Od tłumaczki: Przepraszam za spóźnienie. Nie miałam czasu, żeby zbetować ten rozdział, dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć chwilę. Zaczyna się szkoła, a wraz z nią choroba Remusa zaczyna być jasna dla Mii.

Miłego czytania. Obiecuję, że kolejny rozdział pojawi się we wtorek.

ROZDZIAŁ 22 - UPRZEJMOŚĆ

2 września 1971

Poranek po Ceremonii Przydziału zastał uczniów Gryffindoru przy wspólnym śniadaniu w Wielkiej Sali. Wszyscy uczniowie, nowi i powracający po wakacjach, z identycznymi apetytami pochłaniali posiłek.

Mia uśmiechała się czarująco do swojego brata, próbując przygładzić jego niesforne włosy, żeby w końcu przylegały do głowy. Jamie z kolei przeczesywał je ciągle dłonią, niwecząc wysiłki swojej siostry i strosząc niemiłosiernie swoją fryzurę. Uśmiechał się przy tym drwiąco do Mii. Peter cały poranek trzymał się blisko Syriusza. I wtedy pojawiły się sowy z pocztą.

Wszyscy pierwszoroczni napisali poprzedniego wieczora listy do swoich rodzin, więc James i Mia nie byli zaskoczeni odpowiedzią od rodziców, zachwyconych przydziałem swoich bliźniaków do Gryffindoru. Charlus i Dorea przesyłali słowa otuchy i wsparcia na nadchodzący rok szkolny, a u dołu strony bliźnięta znalazły nawet krótkie dopiski od Tilly, która wiedziała, że oboje zostaną przydzieleni do Gryffindoru, bo są tacy odważni i utalentowani.

Czytanie przerwała im jaskrawoczerwona koperta upuszczona na talerz Syriusza przez ogromną sowę, która próbowała go ugryźć, gdy tylko chłopiec wyciągnął do niej dłoń. Sowa złapała w locie jedną kiełbaskę i zaraz jej nie było.

- Cholerna sowa - Syriusz spojrzał na list i westchnął głęboko. - No, tak. Mogłem się tego spodziewać.

- O co chodzi? - Zapytał James. - Zaczekaj… Co to jest?

Mia potrząsnęła głową, zniesmaczona zachowaniem Walburgi Black.

- Wyjec.

- Co to jest wyjec? - Zapytała Lily, siadając obok Mii i z ciekawością obserwując Syriusza, który patrzył na czerwoną kopertę z niechęcią.

James i Mia wzdrygnęli się, doskonale wiedząc, jakie piekło się za chwilę rozpęta. Lily tylko patrzyła z zainteresowaniem. Pozostali Gryfoni dyskretnie odwrócili głowy, co nie przeszkodziło Krukonom i Puchonom w przypatrywaniu się Syriuszowi z ciekawością.

- Chrzanić to - warknął i podniósł kopertę. Rozerwał ją w przypływie szaleńczej odwagi.

Ryk wypełnił całą Wielką Salę. Wściekły głos Walburgi Black ogłuszył uczniów.

- SYRIUSZU ORIONIE BLACK! TY WSTRĘTNA PODRÓBKO CZARODZIEJA! ZHAŃBIŁEŚ DOM MOJEGO OJCA! PRZYNIOSŁEŚ WSTYD SWOJEJ RODZINIE! JAK ŚMIAŁEŚ ZŁAMAĆ WIELOPOKOLENIOWĄ TRADYCJĘ?!

Mia spojrzała spod byka na kopertę wrzeszczącą znajome obelgi, znajomym głosem. Jej całe ciało stężało, przypominając sobie te wszystkie lata, kiedy sama była celem dla tej kobiety.

Syriusz siedział wyprostowany, spokojny, ale w jego wzroku można było wyczytać nienawiść w najczystszej postaci. Pozostali uczniowie skulili się, jakby słyszeli własnych rodziców.

- DZIĘKUJĘ SALAZAROWI ZA TWOJEGO BRATA, KTÓRY DOSTOSUJE SIĘ DO TRADYCJI, W JAKIEJ ZOSTAŁ WYCHOWANY. NA TOBIE ZAWODZĘ SIĘ OD MOMENTU, KIEDY SIĘ URODZIŁEŚ! ŻAŁUJĘ, ŻE W OGÓLE CIĘ URODZIŁAM, TY MAŁY, WREDNY…

- Incendio! - Warknęła Mia i wykonała subtelny ruch różdżką.

Koperta stanęła w płomieniach, a wściekły głos zamierał w miarę, jak list zmieniał się w proch.

James, Lily i pozostali Gryfoni patrzyli ze zdumieniem na Mię, zszokowani, że była w stanie rzucić tak skomplikowane zaklęcie przed rozpoczęciem nauki, ale Mii to nie obchodziło. Ona patrzyła na Syriusza, który z kolei wlepiał wzrok w szczątki wyjca z taką miną, jakby list cały czas na niego wrzeszczał.

wWwWwWwWwWwWw

W końcu uczniowie opuścili Wielką Salę, udając się na zajęcia, ale szepty podążały za Syriuszem, gdziekolwiek by nie poszedł. Mia i James towarzyszyli mu przez cały dzień, odpowiadając mrożącymi krew w żyłach spojrzeniami na uwagi innych studentów, w szczególności Ślizgonów, którzy znali tradycję i historię Blacków, i uważali całe zdarzenie za wyjątkowo zabawne. Dzięki temu mało kto zwrócił uwagę na to, że Mia skorzystała z magii jeszcze zanim zdążyła się czegoś oficjalnie nauczyć.

Remus dołączył do nich przed pierwszą lekcją, wyglądając gorzej niż poprzedniego wieczoru. Mia uśmiechnęła się do niego i opowiedziała mu, co działo się przy śniadaniu.

Wybierając sobie miejsca w sali Zaklęć, instynktownie usiedli wokół Syriusza: James i Mia po jego obu stronach, Remus przed nim, a Peter za nim. Syriusz nic nie powiedział do swoich przyjaciół na ten temat, ale kiedy spojrzał na przyjaciółę, uśmiechnął się z wdzięcznością.

Rozproszona przez poranne wydarzenia i uśmiech Syriusza, Mia nie zwróciła uwagi na to, że profesor Flitwick zadał pierwsze pytanie.

- Czy ktoś potrafi mi powiedzieć, jaka jest różnica między zaklęciem, urokiem, klątwą i czarem?

Mia znała odpowiedź. Spędziła w Hogwarcie sześć lat i była najbardziej utalentowaną czarownicą w swoim pokoleniu. Szósty rok skończyła z najlepszymi wynikami, a na piątym roku zdobyła aż jedenaście SUM-ów. Nie była jednak najszybsza podczas swojej pierwszej lekcji Zaklęć.

Lily Evans była szybsza.

Jej dłoń wystrzeliła w powietrze z rekordową prędkością. Dziewczynka machała nią z niecierpliwością, prawie podskakując na skraju swojego krzesła.

James i Syriusz zachichotali, a Mia wpatrywała się w przyjaciółkę z przerażeniem. Dobry Boże, czy ja tak wyglądałam? Opuściła rękę, rozluźniając się. Nagle postanowiła, że tym razem nic nie będzie robiła na siłę.

Jej nadmierna chęć, by udowodnić przed innymi swój talent i umiejętności sprawiła, że z trudem udało jej się zaprzyjaźnić z Harrym i Ronem. Tym razem miała cieszyć się swoim życiem. Skinęła głową z nowym postanowieniem. Nadal planowała pracować sumiennie i zdawać egzaminy z maksymalnymi notami, ale tym razem nie musiała nic przed nikim udowadniać.

wWwWwWwWwWwWw

5 września 1971

Dni mijały i uczniowie dość szybko poznali smak rutyny.

Lily przodowała w Zaklęciach, a James i Syriusz byli niezrównani w Transmutacji, co samo w sobie było dziwne, bo wyglądali na osoby, które nigdy nie uważają na lekcjach. Ciągle też pakowali się w jakieś kłopoty.

Nie było niczym dziwnym, że Remus był najlepszy z Obrony Przed Czarną Magią. Mia na tych zajęciach siedziała z ramionami skrzyżowanymi na piersi i przypatrywała się przyjacielowi z wszystkowiedzącym uśmiechem.

Zaskoczyło ją jednak, że Peter okazał się całkiem niezły z Eliksirów. Na jego nieszczęście, trafił do jednej klasy z Lily Evans i Severusem Snapem, którzy z miejsca stali się faworytami profesora Slughorna.

Zielarstwo było ich najmniej ulubionym przedmiotem, a dodatkowo straciło na atrakcyjności, kiedy Lily przypadkowo dolała za dużo wody do doniczki z zakwitającymi błotnymi kulami. W efekcie lekcja skończyła się ogromną błotną bitwą zapoczątkowaną przez Jamesa i Syriusza. Prawie wszyscy się dobrze bawili, poza Lily i Remusem, który był nieobecny z powodu choroby.

Mia siedziała ze zmarszczonym czołem przy stole Gryfonów w Wielkiej Sali, gdzie razem z bratem i przyjaciółmi jadła kolację. Był poniedziałkowy wieczór. Właśnie zaszło słońce i niebo rozświetlał księżyc w pełni. Martwiła się o Remusa, który właśnie spędzał swoją pierwszą samotną noc we Wrzeszczącej Chacie.

Bardzo szybko dokończyła posiłek i przeprosiła swoich przyjaciół. Pobiegła do dormitorium, skąd zabrała torbę pełną Czekoladowych Żab. Trzymała je na wszelki wypadek i właśnie miały się przydać.

Chwilę później weszła do Skrzydła Szpitalnego i uśmiechnęła się do pani Pomfrey.

Pielęgniarka spojrzała na Gryfonkę.

- Panno Potter, jak się pani czuje?

- Dobrze. Przystosowuję się - odpowiedziała Mia, wiedząc, że pielęgniarka musiała być ciekawa jej przypadku. - Czy można już odwiedzać Remusa Lupina? Wiem, że został przyjęty do Skrzydła Szpitalnego kilka dni temu z grypą żołądkową.

Jej słowa mówiły jedno, ale jej wzrok mówił coś zupełnie innego. Miała nadzieję, że pani Pomfrey zrozumie.

Jeśli jednak pielęgniarka zrozumiała, o co Mii chodzi, nie dała tego po sobie poznać.

- Dzisiaj pan Lupin jeszcze nie przyjmuje gości. Może jutro.

Mia zrozumiała. Wiedziała, że Remusa nie ma w Skrzydle Szpitalnym, a właśnie w tej chwili znajduje się we Wrzeszczącej Chacie, gdzieś między Hogwartem i Hogsmeade.

- A czy mogłabym coś dla niego zostawić? - Wyciągnęła przed siebie torbę pełną Czekoladowych Żab. - To jego ulubione słodycze. Dzięki nim poczuje się lepiej.

Pani Pomfrey skinęła głową.

- Wezmę je, panno Potter. To bardzo uprzejme z twojej strony.

- On… Jest moim przyjacielem - odpowiedziała ze smutnym uśmiechem, odwróciła się i odeszła.

Następnego dnia Remus nadal był nieobecny na zajęciach, ale dołączył do swoich przyjaciół przy kolacji. Usiadł dokładnie naprzeciwko Mii, która słodko się do niego uśmiechnęła i postawiła przed nim pełny talerz. Remus tylko oparł łokcie na stole i wsparł głowę między złączonymi dłońmi.

Delikatnie odgarnęła jego włosy z czoła.

Spojrzał na nią z wdzięcznością i wyciągnął z kieszeni kartę z Czekoladowej Żaby. Bez słowa położył ją przed nią.

Mia spojrzała w dół, prosto w przystojną, odważną twarz Godryka Gryffindora. U dołu karty, czerwonym atramentem napisano jedno słowo. Dziękuję.

- Nie ma za co - uśmiechnęła się.

wWwWwWwWwWwWw

4 października 1971

Mia nudziła się na zajęciach, doskonale znając materiał, który właśnie przerabiali, więc skupiła się na opiekowaniu się swoim bratem i przyjaciółmi.

James i Syriusz już mieli za sobą swój pierwszy szlaban. Zostali złapani podczas ciszy nocnej, kiedy chcieli znaleźć wejście do kuchni, żeby przynieść przekąski do wieży Gryfonów. Remus próbował trzymać się z daleka od ich wybryków, ale James i Syriusz niezmordowanie namawiali jego i Petera do wspólnego uczestnictwa w ich szalonych eskapadach.

Mia powoli zaprzyjaźniała się ze swoimi współlokatorkami - Lily, Mary i Alice - które były dużo przyjemniejsze we współżyciu niż Parvati i Lavender.

Nadchodziła kolejna pełnia księżyca i Remus ponownie zachorował. Mia cierpiała razem z nim, widząc nawrót jego choroby. Czuła się bezsilna i poirytowana. Kiedy Remus w niedzielny poranek zniknął za drzwiami Skrzydła Szpitalnego, kilka godzin zajęło jej podjęcie decyzji, która zaprowadziła ją do gabinetu dyrektora.

- Kwachy - gargulec pilnujący wejścia do wieży odskoczył, pozwalając jej wejść na okrągłą klatkę schodową.

Dumbledore przywitał ją z uśmiechem.

- Dobry wieczór, panno Potter. Jako mogę pani pomóc? Mam nadzieję, że nie chodzi pani o okoliczności, w jakich znalazła się pani w 1971 roku? Nie miałem jeszcze czasu, żeby rozpocząć badania nad pani Zmieniaczem Czasu.

Zatrzymała się, zaskoczona. Czy naprawdę zdążyła już zapomnieć, że Dumbledore obiecał jej, że zbada Zmieniacz Czasu i znajdzie sposób na odesłanie jej do domu?

- Nie, dyrektorze, nie przyszłam tu w sprawie Zmieniacza Czasu. Przyzwyczajam się do tego życia… - Urwała, nie wiedząc, jak powinna się do niego odnosić. - Do życia, które mi podarowano. Robię tak, jak pan kazał. Podążam za zasadami Remusa.

- Tak, ten pan Lupin z przyszłości często się pojawia w pani słowach. Zauważyłem, że zaprzyjaźniła się pani z innym panem Lupinem, tutaj, w Hogwarcie. Przypuszczam, że to ta sama osoba.

Pokiwała głową ze smutnym uśmiechem.

- To prawda, dyrektorze.

- Prawda jest taka, że nie chcę wiedzieć o przyszłości więcej niż absolutnie muszę, ale cieszy mnie, że ten konkretny uczeń ma przed sobą świetlaną przyszłość - przyznał z podobną miną.

- On jest powodem, dla którego dzisiaj do pana przyszłam - powiedziała Mia. - Ja wiem.

- Pani wie?

- Wiem, dlaczego w tym roku udało się zasadzić Wierzbę Bijącą na błoniach Hogwartu.

- Rozumiem.

- Chciałabym prosić o pozwolenie na bycie przy nim. Oczywiście, nie we Wrzeszczącej Chacie - mówiła szybko. - Ale przed przemianą i po niej. W przyszłości jestem jedną z osób, które się nim opiekują. Wiem, jak leczyć jego rany i jakich eliksirów potrzebuje, żeby szybciej dojść do siebie.

Chciałaby wiedzieć, jak uwarzyć ten najważniejszy eliksir, który ulżyłby jego cierpieniom, ale Wywar Tojadowy miał zostać wynaleziony dopiero za kilka lat.

Dumbledore natychmiast spoważniał.

- Nie ma lekarstwa na lykantropię, panno Potter.

- Nie, ale… On jest moim przyjacielem. Nie mogę go skazać na samotność - zwiesiła głowę. - To bardzo boli.

- Ma pani wielkie serce, panno Potter. I dobre zamiary. Ale nawet mimo pani obecności, transformacje pana Lupina będą bolesne - odpowiedział wyraźnie Dumbledore, a w jego głosie królowało niepodzielnie współczucie. Mia wiedziała, że tylko dzięki temu mężczyźnie Remusa przyjęto do Hogwartu. Dumbledore inwestował w chłopca.

- Nie miałam na myśli jego, tylko siebie - wyjaśniła szybko Mia. - Boli mnie, że Remus musi cierpieć w samotności.

- Rozumiem. Podejrzewam, że wie pani, jak poinformować pana Lupina o swojej wiedzy w subtelny sposób?

- Tak, dyrektorze. W mojej linii czasowej sama domyśliłam się prawdy - powiedziała, przypominając sobie wypracowanie, które zadał im Snape w nadziei, że ktoś odkryje sekret Remusa i upubliczni swoją wiedzę. Ona jednak zachowała to dla siebie. - Teraz też mu powiem, że sama się domyśliłam.

Dumbledore uśmiechnął się do niej z wdzięcznością.

- W takim razie ma pani moje pozwolenie, żeby towarzyszyć mu w czasie jego choroby.

- Dziękuję, dyrektorze - ona również się uśmiechnęła, ale z ulgą.

- Niestety, profesor Sprout już odprowadziła pana Lupina do Wierzby Bijącej. Oczywiście, może pani zaczekać na pana Lupina w Skrzydle Szpitalnym. Proszę dać tę notatkę pani Pomfrey. Tłumaczę w niej pani obecność. Pani Pomfrey będzie asystować podczas leczenia pana Lupina i podawania mu jakichkolwiek eliksirów.

wWwWwWwWwWwWw

5 października 1971

Kilka godzin później Mia obudziła się w Skrzydle Szpitalnym. Pani Pomfrey zaproponowała jej jedno ze szpitalnych łóżek, żeby spokojnie poczekała, aż księżyc zajdzie i będzie można sprowadzić Remusa z Wrzeszczącej Chaty. Czekała z niecierpliwością, gdy pielęgniarka lewitowała ciało nieprzytomnego wilkołaka na najbliższe łóżko. Kiedy jej wzrok w końcu spoczął na jego połamanej, zakrwawionej sylwetce, musiała zakryć sobie usta dłonią, żeby powstrzymać okrzyk przerażenia.

- Podobno już to pani widziała, panno Potter – to nie było pytanie.

- Ja… - Mia otarła łzy. – Widziałam, ale… On jest taki młody. To niesprawiedliwe.

Podeszła do łóżka i uważnie przyjrzała się nieprzytomnemu Remusowi. W przyszłości będzie się budził krótko po wschodzie słońca, ale na razie jego małe ciało nie było w stanie znieść bólu transformacji. Potrząsnęła głową i spięła swoje mięśnie.

- Proszę mu podać Eliksir Uspokajający. Potrzebuje go, żebym mogła wyleczyć jego rany.

- Eliksir jest na stole, moja droga – wskazała pani Pomfrey i Mia skinęła głową, sięgając po fiolkę. Po wlaniu jej zawartości do gardła chłopca, przyjrzała się płytkim nacięciom na jego twarzy. Doszła do wniosku, że nie powstały one od szponów Lunatyka, a od ciągłego obijania się od ścian Wrzeszczącej Chaty. W niektórych nacięciach Mia znalazła drzazgi, które starannie wyciągnęła.

Następnie pani Pomfrey delikatnie obróciła ciało nieprzytomnego wilkołaka. Najgłębsza rana znajdowała się na jego plecach i ciągnęła wzdłuż całego kręgosłupa. Właśnie w tym miejscu skóra pękała podczas transformacji. Uniosła różdżkę i usunęła sączącą się krew zanim zabrała się za spajanie skóry. Próbowała nie dopuszczać do siebie żadnych emocji, ale ta czynność boleśnie przypominała jej to, co działo się po zakończeniu wojny.

- Jest pani bardzo utalentowana, panno Potter. Mogę zapytać, czy w poprzednim życiu była pani uzdrowicielką?

Po twarzy Mii przemknął cień, gdy znowu pomyślała o wojnie.

- Nie. Po prostu… Musiałam się wiele nauczyć, biorąc pod uwagę okoliczności.

- Dostała pani drugą szansę. Może wykorzysta pani swój talent i wybierze karierę jako uzdrowicielka – zaproponowała pielęgniarka.

- Cieszę się, że mam kilka lat na podjęcie tej decyzji – przyznała Mia. List od Remusa nakazywał jej cieszyć się swoim życiem. Dlatego nie chciała martwić się o przyszłość. Przynajmniej nie bardziej, niż martwił się każdy jedenastolatek.

- Niedługo powinien się obudzić – ostrzegła pani Pomfrey, kiedy Mia aplikowała dyptam na nacięcia na twarzy Remusa. – Na stoliku jest więcej Eliksiru Uspokajającego i Blokerów Bólu, jeśli będą potrzebne. Zostawię was samych.

Samotnie czekając, aż Remus się obudzi, Mia przypomniała sobie pierwszy raz, kiedy pomagała w leczeniu swojego przyjaciela.

- To wszystko moja wina – Hermiona zasłoniła oczy rękoma. – Powinnam była nauczyć się od Snape'a…

- Nie wiń się. Wszyscy byliśmy wtedy zajęci – przerwała jej Tonks ze smutnym uśmiechem.

- Powinnam był się nauczyć, jak uwarzyć Wywar Tojadowy. A teraz Remus cierpi – Hermiona otarła łzy. Oczywiście, czytała przepis, ale jednocześnie była zajęta odnalezieniem swoich rodziców i jak grom z jasnego nieba spadła na nią wiadomość, że nie można odwrócić Zaklęcia Pamięci. Była zbyt zdekoncentrowana, żeby spróbować uwarzyć Wywar Tojadowy, szczególnie wiedząc, że każdy błąd w tak skomplikowanym eliksirze może skończyć się śmiercią.

- To nie twoja wina – powtórzyła Tonks. Pod jej oczami pojawiły się ciemne cienie.

Ona i Hermiona nie spały przez całą noc, nasłuchując, jak wilk miota się po piwnicy, rzucając się gwałtownie na metalowe pręty, które powstrzymywały go przed ucieczką. Nawet Łapa nie był w stanie go uspokoić.

Teddy przeziębił się, co sprawiło, że Remus się stresował, a jego stres miał przełożenie na nerwowe zachowanie wilka. Syriusz chciał zabrać Remusa na otwarty teren, żeby podczas pełni księżyca wybiegał całą energię, ale nie znalazł żadnego odpowiednio zabezpieczonego miejsca. Nie mógł być pewny, czy Lunatyk nie pobiegnie prosto do Tonks i Teddy'ego, raniąc każdego, kto stanie mu na drodze.

W nocy, za każdym razem, kiedy wilk zawył ze złości lub zaskowyczał z bólu, Tonks i Hermiona zaciskały mocno oczy.

- Myślisz, że już odzyskał świadomość? – Zapytała Hermiona, patrząc, jak pierwsze promienie słońca zaczęły przenikać przez szpary w zasłonach.

- Jeszcze chwilę – Tonks odetchnęła z ulgą. – Damy mu godzinę od momentu ostatniego wycia. To będzie szansa, żeby jakoś się ogarnął, zanim zejdziemy na dół. Dziękuję ci, że zdecydowałaś się nam pomóc.

- Remus zawsze mi pomagał, kiedy ja byłam ranna – Hermiona wzruszyła ramionami, przypominając sobie, jak mężczyzna siedział przy jej łóżku po bitwie w Departamencie Tajemnic. Pocieszał ją, sam będąc w rozpaczy po śmierci Syriusza.

- Chodźmy do niego.

Dwie czarownice skierowały swoje kroki do piwnicy i pierwszym, co uderzyło Hermionę po otwarciu drzwi był odór krwi i potu. Zmrużyła oczy i pozwoliła Tonks iść pierwszej, żeby żona wilkołaka upewniła się, że mężczyzna przynajmniej się ubrał.

Łapa spał w kącie piwnicy, wykończony po całej nocy spędzonej z wilkołakiem.

Hermiona szła niepewnym krokiem w kierunku Tonks, która klęczała przed ogromną klatką z różdżką w gotowości. Remus kazał im być ostrożnym w każdej chwili, kiedy radziły sobie z wilkiem. Powiedział, że po pełni księżyca, po transformacji w człowieka, wilk nadal może mieć nad nim kontrolę. Nie można było stwierdzić ze stuprocentową pewnością, jakie zmiany wniesie brak Wywaru Tojadowego.

- Remusie? – Wyszeptała Hermiona, zbliżając się do otwartych drzwi klatki.

Kiedy mężczyzna zaszczycił ją swoim spojrzeniem, Hermiona ze zdziwieniem zauważyła, że jego oczy są koloru płynnego złota. Nawiązał z nią kontakt wzrokowy i warknął, cicho i nisko. Niebezpiecznie.

Łapa od razu się obudził i też warknął. Ostrzegawczo.

Hermiona zerknęła przez ramię na psa i ponownie skoncentrowała uwagę na Remusie. Zachowała bezpieczną odległość i uklękła powoli, bez żadnych gwałtownych ruchów.

- Tonks, podaj mu fiolkę Eliksiru Uspokajającego. To Remus, ale wilk jest tuż pod powierzchnią. Eliksir powinien zepchnąć go głębiej w podświadomość - wyjaśniła, patrząc, jak Tonks wyciąga małą fiolkę z przygotowanym wcześniej eliksirem. Fiolka potoczyła się pod stopy Remusa, który nieufnie na nią spojrzał.

- Remusie, wypij eliksir – nakazała Hermiona, przechylając głowę na jedną stronę, żeby odsłonić gardło w geście poddania.

Oczy drapieżnika zaświeciły momentalnie, ale po chwili zmieniły kolor na zielony. Remus jęknął z bólu, sięgnął szybko po fiolkę i jednych haustem wypił jej zawartość. Następnie upadł na ziemię.

- Przytrzymaj go, ja zajmę się jego plecami – powiedziała Hermiona do Tonks, gdy obie szybko podeszły do zmaltretowanego mężczyzny.

- Cześć, kochanie – Tonks usiadła na ziemi, obok głowy męża, przeczesując palcami jego spocone włosy. Delikatnie odwróciła Remusa plecami do Hermiony, która natychmiast usunęła krew z głębokiej rany i zasklepiła skórę.

Kiedy skończyła, Hermiona pokazała Tonks, że może z powrotem położyć Remusa na plecach. Metamorfomag uśmiechnęła się czule do swojego męża, patrząc w jego zamglone bólem oczy.

- Pozwól, że zajmę się twoją piękną twarzą.

Remus zmarszczył brwi, walcząc z płaczem, bólem i utratą przytomności.

- Tak źle nie było od wielu lat.

Tonks złożyła na jego czole lekki pocałunek.

- Wilk martwi się o Teddy'ego, nic w tym dziwnego. Mama dała znać z samego rana. Teddy już czuje się lepiej.

Remus westchnął z ulgą, po czym syknął, kiedy Hermiona uleczyła kolejną ranę.

Dziewczyna zmartwiała.

- Tak mi przykro, Remusie.

- Nie twoja wina – odpowiedział, sięgając po jej rękę. Z jakiegoś powodu ten gest go uspokoił, chociaż jej nie przyniósł żadnego pocieszenia.

- Powinnam była się nauczyć, jak uwarzyć Wywar Tojadowy, gdy miałam okazję.

Remus potrząsnął głową.

- Nie masz za co przepraszać, Hermiono. Tylko ty możesz wykombinować, jak poprawnie go uwarzyć, bez wskazówek Snape'a. Wiem, że ci się uda – próbował się do niej uśmiechnąć, ale targnął nim kolejny spazm bólu.

- Przyniosę więcej Blokerów Bólu – wstała.

Tonks potrząsnęła głową i sama ruszyła w kierunku wyjścia.

- Zostań. Ja przyniosę lekarstwa – minęła Łapę i machnęła na niego ręką. Kiedy się zawahał, westchnęła. – No, chodź. Ty też musisz się wyspać.

Tonks weszła na schody, a Łapa powoli za nią podążył.

Hermiona przyjrzała się zmaltretowanemu mężczyźnie leżącemu przed nią. Czuła się dziwnie skrępowana. Remus trząsł się z bólu. Zagryzła wargi, zbliżyła się do niego i instynktownie przeczesała jego włosy palcami, podobnie, jak zrobiła to wcześniej Tonks.

Westchnął z ulgą i odezwał się do niej łamanym głosem.

- Dziękuję, Hermiono. Zawsze byłaś bardzo… Uprzejma w stosunku do mnie. W stosunku do mojej przypadłości.

Zmrużyła oczy i otarła łzę.

- Zawsze zasługiwałeś na uprzejmość ludzi, Remusie – wyszeptała i zszokowana patrzyła, jak jej słowa załamały go. Mężczyzna załkał cicho i przyciągnął czarownicę do siebie. Była zaskoczona, że tak się przed nią odsłonił, ale przez cały czas delikatnie głaskała jego włosy i szeptała słowa pociechy.

Zrozumiała, że Tonks wróciła do piwnicy, kiedy jej uszu dobiegło ciche przekleństwo dobiegające ze schodów. Zesztywniała, zastanawiając się, za jak niewłaściwe uzna jej zachowanie żona Remusa.

Jednak dla Tonks ich uścisk nie miał żadnego znaczenia. Wyglądała na wdzięczną, kiedy do nich podeszła i podała Remusowi fiolkę z Blokerem.

wWwWwWwWwWwWwWw

Remus otworzył oczy i natychmiast spojrzał na krzesło, na którym siedziała Mia. Był zmęczony i zdziwiony jej obecnością, ale tego właśnie się spodziewała.

- Mia? – Wyszeptał chrapliwie.

Uśmiechnęła się do niego z czułością.

- Cześć, Remus.

Chłopak rozejrzał się, a jego tętno zaczęło przyspieszać w ataku paniki.

- Gdzie ja jestem?

- W Skrzydle Szpitalnym. Potrzebujesz kolejnego Blokera?

- Co ty tu robisz? Dlaczego właśnie ty tu jesteś? – Próbował usiąść, ale każdy ruch był dla niego bardzo bolesny. Wyrwał mu się krzyk, a jego ręka automatycznie powędrowała do rany na plecach.

Kiedy był taki zaabsorbowany swoją paniką, Mia zerknęła szybko na jego plecy. Rana zagoiła się, pozostawiając zaczerwienioną bliznę i naciągniętą do granic możliwości skórę. Wyglądało to nieprzyjemnie, łagodnie mówiąc.

Kiedy znowu Remus spojrzał na Mię, odskoczył, nagle zdając sobie sprawę, jak blisko niego znajdowała się dziewczyna. Żeby nie zrobił sobie większej krzywdy, Mia delikatnie złapała go za ramiona i przytrzymała w miejscu.

- Uspokój się, Remusie. Zajmuję się tobą.

Wyrwał się z jej uścisku, szybko mrugając oczami.

- Co? Nie, nie powinnaś. Nic mi nie jest, tylko lekkie przeziębienie. Nie chcę, żebyś coś ode mnie złapała…

- Niczym się od ciebie nie zarażę, bo wcale nie jesteś chory.

Spojrzał ze strachem w jej oczy.

- Remusie, ja wiem.

- Ty… Wiesz?

Jego warga zaczęła drżeć i nagle Mia zdała sobie sprawę, że ma przed sobą przerażonego chłopca, a nie dorosłego mężczyznę, który stał się dla niej symbolem siły i wytrwałości. Pamiętała, że starszy Remus miał w zwyczaju płakać po transformacjach, szukać siły w jej ramionach. A teraz przed nią siedział spanikowany jedenastolatek, który nigdy nie odczuł zwykłej uprzejmości w stosunku do swojej przypadłości. Mia podejrzewała, że nawet w domu, przy swoich rodzicach, Remus cierpiał samotnie.

- Wiem o lykantropii – wyjaśniła łagodnym tonem.

- Nie wiem, o czym… - Zaczął, ale gdy tylko łzy przelały się na jego policzki, przestał protestować. – Skąd wiesz?

Dotykała go, a on próbował uciekać przed jej dotykiem. Mia była jednak nieugięta. Głaskała go delikatnie po ramionach, odsuwała spocone włosy z czoła.

- Czytam książki, znam objawy. I przede wszystkim jestem mądrzejsza, nawet od ciebie – uśmiechnęła się z czułością. – Domyśliłam się w zeszłym miesiącu, gdy zachorowałeś podczas pełni księżyca. Dlatego przyniosłam ci Czekoladowe Żaby. Wiem, że je uwielbiasz.

Zmarszczyła brwi, kiedy ponownie uciekł od jej dotyku.

Remus zadrżał, z bólu i płaczu.

- Powinnaś już iść. Ja… Nie powinnaś była się domyślić. Będę musiał opuścić szkołę. Nikt nie miał wiedzieć.

- I nikt się nie dowie – obiecała Mia. – Poszłam z moimi domysłami do Dumbledore'a i dostałam od niego pozwolenie, żeby być przy tobie przed i po transformacji, każdego miesiąca.

- Ty… Ty się nie boisz? – Spojrzał na nią zaskoczony.

- Mam się bać ciebie? – Zaśmiała się. – Nie mam powodu, żeby się ciebie bać, Remusie.

- Przecież jestem potworem! – Wykrzyczał, a jego oczy błysnęły płynnym złotem,

Mia zawarczała gniewnie, a koniuszki jej włosów naelektryzowały się w przypływie niekontrolowanej magii.

- Nawet się nie waż! Mówisz o moim najlepszym przyjacielu. Uważam, że doskonale sobie radzisz w sytuacji, w której zostałeś zmuszony dorastać – łzy zabłysły w jej oczach, gdy to mówiła. – Musisz stosować się do reguł, żeby ludzie wokół ciebie byli bezpieczni. Ale gdzieś tam, między regułami i ludźmi, czeka na ciebie szczęście.

Potrząsnął głową.

- Nigdy nie będę szczęśliwy, Mia.

- Będziesz – zapewniła go, myśląc o Tonks i Teddym. – Dopóki nie znajdziesz tego szczęścia, moim zadaniem będzie przynosić ci ulgę w bólu. Potrzebujesz kolejny Bloker?

- Czy… Czy to ty mnie uleczyłaś? – Zapytał, sięgając dłonią do blizny na plecach. – W zeszłym miesiącu leczyła mnie pani Pomfrey i uczucie jest inne.

- Szybko się uczę.

Remus przymknął oczy.

- Nie chcę twojej pomocy. Nie chcę cię przypadkowo skrzywdzić.

- A ja nie chcę, żebyś cierpiał dłużej, niż musisz – odpowiedziała stanowczo, nie zgadzając się na jego warunki. – Ty pozwolisz mi opiekować się sobą, tak żebyś nie musiał cierpieć samotnie. W zamian ja obiecuję, że nigdy świadomie nie znajdę się blisko ciebie w trakcie transformacji. Nie planuję iść za tobą za Wierzbę Bijącą.

Jego oczy rozszerzyły się.

- O tym też wiesz?

- Kiedy powiedziałam Dumbledore'owi, że wszystkiego się domyśliłam, wyjaśnił mi całą resztę.

- Ja… - Nagle Remus odwrócił wzrok, zawstydzony i świadomy swojej słabości. Mia znała ten wzrok. Widziała go zawsze, gdy ktoś wspominał przeszłość Harry'ego lub rodzinę Rona. To był wzrok człowieka, który wiedział, że inni się nad nim litują. – Ja nie jestem kolejnym bezpańskim psem, jak Syriusz.

Mia uśmiechnęła się do niego.

- Nie, nie jesteś. Syriusz jest zagubionym szczeniakiem, który szuka dobrego domu.

Syriuszowi, złamanemu przez Wyjca od Walburgi, wiele tygodni zajął powrót do starego siebie, wesołego i zadziornego.

- Ty jesteś chłopcem, który potrzebuje prawdziwej przyjaźni, a przypadkiem tak się składa, że jesteś wilkołakiem – kontynuowała.

- Dlaczego jesteś… - Urwał, szukając odpowiedniego słowa. – Dlaczego jesteś dla mnie taka uprzejma?

Mia przełknęła głośno ślinę, czując jak płacz dławi ją w gardle. Usiadła obok niego na łóżku i delikatnie go objęła całym ramieniem. Zadrżał, czując jej dotyk, ale zebrał się w sobie i nie odsunął od niej.

- Zawsze zasługiwałeś na uprzejmość ludzi, Remusie.

Załkał głośno, oplótł ramionami talię Mii, ukrył twarz w jej włosach i zalał się łzami.

Jej wzrok zmiękł, gdy zrozumiała, że chłopiec po raz pierwszy pozwolił sobie na okazanie słabości. Poczuła się tak, jakby Remus właśnie otworzył przed nią serce. Obiecała sobie, że będzie to serce traktować z największym szacunkiem.