Od tłumaczki: Na scenie naszej opowieści z przytupem pojawiają się Severus Snape i Syriusz Black. Bliźniaki w końcu wyruszają na zakupy, więc będzie się działo. To już dziewiętnasty rozdział, więc historia musi przyspieszyć.
Korzystając z okazji, chciałabym Wam życzyć Wesołych Świąt Bożego Narodzenia, ciepłych, pełnych radości, spokoju i słodyczy; rodzinnych, udanych, takich, podczas których odpoczniecie od pośpiechu współczesnego świata. Obiecuję dodać kolejny rozdział w przyszły wtorek, dlatego życzenia noworoczne zachowam na później. Miłego czytania i jeszcze raz Wesołych Świąt.
ROZDZIAŁ 19 – TY TAK NA SERIO?
3 sierpnia 1971
Następnego ranka Mia obudziła się po prawej stronie wielkiego łoża, tuż obok Jamiego, który bezceremonialnie podłożył sobie ich złączone dłonie pod policzek. Uśmiechnęła się ze smutkiem, patrząc na chłopca, który boleśnie przypominał jej Harry'ego. W ostatnim czasie wiele rzeczy stało się bolesnymi. Koszmary prześladowały ją stale, odkąd wojna się skończyła – a właściwie od czasów Dworu Malfoy'ów. Przez miesiąc dochodziła do siebie w Muszelce po ostatnim starciu z Bellatrix Lestrange, a Syriusz pilnował, żeby koszmary nie budziły jej z niespokojnego snu. Kiedy przeniosła się na Grimmauld, koszmary przeniosły się razem z nią, ale tam również mogła liczyć na pocieszenie ze strony Syriusza. Musiał czuć się odpowiedzialny, skoro to jego kuzynka ją torturowała. A kiedy Syriusza nie było, to właśnie Harry trzymał ją w swoich ramionach, pozwalał się jej wypłakać i usypiał ją.
Patrzyła teraz na śpiącego Jamesa i nie mogła przestać myśleć o podobieństwie między ojcem i synem. Pocieszyło ją, że los w jakiś sposób dał jej cząstkę Harry'ego w czasie, do którego została przysłana.
James był niewiarygodnie spokojny i dyskretny, jeśli chodzi o sytuację, w jakiej się znaleźli. Nie zadawał Mii pytań o jej koszmary, nie narzekał, że musiał z nią zostać przez całą noc. Zamiast tego znowu zacząć stroić sobie żarty z jej włosów i z entuzjazmem planował ich wycieczkę na Ulicę Pokątną.
Podobnie jak poprzedniego poranka, zjedli rodzinne śniadanie. Tym razem jednak rozmowy były wypełnione ostrzeżeniami dotyczącymi trzymania się razem na Ulicy Pokątnej. Większość była skierowana w kierunku Jamesa, który jakby nie dostrzegał ostrego spojrzenia matki.
W końcu skorzystali z Sieci Fiu i kilka sekund później stanęli na Ulicy Pokątnej. Mia uśmiechnęła się, w końcu widząc coś znajomego.
Jej uwaga skupiła się na księgarni Esy i Floresy i poczuła, że musi kupić sobie wcześniejsze wydania książek, które czytała w swoich czasach.
- Czy dacie sobie sami radę, podczas gdy ja podejmę pieniądze u Gringotta? – Zapytała Dorea, świdrując spojrzeniem Jamesa.
- Nie ufasz swojemu własnemu synowi? – Odpowiedział Jamie, udając obrażonego.
- Ostatnim razem, kiedy zabraliśmy cię na Ulicę Pokątną, zgubiłeś się na trzy godziny i znaleźliśmy cię na zapleczu cukierni Słodka Śliweczka – powiedziała Dorea z wyrzutem, a James tylko wywrócił oczami.
- To nie był ostatni raz, kiedy byliśmy na Ulicy Pokątnej – fuknął, jakby data tego wydarzenia była jego największym problemem. Odwrócił się do Mii, potrząsając głową. – Mama przesadza.
Mia zaśmiała się cicho, widząc, jak drgnął mięsień w szczęce Dorei. Kobieta musiała się zastanawiać, czy zabranie Jamesa było dobrym pomysłem.
- Będę na niego uważać, mamo.
Dorea uśmiechnęła się do Mii, po czym wycelowała długi, elegancki palec prosto w swojego syna.
- James, trzymaj się swojej siostry. Dosłownie. Możecie się porozglądać po wystawach sklepowych, ale spotkamy się przed sklepem Ollivandera za dwadzieścia minut. Nie odchodźcie za daleko od głównej alei. I nie wolno wam iść na Ulicę Śmiertelnego Nokturnu.
- Tak, mamo – James skinął głową i po chwili bliźnięta Potter zniknęły w tłumie, jedno ułożone i dobrze wychowane, drugie mające nadzieję na odrobinę chaosu.
- Chcesz iść do Esów i Floresów? – Zapytała Mia, patrząc na wystawę sklepową z nadzieją.
James wykrzywił twarz.
- Możemy iść do Latającej Miotły.
- Księgarnia Obskurna? – Zasugerowała Mia.
Parsknął śmiechem.
- Przebijam twoją nudną propozycję i zarządzam, że idziemy do Czarodziejskich Niespodzianek Gambola i Japesa.
Do sklepu dla żartownisiów? Mia potrząsnęła głową. Na pewno nie. Ostatnie, czego potrzebowała to Potter-żartowniś. Spędziła wystarczająco dużo czasu z Harrym i Ronem w sklepie Zonka, a potem w Magicznych Dowcipach Weasley'ów, żeby mieć ochotę na powtórkę z rozrywki. Chociaż tęskniła za swoimi przyjaciółmi, cieszyła się, że w tych czasach nie będzie musiała męczyć się z Fredem i Georgem Weasleyami.
- Powinniśmy szukać rzeczy z naszych list szkolnych – zmarszczyła brwi, nieświadomie naśladując mimikę twarzy Dorei, kiedy ta próbowała radzić sobie ze swoim nieposłusznym synem.
- Dobrze, dobrze. Chodźmy do sklepu z wyposażeniem do Quidditcha – odpowiedział z żalem, jakby poświęcał się dla niej.
- Nie potrzebujesz wyposażenia do Quidditcha – ofuknęła go. – Pierwszoroczni nie mogą grać.
- Właśnie dlatego stanę się bardzo popularny, kiedy zostanę przyjęty do drużyny, prawda? Najmłodszy ścigający tego stulecia! Tak będą o mnie mówić – uśmiechnął się arogancko.
- Jesteś niemożliwy – Mia zaśmiała się lekko.
Wiedziała, że James nie zostanie najmłodszym ścigającym tego stulecia. Poczuła natomiast dumę, widząc, że w Harrym przetrwał duch Quidditcha, przekazany mu przez ojca. Nawet, jeśli uważała ten sport za stratę czasu i zwykłą wymówkę, żeby się fizycznie wyżyć. Zastanawiała się czasami, jak płonna jest jej nadzieja na spotkanie w życiu chociaż jednego chłopca, który nie będzie opętany Quidditchem.
- Najpierw Esy i Floresy, a następnie udam się z tobą do twojego ulubionego sklepu z miotłami. Pamiętaj, że i tak nic nie kupimy, bo nie mamy pieniędzy. Rozglądamy się tylko, czekając na mamę.
Mina Jamesa wskazywała na to, że z bólem serca godzi się na ten mały kompromis i bliźnięta skierowały się do księgarni.
Z prawej strony Mię nagle minęła chuda kobieta o ascetycznej twarzy. Spiesząc się, stawiała ciężkie kroki. Jeden raz się obejrzała za siebie i Mia zobaczyła czarne obwódki pod jej oczami i minę świadczącą o wyczerpaniu.
- Severusie, pospiesz się. Ojciec chce, żebyśmy wrócili przed południem!
Severus?
Mia odwróciła się, żeby spojrzeć tam, gdzie patrzyła kobieta i wtedy wpadła na kogoś i straciła równowagę. Żeby się nie przewrócić, złapała pierwszą rzecz, którą poczuła pod ręką: wyświechtany płaszcz.
- Nie dotykaj mnie! – Wrzasnął chłopiec, na którego wpadła.
Spojrzała w górę i zobaczyła bladą twarz obramowaną kurtyną czarnych włosów. Ciemne oczy wpatrywały się w nią gniewnie. Na widok grymasu chłopca, puściła jego płaszcz i cofnęła się.
- Bardzo mi przykro…
Chłopiec jeszcze bardziej zmrużył oczy i odepchnął Mię.
- Uważaj, jak chodzisz!
Mia potknęła się, cały czas nie przywyknąwszy do mniejszego ciała, jakie teraz zamieszkiwała. Próbowała złapać równowagę, ale jej się nie udało i upadła na nierówne kamienie pokrywające ulicę. Ostry ból zdartej skóry przeszył jej kolana i dłonie.
- Hej! Nie dotykaj mojej siostry! – Krzyknął James, podbiegając do nich.
- Powinna uważać, jak chodzi – powtórzył chłopiec o zaciętej twarzy, patrząc ostro na Jamesa.
- Severusie! Natychmiast wracaj! – Wrzasnęła ascetyczna kobieta.
- Chyba mamusia cię woła – warknął Potter.
Mia pociągnęła nosem i spojrzała na krwawiące kolano. Nie była to najgorsza rana, jaką w życiu otrzymała. Pieczenie zdartej skóry nawet nie równało się z potęgą bólu zadanego przez Cruciatusa lub spowodowanego rozszczepieniem. Nie, to nie był ból wart uwagi. Była tylko zawstydzona tym, że tak łatwo się potknęła.
James szedł za ciemnowłosym chłopcem, nadal pozostając w zasięgu jej wzroku. Prawdopodobnie chciał się upewnić, czy nie wróci na drugą rundę, uznała. I wtedy padł na nią cień.
- Hej, dobrze się czujesz? Paskudnie cię popchnął.
- Wszystko w porządku – wymamrotała Mia, wyciągając z obdartego kolana ziarnka piasku.
Odwróciła twarz w kierunku głosu, żeby podziękować za uprzejmość i nagle poczuła, że nie może znaleźć głosu. Zapatrzyła się w szare oczy, które tak dobrze znała. Jej serce zadrżało, a oddech uwiązł w gardle.
- Ja… - Odetchnęła głęboko. – Syriusz?
Chłopiec nachylający się w jej stronę uniósł brew i uśmiechnął się lekko.
- Znamy się?
Mia zamrugała.
- Słucham?
- Powiedziałaś do mnie „Syriusz".
- Słucham? – Powtórzyła, w duchu łajając się za popełnienie takiego błędu. Prawie złamała najważniejsze prawo rządzące podróżami w czasie. Krzywiąc się, skorzystała z jedynego wyjścia, jakie jej zostało. – Nie. Powiedziałam „Ty tak na serio"? Paskudnie mnie popchnął. Serio? Nie było aż tak źle.
Chłopiec rzucił jej długie, badawcze spojrzenie, jakby chciał rozszyfrować, czy kłamie. Po chwili westchnął.
Mia głośno przełknęła ślinę i próbowała zabrzmieć obojętnie.
- Dlaczego myślałeś, że już się spotkaliśmy?
- Mam na imię Syriusz – mrugnął do niej.
- Na serio? – Zaśmiała się.
- Tak.
Uśmiechnął się do niej i Mia rozpłynęła się w zachwycie.
Tu, przed nią, stał Syriusz. Syriusz Black. Jej Syriusz. Nie, nie… Nie jej Syriusz. Jej Syriusz jeszcze nie był jej Syriuszem. Jej Syriusz czekał na nią w przyszłości odległej o trzydzieści lat, czekał w dniu po jej dziewiętnastych urodzinach, żeby porozmawiać o ich Więzi.
Ich Więź!
Oczy Mii rozszerzyły się, kiedy tak spoglądała na chłopca, zastanawiając się, czy Wieź jest obecna w tych czasach. Przypomniała sobie to, co czytała o Rytuale Długu Życia i tym, jak jego magia sięgała poprzez czas i przestrzeń. Czy to oznaczało również podróże w czasie? Na pewno nie. Z wahaniem próbowała sięgnąć w głąb siebie, szukała tego magicznego uczucia, które kiedyś tam było, a teraz go brakowało.
- Czuję się… Dobrze – odpowiedziała na jego pierwsze pytanie, próbując odwrócić swoją uwagę od jego przystojnej twarzy.
Jego arystokratyczne rysy jeszcze się nie ujawniły pod miękkością dziecięcej twarzy, ale wiedziała, że już niedługo pyzate policzki chłopca znikną i pojawi się silnie zarysowana szczęka. Jego skóra była jasna, ale nie chorobliwie blada, jak wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczyła go we Wrzeszczącej Chacie. Bardzo ładnie kontrastowała z jego lśniącymi, czarnymi włosami, które były równo przycięte. Nie miał żadnych zmarszczek, żadnych blizn i tatuaży. Mia z trudem doszukiwała się w twarzy chłopca śladów mężczyzny, który zaledwie kilka dni temu pożegnał się z nią w bibliotece przy Grimmauld.
W oczach chłopca zaiskrzył humor i Mia uśmiechnęła się.
To jednak ty, Syriuszu, pomyślała.
Chłopiec dłonią wskazał na jej kolano, wyrywając ją z zamyślenia.
- Twoje kolano krwawi, a ty czujesz się dobrze?
Spojrzała na nie i zaczerwieniła się.
- Trzymaj – Syriusz z idealnie skrojonych szat wyciągnął jedwabną chusteczkę. W rzeczywistości jego szaty były lepszej jakości niż jej własne, co wiele jej o nim powiedziało, skoro umiejętności krawieckie Tilly były bardzo wysokie. Chłopiej uklęknął obok niej i podał jej chusteczkę.
Przyjrzała się uważnie czarnemu jedwabiowi, natychmiast dostrzegając wyhaftowany herb Rodu Blacków w jednym z rogów.
- Jesteś pewny? Wygląda na drogą.
- To najlepszy powód, żeby ją zniszczyć – zaśmiał się pod nosem.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością i przycisnęła chusteczkę do rany, wycierając krew ze skóry.
- Mam na imię H… Mia.
W tym momencie wrócił do nich James.
- Co za dupek! Dobrze się czujesz, Mia? – Zapytał, a w jego głosie słychać było zarówno wściekłość, jak i troskę.
- Dobrze. Tylko zdarłam sobie skórę z kolana. I pilnuj swojego języka – Mia uśmiechnęła się do Jamesa, który zignorował połajankę i przyglądał się drugiemu chłopcu.
Syriusz wyciągnął dłoń do Mii i pomógł jej wstać. Dziewczyna nieśmiało oddała mu zaplamioną chusteczkę.
- Dzięki, stary! – James wyciągnął dłoń do Syriusza.
Syriusz skinął głową, przyjmując wyciągniętą dłoń.
- Nie ma problemu.
- James, poznaj Syriusza – powiedziała Mia, uśmiechając się promiennie, bo właśnie zdała sobie sprawę, że jest świadkiem historycznej chwili. Wypaliła ten obraz w swoim umyśle, mając nadzieję, że kiedy… Jeśli wróci do Harry'ego, będzie mogła mu o tej chwili opowiedzieć lub pokazać mu ją w Myślodsiewni. – Syriuszu, to jest mój brat, James.
- Lubisz Zjednoczonych z Puddlemere? – Zapytał Syriusz, patrząc na koszulkę, którą James miał założoną pod szatami.
- Wszyscy ich lubią – James uśmiechnął się szeroko.
- Ja nie lubię – wtrąciła się Mia. – Nie przepadam za Quidditchem.
- Nie lubisz Quidditcha? – Wykrzyknęli jednocześnie, patrząc na nią, jakby właśnie wyhodowała na swojej szyi drugą głowę.
- Mia, jak możesz? – James złapał się za serce. – Wiedziałem, że nie chcesz iść do sklepu z miotłami, ale nie sądziłem, że jest tak źle!
Jamie potrząsnął głową. Widząc jego reakcję, Mia mogłaby był chora na smoczą ospę, a on nie zareagowałby gorzej.
- Upadłaś na głowę? – Zapytał z zaciekawieniem Syriusz.
- Chcesz mnie zranić? – James pociągnął nosem.
- Na rany Ch… Merlina – Mia wywróciła oczami, patrząc na scenę, jaką właśnie robili chłopcy. – Możemy iść do księgarni?
- Nie ma mowy – Jamie spojrzał na wystawę z książkami zmrużonymi oczami. – Ten tłustowłosy dupek, który cię popchnął właśnie wszedł do Esów i Floresów ze swoją mamusią. Wolałbym go drugi raz nie spotkać.
- Kto to był? – Zainteresował się Syriusz z grymasem podobnym do miny Pottera.
- Nie mam pojęcia – Jamie wzruszył ramionami. – Kolejny oślizgły wąż.
- Nie lubisz Ślizgonów – Syriusz bardziej stwierdził niż zapytał.
- Czemu pytasz? Chciałbyś do nich trafić? – Zażartował James. – Uważam, że każdy, kto chciałby trafić do Slytherinu jest chory psychicznie.
Syriusz zaśmiał się niezręcznie i westchnął. Z jego twarzy zniknął szczery uśmiech, który chwilę wcześniej tam był.
- Nie mam wielkiego wyboru.
- Syriuszu Orionie Black!
Oczy Mii rozszerzyły się, gdy usłyszała głos Walburgi Black. Okręciła się wokół własnej osi i zobaczyła znienawidzoną czarownicę po drugiej stronie ulicy, żywą i we własnej osobie. Nagle poczuła się dziwnie, widząc tę kobietę i nie mogąc zaciągnąć zasłon, tak jak robili to od lat w rezydencji przy Grimmauld. Walburga Black nigdy się nie zawahała, żeby nazwać ją „brudną szlamą, która swoją obecnością skalała rezydencję Szlachetnego i Starożytnego Rodu Blacków".
Okrutna kobieta patrzyła ostro na Syriusza, przechodząc szybko przez ulicę. Kompletnie zignorowała obecność Mii i Jamesa.
- Czy nie mówiłam ci, że masz pilnować swojego brata?
- Po co miałbym go pilnować? Od rana nie puścił nawet na chwilę twojej spódnicy – Syriusz rzucił bratu obojętne spojrzenie. Mniejszy chłopiec rzeczywiście zaciskał piąstki na spódnicy Walburgi.
Jego szare oczy, takie podobne do oczu Syriusza, były małe i szeroko rozwarte, kiedy tak przyglądał się starciu matki i starszego brata. Mia wstrzymała oddech, patrząc na niego – Regulusa Blacka – i przypomniała sobie żal w oczach jej Syriusza, kiedy mówił o śmierci swojego brata.
Młodsza wersja Syriusza wyglądała tak, jakby nie wiedział, czym jest żal. Zamiast tego buzowała młodzieńczym buntem.
- Nawet się nie zorientowałaś, że mnie nie ma, dopóki nie poszukałaś jego.
- Bacz na język, ty mały… - Walburga uniosła dłoń, nie mając żadnych oporów, żeby uderzyć swoje dziecko na zatłoczonej Ulicy Pokątnej.
Syriusz, uparty jak osioł, nawet nie drgnął.
Mia chciała sięgnąć po swoją różdżkę, ale przypomniała sobie, że jeszcze nie posiadała żadnej.
- Walburga – wtrąciła się nagle Dorea, sunąc do nich w eleganckiej sukni. Brzmiała jak spokojna i opanowana kobieta, ale kiedy stanęła między Walburgą i Syriuszem, jej oczy były zimne. Zmusiła Syriusza, żeby cofnął się do Mii i Jamesa.
Walburga opuściła dłoń.
- Ciocia Dorea.
- Minęło dużo czasu – Dorea zlustrowała postać bratanicy.
- Nie wystarczająco dużo – Walburga twardo akcentowała każde słowo.
- Nadal lubisz robić sceny, jak widzę – Dorea uniosła brew, komentując dziecinne zachowanie Walburgi.
- Nadal jesteś żoną tego zdrajcy krwi, jak widzę.
- Zdrajcy krwi, tak – Dorea zaśmiała się, przypatrując uważnie swoim wypielęgnowanym paznokciom. – Jesteś taka sprytna. Mój brat musi być dumny.
Mia obserwowała uważnie obie kobiety, nadal zastanawiając się nad usłyszanym słowem „ciocia". Prawie wyleciało jej z głowy, że babka Harry'ego pochodziła z rodu Blacków. Wiedziała o tym, oczywiście, z przygotowań poczynionych do odprawienia Rytuału. Potrzebowała związku z domem Blacków, żeby przywołać Syriusza zza Zasłony. Zupełnie zapomniała o tym pokrewieństwie, gdy stanęła twarzą w twarz z Doreą. Nie mogła dopatrzeć się żadnego podobieństwa między swoją przybraną matką i tą znienawidzoną wiedźmą.
Walburga zwróciła uwagę na Jamesa.
- Słyszałam, że jakiś czas temu urodziłaś dziecko.
- Tak, to mój syn, James i córka, Mia – powiedziała Dorea.
- Masz też córkę? – Walburga powiedziała to w taki sposób, jakby posiadanie żeńskiego potomstwa było powodem do wstydu. – Nic o tym nie słyszałam.
Pogłaskała Regulusa po głowie, pokazując mało subtelnie, że ona dała życie nie jednemu, a dwóm dziedzicom Szlachetnego i Starożytnego Rodu Blacków.
- Wiesz, co myśli o tym nasze społeczeństwo. Skoro już masz jednego dziedzica, po co świętować urodziny drugiego? – Zapytała sarkastycznie Dorea.
Walburga skłoniła lekko głowę.
- Chyba masz rację.
- Mówiłam z ironią, ty chowana wsobnie idiotko – Dorea pokręciła nosem.
James i Mia szeroko rozwartymi oczami wpatrywali się w swoją matkę, zwykle spokojną i opanowaną, która właśnie pokazała całemu światu, czym jest słynny temperament Blacków. Jej szare oczy, teraz niebezpiecznie zmrużone, świdrowały zabójczym wzrokiem Walburgę.
Syriusz z kolei uśmiechnął się promiennie do Dorei, jakby kobieta była ósmym cudem świata. Z wyrazem zachwytu na twarzy wyciągnął dłoń.
- Syriusz Black, proszę pani. Absolutna przyjemność panią poznać.
- Dorea Potter – uśmiechnęła się do chłopca, ignorując grymas, który pojawił się na twarzy jego matki. – Ciekawe, gdzie są twoi rodzice?
Wszyscy usłyszeli zgrzytanie zębów Walburgi.
- To jest mój syn.
- Ale on umie się uśmiechać! – Dorea udała zaskoczenie. – Gdzie mógłby się czegoś takiego nauczyć?
Uśmiech Syriusza tylko się poszerzył. Chłopiec rzucił bliźniętom zachwycone spojrzenie, po czym przeniósł całą swoją uwagę ponownie na ich matkę.
- Syriusz jest dziedzicem Szlachetnego i Starożytnego Rodu Blacków – powiedziała z dumą Walburga, jednak nie posłała synowi nawet jednego spojrzenia. Tego samego syna kilka minut wcześniej próbowała publicznie uderzyć. – Pamiętasz nas, prawda, Doreo?
- Moją własną rodzinę? Tak, myślę, że was pamiętam.
Walburga prychnęła.
- Zaskakujące, skoro nadal nie potrafisz się zachować, jak na Blacka przystało.
- Zachowuję się tak, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem. I uczę moje dzieci tego samego – odgryzła się Dorea, stając za swoimi dziećmi i kładąc każdemu opiekuńczo dłoń na ramieniu.
- Wielka szkoda – Walburga popatrzyła na dzieci z niechęcią, jakby gest Dorei naznaczył je jako zdrajców krwi. – Ja uczę moje dzieci posłuszeństwa i poszanowania tradycji.
- Uczysz je nienawiści i rasizmu. Mnie nie oszukasz – Dorea nagle wyglądała jak żmija gotowa do ataku. Mii bardzo łatwo przyszło wyobrazić ją sobie jako Ślizgonkę.
Gotowa skończyć to przedstawienie, Mia pociągnęła za rękaw sukni swojej matki.
- Mamo, mieliśmy dzisiaj kupić różdżki.
- Tak, oczywiście – kobieta wypuściła drżący oddech. – Wybacz mi, Walburgo. Mamy w planach zakupy szkolne.
- Syriusz też w tym roku rozpocznie naukę w Hogwarcie. Slytherin będzie dumny z mojego syna – Walburga uniosła wysoko głowę i odeszła, wypowiadając ostatnie słowa. Dorea również się odwróciła i odeszła w przeciwnym kierunku. Regulus bez wahania podążył za swoją matką. Syriusz nie ruszył się z miejsca.
- Podobno w trakcie Ceremonii Przydziału będziemy walczyć ze smokami – powiedział, jakby nic się przed chwilą nie stało.
Mia potrząsnęła głową.
- Bzdury, Syriuszu.
- Syriuszu, chodź! – Walburga krzyknęła przez całą szerokość ulicy, ale syn zdecydował się ją zignorować.
Oczy Jamesa zaświeciły się.
- Jestem ciekawy, co to będzie za smok!
- Jamie, nie będziemy walczyć ze smokami – powtórzyła Mia.
- Może Chiński Ogniomiot?
- Albo Żmijoząb Peruwiański?
- Super!
Chłopcy zaśmiali się, gdy zauważyli, że ostatnie słowo wypowiedzieli jednocześnie.
Mia zirytowała się.
- Czy wy w ogóle mnie słuchacie?
- Syriuszu! Chodź natychmiast! – Ponownie wrzasnęła Walburga, tupiąc nogą dla podkreślenia swoich słów.
- Ta kobieta traktuje mnie jak cholernego psa – warknął.
Mia stłumiła śmiech, a Syriusz zaczął powoli iść w stronę wzywającego go głosu.
- Zobaczymy się w pociągu?
- Zachowajcie dla mnie miejsce – odpowiedział i dołączył w końcu do swojej rodziny. Uchylił się przed ręką Walburgi i zaśmiał radośnie, kiedy nie trafiła go w głowę.
- Cóż – westchnęła Dorea, kiedy jej dzieci w końcu ją dogoniły. – Znaleźliście interesującego przyjaciela.
Mia też westchnęła. Nagle dotarło do niej, jak bardzo brakowało jej uśmiechu Syriusza.
- Był bardzo miły. Jakiś chłopiec mnie popchnął i Syriusz mi pomógł – wyjaśniła, pokazując obdarte kolano.
- Syn Walburgi Black pomógł Potterowi? – Dorea zaśmiała się lekko i przyklękła, żeby obejrzeć ranę Mii. Delikatnie machnęła różdżką nad zdartą skórą i wyczyściła pozostałości żwiru. – Salazar Slytherin musi się przewracać w grobie.
James i Mia wybuchli śmiechem.
- Dobrze, jesteśmy trochę spóźnieni przez tę sytuację. Zignorowałabym innych ludzi – wyjaśniła. – Ale jest coś satysfakcjonującego w utarciu nosa tej kretynce.
wWwWwWwWwWwWwWw
Potterowie skierowali się do małego, zaciemnionego sklepu. Nad drzwiami złocił się napis Ollivanderowie: Wytwórcy różdżek od 382 roku p.n.e.
Mia uśmiechnęła się szeroko, a James podskakiwał z niecierpliwością, gdy przekraczali próg sklepu.
- Dzień dobry – pan Ollivander uśmiechnął się do nich, gdy podchodzili do lady. Przyglądał się dzieciom bardzo uważnie.
Mia odpowiedziała jasnym spojrzeniem, przypominając sobie, że kilka miesięcy wcześniej widziała tego mężczyznę krańcowo wyczerpanego, odpoczywającego w zaciszu Muszelki. Mężczyzna, który teraz stał przed nią wyglądał zdrowo i młodzieńczo, mimo swojego wieku. Gorąco chciał pomóc swoim młodym klientom.
- Dorea Black – powiedział tonem pełnym nostalgii. – Dziesięć i pół cala. Wiśnia, bardzo giętka. Włókno z serca smoka.
Dorea zaśmiała się.
- Teraz nazywam się Dorea Potter. Moje dzieci w tym roku rozpoczynają naukę w Hogwarcie i potrzebują różdżek.
Ollivander uśmiechnął się.
- Zawsze chętnie sprzedam różdżki rodzinie Potterów. Różdżka Charlusa ma jedenaście cali. Orzech z rdzeniem z włosa z ogona jednorożca, prawda?
- Masz całkowitą rację, oczywiście. Przestań się popisywać – odpowiedziała rozbawiona Dorea. – James, ty pierwszy.
- Pokaż mi swoją rękę. Właśnie tak – pan Ollivander zmierzył rękę Jamesa od ramienia do koniuszka palca, od nadgarstka do łokcia, od ramienia do podłogi, od pachy do kolana i obwód głowy. Mierząc wszystkie te długości, opowiadał. – Każda różdżka robiona przez Ollivanderów ma w sobie rdzeń pochodzący z potężnej magicznej substancji. Używamy włosów z ogona jednorożca, piór z ogona feniksa i włókien z serc smoków. Nie ma dwóch identycznych różdżek, bo niej ma dwóch identycznych jednorożców, feniksów czy smoków. I oczywiście nigdy nie osiągniesz takich samych rezultatów, posługując się cudzą różdżką.
Mia zamrugała, zastanawiając się, czy gdzieś w sklepie jest jej oryginalna różdżka, tylko czekająca na jej dłoń, czy może jakaś inna różdżka wybierze ją w tych czasach, a jej piękna różdżka z winorośli będzie czekała na Hermionę Granger.
Za trzecim razem James sięgnął chętnie po mahoniową różdżkę z włosem z ogona jednorożca, którą pan Ollivander wyciągnął z pięknej szkatułki. Oczy chłopca rozjaśniły się i wypuścił z płuc drżący oddech.
- Ta… - Wyszeptał. – Ta leży dobrze.
Machnął różdżką, która natychmiast strzeliła złotymi i czerwonymi iskrami.
- Cudownie, cudownie – zachwycił się Ollivander. – Bardzo stabilna różdżka. Idealna do transmutacji. Teraz kolej młodej panienki?
Spojrzał na Mię, która natychmiast podeszła do lady i pozwoliła się zmierzyć tak, jak przed chwilą mierzony był jej brat.
Wytwórca różdżek odwrócił się w stronę półek i wyciągnął trzy szkatułki, gdzie leżały różdżki do spróbowania. Pierwsza, jaka trafiła w jej dłonie był zrobiona z łamliwego jesionu i zawierała w sobie włos z ogona jednorożca, ale Ollivander wyrwał ją w jej palców w ułamku sekund, mamrocząc coś pod nosem.
- Spróbuj tę – wyciągnął znajomą różdżkę i podał dziewczynie.
Nie, nie, absolutnie nie!
- Ostrokrzew i pióro z ogona feniksa. Jedenaście cali, ładna i giętka.
Różdżka Harry'ego. Mia natychmiast ją rozpoznała i zawahała się przed jej dotknięciem. Znała tę różdżkę i znała jej siostrę. Przełknęła głośno ślinę i wolno wyciągnęła dłoń, walcząc z atakiem paniki. Nie chciała nią machać, nie chciała jej obracać. W ogóle nie chciała jej dotykać.
Pan Ollivander uważnie się jej przyglądał i zmarszczył brwi, widząc tak intensywną reakcję na jedną z jego różdżek. Gdy wyjął ją z ręki dziewczyny, usłyszał ciche westchnienie pełne wdzięczności.
- Interesujące – mruknął i podał jej trzecią różdżkę.
Po jej palcach rozeszło się ciepło promieniujące od różdżki. Miała takie wrażenie, jakby włożyła dłoń pod ciepłą wodę po przebywaniu na mrozie.
- Mam takie znajome uczucie.
- Bardzo dobrze – Ollivander uśmiechnął się. – Dziesięć i jedna czwarta cala, winorośl i włókno z serca smoka.
Mia zapatrzyła się na mężczyznę. To nie była jej oryginalna różdżka – miała inne wymiary – ale poza tym wydawała się znajoma w jej dłoni.
- Włókno z serca smoka?
- Tak, panno Potter. Bardzo potężna substancja. W tej konkretnej różdżce jest włókno podarowane przez starego Ukraińskiego Spiżobrzucha. Ten smok podarował jeszcze dwa włókna na różdżki. Wierzbową różdżkę z drugim włóknem sprzedałem w tym tygodniu młodej czarownicy urodzonej w mugolskiej rodzinie. Mam jeszcze jedną różdżkę z winorośli z tym rdzeniem, nieco dłuższą. Jest na zapleczu.
W jakiś sposób wybrała ją siostra jej oryginalnej różdżki. Mia poczuła się tak, jakby nie zostawiła swojej przyjaciółki w 1998 roku.
- Idealnie, panie Ollivander. Jak zwykle – Dorea uśmiechnęła się i podała wytwórcy różdżek czternaście Galeonów. Mężczyzna skłonił się i odprowadził rodzinę Potterów do drzwi.
Może nie będzie tak źle, pomyślała Mia.
Rok 1971 powoli stawał się jej domem.
