Od tłumaczki: Chcę Was przeprosić, że rozdział nie pojawił się przedwczoraj. Okazało się, że we wtorek jednak nie miałam możliwości skorzystać z Internetu, a wczoraj nie pozwolił mi w ogóle dodać rozdziału. Szybko naprawiam swój błąd i wrzucam nowy rozdział. Huncwoci zaraz wpadną do Hogwartu. Kolejne będą się pojawiały zgodnie z harmonogramem, co wtorek.
ROZDZIAŁ 20 – PRZYGARNIAJĄC PRZYBŁĘDY
1 września 1971
Mia bez wahania przeszła za Jamesem przez barierkę, która oddzielała peron dziewiąty od dziesiątego. Bliźnięta bez trudu pokonały przeszkodę, pewnie pchając przed sobą wózki bagażowe. Wózek Jamesa był wyższy niż Mii, bo na wierzchu stała klatka z jedną z rodowych sów, brązowo-białym Hektorem. Mii również zaproponowano zabranie towarzysza do Hogwartu, ale dziewczyna odmówiła. Nie chciała zaprzyjaźniać się z innym zwierzęciem tak szybko. Nie po utracie Krzywołapa, który został w 1998 roku.
Dym unosił się nad lokomotywą. Widok czerwonego pociągu, tak znajomy w tym obcym świecie, uspokoił jej skołatane nerwy. Napięcie narastało w niej od poranka, kiedy to obudziła ją podekscytowana Tilly. To napięcie też było znajome. Przypomniało jej, jak po raz pierwszy wybierała się do Hogwartu, w swojej oryginalnej linii czasowej.
Wiedziała, co czeka ją w momencie, kiedy postawi stopę w pociągu. Gdzieś w jej podświadomości trwały wspomnienia zamku zniszczonego wojną, ale już się nimi nie przejmowała. Ostatni miesiąc przeżyła jako Mia Potter, córka Charlusa i Dorei, bliźniacza siostra Jamesa Pottera i bardzo łatwo przyszło jej zaakceptować to życie.
Ich mała rodzina rzadko opuszczała zacisze dworu. Zamiast tego spędzali długie poranki, zaczytując się wspólnie lub osobno w księgach biblioteki, która ogromem swojego księgozbioru mogła równać się z biblioteką Blacków, zlokalizowaną w rezydencji przy Grimmauld. Popołudnia spędzali w sadzie, w ogrodach lub na małym poletku, które James chciał przekształcić w boisko do Quidditcha. Chłopiec już trenował tam latanie na miotle i codziennie nagabywał swoją siostrę, żeby mu towarzyszyła. Zawsze odmawiała.
Wieczory spędzali przy wspólnej kolacji, słuchając anegdot i historyjek opowiadanych przez rodziców, grając w Eksplodującego Durnia lub w szachy. Wieczory kończyły się ucieczką do swoich sypialni przed przemądrzałą skrzatką domową, która za punkt honoru obrała sobie dokładne okrywanie kołdrą bliźniąt Potter. Na początku Jamesowi podobało się, jak Tilly o niego dba, ale z czasem zaczął zauważać na twarzy swojej siostry dumny uśmiech, kiedy udało się jej wyprzedzić skrzatkę. Ku wielkiemu niezadowoleniu Tilly, on również zaczął przed nią uciekać.
Noce były dla Mii bardzo trudne.
Nie chciała, żeby jej nowi rodzice dowiedzieli się o jej koszmarach. Nie chciała, żeby dowiedzieli się, jak bardzo złamana była. Dzięki wszystkim bogom, James zawsze był obok niej. Wślizgiwał się do jej pokoju, do jej łóżka, godzinę lub dwie godziny po ich pożegnaniu z rodzicami. Trzymał jej dłoń w swojej dłoni, szeptał obietnice, że zawsze ją obroni i po chwili bliźnięta zasypiały bezgłośnie.
Życie zapowiadało się bardzo dobrze. Mia przystosowywała się do niego, ale codziennie przed snem wyjmowała list od Remusa, żeby przypomnieć sobie nowe reguły.
Żyj swoim życiem. Ciesz się swoim życiem.
Dorea spojrzała na swoje dzieci ze łzami w oczach. W Jamesie natychmiast odezwała się jego troskliwa strona i otoczył matkę ramionami w pasie. Nawet udało mu się nie zaprotestować, kiedy Dorea zaczęła przygładzać włosy chłopca, sterczące na wszystkie strony.
- Napiszcie do nas od razu po Ceremonii Przydziału.
- Jak tylko zostaniecie przydzieleni do Gryffindoru – dodał Charlus, śmiejąc się pod nosem.
- Albo do Slytherinu – Dorea popatrzyła ostrzegawczo na męża.
- Gdziekolwiek. I tak będzie dobrze.
Mia i James zaśmiali się, widząc, jak ich matka skrzyżowała ramiona na piersi i zaczęła mamrotać pod nosem coś obraźliwego.
- … Jakby moje dzieci miały zostać przydzielone do Hufflepuffu! – Skończyła, obrażona.
Charlus poklepał syna po ramieniu, po czym objął go krótko, po męsku. Gdy tylko wypuścił go z objęć, wyciągnął ramię po córkę i ją również mocno przytulił.
- Idźcie już. Chcecie chyba zająć dobre miejsca?
- Hej, czy to nie Syriusz? – Zapytał nagle James.
Mia obróciła się w ramionach Charlusa i podążyła wzrokiem za spojrzeniem brata. Szybko dostrzegła rodzinę Blacków: Walburgę, zasmuconego Regulusa, wysokiego mężczyznę z aroganckim grymasem na twarzy, który musiał być Orionem Blackiem i zirytowanego, niecierpliwego Syriusza, który pochwycił jej spojrzenie i uśmiechnął się do niej szeroko.
Mia też zaczęła się uśmiechać, dopóki nie zauważyła kwaśnej miny Walburgi Black.
- Chodźmy do środka, Jamie – musiała uciec od spojrzenia tej znienawidzonej czarownicy.
Syriusz westchnął, gdy jego przyjaciele zniknęli w ciemnym wagonie. Sam miał ochotę uciec od swoich rodziców i pójść w ich ślady.
- Nie przynieś wstydu swojej rodzinie, Syriuszu – zagroziła jego matka. – Masz problemy z nastawieniem i widzę, że ciągnie cię do złego rodzaju ludzi.
Na pewno mówiła o Potterach. Po ich spotkaniu na Ulicy Pokątnej zrobiła mu wykład na ich temat. A on tylko wspomniał, że zatrzymał się, aby udzielić pomocy, zaoferował Mii chusteczkę, kiedy zobaczył, że jej kolano krwawi. Gdyby chodziło o dziewczynkę z jakiejkolwiek innej rodziny czystej krwi, Syriusz prawdopodobnie zebrałby głośne pochwały za swoje zachowanie. Ponieważ chodziło o Pottera, Walburga była wściekła. Po wykładzie na temat zdrajców krwi, spaliła chusteczkę, dłoń Syriusza potraktowała niezwykle bolesnym Zaklęciem Czyszczącym i oddaliła się od syna, mrucząc pod nosem epitety odnoszące się do wszystkich zdrajców.
- Na szczęście, gdy zostaniesz przydzielony do Slytherinu, nie będziesz musiał zadawać się ze szlamami i innymi brudnymi czarodziejami.
Syriusz jęknął, zniecierpliwiony.
- Spóźnię się na pociąg, jeśli zaraz do niego nie wsiądę.
- Proszę, nie jedź – wyszeptał Regulus.
- Co tydzień będę do ciebie pisał, Reggie – odpowiedział Syriusz, wyczuwając napięcie w głosie brata. Byli ze sobą tak blisko, jak bracia mogą być w niekorzystnych warunkach, które w domu stworzyli im rodzice. Czasami Syriusz miał wrażenie, że Walburga i Orion specjalnie podsycają niechęć między braćmi, żeby w przyszłości za pomocą Regulusa kierować Syriuszem. Życzył im szczęścia.
Regulus zmarszczył brwi.
- Chcę jechać z tobą.
- Nie bądź śmieszny, mój kochany chłopcze – zacmokała matka Syriusza i przytuliła mocniej młodszego syna. – Cały rok przed nami. Bez ludzi wtrącających nosy w twoje wychowanie.
Zmrużyła oczy w wąskie szparki, ponownie patrząc na Syriusza.
- Subtelnie – chłopiec wywrócił oczami.
- Co powiedziałeś? – Warknęła na niego.
- Powiedziałem… - Próbował na szybko wymyślić jakieś kłamstewko. Co się rymuje z subtelnie? – Diabelnie.
- Diabelnie?
Syriusz westchnął, zawiedziony.
- Przyznaję, nawet się nie starałem.
- Wsiadaj do pociągu, zanim zmienię zdanie i poślę cię do Durmstrangu – odpowiedziała mu matka przez zaciśnięte zęby. I chociaż wiedział, że ta kobieta nie ma żadnych oporów przed ukaraniem go w obecności innych ludzi, na peronie był tłum i rodzina Blacków chciała jak najszybciej go opuścić.
- Reggie, ojcze… Walburga, było miło – Syriusz zasalutował z ironicznym uśmieszkiem i szybko umknął w bezpieczne zacisze pociągu, ciągnąc za sobą kufer pełen szkolnych przyborów.
Wszedł do schodkach do wagonu i natychmiast stanął twarzą w twarz z Jamesem i Mią, którzy obserwowali jego pożegnanie z rodziną przez otwarte okno.
- Nie odjechalibyście beze mnie, prawda?
- Nie moja wina, że musiałeś dać mamusi buziaka na pożegnanie i prawie się przez to spóźniłeś – drażniła go Mia.
- Auć, kotek ma pazurki – Syriusz uśmiechnął się szeroko do promieniejącej dziewczyny.
- Pospieszcie się, wy dwoje – zawołał za nimi James. – Zaraz wszystkie przedziały będą zajęte.
- Chłopcy, wy poszukajcie przedziału – odpowiedziała Mia. – Ja chcę popatrzeć, jak pociąg odjeżdża.
- Dziewczyny – Jamie wywrócił oczami. – Cholernie sentymentalne.
Chłopcy zaśmiali się i wspólnie ruszyli przed siebie, żeby znaleźć wolny wagon.
- Chłopaki – mruknęła Mia z czułością, patrząc, jak jej brat wraz z Syriuszem znikają w tłumie.
Załzawionymi oczami obserwowała, jak peron zaczął się przesuwać, gdy pociąg ruszył wraz z wybiciem jedenastej. Jej nowi rodzice pomachali jej z daleka i Mia wciągnęła powietrze z drżeniem, patrząc, jak jej dwie opoki w tym nowym, nieznanym świecie, znikają za zakrętem. Zamknęła oczy i przypomniała sobie, że niedługo będzie w Hogwarcie – jej bezpiecznej przystani. W miejscu, gdzie dorastała i gdzie jej magia rozkwitła. W domu.
Mia poszukała swojej gryfońskiej odwagi i wyruszyła na poszukiwania Jamesa i Syriusza.
Szła powoli i nagle zaskoczyło ją silne uczucie przyciągania, skierowane ku jednemu z przedziałów. Było podobne do tego, czego ostatnio jej brakowało podczas spotkania z Syriuszem. Początkowo założyła, że magia między nimi cały czas istnieje, ale została uszkodzona przez jej podróż w czasie. Teraz musiała przemyśleć swoją teorię, bo poczuła podobną pustkę w ciele, kiedy jej spojrzenie padło na prawie pusty przedział, w którym siedział blady, chudy chłopiec o jasnych włosach i z nosem w książce.
Uniosła brew, patrząc na niego i zastanawiając się, dlaczego jej magia tak intensywnie na niego reaguje.
Chłopiec zmarszczył nos i głęboko wciągnął powietrze. Na jego twarzy pojawił się zaskoczenie i nagle Mia patrzyła prosto w parę jasnozielonych oczu.
Zauważyła, że w przeciwieństwie do większości uczniów, ten chłopiec już miał na sobie szaty szkolne. Były na niego trochę za duże, okrywały go od szyi do stóp. Mia widziała tylko blade dłonie chłopca i kawałek jego karku, na którym rysowała się czerwonawa blizna, wyglądająca na świeżą.
Mia krzyknęła cicho.
Remus.
Odwróciła się do niego plecami i minęła jego przedział, tłumiąc gniew. To z jego winy trafiła do tego czasu. Ona nie dała mu swojego pozwolenia na wyrwanie jej ze swoich czasów. On był powodem, dla którego znowu miała jedenaście lat i musiała stworzyć nowe życie, nową tożsamość.
Mia chciała wejść do jego przedziału i go uderzyć. I wtedy uświadomiła sobie jego przerażoną minę i bliznę na karku. To nie był ten Remus, który podstępem wysłał ją w przeszłość. To był chłopiec, który bardzo źle się czuł.
Przypomniała sobie, że pełnia przypadała za trzy dni. Cholera.
Na pewno odczuwał okropny ból, było mu niedobrze i zjadały go nerwy. A teraz musiał poradzić sobie z pierwszą podróżą do Hogwartu.
I prawdopodobnie już niedługo spotkasz bardzo przerażonego, samotnego chłopca, który pierwszy raz jedzie do Hogwartu i jest spragniony przyjaciół i zrozumienia.
Zmarszczka między jej brwiami pogłębiła się. Nieważne, co Remus zrobił. Ona zawsze go podziwiała i mu ufała. Był najlepszym nauczycielem, z jakim miała możliwość pracować i zawsze był przy niej, kiedy tego potrzebowała. Ona, z wdzięczności, była przy nim, pomagała Tonks zajmować się nim po każdej transformacji. W najgorszych momentach – jak wtedy, gdy wątpił w swoje kompetencje jako ojca – to właśnie Hermiona pocieszała go i przywracała mu wiarę w siebie. Nie mogła go teraz zostawić na pastwę losu.
Zmieniwszy zdanie, Mia wróciła przed drzwi przedziału Remusa i wetknęła głowę do środka.
- Cześć – powiedziała wyraźnie.
Remus podskoczył, przestraszony i ponownie spojrzał na nią szeroko otwartymi, zaskoczonymi oczami. Mocno przycisnął książkę do chudej klatki piersiowej, jakby próbował fizycznie odgrodzić się od dziewczyny.
- Co? Ja? Mówisz do mnie? – Wyjąkał, zdziwiony, że właśnie o niego może jej chodzić. – To znaczy, cześć… Witaj.
- Czekasz na swoich przyjaciół? – Mia zapytała słodkim głosikiem, próbując zignorować fakt, że Remus od niej ucieka.
Chłopiej zmarszczył brwi.
- Nie.
Próbowała nad sobą zapanować. Wiedziała, że Remus był sam i przed pójściem do Hogwartu nie miał żadnych przyjaciół, ale nie mogła mu powiedzieć, że już to wie.
- Zatem siedzisz tu sam? – Zapytała, wchodząc do przedziału. Chłopiec przycisnął plecy do ściany, próbując zachować jak największy dystans.
- Czy ty…? – Jeszcze raz się zająknął. Oddychał ciężko, kiedy zbliżała się do niego. – To znaczy… Tak, siedzę tu sam. Ale tak jest dobrze. Chyba, że… Chyba, że potrzebujesz tego przedziału?
Obserwowała go uważnie i zauważyła jego spojrzenie, które przenosiło się między jej małą postacią i drzwiami. Obliczał, czy uda mu się ją niepostrzeżenie minąć.
- Nie, mój brat szuka dla nas jakiegoś wolnego wagonu – odpowiedziała i wskazała palcem książkę, którą chłopiec ściskał. – Co czytasz?
- Historię Hogwartu.
- Merlinie, to moja ulubiona książka – roześmiała się i usiadła obok niego. Chłopiec wciągnął głęboko powietrze i zesztywniał.
Dała mu kilka chwil na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji. Zdawała sobie sprawę, że Remus musiał być przerażony przebywaniem pośród ludzi, szczególnie bez rodziców, którzy przez cały czas go pilnowali. Przypomniała sobie, jak starszy Remus opowiadał jej o swoim dzieciństwie, jak bardzo bał się, że kogoś skrzywdzi, albo co gorsza, zainfekuje lykantropią. To wiele tłumaczyło na temat tego bezbronnego, przerażonego chłopca, którego miała przed sobą. Ale musiała też pamiętać, że starszy Remus tłumaczył w swoim liście, że jego młodsza wersja na gwałt potrzebuje wyrozumiałych, stałych przyjaciół. A ona chciała stosować się do treści tego listu jak do regulaminu.
Mia cały czas się uśmiechała, pokazywała książkę w jego dłoniach, aż w końcu Remus uspokoił się.
- To też moja ulubiona książka – odpowiedział jej nerwowym uśmiechem. – Byłem tak szczęśliwy, że mogę pojechać do Hogwartu, że przeczytałem ją jednych tchem. Nie sądziłem, że pozwolą mi się tam uczyć.
- Dlaczego nie? Jesteś przecież czarodziejem, prawda?
- Ja… Tak, ja… Chodzi o to, że moi rodzice nie chcieli mnie odsyłać z domu.
Mia rozumiała, dlaczego skłamał i odpuściła temat. Zamiast tego jej twarz rozpromienił kolejny uśmiech.
- Mamy w takim razie szczęście.
Uniósł brew, jakby czegoś nie zrozumiał.
- Szczęście?
- Tak. Skoro jedziesz do Hogwartu, na pewno zostaniemy przyjaciółmi.
- Przyjaciółmi? – Słowo zabrzmiało jak jęk, kiedy opuszczało jego gardło.
Postarała się, żeby nie zobaczył jej zasmuconej miny. Tak. Remus był jej przyjacielem i ponownie nim będzie. Potrzebowała go, tak jak on potrzebował jej.
Wyciągnęła do niego dłoń i geście powitania. Remus westchnął.
- Jestem Mia Potter.
- Remus Lupin – odpowiedział, nie dotykając jej, nadal patrząc na jej wyciągniętą rękę.
- Wiesz, nie mam robaków. Niczym cię nie zarażę.
- Wiem. Chodzi o to… - Zerknął na jej twarz, a potem znowu na wyciągniętą rękę. Była pewna, że zastanawia się, jakie jest ryzyko. Inne dziecko na jej miejscu poczułoby się obrażone reakcją Remusa, ale Mia znała przyczynę jego zachowania i nie cofnęła się.
Podaj mi tą cholerną dłoń, Remusie, myślała ponaglająco.
Po chwili ich spojrzenia spotkały się i Mia próbowała przekazać Remusowi uśmiechem, że sytuacja nie jest niebezpieczna. Powoli chłopiec chwycił wyciągniętą rękę, a dziewczyna rozpromieniła się, jakby dostała najwyższą ocenę z testu.
- Chodź, Remusie – pociągnęła go tak, jak robiła to Tilly.
Znowu na jego twarzy odmalowało się przerażenie, ale nie protestował.
- Gdzie… Gdzie idziemy?
- Dołączymy do mojego brata i naszego przyjaciela – widziała, że się zawahał i przystanął w drzwiach przedziału, który, do momentu jej pojawienia się, był dla niego bezpieczną przystanią. Czekała cierpliwie, ale mowa jej ciała wskazywała na to, że nie zamierzała się poddawać.
- Jeśli pójdziesz ze mną, kupię nam wszystkim słodycze z wózka – w końcu Mia zniżyła się do zwykłego przekupstwa. – Lubisz czekoladowe żaby?
Z psotnym uśmieszkiem na twarzy, Mia zauważyła, że właśnie z hukiem zburzyła wszystkie mury, które postawił między nimi Remus.
Idąc w kierunku końca pociągu, usłyszała znajomy śmiech z przedziału po prawej stronie. Za śmiechem podążył za chwilę bardzo znajomy okrzyk.
- Na razie Smarkerusie!
- O, nie! – Mia zmarszczyła brwi.
- Coś nie tak? – Zapytał Remus.
- Przynajmniej dwie rzeczy – westchnęła z irytacją, obserwując, jak zza drzwi przedziału wypadł młody Severus Snape z wściekłym grymasem na twarzy.
Severus minął szybko Mię i Remusa.
- Z drogi!
Dziewczyna odskoczyła, bo nie chciała, żeby ponownie ją popchnął.
Chwilę później obok nich przeszła niska, rudowłosa dziewczynka i rzuciła im przepraszające spojrzenie. Potem pobiegła za chłopcem.
- Sev, zaczekaj!
Mia warknęła w poczuciu bezsilności i zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi przedziału. Otworzyła je zamaszyście i spojrzała morderczym wzrokiem na roześmianych Jamesa i Syriusza.
- Coście narobili?
Jamie spojrzał na siostrę, a jego orzechowe oczy błyszczały entuzjazmem.
- Zdobyliśmy dla nas przedział.
- Nie o to mi chodzi. Byliście niegrzeczni dla tej dwójki uczniów, która właśnie stąd wybiegła?
- Nic nie zrobiliśmy – Syriusz natychmiast przeszedł do defensywy. – Ten tłustowłosy dupek zaczął.
- Tak. Powiedział, że jesteśmy głupkami.
- A dziewczyna? – Mia zmrużyła oczy, patrząc na brata.
- Następna Ślizgonka, jak ten chłopak – Jamie wzruszył ramionami.
Mia przewróciła oczami. Jamie, gdybyś tylko wiedział, co ty właśnie zrobiłeś.
- Pamiętasz, że to on popchnął cię na Ulicy Pokątnej?
- Dokładnie! Nie zamierzam być miły dla facetów, którzy dla zabawy popychają dziewczyny! – Naburmuszył się Syriusz.
Znowu westchnęła. Wiedziała, że ich zamiary były szlachetne, a przynajmniej zrodziły się z ich poczucia sprawiedliwości. Nie podobało jej się natomiast to, jak je wykonali.
- Dziękuję za obronę mojego honoru. Tak mi się wydaje. Pamiętajcie jednak, że potrafię sama o siebie zadbać – rzekła w końcu, uparta jak zwykle. Weszła do przedziału i wciągnęła do niego towarzyszącego jej chłopca. Usiadła naprzeciwko Jamesa i Syriusza, zmuszając Remusa, żeby zajął miejsce obok niej. – Poznajcie mojego nowego przyjaciela, Remusa.
- James Potter – Jamie uśmiechnął się i wyciągnął rękę.
Remus zapatrzył się na nią z takim samym zdumieniem, jak patrzył na dłoń Mii, ale tym razem nie zastanawiał się tak długo przed uściśnięciem jej. Za chwilę pojawiła się przed nim kolejna ręka.
- Syriusz Black.
- Remus Lupin – odpowiedział blondyn z nieśmiałym uśmiechem.
- Do jakiego domu trafisz, Remusie? – Szybko zapytał James.
- Do Gryffindoru – odpowiedział bez wahania.
Jamie zachichotał.
- Dobrze. Mia – zwrócił się do siostry. – Chcesz usłyszeć coś śmiesznego? Syriusz może trafić do Slytherinu.
Syriusz fuknął i uniósł głowę wysoko, z determinacją.
- Nie, jeśli mogę coś na to poradzić – odpowiedział.
- Mama była Ślizgonką – wytknęła Mia.
- Naprawdę? – Syriusz spuścił z tonu. – Wydawała się taka… Miła.
- Pochodzi z rodu Blacków. Jak twoja mama – dodała.
- Twoja mama w ogóle nie przypomina mojej – szybko odpowiedział Syriusz, broniąc Dorei Potter. – Przynajmniej mam taką nadzieję, z waszego powodu.
James przekrzywił głowę.
- Twoja mama nazwała moją „ciocią Doreą". Czy to znaczy, że jesteśmy spokrewnieni?
- Wszystkie rodziny czystej krwi są spokrewnione, jeżeli cofniesz się wystarczająco daleko w genealogii – wyjaśniła Mia, przekładając swoją torbę na podłogę.
- Nigdy nie lubiłem patrzeć na drzewo genealogiczne mojej rodziny – powiedział Syriusz z obrzydzeniem. – Zbyt często się krzyżuje.
Mia rzuciła mu wszystkowiedzący uśmiech. Widziała na własne oczy gobelin z drzewem genealogicznym Blacków i wiedziała, że Syriusz nie przesadzał. Nigdy wcześniej nie widziała drzewa z tak pokrzyżowanymi, przeplatającymi się gałęziami.
- Wydaje mi się, że jesteśmy kuzynami w drugim pokoleniu - wskazała na siebie, Jamesa i Syriusza. – Ale biorąc pod uwagę to, co Syriusz właśnie powiedział o krzyżowaniu się jego drzewa genealogicznego, możemy być bardziej od siebie oddaleni. O jedno albo dwa pokolenia. Musiałabym nad tym posiedzieć.
Syriusz zachichotał.
- Ona zawsze tak mówi?
James również się uśmiechnął i trącił swoją stopą nogę Mii.
- Dopóki trzyma się z daleka od biblioteki lub księgarni, można ją znieść.
- Z drogi, pierwszoroczni!
Ktoś krzyknął za drzwiami ich przedziału. Cztery głowy odwróciły się w kierunku korytarza i w ich polu widzenia pojawił się wysoki chłopiec o bardzo jasnych włosach.
- Na Salazara… Gdybym wiedział, do jakiego domu trafią, już bym zaczął odejmować punkty – zadrwił.
Oczy Mii rozszerzyły się lekko. Stał przed nią piętnastoletni chłopiec, lustrzane odbicie Dracona Malfoy'a, a jego pleców pilnowało dwóch bardzo znajomych osiłków. Przez chwilę nie mogła umiejscowić uczuć, które nią zawładnęły, po czym zorientowała się, że stojący przed nią blondyn to nie Draco, ale jego ojciec, Lucjusz Malfoy. Co oznaczało, że osiłkami są ojcowie Crabbe'a i Goyle'a.
Zaschło jej w gardle i poczuła, jak coś ściska ją w piersi na widok Crabbe'a Seniora. I chociaż Lucjusz zginął z ręki swojego syna na jej oczach, obraz żywego Crabbe'a był dla niej dużo trudniejszy do zniesienia, bo powaliła go w 1998 roku zbłąkana klątwa z jej różdżki. Pierwszy i ostatni raz, kiedy wypowiedziała słowa „Avada Kedavra".
Głos Lucjusza Malfoy'a wyrwał ją z nieprzyjemnych wspomnień. Blondyn skupił się na stojącym przed nim chłopcu.
- Prefekt chce przejść. Z drogi! – Powiedział wrednie do małego pierwszoroczniaka, który próbował się obok niego przecisnąć. Popchnął chłopca ze złością na framugę drzwi do przedziału i dzieciak osunął się na podłogę. W międzyczasie prawie został stratowany przez Crabbe'a i Goyle'a.
James i Syriusz wstali, a na ich twarzach widoczne było oburzenie. Mia praktycznie wyskoczyła ze swojego miejsca, żeby pomóc chłopcu o okrągłej twarzy.
- Okropny człowiek! Wszystko w porządku? – Zapytała, chwytając rękę chłopaka i pomagając mu wstać.
- Tak, dziękuję – wymamrotał, ale w jego oczach malował się smutek.
- Co za dupek – warknęła Mia, zmrużonymi oczami wpatrując się w oddalającą się głowę Lucjusza Malfoy'a. – Tylko dlatego, że jest prefektem, myśli, że ma prawo popychać ludzi?
Syriusz też gapił się za odchodzącym Lucjuszem, uderzając rytmicznie swoją różdżką w otwartą dłoń. Nie miało to większego sensu, skoro jeszcze nie wiedział, jak się ową różdżką posługiwać.
- Myśli, że ma prawo do wszystkiego tylko dlatego, że jest Malfoy'em.
- Znasz tego kretyna? – Zapytał Remus.
- Poznałem go ostatniego lata. Ma zostać zaręczony z moją kuzynką.
- Na pewno dobrze się czujesz? – Mia skupiła uwagę na chłopcu. Skinął głową, ale podtrzymywał swoje ramię zdrową ręką. Następnego dnia na pewno będzie bolało.
- Wejdź do środka – zaproponował James.
Usiadł naprzeciwko Syriusza, co umieściło Mię między nim i Remusem.
- Dzięki, że jesteście dla mnie tacy mili.
James wyszczerzył zęby i rozpoczął kolejną rundę przedstawiania się.
- Nie ma problemu, stary. Jestem James.
- Syriusz.
- Remus.
- Mia – uśmiechnęła się.
- Jestem Peter – odpowiedział uprzejmie, z nadzieją na twarzy.
Nie!
Uśmiech natychmiast zniknął z ust Mii. Krew odpłynęła z jej twarzy, skurcz chwycił żołądek. Odwróciła głowę, żeby na niego nie patrzeć. Próbowała opanować swój gniew, przerażenie, które ogarnęło całe ciało. Musiała skupić się na czymś innym.
Syriusz i James już byli zatopieni w rozmowie, Remus ponownie utkwił nos w książce, a Peter siedział obok niej tak blisko, że Mia chciała krzyczeć. Zamknęła oczy i przypomniała sobie słowa z listu Remusa. Jej nowy zestaw reguł.
Każda podjęta przez nas decyzja jest predestynowana.
Zazgrzytała cicho zębami. Czuła dumę, że była katalizatorem, dzięki któremu poznali się James, Remus i Syriusz. Ale też ona doprowadziła do spotkania Petera Pettigrew z przyszłymi Huncwotami. Przełknęła winę i zaczęła się zastanawiać, czy ktoś by się zorientował, gdyby przeklęła chłopca siedzącego po jej lewej w nicość. Remus powiedział jej w swoim liście, że jej obecność niczego nie może zmienić. Że byli ludzie, których nie udało się ocalić. Wiedziała, że jedna z tych osób siedziała właśnie obok niej.
Kobiecy głos wyrwał ją z przygnębiających myśli, w których się pogrążyła.
- Czy ktoś chce coś z wózka?
Mia podskoczyła, korzystając z okazji, żeby znaleźć się jak najdalej od Petera.
- Ja stawiam.
Syriusz wyszczerzył się do niej.
- Uważaj! Jeśli teraz nas rozpieścisz, nigdy się nas nie pozbędziesz.
- Mam się czuć, jakbym dokarmiała bezdomnego psa? – Mia zaśmiała się i Syriusz natychmiast jej zawtórował swoim śmiechem przypominającym szczekanie. Załagodziło to ból po spotkaniu Petera.
- Poproszę dwa opakowania Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta i pięć… - Zaczęła, wiedząc doskonale, że nie może teraz wykluczyć Petera, bo wydawałoby się to niegrzeczne i podejrzliwe. Chwilę później jednak pomyślała o Remusie, który musiał się czuć fatalnie w związku ze zbliżającą się pełnią. – Nie, sześć Czekoladowych Żab.
- Weź dla mnie dyniowego pasztecika – poprosił Jamie.
- A dla mnie kociołkowe ciasteczko – dodał Syriusz.
Mia wywróciła oczami.
- Poproszę też to, co oni sobie zażyczą.
Z rękoma pełnymi słodyczy Mia skierowała się do ławeczki zajmowanej przez Jamesa i Syriusza. Usiadła między chłopcami, rozpychając się swoimi niewielkimi biodrami. Podświadomie rozumiała swoją potrzebę, żeby być otoczoną bratnimi duszami, kiedy tak patrzyła na Petera, który mościł się wygodnie na miejscu obok Remusa. Siedzenie obok młodego wilkołaka sprawiało jej niemałą przyjemność, ale bliskość tego zdradzieckiego szczura powodowała, że Mia czuła się chora i osłabiona. Zupełnie, jakby jej magia gwałtownie reagowała na jego obecność. W jakiś sposób siedzenie między Jamiem i Syriuszem odpędzało słabość.
wWwWwWwWwWwWw
Kilka godzin później zmęczyli się podróżą, mimo ilości skonsumowanego cukru.
Mia zapadła w lekki, spokojny sen, wdzięczna Jamesowi i Syriuszowi, bo ich obecność odpędzała koszmary. Zamiast przypominać sobie horrory wojny, śniła o Hogwarcie, o Harrym i Ronie.
Kiedy obudziła się kilka godzin później i zamrugała oczami, próbując pozbyć się resztek snu, z uśmiechem ogarnęła wygląd przedziału. James, siedzący po jej lewej, ułożył wygodnie głowę na jej ramieniu. Jego czarne włosy łaskotały ją w policzek przy każdym chrapnięciu, jakie z siebie wydawał. Syriusz, leżący z drugiej strony, ułożył wygodnie głowę na jej nogach. Jego długie loki, również czarne, rozsypały się na jej udach, a nogi wyciągnął ku oparciu ławeczki.
Mia uśmiechnęła się do chłopaka z czułością i przeczesała palcami jego gęste włosy, nie zdając sobie sprawy, jak dziwnie to musi wyglądać.
- Jesteście ze sobą bardzo blisko mimo tego, że dopiero się poznaliście – zauważył Remus.
Mia podniosła wzrok.
- Mam w zwyczaju przygarniać przybłędy.
- Słyszałem to – wymamrotał sennie Syriusz, wtulając się w jej kolana.
Dziewczyna ponownie na niego spojrzała, zastanawiając się, skąd wzięła się u niego taka potrzeba dotyku, gdy jego matką była taka kobieta, jak Walburga. Nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby ta wiedźma kiedykolwiek uściskała swoje dzieci.
- Skoro już nie śpisz, co robisz na moich kolanach?
- Ta „przybłęda" lubi, jak się go drapie po głowie – Syriusz sięgnął bez patrzenia, chwycił jej dłoń i położył ją z powrotem na swoich włosach. Zaśmiała się i lekko trzepnęła go po głowie. Wtedy złapał jej wolną dłoń i splótł swoje palce z jej palcami.
Mia zaczerwieniła się, zaskoczona, ale nie przestała przeczesywać jego włosów. Pamiętała, jak starszy Syriusz zmieniał się w Łapę, kładł obok niej i dopraszał o pieszczoty. Ona wtedy głaskała z czułością jego czarne futro. Wychodziło na to, że ten człowiek zawsze miał w sobie coś z kanapowego pieska i nigdy nie rozumiał, czym jest przestrzeń osobista.
- Zignoruję fakt, że twoja głowa spoczywa na kolanach mojej siostry, bo mamy ważniejsze sprawy do załatwienia – powiedział James, ziewając. Podniósł się i przetarł oczy, wypędzając resztki snu.
- To znaczy? – Zapytała Mia, nadal mając palce zatopione w jedwabistych lokach Syriusza.
- Remusie, Peterze – James zwrócił się do nich poważnym głosem. – Zadam wam teraz bardzo ważne pytanie, od którego zależy nasza przyszła przyjaźń.
Remus wyprostował plecy, a przez jego twarz przemknął cień, jakby się spodziewał pytania o jego lykantropię. Peter przełknął głośno ślinę.
A Jamie zapytał, nadal bardzo poważnym tonem:
- Której drużynie Quidditcha kibicujecie?
Mia wzniosła oczy do góry.
- Merlinie!
- Zjednoczonym z Puddlemere – odpowiedział natychmiast Remus z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- Lubisz Quidditcha? – Mia spojrzała na Remusa szeroko rozwartymi oczami, a chłopak tylko wzruszył ramionami. – Zdrajca.
- Ja zawsze kibicowałem Sokołom z Falmouth – odpowiedział Peter, po czym szybko dodał: - Ale mógłbym zacząć kibicować Zjednoczonym.
- Dobra odpowiedź – stwierdził Syriusz, z zamkniętymi oczami, nadal leżąc wygodnie na kolanach Mii.
- A co powiecie o Armatach z Chudley? – Zapytała z psotnym uśmiechem.
- Co? – Wrzasnął James, a Syriusz podniósł się ze swojego wygodnego miejsca.
- Oszalałaś?
- Nie wygrali Ligi od 1892 roku – krzyknął Syriusz, mrużąc oczy.
Mia wybuchła głośnym śmiechem i wstała.
- Jeśli tak łatwo wyprowadzić was z równowagi, będzie to bardzo udany rok. Czas się przebrać. Zostawię was samych, chłopcy.
Zauważyła ulgę na twarzy Remusa i uznała, że to dlatego, iż już miał na sobie szkolne szaty i nie musiał się tłumaczyć przed swoimi nowymi przyjaciółmi, skąd ma świeże blizny.
Otwierała właśnie drzwi do przedziału, kiedy bezcielesny głos przetoczył się przez cały pociąg.
- Za pięć minut dotrzemy do Hogwartu. Proszę pozostawić bagaż w pociągu. Zostanie przetransportowany do zamku osobno.
Jeszcze raz spojrzała na przedział pełen chłopców. Syriusz i James z trudem szukali swoich szat szkolnych. Remus szybko schował głowę za swoją książką. Natomiast Peter się do niej uśmiechał, a Mia nie potrafiła go nie nienawidzić. Zastanawiała się, czy gdyby traktowała go uprzejmie, mógłby się zmienić? Czy gdyby zbudowała w nim choć trochę odwagi, potrafiłby postawić się Czarnemu Panu i nie zdradziłby swoich przyjaciół? Nie. List Remusa nie pozostawiał żadnych wątpliwości, ale nawet gdyby mogła coś zmienić, przeczucie jej mówiło, że Peterowi nie można ufać.
Nie. Mia nie będzie uprzejma dla chłopca, który wyrośnie na zdrajcę.
Wtedy przypomniała sobie swoją pierwszą podróż do Hogwartu. Przypadkiem zniechęciła do siebie Rona, wypowiadając kilka nieprzyjemnych słów. Tym razem postanowiła zrobić to celowo. Zatrzymała się w progu i spojrzała na Petera.
- Masz brudny nos, wiesz o tym?
wWwWwWwWwWwWw
Kilka minut później pociąg zwolnił i zatrzymał się. Ludzie przepychali się na korytarzu i schodzili na mały, ciemny peron. Nad głowami uczniów zakołysała się lampa i po peronie przetoczył się znajomy głos.
- Pierwszoroczni! Pierwszoroczni do mnie! – Jej uśmiech poszerzył się, gdy zobaczyła sylwetkę Hagrida. – No, już, za mną! Są jeszcze jacyś pierwszoroczni? Patrzcie pod nogi! Pierwszoroczni za mną!
Mia sięgnął dłońmi do swoich chłopców i pociągnęła ich za sobą, byle tylko trzymać się razem z nimi. Celowo stworzyła dystans między nimi i Peterem, przycisnęła ramię do ciała Jamiego i ruszyła za półolbrzymem.
Hagrid prowadził ich w ciemnościach, oddzielając pierwszoroczniaków od starszych uczniów, którzy wsiadali powoli do bryczek zaprzężonych w testrale.
- Za chwilunię zobaczycie Hogwart – zawołał przez ramię. – To tuż za rogiem.
Wąska ścieżynka nagle zmieniła się w szerokie nabrzeże na skraju Czarnego Jeziora. Daleko za wodą, na szczycie wysokiego wzniesienia stał ogromny zamek, z rozświetlonymi oknami, z wieloma wykuszami i wieżyczkami.
- Nie więcej niż czwórka do jednej łodzi – przestrzegł Hagrid, wskazując palcem flotyllę malutkich łódek, chyboczących się na wodzie.
James i Syriusz rzucili się w stronę łódek, chcąc zająć jedną jako pierwsi. James wyszczerzył zęby, gdy wygrał wyścig i ogłosił się kapitanem. Mia elegancko wyciągnęła dłoń do Remusa, który pomógł jej zająć miejsce w łódce i sam szybko wsiadł do niej razem z dziewczyną.
- Wybacz, Pete – Syriusz spojrzał na chłopca i wzruszył ramionami. – Zobaczymy się po drugiej stronie, stary.
Peter skinął głową, a Mia poczuła dziką satysfakcję. To uczucie nie trwało jednak długo, bo jak tylko łódki ruszyły przed siebie, prując powierzchnię Czarnego Jeziora, James i Syriusz zaczęli bujać swoją łódką.
- Jamesie Charlusie Potter! Jeśli wpadnę do jeziora i zostanę zjedzona przez wielką kałamarnicę, przyrzekam, że będę cię nawiedzać i straszyć do końca twojego życia – wrzasnęła, przytrzymując się kurczowo burty.
James zaśmiał się.
- Oj, Mia! Uratowalibyśmy cię, gdybyś wpadła do jeziora.
Wargi Syriusza zadrżały.
- Jasne, któryś z nas na pewno umie pływać.
- Głowy w dół!
Wszyscy się schylili i flotylla przepłynęła pod kurtyną z bluszczu, która skrywała wejście do jaskini pod klifem. Teraz płynęli ciemnym tunelem, który musiał prowadzić pod samym zamkiem i nagle przybili do podziemnej przystani, gdzie wyszli na trzęsących się nogach na kamienną posadzkę.
- Widzisz? Żyjesz – James uśmiechnął się do siostry, która tymczasem przyjęła wyciągniętą dłoń Remusa, żeby się podeprzeć. Gdyby nie była tak wściekła na swojego brata i Syriusza, uradowałaby ją otwartość Remusa wobec niej. Podał jej rękę bez wahania, kiedy ona instynktownie jej szukała.
Podążali za światłem lampy Hagrida i w pewnym momencie poczuli, że wyszli na miękką, wilgotną trawę. Wdrapali się na kilka kamiennych schodków i stanęli półokręgiem przed masywnymi dębowymi drzwiami frontowymi.
Hagrid uniósł dłoń i trzy razy uderzył w drzwi.
Mia wzięła głęboki oddech, kiedy zaczęły się otwierać.
Dobrze jest wrócić do domu.
