Od tłumaczki: Przed nami ostatni rozdział części pierwszej, a za tydzień przechodzimy do głównego wątku opowieści. Chciałabym podziękować, że nadal wszyscy jesteście ze mną W taki razie bez zbędnego gadania przedstawiam rozdział czternasty. Miłego czytania.
ROZDZIAŁ 14 – UDAWANIE MARTWEGO
2 maja 1998
Hogwart, Szkoła Magii i Czarodziejstwa
- Hermiono, widziałaś Harry'ego? – Ron podszedł do niej w chwili, kiedy nakładała gęstą, pomarańczową maść na głębokie oparzenie na ramieniu Lavender Brown.
Hermiona uśmiechnęła się do Lavender, która wyglądała na zaskoczoną łagodnością dotyku koleżanki.
- Jakiś czas temu udał się z Syriuszem do gabinetu Dumbledore'a.
Ron kiwnął głową i rzucił lekki uśmiech swojej byłej dziewczynie.
- Cześć, Lav – wzdrygnął się na widok rany. – Co ci się stało?
- Jakiś Śmierciożerca podpalił moje szaty – odpowiedziała lekceważąco, jakby walka była czymś równie pospolitym jak zakręcenie włosów.
Hermiona stłumiła śmiech, widząc jak na twarzy Rona pojawiło się uniesienie.
- Ron, znajdź Harry'ego. Musimy zaplanować kolejne kroki – odgoniła swojego przyjaciela, po czym z uśmiechem zwróciła się do swojej pacjentki. – Powinnaś szybko dojść do siebie, ale ból może czasami dać o sobie znać. Kończą się nam eliksiry przeciwbólowe, ale powinnam gdzieś mieć wywar ze szczuroszczeta.
- Dlaczego nagle jesteś dla mnie taka miła, Hermiono? – Zapytała Lavender.
- Słucham? – Hermiona uniosła brew. – Lavender, ja tylko wykonuję swoją pracę. Udzielam pomocy każdemu, kto jej potrzebuje.
- Tak, ale twoja złośliwość wobec mnie byłaby usprawiedliwiona, biorąc pod uwagę zachowanie moje i Rona w zeszłym roku – odpowiedziała. – Dziwię się, że pozwalasz mu ze mną rozmawiać.
- Ron może rozmawiać z kimkolwiek zechce – Hermiona przewróciła oczami i uśmiechnęła się, kiedy w końcu zauważyła wywar ze szczuroszczeta, który natychmiast odebrała od Neville'a. Rzuciła mu wdzięczne spojrzenie, a on tylko lekko pochylił głowę. – Ron może się spotykać z kimkolwiek zechce.
Lavender spojrzała na drugą Gryfonkę ze zdziwieniem.
- Nie jesteście razem? Myślałam… Ginny mówiła, że razem się ukrywaliście przez cały rok. Chcesz mi powiedzieć, że do niczego nie doszło?
Głos Lavender nabrał plotkarskiego odcienia, z którym Hermiona walczyła przez ostatnie sześć lat.
- Ron i ja nie jesteśmy razem, nie byliśmy razem i nigdy nie będziemy razem – odpowiedziała, wyraźnie akcentując każde słowo. – Dotarło?
- Dotarło – Lavender uśmiechnęła się z namysłem, obserwując wchodzącego Ronalda. – Więc nie będziesz miała nic przeciwko…?
- Dopóki nie będziecie mnie zmuszać do oglądania waszych zalotów – Hermiona zbladła, gdy przypomniała sobie, czego świadkiem była w zeszłym roku. Różdżką oczyściła swoje dłonie z resztek maści. – Możesz iść. Ale z obściskiwaniem Rona zaczekaj do końca bitwy. Taka sugestia.
Ledwie skończyła mówić, wyraźnie przypomniała sobie dotyk dużych dłoni Syriusza, które z łatwością posadziły ją na jego kolanach. Zaraz napłynęły kolejne wspomnienia. Jego twarda klatka piersiowa, do której była przyciśnięta, smak jego warg, dźwięki, jakie wydawał prosto w jej usta.
- Ten sukinsyn!
Krzyk wyrwał ją z rozmyślań. Uwaga Hermiony natychmiast skupiła się na wściekłym Syriuszu, idącym na sztywnych nogach, ale wystarczająco szybko, żeby jego włosy powiewały za nim. Za nim szedł równie wzburzony Ron.
- Co się stało? – Pospieszyła w kierunku Syriusza i stanęła na jego drodze, ale ponieważ mężczyzna się nie zatrzymał, była zmuszona iść tyłem, żeby nie stracić z nim kontaktu wzrokowego. – Gdzie jest Harry?
- Nigdy nie wierzyłem, że dożyję dnia, kiedy zgodzę się z tym przeklętym po stokroć Smarkerusem – warknął Animag, kierując się do wyjścia. Prawie nie dostrzegł Hermiony, która przycisnęła dłonie do jego ciała, próbując go spowolnić. – Harry jest tak samo arogancki, jak jego ojciec.
Spojrzała w bok i zobaczyła, że Ron skierował się do Kingsley'a Shaklebolta, stojącego z rodziną Weasley'ów. Neville i Luna krążyli w pobliżu. Ron miał poinformować ich wszystkich o rozwoju sytuacji.
Odwróciwszy twarz do Syriusza, zbladła, widząc złowieszczy wyraz jego oczu i musiała mu dać kuksańca w bok, żeby w końcu się zatrzymał. Westchnęła z ulgą i ponowiła pytanie.
- Co się stało?
- Odszedł!
Hermiona natychmiast się zorientowała, o czym mówił Syriusz.
- Odszedł? Nie masz chyba na myśli…
- Dokładnie to mam na myśli – obszedł czarownicę i zmusił ją, żeby szła obok niego. – We wspomnieniach Dumbledore powiedział Snape'owi, że Harry musi… Mój własny chrześniak rzucił na mnie klątwę! I odszedł, i…
- Ma jednego w sobie, prawda?
Syriusz stanął jak wryty i odwrócił się do Hermiony z paskudnym błyskiem w oku.
- Wiedziałaś? Oczywiście, że wiedziałaś!
Jego ton wskazywał, jakie to było do niej podobne. Uniosła głowę, nieco obrażona.
- Nie wiedziałam, dopóki mi nie powiedziałeś, co się stało. Poza ty, zgadzam się z tobą – warknęła, wymijając mężczyznę i spiesząc w stronę wyjścia z zamku. – To arogancki dupek!
Kiedy Syriusz już ją dogonił, wydawało jej się, że usłyszała, jak mamrocze „Poczekaj, aż poznasz jego ojca", ale musiała się przesłyszeć.
wWwWwWwWwWwWw
Poruszali się bardzo szybko, kierując w stronę Zakazanego Lasu. Syriusz martwił się postępkiem Harry'ego. Słysząc pomruk dochodzący zza ich pleców, zerknął za siebie i zobaczył, że wszyscy, którzy jeszcze przed chwilą chronili się w Wielkiej Sali, podążyli za nimi.
- Co wy tu robicie? – Zapytała Hermiona.
- Harry tam poszedł? – Odpowiedział pytaniem Neville, trzymając w dłoniach miecz Gryffindora. – Zapomniałaś o tym. Myślałem, że może się przydać.
Zaczerwieniony, zbliżył się do Syriusza i Hermiony.
- Zatrzymaj go – uśmiechnęła się. – Tak, myślimy, że Harry poszedł do Lasu.
- Zatem musimy się spieszyć – stwierdziła Minerva, podchodząc do zacienionej linii drzew. Uczniowie spojrzeli na swoją dyrektorkę z przestrachem i pozwolili, żeby tylko Syriusz za nią poszedł. Dopiero po chwili zastanowienia cały tłum ruszył przed siebie.
Zanim dotarli na skraj lasu, otoczyły ich wysokie, czarne figury, a temperatura powietrza gwałtownie spadła.
Syriusz usłyszał, jak Hermiona ze świstem wciągnęła powietrze i w tej samej chwili poczuł chłód na kręgosłupie. Wyciągnął do niej rękę, kładąc dłoń na jej ramieniu.
- Przygotuj się.
Kształty wirowały w ciemnościach, postaci stworzone ze skondensowanego dymu kierowały się w stronę zamku falami. Miały zakapturzone twarze i można było dostrzec wyłącznie ich oddechy. Dementorzy, więcej niż Syriusz kiedykolwiek widział, nawet w Azkabanie. Jego oczy rozszerzyły się i nie uśmiechnął się nawet wtedy, kiedy poczuł drobną dłoń Hermiony, wślizgującą się w jego dłoń. Uścisnął ją po chwili, a drugą rękę zacisnął w pięść wokół różdżki.
- Myślimy o czymś radosnym – wymamrotała.
W jego piersi zaiskrzyło, rozpierała go nadzieja. Spojrzał na nią i mrugnął łobuzersko.
- Ja na pewno mam o czym myśleć. Expecto Patronum!
Duży srebrzysty pies ruszył z impetem na przeciwników, warcząc i siejąc zamęt. U jego boku pojawiła się mała, ale równie efektywna wydra.
Po chwili każdy, kto był w stanie wyczarować Patronusa, rzucił swoje zaklęcie, przez co do psa i wydry dołączyły kot, terier, łabędź, kaczka, kojot, hiena, bardzo duży niedźwiedź i mała łasiczka. Grupa posuwała się naprzód, zmuszając swoje Patronusy do walki, co z kolei spowodowało, że Dementorzy rozpoczęli odwrót.
Nie wszyscy.
Skupienie członków Zakonu Feniksa i towarzyszących im uczniów rozproszyło się na moment, kiedy kilka głosów za ich plecami wrzasnęło „Expecto Patronum".
Trzy Patronusy dołączyły do walki. Ogromny, znajomy smok należący do Dracona wzniósł się w powietrze i zadał przeciwnikom ogromne straty. Towarzyszyły mu dwa olbrzymie wilki, które wspólnie zaatakowały uciekających Dementorów.
Syriusz zbladł, zdekoncentrował się i odwrócił do nadbiegających, mając nadzieję nie ujrzeć tego, co właśnie ujrzał. Biegł do nich Draco Malfoy, intensywnie wpatrujący się w swojego smoka. Po lewej stronie chłopca kuśtykał Remus, po prawej szła spokojnie Tonks.
- Co ty tu, u diabła, robisz, Lunatyku? – Wrzasnął Black.
Remus parsknął śmiechem.
- Ratuję twój tyłek przed Demetorami. Znowu.
- Harry uratował mnie przed Dementorami, ty dupku – warknął Animag.
- A ja nauczyłem Harry'ego, jak wywołać Patronusa, więc po części to ja cię uratowałem – odpowiedział Remus.
- Tak? A przypomnij mi, kto nauczył ciebie? – Syriusz rzucił przyjacielowi takie spojrzenie, jakby wygrał tą kłótnię.
- Trzymam się swojej wersji. Ja nauczyłem Harry'ego, a on nauczył ją, więc i tak to wszystko moja zasługa – Lupin zaśmiał się, dopóki Black mocno nie uderzył go w ramię. Jego koncentracja roztrzaskała się w drobny mak. Wilkołak warknął.
- Zabierz swoją żonę do domu!
- Nie! Powinniśmy być właśnie tutaj – Remus twardo trzymał się swojej decyzji. – Nie było mnie przy Jamesie i Lily, kiedy powinienem był być. Przybyłem za późno, żeby ocalić cię przed Zasłoną. Niech cię piekło pochłonie, jeśli myślisz, że będę siedział w bezpiecznym domu, kiedy moi przyjaciele krwawią i giną na wojnie!
Syriusz westchnął. Nie podobało mu się, że jego polecenie zostało zignorowane. Nie podobało mu się, że Remus wmieszał w całą tą sytuację Jamesa i Lily. Chciał chłodno podejść do bitwy, a wspomnienie martwych przyjaciół prześladowało go gorącym poczuciem winy. Co przypomniało mu, że ma do przekazania informację o innym, dość niedawnym zgonie.
- Wspominałem ci już, że Greyback nie żyje? – Obserwował, jak oczy Remusa zalśniły złotem i bursztynem. Celowo nie powiedział o tym przyjacielowi wcześniej, bo chciał, żeby ten skupiał się całkowicie na żonie i nowonarodzonym synu. Zazwyczaj wspomnienie nazwiska Greybacka wiązało się z kryzysem emocjonalnym Remusa, a Syriusz ostatnimi czasy nie czuł się na siłach, żeby przekonywać przyjaciela, jakim dobrym ojcem i mężem będzie.
- Kto?
- Draco – Syriusz skinął głową w kierunku jasnowłosego czarodzieja. – Należało się mu. A zatem, wiedząc, że ty żyjesz, a Greyback nie, możesz zabrać stąd siebie i swoją żonę, do jasnej cholery?
- Nieźle, Łapo – Remus wywrócił oczami.
- Zniknęli – krzyknęła nagle Hermiona. – Syriuszu, Dementorzy odeszli.
- Bardzo dobrze – Syriusz, nadal patrząc na Remusa, zmienił się nagle w psa.
W tej postaci był szybszy i silniejszy, więc pognał przed siebie, pozwalając, żeby niskie gałęzie i krzewy omiatały jego sierść. Węsząc, złapał trop Harry'ego i pogalopował przed siebie, w kierunku swojego chrześniaka. Wyczuwał, że Remus podąża za nim, wyczuwał gdzieś niedaleko słodki zapach Hermiony, ale biegł dalej.
Jednocześnie przeklinał Remusa i jego głupie poczucie lojalności i honoru, które kazały mu za nim podążyć. Przeklinał Hermionę za to, że towarzyszyła mu tak daleko i narażała siebie na niebezpieczeństwo. Przeklinał Harry'ego za swoją arogancję i poświęcenie, na jakie było go stać wyłącznie dlatego, że kochał swoich przyjaciół. W końcu zaczął przeklinać Jamesa i Lily, bo uważał, że poradzi sobie z ich upartym jak osioł synem.
Atmosfera nagle się zmieniła i Łapa wybiegł na skraj polany. Jego uwagę natychmiast przykuł widok, jakiego miał nadzieję nigdy nie zobaczyć: nieruchome ciało Harry'ego.
Uważnie obserwował, ukryty w cieniu. Próbował dostrzec, czy Harry oddycha. Nasłuchiwał bicia jego serca. Jednak niemożliwym było wyłapać jakiekolwiek oznaki życia u chłopca, kiedy na polanie wiwatował tłum ubranych na czarno postaci, a jego własne serce waliło o żebra.
Śmierciożercy pochylali się nad postacią, która właśnie podnosiła się z ziemi.
- Wystarczy – powiedział Voldemort. – Czy chłopiec nie żyje?
Na polanie zapadła doskonała cisza. Śmierciożercy byli przerażeni. Żaden nie chciał podejść do ciała młodego Gryfona.
- Boicie się martwego dziecka? – Warknął Czarny Pan i nagle kilku mężczyzn ruszyło jednocześnie w stronę Harry'ego.
W Syriuszu wezbrały nagle nieznane dotąd ojcowskie uczucia. Wypadł z cienia i stanął na sztywnych łapach między ciałem swojego chrześniaka i zbliżającymi się Śmierciożercami. Warczał groźnie. Mężczyźni cofnęli się, szukając drżącymi dłońmi swoich różdżek, celując w psa. A on tylko podchodził powoli do przodu, cały czas warcząc, skoncentrowany na czerwonych oczach Voldemorta.
Krew Bellatrix miała posmak zemsty, kiedy jej spróbował. Był pewny, że krew Voldemorta będzie miała posmak sprawiedliwości.
Przygotował ciało do skoku. Wiedział, że bez problemu może ominąć mężczyzn stojących między nim i jego ofiarą. Wydał z siebie jeszcze jeden niski warkot i rzucił się do przodu, z łapami gotowymi do rozdzierania skóry, z kłami gotowymi do zagłębienia się w ciało. Nie miał żadnego planu. Była tylko rosnąca wściekłość i zamglony wzrok. Była to cecha charakteru, która już kilka razy wróciła, żeby ugryźć go w tyłek. Kierując się emocjami, podążył za Peterem w ciemną alejkę tylko po to, żeby dać się oskarżyć o morderstwo. Nie słuchał rozkazów i bezmyślnie udał się do Ministerstwa Magii, żeby dać się zabić. Całował Hermionę w zawalonym tunelu. Wszystko miało swoje konsekwencje, ale w tym momencie o to nie dbał.
Natłok jego myśli przerwał nagle głos Yaxley'a.
- Crucio.
Upadł tuż pod nogami Voldemorta, piszcząc i kuląc się z bólu.
- Nie!
Usłyszał stłumiony krzyk i ziemia się zatrzęsła, kiedy nadbiegał jego najlepszy przyjaciel.
Remus wszedł na polanę i uniósł różdżkę. Wysoko.
Z Czarną Różdżką w dłoni, Czarny Pan rzucił na Syriusza kolejną klątwę, kontynuując tortury tam, gdzie skończył Yaxley. Co dziwne, już go tak bardzo nie bolało. Zaklęcie nie pozwalało mu się ruszyć, to oczywiste, ale jego zmysły musiały być tak mocno przytępione, że zaczął się zastanawiać, czy nie umarł po raz drugi. Dopiero, gdy usłyszał głos Remusa, przyszło mu do głowy, że może nadal żyć.
- Incendio! – Remus wycelował dokładnie w węża.
Voldemort wybuchnął śmiechem, kiedy zaklęcie odbiło się od tarczy, którą otoczony był jego ulubiony Horkruks. Wyglądało na to, że nie miał pojęcia, iż zaklęcie rykoszetem trafiło Thorfinna Rowle dokładnie w tors. Śmierciożerca stanął w płomieniach.
Mężczyzna głośno wrzasnął, próbując ugasić płomienie, ale zanim zdążył sięgnąć po swoją różdżkę, Remus już go rozbroił.
Voldemort prychnął z niesmakiem, obserwując tą scenę. Trzymając różdżkę skierowaną na Syriusza, dłonią wskazał Remusa i wysyczał:
- Petrificus Totalus.
Remus spojrzał zimnym wzrokiem na Voldemorta, kiedy jego nieruchome ciało lewitowało w stronę czarodzieja. Jednak tak się nieszczęśliwie dla Czarnego Pana złożyło, że unieruchomił Remusa z różdżką w dłoni.
Łapa patrzył uważnie, jak ciało Lunatyka podpływa bliżej – jego różdżka była skierowana w ziemię. Duma wezbrała w Syriuszu, kiedy obserwował, jak jego przyjaciel walczy z więżącą go klątwą i krzyczy „Bombarda Maxima".
Ziemia eksplodowała pod nogami Voldemorta, okrywając psie ciało warstwą kurzu i pyłu. Przełamując całkowicie klątwę, Remus podbiegł do przyjaciela.
Jednak zanim mieli okazję uciec, różdżki Voldemorta i trzech innych Śmierciożerców już w nich celowały.
- Crucio!
Siła ataku była tak wielka, że Syriusz nieświadomie zmienił się z powrotem w swoją ludzką postać. Ból był tak ogromny, że wytrącił go z równowagi niezbędnej do utrzymania formy Animaga. Zaabsorbowany swoim cierpieniem i wrzaskami swojego przyjaciela, prawie przegapił znajomy zapach, który szybko się do nich zbliżał. Zmusił się, by obrócić głowę, co w jego stanie mogło się równać złamaniu karku, i zobaczył ją miedzy drzewami. Hermiono, nie…
wWwWwWwWwWwWw
Musisz być pewna, musisz tego chcieć, Hermiona powtarzała sobie te słowa jak mantrę, zbliżając się do polany, na której Voldemort i jego Śmierciożercy torturowali Syriusza i Remusa. Musisz wycelować i mieć pewność. Pozwoliła sobie przez moment popatrzeć na ciało Harry'ego i smutek został zastąpiony przez palącą wściekłość.
Musisz tego chcieć.
Jej spojrzenie odszukało czerwone oczy Lorda Voldemorta.
- Avada Kedavra!
Voldemort nie usunął się z drogi szybującego zielonego światła. Zamiast tego, przyciągnął do siebie jednego ze Śmierciożerców, wykorzystując go w charakterze tarczy.
Oczy Hermiony rozszerzyły się, kiedy klątwa, jej pierwsza Klątwa Zabijająca, uderzyła w Crabbe'a Seniora, a nie w Toma Riddle'a. Załkała, spanikowana, ale zanim zdążyła się zastanowić nad tym, co właśnie zrobiła, jej ciało znieruchomiało i zaczęło lewitować w kierunku zgromadzonych.
- No, no, no – usta Voldemorta rozciągnęły się w makabrycznym uśmiechu. Jego spojrzenie przenosiło się między Hermioną, Syriuszem i Remusem. – Zdrajca krwi. Mieszaniec. Szlama.
Mocno chwycił podbródek Hermiony swoimi długimi, bladymi palcami.
Dziewczyna zawyła z bólu, ale gdzieś w jej głosie kryły się resztki oporu. Słyszała za swoimi plecami Syriusza i Remusa, płaczących z bólu, rzucających się po ziemi pod ciągłym wpływem Cruciatusa. Nie mogła nic zrobić, żeby im pomóc.
- Idealna trójka – Voldemort puścił ją i upadła bezwładnie obok dwójki cierpiących czarodziejów.
Obróciła głowę w kierunku, z którego przyszła, modląc się o wsparcie, ale nikt nie nadchodził.
- Pozwól, że ci pokażę, jak powinna wyglądać Klątwa Zabijająca – syknął Czarny Pan, celując w Hermionę.
Wydała z siebie ciche westchnienie i miała wrażenie, że na krótką chwilę czas się zatrzymał. Przez ułamek sekundy jej strach zmienił się w determinację i rozłożyła ramiona, stając się żywą tarczą, chroniącą Syriusza i Remusa.
Jak Lily, pomyślała. Bądź dzielna, jak mama Harry'ego.
Zamknęła oczy, przypominając sobie wszystkich tych, których kochała, których chciała chronić. Harry'ego, którego ciało leżało niedaleko. Remusa, który zawsze był dla niej dobry i nauczył ją wielu użytecznych rzeczy. Rona. Ginny. Neville'a i Lunę oraz wszystkich uczniów i profesorów z Hogwartu, którzy posuwali się w ich stronę.
Syriusza.
Dla Syriusza.
Otworzyła oczy i spojrzała z cichym wyzwaniem na Voldemorta. Mogła to zrobić. Pozwoli, żeby historia się powtórzyła. Da się zabić, a jej miłość, jej poświęcenie ochroni wszystkich pozostałych. Voldemort nawet nie będzie się tego spodziewał. Był zbyt zadufany w sobie, żeby po raz drugi spodziewać się tej samej sztuczki. Ona umrze, ale jeśli Czarny Pan spróbuje skrzywdzić któregokolwiek z mężczyzn za jej plecami, klątwa uderzy w niego, ponownie. Wystarczyło zabić węża.
Zerknęła na stworzenie, które przyglądało się jej, jakby była obiadem. Jej spojrzenie przykuł widok obok węża, najcudowniejszy na świecie: Neville Longbottom, z mieczem Gryffindora w dłoni i z wyrazem determinacji na twarzy. Hermiona uniosła różdżkę i skierowała ją w stronę Voldemorta.
Zawahał się, spojrzał na nią i wybuchnął głośnym, zimnym śmiechem.
Opuściła lekko dłoń, kiedy był taki zdezorientowany.
- Alarte Ascendare! – Krzyknęła, celując w węża, który wyleciał w powietrze i poszybował na odległość prawie dwudziestu stóp.
Patrzyła, jak Neville mocniej ściska miecz w dłoniach. Kiedy Nagini wylądowała na ziemi, wzniósł się obłok pyłu, który chłopak wykorzystał jak zasłonę dymną. Uniósł miecz. A następnie młody Gryfon, potomek Szlachetnego i Starożytnego Rodu Longbottomów, ściął łeb ostatniemu Horkruksowi.
Voldemort wrzasnął z wściekłości, ale jego różdżka nie zachwiała się.
Zamknęła oczy.
Mogła to zrobić.
Była gotowa.
- Avada Kedavra!
- Expelliarmus! – Wrzasnął znajomy głos i czarownica otworzyła oczy, żeby zobaczyć Harry'ego, klęczącego przed nią.
Dwa zaklęcia spotkały się z hukiem. Między czarodziejami pojawił się złoty płomień. Zielony promień Zaklęcia Zabijającego Voldemorta uderzył w Rozbrajające Zaklęcie Harry'ego. Jedna różdżka wyleciała w powietrze, cienka, ciemna różdżka na tle wschodzącego słońca, przeleciała przez gałęzie.
Harry, wykazując się unikalnym talentem Szukajacego, złapał szybującą różdżkę wolną ręką, podczas gdy Voldemort upadł z rozłożonymi ramionami. Tom Riddle uderzył w ziemię z porażającą ostatecznością, jego ciało było połamane i zmaltretowane, jego białe dłonie puste, a wzrok niewidzący. Czarny Pan był martwy, zabity przez swoje własne zaklęcie, które odbiło się od Harry'ego. A młody Potter stał nad ciałem swojego przeciwnika z dwiema różdżkami w dłoni i przyglądał mu się obojętnie.
Nastąpiła krótka chwila absolutnej ciszy zanim na polanę wtargnęli członkowie Zakonu Feniksa i uczniowie z wyciągniętymi różdżkami, celując w znajdujących się na miejscu Śmierciożerców. Mężczyźni podjęli próbę ucieczki, ale szybko zostali powstrzymani, związani i zabezpieczeni.
Hermiona załkała i objęła Harry'ego od tyłu.
- Ty żyjesz!
Odwrócił się do niej i spojrzał na przyjaciółkę z irytacją.
- Naprawdę pozwoliłabyś, żeby cię zabił?
Zaśmiała się i pocałowała go w policzek. Nie potrafiła się na niego gniewać, skoro właśnie pokonał najgroźniejszego czarodzieja ich czasów i wyszedł z tej potyczki żywy.
- Czemu nie? Ty pozwoliłeś.
Harry najpierw zacisnął mocno szczękę, ale po chwili uśmiechnął się szeroko i odwzajemnił uścisk dziewczyny, mamrocząc pod nosem, że nie pozwala jej więcej narażać się na takie niebezpieczeństwo. Chciała się z nim nie zgodzić, ale poczuła inne dłonie, które obejmowały ją od tyłu. Syriusz i Remus zgodzili się z Harrym.
- Harry, jak to zrobiłeś? – Ron zbliżył się do przytulających się przyjaciół.
- Czarna Różdżka – Harry uniósł przedmiot. – We Wrzeszczącej Chacie Voldemort zabił Snape'a, bo myślał, że Snape wygrał różdżkę od Dumbledore'a. Ale Czarna Różdżka nie czekała na to, żeby ktoś zabił jej pana, ale żeby ktoś go pokonał.
- Malfoy – westchnęła Hermiona.
- Ja? – Blondyn przysunął się do nich z wykrzywioną miną. Przyglądał się, jak członkowie Zakonu Feniksa obezwładniają i aresztują Śmierciożerców, więc trzymał się blisko osób, które wiedziały, gdzie leży jego lojalność.
- Rozbroiłeś Dumbledore'a.
- Do rzeczy, Granger – zmrużył oczy. – Czy naprawdę nikt z was nie potrafi dokończyć rozpoczętego wątku?
- Jesteś panem Czarnej Różdżki, ty kretynie! – Warknęła czarownica.
- Naprawdę? Potter? – Draco uśmiechnął się półgębkiem i wyciągnął dłoń do Harry'ego. – Chciałbym odzyskać swoją różdżkę.
Harry odpowiedział równie złośliwym uśmiechem i lekko rzucił Draconowi różdżkę głogową.
- Dzięki za użyczenie – powiedział i odwrócił się do Hermiony, nie patrząc, jak Malfoy wita się ze swoją różdżką, jak z utraconym przyjacielem.
- Rozbroiłem Malfoy'a we Dworze – wyjaśnił zdumionej przyjaciółce.
- O, kurde – Ron rozdziawił usta.
- A zechcesz mi wyjaśnić, co miało znaczyć to udawanie martwego? – Oczy Syriusza zwęziły, kiedy tak się zastanawiał, kto pierwszy odważy się na żart o psach. Nikt jednak nic nie powiedział, poza Harrym, który wyciągnął ze swojej saszetki szczątki różdżki z ostrokrzewu i pióro feniksa. Korzystając z Czarnej Różdżki naprawił swoją zniszczoną.
- Nie udawałem. Naprawdę umarłem – potwierdził, patrząc na Syriusza. – I wróciłem. Przy tobie, to nic nowego.
Pomimo stresu, na który byli narażeni jeszcze przed chwilą, Black zaśmiał się i po chwili Harry do niego dołączył, kładąc dłoń na ramieniu swojego ojca chrzestnego. Hermiona westchnęła, wymieniając uśmiech z Remusem.
Voldemort był martwy.
Wojna się skończyła.
Wszystko było, jak należy… Na razie.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
