Od tłumaczki: Na momencik zwalniamy tempa. Hermiona potrzebuje chwili, żeby przystosować się do nowej sytuacji, w którą wrzucił ją Remus. Za chwilę poznacie zupełnie nową postać, Tilly, która należy do cudownej autorki, ShayaLonnie. Ja ją tylko tłumaczę. A już w kolejnym rozdziale, na scenę wkroczy nie kto inny, jak James Potter! Już za tydzień.

Chciałabym jednocześnie podziękować za wszystkie komentarze. Bardzo miło się je czyta. Motywują do dalszego tłumaczenia, kiedy palce mają już dość śmigania po klawiaturze.

ROZDZIAŁ 17 – PANIENKA SZYBKO SIĘ UCZY

1 sierpnia 1971

Hermiona powoli szła w stronę Skrzydła Szpitalnego. Otoczenie było jednocześnie podobne i niepodobne do szkoły, w której spędziła kilka lat. Pamiętała te noce, kiedy wracała do zdrowia po tym, jak przypadkiem zmieniła się w kota, a krótko potem została spetryfikowana przez bazyliszka. Pamiętała rekonwalescencję po bitwie w Departamencie Tajemnic. Ostatni raz widziała Skrzydło Szpitalne Hogwartu tuż po finałowej bitwie, gdy zaoferowała pani Pomfrey swoją pomoc w leczeniu ciężko rannych.

Gdy weszła do ambulatorium, zdziwiła ją panująca tam cisza i spokój. Kolejna różnica, która przypomniała jej, że znajdowała się w roku 1971, nie w 1998.

Nie była w domu.

Podeszła do niej młodsza wersja pani Pomfrey i Hermiona musiała się uśmiechnąć.

- Dzień dobry. Jak mogę pomóc?

Widok żywego profesora Dumbledore'a działał jej na nerwy, ale znajoma twarz Poppy Pomfrey załagodziła jej zdenerwowanie.

- Dyrektor Dumbledore prosił, żebym przekazała pani te dwie rzeczy – podała czarownicy zwitek pergaminu i fiolkę z eliksirem odmładzającym.

Pani Pomfrey wzięła list, przeczytała słowa Dumbledore'a i spojrzała z ciekawością na czerwoną buteleczkę. W końcu przeniosła spojrzenie ponownie na Hermionę.

- Zdecydowała pani, co chce zrobić?

- Nie jestem pewna – Hermiona przyznała ze smutkiem. Ukryła twarz w dłoniach i cicho załkała. – Nie wiem, co powinnam zrobić.

Remus wrzucił ją w sam środek sytuacji bez wyjścia. Jeszcze kilka godzin temu była w domu, świętowała swoje urodziny z najważniejszymi osobami w jej życiu. Harry, Syriusz, Ron, Remus, Tonks, Teddy i Weasley'owie. Bogowie, byłaby wdzięczna, gdyby mogła jeszcze raz zobaczyć Dracona. Jak miała podążać za wskazówkami Remusa i żyć swoim życiem? To nie było jej życie.

Niech cię piekło pochłonie, Remusie.

- Wezmę eliksir. Nie mam innego wyjścia.

- Rozumiem – pani Pomfrey skinęła głową. – Proszę się położyć na łóżku. Dyrektor nalega, żeby pani odpoczęła, a jeśli jest pani pewna, że chce wziąć ten eliksir, i tak będzie musiała pani leżeć. Jego efekty są dość nieprzyjemne dla organizmu.

Hermiona ponownie się uśmiechnęła.

- Dziękuję, pani Pomfrey. Dobrze jest zobaczyć znajomą… - Zawahała się. Nagle dotarło do niej, że zamierzała ujawnić, że w przyszłości zna pielęgniarkę. Zmarszczyła brwi. Zrozumiała, że przystosowanie się do obecnej sytuacji zajmie jej nieco czasu.

- Wiem, o co chodzi, moja droga – pani Pomfrey machnęła lekko pergaminem. – Dumbledore wyjaśnił wszystko w tej notce. Niezbyt szczegółowo, bo ten mężczyzna uwielbia tajemnice, ale na tyle, żebym nie zadawała pytań. Wiem, że nie powinnam mieszać się w sprawy magii, której nie rozumiem.

Odłożyła liścik i skupiła całą swoją uwagę na Hermionie.

- Ile masz lat, kochanie?

- Dziewiętnaście. Właśnie skończyłam dziewiętnaście lat – odpowiedziała, siadając na łóżku, próbując uspokoić napięte nerwy. Planowała spędzić swoje urodziny z nowymi książkami i wielkim kubkiem gorącej herbaty. Teraz była tutaj, wymazując swoje ostatnie urodziny i siedem wcześniejszych.

- Musisz wypić tyle – pani Pomfrey odmierzyła sporą porcję eliksiru i podała czarę Hermionie. – Wypij szybko. Smakuje okropnie, a dostosowanie organizmu do zmian jest bardzo niekomfortowe. Mogę zaproponować eliksir nasenny, wtedy nic nie poczujesz.

Pielęgniarka sięgnęła po inną małą fiolkę, stojącą na pobliskim stoliku. Hermiona zagryzła zęby na dolnej wardze, patrząc z wahaniem na buteleczkę.

- Mogłabym dostać Eliksir Bezsennego Snu?

- Tego eliksiru wcześniej używałaś?

Eliksir Bezsennego Snu był substancją silnie uzależniającą i Hermiona w normalnych warunkach by o niego nie poprosiła, ale bez rodziny i przyjaciół, którzy pomogliby jej przetrwać noc, uznała, że lepiej będzie nie mieć koszmarów. Ostatnie, czego chciała, to przestraszyć panią Pomfrey swoimi wrzaskami.

- Bardzo rzadko, ale tak będzie najlepiej dla wszystkim. Mam problemy ze snem.

- Nie przeszkadza mi kilka koszmarów sennych.

Hermiona westchnęła, zirytowana. Wiedziała, że pielęgniarka tylko wykonuje swoją pracę, ale nie była w nastroju do kłótni. Sięgnęła prawą dłonią do lewego rękawa sukni i zaczęła go podwijać. Pod ubraniem pokazała się głęboka, ciemnoczerwona blizna.

Szlama.

Pani Pomfrey cicho krzyknęła, jej oczy się rozszerzyły. Podniosła wzrok i napotkała spokojne spojrzenie Hermiony. Po chwili bez wahania sięgnęła za siebie i podała dziewczynie fioletowy eliksir.

Hermiona uśmiechnęła się z wdzięcznością, odkorkowała fiolkę i szybko przełknęła zawartość. Następnie przystawiła do ust eliksir odmładzający i wypiła go do ostatniej kropli. Zacisnęła mocno oczy, zmuszając się, aby nie płakać. Osunęła się na poduszkę i pozwoliła, żeby Eliksir Bezsennego Snu zaczął działać.

wWwWwWwWwWwWwWw

2 sierpnia 1971

Hermiona spała przez kilka godzin, ale nie śniła. Nie obudził jej koszmar, w którym Bellatrix Lestrange torturowała ją, w którym bezwładne ciało Syriusza odrzuca od siebie Fenrir Greyback. Nie było snów, w których się rozszczepiła, ani przebłysków, w których martwy Harry leżał na polanie w Zakazanym Lesie, tej samej polanie, na której Voldemort torturował Syriusza i Remusa.

Nie śniła też o domu.

Kiedy w końcu otworzyła oczy, czuła się inaczej. Siadając, zorientowała się, że jeszcze jest ciemno i przez chwilę zastanawiała się, czy nie zasnęła kilka minut temu. Wtedy zobaczyła, że jej nogi poruszają się pod sukienką, która nagle zrobiła się kilka rozmiarów za duża.

- Widzę, że podjęła pani decyzję, panno Granger – profesor Dumbledore stanął w nogach łóżka z lekkim uśmiechem na twarzy. – Bardzo mnie to cieszy. Przyszedłem, żeby panią poinformować, że udało mi się znaleźć dla pani nowy dom. Para czarodziejów czystej krwi zgodziła się przyjąć panią do siebie. Mam nadzieję, że mi pani zaufa, kiedy powiem, że to dobrzy ludzie. Najlepsi, jakich znam.

- Dziękuję, dyrektorze – Hermiona pochyliła lekko głowę, dziwiąc się jednocześnie lekkiemu, dziewczęcemu brzmieniu swojego głosu. Jej słowa brzmiały inaczej. Jęknęła i dotknęła dłonią swoich ust i zębów. – Fantastycznie. Pani Pomfrey, mogę prosić o przysługę?

- Czego potrzebujesz, moja droga?

- Chciałabym, żeby moje zęby wróciły do normalnych rozmiarów. Zmniejszyłam je na czwartym roku i chociaż wiem, że przemawia przeze mnie próżność, jeśli mam wrócić do Hogwartu, wolałabym mieć problem z zębami za sobą.

Na myśl o przytykach, jakie miałaby znosić z powodu swoich zębów, targnął nią huragan emocji. Chciało jej się płakać, co wydawało się śmieszne, zważywszy, że nie płakała z żadnego innego powodu tej nocy. Wypuściła z siebie drżący oddech, gdy uświadomiła sobie, że eliksir nie tylko sprawił, że wyglądała na jedenaście lat. Ona była jedenastolatką. Oznaczało to ponowne zmierzenie się z dorastaniem, huśtawką nastrojów i burzą hormonów. Zastanawiała się, czy jej mentalność również ulegnie zmianie. Albo, brońcie bogowie, jej magia. Kolejna rzecz, o której nie pomyślała, zanim wypiła eliksir.

- W momencie, kiedy dorośniesz do wieku, kiedy zmniejszyłaś sobie zęby, one dostosują się do twojego ciała – powiedziała pielęgniarka.

Hermiona uniosła brew.

- Nie rozumiem.

- Cóż, moja droga, to nadal twoje ciało. Eliksir nie sprawia, że twoje ciało zaczyna na nowo. Ono już przeżyło i doświadczyło wiele rzeczy, które je zmieniły i będzie dostosowywać się do tych zmian w momencie, gdy do nich dorośniesz.

Hermiona natychmiast podwinęła rękaw za długiej sukni i jej oczom ukazała się nieskazitelna, wolna od blizn skóra.

- Ale… - Dziewczyna uniosła oczy pełne łez. – One wrócą?

- Prawdopodobnie tak – pani Pomfrey zmarszczyła czoło. – Przykro mi.

- W takim razie proszę, żeby moje zęby zostały zmniejszone teraz. Skoro mogę się spodziewać, że moje blizny powrócą, chociaż tę jedną rzecz będę miała za sobą – spojrzała błagająco na pielęgniarkę, przypominając sobie ile razy ta kobieta leczyła jej obrażenia i ocierała łzy. – Gdybym miała swoją różdżkę, sama bym sobie poradziła. Może je pani dla mnie zmniejszyć?

Starsza czarownica w końcu odpuściła i podeszła do łóżka.

- Oczywiście, kochanie. Powiedz, kiedy – podała Hermionie małe lusterko i dziewczyna cicho krzyknęła, kiedy zobaczyła w nim swoje odbicie.

Jedenastoletnia Hermiona, prawie dwunastoletnia. Z dużymi zębami i puszystymi włosami, ze skórą okraszoną piegami. Uśmiechnęła się do siebie ze smutkiem i otworzyła usta, aby pani Pomfrey mogła rzucić zaklęcie.

Zamrugała z bólu, gdy jej zęby opanowało przedziwne uczucie, ale nie odezwała się do momentu, kiedy zmalały do poprzedniego rozmiaru. Dopiero wtedy pokiwała głową i czubkiem języka sprawdziła, czy dobrze leżą.

- Dziękuję. Czuję się trochę głupio z tego powodu, ale…

Pielęgniarka uśmiechnęła się i lekko ścisnęła jej ramię.

- Wszyscy mamy swoje demony. Nie przejmuj się tym.

- A teraz, panno Granger, jeśli czuje się pani na siłach, żeby odbyć podróż przez sieć Fiu, zabiorę panią do jej nowej rodziny – powiedział Dumbledore. – Nikt, poza tą rodziną, mną i panią Pomfrey nie będzie znał szczegółów dotyczących pani prawdziwej tożsamości. Od wszystkich zażądam Przysięgi Wieczystej, aby ochronić pani sekret.

Hermiona uśmiechnęła się, wdzięczna.

- Tak jest, dyrektorze – wstała i prawie się przewróciła, zapominając, że teraz była kilkanaście centymetrów niższa. Suknia zsunęła się z jej ramienia i zawstydzona czarownica szybko przytrzymała materiał. Spojrzała na panią Pomfrey. – Rzuciłaby pani dla mnie jeszcze jedno zaklęcie zmniejszające?

Pielęgniarka zaśmiała się i machnęła różdżką, dopasowując suknię Hermiony do jej mniejszego ciała.

- Nie wiem, co bez pani pocznę, pani Pomfrey.

- Podejrzewam, że zobaczymy się już za miesiąc, moja droga. Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała po powrocie do Hogwartu, możesz do mnie przyjść.

- Tak zrobię – Hermiona pokiwała głową. – Jeszcze raz dziękuję.

Dumbledore już stał przy drzwiach i trzymał je otwarte.

- Chodźmy, panno Granger.

Szybko za nim podążyła, trzymając się kilka kroków za mężczyzną, kiedy wchodzili ponownie do jego gabinetu.

Dyrektor zbliżył się do kominka i sięgnął po misę z proszkiem Fiu.

- Proszę, panno Granger. Już wytłumaczyłem rodzinie, która panią przyjmie do siebie szczegóły pani przybycia do nas. Wiedzą, że urodziła się pani w mugolskiej rodzinie, potrzebuje ochrony i że pani rodziny już z nami nie ma – wyjaśnił, podając jej garść proszku. – Byli na tyle mili, że nie zadawali innych pytań, chociaż prawdę mówiąc, tego od nich oczekiwałem. Obiecuję pani, że są godni zaufania.

- Doceniam to, co pan dla mnie robi, dyrektorze – Hermiona uśmiechnęła się do starego czarodzieja i odsunęła od ognia, robiąc dla niego miejsce. Westchnęła, gdy spojrzała na kominek i przypomniała sobie, że niecałe cztery miesiące wcześniej włamała się tędy do szkoły razem z Syriuszem, Harrym, Ronem i Draconem.

- Proszę uważnie słuchać i iść za mną – Dumbledore rzucił proszek w ogień i powiedział wyraźnie „Rezydencja Potterów", po czym zniknął w zielonych płomieniach.

- Potter!? – Krzyknęła Hermiona. Wiedziała, że nie powinna być zaskoczona, szczególnie, że Dumbledore już wcześniej wspominał o Potterach, ale świadomość, że zaraz pozna rodzinę Harry'ego na nowo rozjątrzyła jej nerwowość. Przyzwała swoją gryfońską odwagę i weszła do kominka. – Rezydencja Potterów!

Westchnęła głośno, gdy wyszła z kominka po drugiej stronie. Jej oczy przesuwały się po ścianach ogromnego salonu, który mógł rywalizować w salonem dworu Malfoy'ów. Słyszała, jak Dumbledore wymawia słowo „rezydencja", sama je wymówiła, ale do tej pory nie rozumiała, co ono oznacza. Oczywiście, to miało sens: przodkowie Harry'ego mieli status czystej krwi i dopiero po ślubie z Lily Evans James Potter przeprowadził się do domu w Dolinie Godryka.

Rezydencja Malfoy'ów odpychała chłodem i pustymi przestrzeniami, natomiast rezydencja Potterów przyciągała ciepłem. Wyglądało to tak, jakby ktoś powiększył magicznie Pokój Wspólny Gryfonów. Ogromne okna otaczające okrągły salon były udekorowane ciężkimi, jedwabnymi, szkarłatnymi zasłonami, przecinanymi złotymi nićmi. Meble zostały wykonane z ciemnego dębu, wypolerowanego na wysoki połysk. Sofy i wygodne fotele były pokryte miękkimi poduchami w wielu uspokajających kolorach.

- Wow – wyszeptała z roziskrzonymi oczami, rozglądając się dokoła. Nigdy by nie pomyślała, że tak szybko zacznie myśleć o tym miejscu, jak o… Domu?

- Podoba ci się, tak?

Hermiona odwróciła się w stronę, z której dobiegał słodki, kobiecy głos i zobaczyła, że poza nią w salonie znajdują się trzy osoby, obserwujące ją z uśmiechami na ustach.

Dumbledore stał obok pary, która – chociaż starsza od jej rodziców – na pewno nie zbliżała się wiekiem do starego dyrektora. Oboje wyglądali, jakby dopiero przekroczyli pięćdziesiąty rok życia, a w orzechowych oczach mężczyzny nadal był obecny charakterystyczny, młodzieńczy błysk. Jego włosy były znajome, siwo-czarne, odstające na wszystkie strony, mimo postępującej ich utraty.

Kobieta, która się do niej odezwała, była bardzo podobna do Andromedy Tonks. Różnił je tylko kolor włosów – Andromeda miała włosy brązowe, stojąca przed nią kobieta ciemne miedziane. Uśmiechała się szeroko, obdarzając ją spojrzeniem swoich szarych oczu. Jej arystokratyczne maniery tylko dodawały jej wdzięku, podobnie jak jej dobry humor i psotny wzrok. Miała w sobie takie matczyne ciepło, jakie przypomniało Hermionie panią Weasley.

- Jest piękny – Hermiona uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Dziękuję. Za przyjęcie mnie pod swój dach.

- Teraz to jest twój dom, kochanie. Nie wiesz, ja długo marzyłam o jeszcze jednej kobiecie w tej rezydencji – czarownica poprawiła swoje włosy i złożyła dłonie przed sobą. Zaśmiała się słodko, kiedy jej mąż mrugnął do niej jednym okiem. – Muszę odpocząć od głupoty małych chłopców i starszych mężczyzn, którzy nie chcą dorosnąć.

- Moja żona przesadza – powiedział czarodziej. – Uwielbia nas. Trzymamy ją na chodzie.

Czarownica wyciągnęła dłoń.

- Dorea Potter.

Czarodziej wyszczerzył zęby.

- Charlus.

Potrząsając dłonią Dorei, Hermiona uśmiechnęła się do obojga.

- Hermiona.

Dumbledore rozpromienił się z dumy, nie do końca zasłużonej.

- Nie chciałbym być niegrzeczny i odmawiać poczęstunku pod waszym dachem, ale pozostał tylko miesiąc do rozpoczęcia semestru, a ja nadal nie przygotowałem sobie mowy powitalnej – sięgnął do jednej z kieszeni ukrytej w swoich szatach i wyciągnął z niej znajomą kopertę, którą następnie podał Hermionie.

Dziewczyna spojrzała na kopertę z nostalgią.

Jej list z Hogwartu.

Jej drugi list z Hogwartu.

Otarła łzy, które pojawiły się w jej oczach, próbując wypchnąć z umysłu wspomnienie o otrzymaniu tego listu po raz pierwszy. Zamiast tego, chciała zapamiętać ten moment.

- Dziękuję, dyrektorze. Za wszystko.

- Widzimy się za miesiąc w Hogwarcie, moja droga. Charlus, Doreo, mam nadzieję, że będę widywać was częściej.

- Oby nie za często – odpowiedziała zaczepnym tonem Dorea. – Nie chcę dostawać listów od dyrektora Hogwartu. Zwykle przynoszą złe wieści.

Dumbledore potrząsnął dłonią Charlusa, a Dorea pocałowała go w policzek. Następnie rzucił ostatni uspokajający uśmiech Hermionie i wszedł do kominka, w którym zniknął, otoczony zielonymi płomieniami.

Czarownica natychmiast odwróciła się do Hermiony ze słodkim, pełnym energii uśmiechem.

- Albus wyjaśnił nam, że miałaś ciężką noc. Nie będziemy na ciebie naciskać – zastrzegła, ku uldze Hermiony. – Jest już późno, więc proponuję, żebyśmy wszyscy udali się na spoczynek i jutro wcześnie rozpoczęli dzień.

Klasnęła w dłonie, już planując wszystko to, co mogłyby razem zrobić następnego dnia. Hermiona poczuła lekką nerwowość.

- Tilly – zawołała Dorea i z miękkim trzaskiem w salonie pojawiła się mała, energiczna postać skrzatki domowej.

Hermiona zbladła na widok skrzata, cofnęła się z jękiem. Nie! Absolutnie nie. Nie pozwoli się adoptować rodzinie, która trzyma skrzaty domowe w niewoli.

- Młoda panienka? – Mała skrzatka spojrzała na Hermionę wielkimi oczami koloru jasnego, bezchmurnego nieba, w których kryło się mnóstwo emocji. Uśmiechnęła się i zaczęła radośnie podskakiwać, jak Ron w świąteczny poranek. Odwróciła się do Dorei i Charlusa, i ich również obdarzyła promiennym uśmiechem, jakby właśnie podarowali jej najpiękniejszy prezent. – Tilly jest zachwycona! Tilly tak bardzo chciała troszczyć się o panienkę! Co nie znaczy, że Tilly przestanie kochać panicza, o nie!

Charlus zaśmiał się przyjaźnie.

- Uważaj, Tilly. Nie chcesz chyba bawić się w ulubieńców.

- Tilly robi, co Tilly chce – odpowiedziała stanowczo skrzatka, ale w jej tonie można było wychwycić nuty humoru. Hermiona prawie się zakrztusiła, kiedy Charlus wybuchnął głośnym śmiechem.

Dorea wywróciła oczami.

- Hermiono, to jest Tilly. Tilly zabierze cię do twojego pokoju. Musisz bardzo na nią uważać, bo jeśli na chwilę dasz jej przejąć kontrolę, wystoi cię jak laleczkę. I nie pozwól jej się za bardzo rozpuścić.

Na te słowa skrzatka wywróciła oczami, doskonale naśladując zachowanie swojej pani.

- Tilly nie rozpuszcza młodych państwa – prychnęła, oburzona. – Tilly rozpieszcza, dogadza i pobłaża.

Charlus rzucił skrzatce czarujący uśmiech.

- To jest to samo, Tilly.

- Tilly robi, co Tilly chce – wzruszyła ramionami i sięgnęła po dłoń Hermiony, ciągnąc ją lekko za sobą. – Niech panienka idzie za Tilly. Pan i pani muszą się położyć do łóżka, tak, już czas na nich. Tilly się pogniewa, jeśli znowu zasiedzą się w salonie.

- Dobrze, Tilly – Charlus poddał się tyradzie skrzatki, jakby był małym dzieckiem. – Dobrej nocy, Hermiono. Słodkich snów. Wszystkim zajmiemy się rano. W tym domu jesteś bezpieczna.

Hermiona chciała zostać z nimi jeszcze przez chwilę, żeby wyrazić swoją wdzięczność, ale została wyciągnięta z salonu przez podekscytowaną – i niezwykle niezależną – skrzatkę domową.

- Tilly? Mogę cię zapytać… Czy jesteś tu dobrze traktowana? – Hermiona zapytała szeptem, marszcząc brwi. – Czy ty…? Chciałam powiedzieć… Nie wolałabyś być wolna?

- Tilly jest wolna.

Oczy Hermiony rozszerzyły się gwałtownie.

- Co? Dostałaś ubranie? – Zapytała, patrząc na ręcznik, który nosiła skrzatka. Wiedziała, że tak zwykle ubierają się pracujące skrzaty domowe, a o ich traktowaniu świadczy poziom czystości ubrania. Dla porównania, Stworek nosił wiecznie brudne szmaty.

- Tilly nie potrzebuje ubrań, żeby być wolna – wyjaśniła tonem, który Hermionie wydał się nieco protekcjonalny. Nadal ciągnęła dłoń Hermiony, prowadząc ją długim korytarzem do klatki schodowej.

- Tilly zajmowała się panią Doreą, kiedy ta była tylko panienką. Kiedy pani poślubiła pana Charlusa, zapytała Tilly, czy Tilly chce z nią zamieszkać. To się nie spodobało matce pani Dorei, o nie! Poprzednia właścicielka Tilly, pani Violetta, nie była zadowolona z małżeństwa pani Dorei. W złości pani Violetta powiedziała pani Dorei, że to ona zabiera Tilly. Ale pani Dorea nawrzeszczała na panią Violettę. Powiedziała jej, że Tilly idzie z nią. I przeklęła panią Violettę na dobre. O, tak! Przeklęła ją.

Skrzatka westchnęła z radością.

- Tilly jest bardzo szczęśliwa, że może się troszczyć o panią Doreę i jej rodzinę. Tilly jest wolna od złej pani Violetty.

- Cieszy mnie to – Hermiona uśmiechnęła się, kiedy do niej dotarło, że Tilly dobrze się czuła u Potterów. Radość dziewczyny jednak zgasła, gdy uświadomiła sobie, że musi jak najszybciej wytyczyć granice służalczości skrzatki. – Tilly, nalegam, żebyś po mnie nie sprzątała. Sama mogę to robić. I nawet nieźle gotuję.

Nagle Tilly stanęła jak wryta i bardzo powoli odwróciła się w kierunku Hermiony. Jej oczy już się zamgliły i w kącikach pojawiły się ogromne łzy. Jej usta wykrzywiły się w podkówkę.

- Panienka nie chce Tilly?

Hermiona zmarszczyła brwi, zaskoczona wyrazem twarzy skrzatki. Przywykła do wiecznych obelg ze strony Stworka i nieuwagi Zgredka.

- Nie, nie, Tilly! Nie chcę, żebyś czuła się zmuszona do opieki nade mną.

- Panienka chce zasmucić Tilly? Biedna Tilly, oj, biedna – skrzatka wybuchła płaczem, puściła dłoń Hermiony i zakryła twarz, zanosząc się łkaniem. Oparła się plecami o najbliższą ścianę i słaniała się na nogach, jak bohaterka romansów, które czasami oglądała matka Hermiony. – Tilly tak długo marzyła o panience, którą będzie mogła się zajmować, a panienka nie chce Tilly! Tilly tylko chciała się troszczyć o panienkę!

- Tilly, proszę, nie płacz – błagała Hermiona, przerażona sceną, jaką wywołała. – Proszę, proszę! Nie chcę, żebyś była smutna. Przepraszam! Proszę, przestań płakać!

Kolana Tilly ugięły się pod skrzatką i upadła na podłogę. Wtedy Hermiona się poddała.

- Dobrze, dobrze! Możesz się mną opiekować! Tylko przestań płakać, proszę.

- Tilly się zgadza – odpowiedziała, natychmiast przestając płakać. Wstała i otrzepała swoje ubranie, które w ogóle się nie zakurzyło. Ponownie sięgnęła po dłoń Hermiony i zaczęła ją ciągnąć w kierunku drzwi na końcu korytarza. – Młoda panienka szybko się uczy, o, tak!

Hermiona szła przed siebie, zaskoczona. Czy nie została przypadkiem ofiarą szantażu emocjonalnego?

Tilly otworzyła podwójne drzwi na końcu korytarza, wskazując, gdzie znajduje się prywatna łazienka, kiedy przechodziły do sypialni.

Oczy Hermiony się rozszerzyły, kiedy ogarnęła wzrokiem ogromne pomieszczenie, w centrum którego znajdowało się duże łóżko z czterema kolumienkami i niebiesko-złotymi zasłonami. Na końcu pomieszczenia stała ogromna, zabytkowa szafa, wypełniona nie ubraniami, ale różnymi rodzajami materiałów.

Tilly zbliżyła się do szafy i podekscytowana wskazała długim palcem na jej wnętrze.

- Tilly uszyje panience nowe szaty i suknie. Panienka potrzebuje nowych ubrań, książek i piór. I panienka potrzebuje różdżki! Pani powiedziała Tilly, że panienka od września rozpocznie naukę w Hogwarcie, razem z paniczem. Tilly będzie smutna, kiedy ich zabraknie we dworze, ale Tilly jest z nich bardzo dumna.

Hermiona uśmiechnęła się ze smutkiem, kiedy zauważyła w oczach skrzatki prawdziwe łzy, tak różne od tych, które widziała kilka chwil wcześniej.

Prawdę mówiąc, Tilly przypomniała Hermionie o czymś, o czym dziewczyna prawie zapomniała. Spojrzała na kopertę, którą trzymała w dłoni i lekko dotknęła palcami wytłoczonych liter.

Panna Potter

Pokój na drugim piętrze, na końcu korytarza

Rezydencja Potterów

Zapatrzyła się na te słowa bez emocji. Wiedziała, że w tym czasie nie będzie miała na nazwisko „Granger". Dumbledore nie bez powodu znalazł dla niej rodzinę czystej krwi. Jako osoba urodzona w rodzinie Mugoli przyciągnęłaby do siebie zbyt wiele uwagi. Musiała wydać się ludziom przeciętna. Jednak z drugiej strony jej nazwisko było ostatnią rzeczą, która jej została po prawdziwych rodzicach. Myśl, że straciła to nazwisko, coś w niej złamała, coś, co powinno zostać złamane. Miesiącami opłakiwała rodziców, którzy nie byli martwi.

Wzięła głęboki oddech i przełamała pieczęć na kopercie. Wyciągnęła z niej równo złożony pergamin. Już nie nazywała się Granger. Może dlatego uda jej się wyleczyć.

Wyglądało na to, że Harry miał rację. Hermiona była Potterem.

SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA HOGWART

Szanowna Panno Potter,

Uprzejmie informujemy, że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Załączam listę niezbędnego ekwipunku i książek.

Semestr rozpoczyna się pierwszego września.

Z wyrazami szacunku,

Minerwa McGonagall, zastępca dyrektora

Hermiona pozwoliła sobie na uśmiech, kiedy czytała list. Hogwart. Profesor McGonagall. Niektóre rzeczy będą znajome. Niektóre rzeczy będą jej przypominały dom.

Jej uwagę przykuła Tilly, która w ciągu tych kilku minut, kiedy Hermiona czytała list, zdążyła przygotować jasnoniebieską koszulę nocą i właśnie próbowała przebrać dziewczynę do snu. Dokładnie tak, jak przewidziała Dorea.

- Tilly – wymamrotała Hermiona, próbują wyrwać swoją sukienkę z rąk skrzatki. – Potrafię się rozebrać.

Tilly warknęła, co tak zaskoczyło czarownicę, że zastygła. Skrzatka wykorzystała tą chwilę, żeby rozebrać dziewczynę, a następnie ubrać ją w koszulę nocną.

- Panienka jest uparta. Teraz niech śpi. Panienka potrzebuje odpoczynku.

Hermiona siedziała otumaniona na brzegu łóżka. Zastanawiała się, czy bazyliszek wyeliminował ją z gry równie szybko, jak ta skrzatka. Na pewno Voldemortowi się to nie udało. Potrząsnęła głową, kiedy nawiedził ją szokujący obraz skrzaciego Czarnego Pana. Przerażający i zdecydowanie niezwyciężony.

- Dziękuję, Tilly – szybko wczołgała się do łóżka, zaniepokojona, że Tilly sama ją zaciągnie pod kołdrę i owinie, jak naleśnikiem.

Skrzatka pstryknęła palcami, gasząc wszystkie lampy.

Hermiona tylko miała nadzieję, że Eliksir Bezsennego Snu, który wypiła poprzedniego wieczoru jeszcze działał. Nie chciała przerazić tej fantastycznej rodziny – i nadopiekuńczej skrzatki domowej – swoimi koszmarami.