape'a przed kilkoma godzinami.
- No, jasne – Ron wzruszył ramionami. – Właśnie dlatego nie możesz iść. Tego chce, tego właśnie oczekuje. Ty zostań tutaj i pilnuj Hermiony, a ja pójdę…
Harry przerwał swojemu najlepszemu przyjacielowi.
- Wy dwoje zostańcie tutaj. Ja schowam się pod Peleryną i wrócę najszybciej, jak…
- Jaką Peleryną? – Zapytał zaciekawiony Draco.
- Niewidką – wyjaśnił Ron.
- Oczywiście, że Potter ma Pelerynę Niewidkę – Malfoy wywrócił oczami.
- Nie – wtrąciła się Hermiona. – Najlepiej będzie, jeśli to ja wezmę Pelerynę…
- Potter – wymamrotał Draco.
- Po moim trupie – warknął Syriusz.
- Nawet o tym nie myśl – Ron wrzasnął jednocześnie z Blackiem.
- Potter! – Ślizgon nieco podniósł głos.
- Jestem tak samo zdolna, jak wy wszyscy – fuknęła Hermiona.
- POTTER! – Draco nie wytrzymał. Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem. – Weź swoją cholerną Pelerynę i leć do Wrzeszczącej Chaty. Zabierz ze sobą Blacka. Łasica niech zostanie tutaj ze swoimi braćmi-łasiczkami i zatrzyma Śmierciożerców, a ja i Granger osłonimy twoje plecy.
- A co ci daje prawo do wydawania rozkazów? – Wściekł się Ron.
- Fakt, że nikt inny się nie pali do ich wydawania – odpowiedział równie zły Malfoy, jednak zanim doszło do rękoczynów, między chłopcami stanęła Hermiona z wyciągniętą różdżką.
- Harry, idź. Zakończ to – podbiegła do przyjaciela, uściskała go i ucałowała w policzek. Chłopak uśmiechnął się i odwrócił, żeby odejść, gestem ponaglając swojego ojca chrzestnego, żeby zrobił to samo.
Syriusz stał i tylko przyglądał się czarownicy. Nie spojrzał jej w oczy, od kiedy opuścili ciemne, mokre przejście. Nie, żeby w tamtych ciemnościach był w stanie spojrzeć jej w oczy, ale liczył się fakt.
- Idź – wyszeptała i jego też przytuliła. – I obaj wróćcie cali i zdrowi.
Uśmiechnął się, złożył pocałunek na jej czole i odwrócił się na pięcie, żeby pognać za swoim chrześniakiem. Hermiona patrzyła za nim ze skrywaną tęsknotą.
- Chodź, Granger – nakazał Draco.
- Ona nigdzie z tobą nie idzie – Ron mocno złapał przód szaty Ślizgona.
- Nie mamy na to czasu – krzyknęła czarownica, odwróciła się od nich i pogoniła za Harrym i Syriuszem. Jeśli Ron pozwoli, żeby Malfoy pobiegł za nią, to dobrze, ale nie miała zamiaru być świadkiem bójki między nimi podczas gdy jej najlepszy przyjaciel i jej… Jej… I Syriusz ryzykowali życiem.
Zbiegła po schodach i nagle znalazła się pośrodku kilku zaciekłych pojedynków. Postaci na portretach otaczających walczących zebrały się w ciasne grupki i dopingowały obrońców Hogwartu, podczas gdy zamaskowani i odsłonięci Śmierciożercy atakowali uczniów i profesorów.
Dean walczył różdżką ukradzioną Szmalcownikowi z Amycusem Carrow. Parvati walczyła przeciwko Avery'emu, Seamus przeciwko Jugsonowi.
W tym momencie u jej boku pojawił się Draco, jego policzek zdobił świeżo nabity siniak. Hermiona uniosła pytająco brew. Draco uniósł prawą dłoń, pokazując zakrwawione kostki.
- Ten drugi wygląda gorzej, uwierz mi – zapewnił, kiedy rzuciła mu chmurne spojrzenie.
Uważnie wpatrywali się w walczących, próbując dostrzec Harry'ego albo Syriusza, ale nie widzieli żadnego z nich. Stali przygotowani na zasadzkę, szukają okazji do ataku, ale zanim im się udało włączyć do walki, usłyszeli głośne, przeciągłe „Łiiiiii".
Hermiona spojrzała w górę i zobaczyła Irytka, lecącego w ich stronę, zrzucającego na Śmierciożerców doniczki z Wnykopieńkami. Głowy uderzonych mężczyzn i kobiet natychmiast zostały oplecione intensywnie zielonymi pnączami, które wyglądały jak olbrzymie dżdżownice. Garść pnączy zatrzymała się wpół drogi na ziemię i owinęła wokół czegoś niewidzialnego.
- Tam ktoś jest – krzyknął zamaskowany Śmierciożerca, wskazując miejsce, które właśnie dojrzała Hermiona, a gdzie musieli być ukryci Syriusz i Harry.
- Wingardium Leviosa – powiedziała i na skutek zaklęcia mężczyzna wzniósł się w powietrze, wymachując bezładnie kończynami, wrzeszcząc ze złości. Westchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, jak spod Peleryny wysuwa się wielki, czarny pies i mknie w kierunku Wierzby Bijącej, a za nim posuwa się powoli postać otoczona ociekającą peleryną.
- Serio, Granger? – Draco spojrzał na nią krzywo. – Zaklęcie z pierwszego roku?
Hermiona nie odwróciła wzroku, tylko odpowiedziała wypranym z emocji spojrzeniem. Leciutko poruszyła różdżką i zawieszony w powietrzu Śmierciożerca z hukiem uderzył w ścianę zamku, po czym opadł na podłogę bez przytomności.
Ślizgon uśmiechnął się przekornie.
- Zaprzeczę, jeśli ktoś mnie zapyta, ale to było imponujące.
Chwilę wzajemnego zrozumienia przerwało pojawienie się kolejnej fali Śmierciożerców, atakujących z innej strony.
Hermiona zanurkowała za kamiennym filarem, żeby uniknąć Oszałamiacza.
Wyraz twarzy Dracona natychmiast się zmienił. Nagle wyglądał jak ten przerażony chłopiec, którego pamiętała, wyrzucający ręce do góry w geście poddania.
- Jestem Draco Malfoy – krzyknął, a w jego głosie brzmiało błaganie. – Jestem Draco, jestem po waszej stronie.
- Malfoy? – Któryś zagapił się na blondyna. – Gdzie się podziewałeś, chłopcze?
- Everte Statum! – Nagle trójka Śmierciożerców poleciała do tyłu, lądując na plecach. Draco podszedł bliżej i ich rozbroił. Uśmiechnął się, przesuwając w dłoniach swoją różdżkę. – Co za idioci.
- Już nie żyjesz, ty mały zdrajco krwi!
- Incarcerous – Hermiona wskazała różdżką leżących i oplotły ich grube liny. – Epoximise.
Liny zakotwiczyły się w kamiennej podłodze.
- Popisujemy się, Granger?
- Jeszcze nie – zaśmiała się i przekręciła różdżkę w dłoni. – Avis!
Znikąd pojawiło się małe stadko kanarków.
- Wiesz, że jesteśmy na wojnie?
Uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawił się przebiegły błysk.
- Oppugno!
Kanarki opadły na bezbronnych Śmierciożerców, bezlitośnie ich atakując. Mężczyźni zaczęli krzyczeć, z bólu i strachu, i rzucać się po podłodze mimo krępujących ich więzów.
Draco, chociaż wiedział lepiej, zaśmiał się na ten widok, a Hermiona rozpromieniła się.
- Uważaj, Granger – pogroził jej, ale cały czas się uśmiechał. – Ludzie pomyślą, że ze mną flirtujesz, a coś mi się zdaje, że już jesteś komuś przyrzeczona.
Mrugnął do niej i zobaczył, jak się zaczerwieniła. Skierował się w stronę Wielkiej Sali, machając różdżką i wyrzucając napotkanych Śmierciożerców przez okna zamku.
- Co ty o tym wiesz? – Zażądała odpowiedzi, kiedy już go dogoniła.
Draco zaśmiał się.
- Wiem, że nie jestem tak głupi, jak pozostali. Wiem, że Black we Dworze zażądał od matki oddania Długu Życia, a kiedy się zawahała, zagroził, że ją do tego zmusi bardzo starym, bardzo potężnym zaklęciem. Nie wiem, czy o tym wiedziałaś, Granger, ale Dług Życia, jeśli odebrany poprawnie, może sprawić, że ktoś wróci z martwych.
Odwrócił się do niej, żeby zaobserwować jej reakcję.
- To nie jest Czarna Magia – broniła się.
- Nie, to Magia Krwi – odpowiedział, a z każdym słowem jego uśmiech się poszerzał. – To wiążąca magia.
- Malfoy, przysięgam, że jeśli coś o tym powiesz…
- Zatrzymam to dla siebie, Hermiono – użył jej pierwszego imienia i zaśmiał się na jej skrzywioną minę. – W końcu, jesteśmy prawie rodziną.
Zanim zdążyła mu odpowiedzieć, w zamku zapadła cisza.
Wszyscy się zatrzymali, a Śmierciożercy zaczęli się wycofywać, jakby dostali rozkaz. Nikt nie miał okazji zapytać, co się dzieje, kiedy w tej przerażającej ciszy ponownie rozbrzmiał wysoki, zimny głos Lorda Voldemorta. Zmrużyła oczy i odwróciła się do Malfoy'a po jakieś wyjaśnienie, ale Ślizgon, który odważnie stanął twarzą w twarz z Śmierciożercami, skulił się na dźwięk głosu Czarnego Pana.
- Walczyliście dzielnie. Lord Voldemort ceni odwagę. Doznaliście jednak ogromnych szkód. Jeśli nadal będziecie się mi sprzeciwiać, umrzecie wszyscy, jeden po drugim. Nie chcę, żeby tak się stało. Każda przelana kropla krwi czarodzieja lub czarownicy to ogromna strata. Lord Voldemort jest łaskawy. Moje siły właśnie się wycofują. Macie godzinę. Zadbajcie o swoich martwych i opatrzcie rannych.
- Harry Potterze, teraz mówię do ciebie. Pozwoliłeś, żeby twoi przyjaciele umierali za ciebie, zamiast stawić mi czoła. Będę czekał na ciebie przez najbliższą godzinę w Zakazanym Lesie. Jeżeli w ciągu tej godziny nie przyjdziesz do mnie i nie poddasz się mojej woli, walki rozgorzeją na nowo. Wtedy ja dołączę do moich Śmierciożerców, znajdę cię na polu bitwy i ukarzę każdego mężczyznę, każdą kobietę i dziecko próbujących cię obronić. Macie godzinę.
Hermionę ogarnęło przerażenie. Skoro Voldemort nadal żył, Harry'emu i Syriuszowi nie udało się dotrzeć do Wrzeszczącej Chaty. Ale Harry też musiał żyć, skoro Voldemort zwrócił się bezpośrednio do niego.
Rozejrzała się po Wielkiej Sali, gdzie troskliwie zajmowano się rannymi. Rzuciła okiem na Dracona, który dochodził do siebie po przemówieniu Czarnego Pana. Chłopak wyglądał tak, jakby się zastanawiał, czy na pewno wybrał zwycięską stronę.
