Od tłumaczki: Aaaa, znowu spóźniona. Dużo się dzieje w moim życiu, wiecie... W ciągu najbliższego miesiąca zmieniam miejsce zamieszkania, zmieniam pracę. Zmieniam swoje życie. Na pewno nie opuszczę tego tłumaczenia i rozdział będzie pojawiał się co tydzień. Postaram się, żeby to było co wtorek. Póki co, w pracy szkolę nową pracownicę, osobę, która mnie zastąpi w obowiązkach. To z jednej strony fascynujące zajęcie, przekazać komuś wiedzę nabytą w ciągu ostatnich dwóch lat, a z drugiej ciężka, męcząca praca. Już powoli tracę głos.

Do zobaczenia za tydzień. Miłego czytania.

ROZDZIAŁ 24 – LWIĄTKA

28 luty 1972

Wydawało się, że Charlus Potter przekonał swoją żonę, że dzieci powinny jak najdłużej zostać dziećmi i z tego korzystać. James, Mia i Syriusz wrócili po świętach do Hogwartu, wioząc specjalne prezenty. Każdy z nich został im wręczony wraz z wyraźnym ostrzeżeniem, napisanym eleganckim pismem Charlusa.

Nie dajcie się złapać.

W ciągu dwóch ostatnich miesięcy James i Syriusz nie dali się złapać ani razu. Stało się tak w dużej mierze dzięki niesamowicie dobrze wykonanej Pelerynie Niewidce.

Kiedy jej brat otworzył swój prezent świąteczny, Mia zagapiła się na niego. To właśnie z powodu tej konkretnej Peleryny ona, Harry i Ron wpadli w tak wiele kłopotów. I dzięki tej Pelerynie udało im się uniknąć jeszcze większej ich liczby.

James był zachwycony prezentem i używał go bardzo często od czasu powrotu do szkoły.

Dorea, zasmucona faktem, że Syriusz nie spodziewał się żadnych prezentów w świąteczny poranek, przekopała swoje stare pamiątki rodzinne – przynajmniej te, które zostały dokładnie zbadane przez Łamaczy Klątw. Kiedy nastał poranek i nad kominkiem nie pojawiły się żadne prezenty dla Syriusza, Dorea wręczyła mu mały pakunek.

Chłopiec był zszokowany, bo w ogóle nie spodziewał się prezentów, a już szczególnie nie sądził, że dostanie coś, co należało do jego rodziny. Mały nóż kieszonkowy leżał idealnie w jego dłoni. Syriusz rozjaśnił się, gdy Dorea wyjaśniła, że ten nóż potrafi otworzyć każdy zamek i przeciąć każdy węzeł.

Do tej pory Syriusz zdążył włamać się do gabinetu Filcha czterokrotnie.

Mia była równie zaskoczona, co Syriusz, kiedy otworzyła swój prezent i jej wzrok padł na pięknie zdobione ręczne lusterko. Gdy wyciągnęła je z pudełka, zauważyła pod nim drugie, identyczne lusterko. Rozpromieniła się, natychmiast je rozpoznając. Kiedy widziała te lusterka po raz ostatni, należały do Harry'ego i jedno z nich było zepsute.

Podziękowała rodzicom, po czym wręczyła jedno Jamesowi.

Każdej nocy budziła się z Jamesem, Syriuszem i Remusem w swoim łóżku. Przychodzili do niej, słysząc jej wrzaski. Potem Remus musiał wrócić na święta do swoich rodziców.

James poprosił ją na słówko, zanim wsiedli do pociągu na stacji King's Cross.

- Rozmawiaj ze mną przez lusterko każdego wieczoru, zanim pójdziesz spać. W ten sposób będę wiedział, czy wszystko z tobą w porządku. Jeśli będziesz się źle czuła, zawsze możesz przyjść do mnie i spać w moim łóżku.

Od czasu powrotu do szkoły, kontaktowała się ze swoim bratem kilkukrotnie w przeciągu każdego tygodnia. A w te noce, kiedy koszmary stawały się nie do zniesienia, Mia cicho opuszczała dormitorium dziewcząt, wchodziła do sypialni chłopców i kuliła pod przykryciem obok Jamesa, który trzymał jej złe sny na wodzy.

Każdego ranka James dawał swojej siostrze Pelerynę Niewidkę, żeby mogła przedostać się do swojego dormitorium niezauważona przez nikogo.

Skradanie się po nocach sprawiło, że Mia poczuła się jak mała, słaba dziewczynka. Szczególnie, że jej sny nawiedzała martwa kobieta. Z tego powodu systematycznie zaprzestawała wieczornego i nocnego kontaktu z Jamesem, całkowicie kończąc ze spaniem w jego łóżku miesiąc po rozpoczęciu nowego semestru. Pytał ją o jej noce każdego poranka, a ona kłamała z poczuciem winy, wiedząc, że on się o nią zamartwia. Od czasu do czasu twarda rzeczywistość uderzała w nią z siłą tsunami: Jamesa kiedyś zabraknie. Musi nauczyć się spać sama.

- Dzień dobry – Mia ziewnęła, podchodząc do stołu Gryfonów w Wielkiej Sali.

James posłał jej, a właściwie jej włosom, zdumione spojrzenie.

Wiedziała, że dzisiaj jej włosy wyglądały spektakularnie – ich objętość wydawała się dwukrotnie większa niż zwykle i splątały się tak bardzo, że nie wiedziała, czy kiedykolwiek uda jej się rozczesać ten bałagan. Cienie pod jej oczami były prawie sine. Była wyczerpana i miała problem, żeby sięgnąć sobie coś do jedzenia.

- Wyglądasz fatalnie, Mia.

- Pochlebiasz mi, braciszku – zmrużyła oczy, ale szybko zmieniła nastawienie, gdy zobaczyła, jak James nalewa jej szklankę soku z dyni i kładzie na jej talerzu tosta. Westchnęła cicho i uśmiechnęła się z wdzięcznością.

- On ma rację, wiesz? Na pewno dobrze się czujesz? – Zapytał Syriusz, siadając obok niej. – Twoje włosy już nie wyglądają jak ptasie gniazdo. Teraz przypominają kłębek splątanej wełny.

Uśmiechnął się pod nosem i wetknął palec w splątane włosy czarownicy.

Mia warknęła, uderzyła lekko jego dłoń i odsunęła się poza zasięg jego rąk, które zamierzały ugładzić jej trudne w ułożeniu loki.

- Nie dotykaj moich włosów, Syriuszu! Zaspałam i nie miałam czasu, żeby porządnie je uczesać.

- Dlaczego zaspałaś? – Wtrącił się James. – Znowu miałaś…?

Mia potrząsnęła przecząco głową, słysząc pytanie, które Jamie zadawał codziennie.

- Nie. Lily, Alice i Mary nie dały mi spać, bo przez całą noc chichotały i rozmawiały o bzdurach.

Lily była zdecydowanie bardziej skłonna do poważnych rozmów niż dwie pozostałe lokatorki Mii, ale zdarzało jej się zatopić w rozmowę dotyczącą chłopców. Działało to na Mię jak płachta na byka. Głównie dlatego, że po raz pierwszy w życiu chciała być częścią tych rozmów.

W jej oryginalnej linii czasowej nie myślała o chłopcach w ten sposób aż do swojego trzeciego roku – nie wspominając o przejściowej fascynacji profesorem Lockhartem. Ginny kiedyś wyjaśniła Harry'emu i Ronowi, że Hermiona była zbyt poważna na takie zainteresowania, ale inne dziewczyny były normalne.

- Evans mówiła coś o mnie? – Zapytał Jamie z szerokim uśmiechem.

- Nie wiem. Starałam się nie zwracać uwagi – skłamała.

Prawda była taka, że Lily nie powiedziała nic o Jamesie. Lily mówiła wyłącznie o Remusie, w dodatku konspiracyjnym szeptem, który działał Mii na nerwy. Potem Alice zaczęła chichotać na temat Jamesa, Mary zaczęła opowiadać o pięknych oczach Syriusza i Mia miała dość. Wyszła gniewnie z dormitorium i usadowiła się w Pokoju Wspólnym, postanawiając odrobić zadania domowe. Nie potrzebowała się tak odcinać od ludzi od czasu powrotu do szkoły po świętach.

- Dzień dobry – Remus zbliżył się do stołu Gryfonów, ziewając szeroko. Miał bladą twarz i wyglądał dokładnie tak źle, jak Mia się czuła.

Wiedziała, że następnej nocy wzejdzie pełnia księżyca i Remus potrzebował całej energii, jaką mógł zmagazynować. I zamiast przygotować sobie jedzenie, coś dołożyć do tego gołego tosta, którego położył przed nią James, Mia szybko i precyzyjnie zabrała się do działania. Nalała soku z dyni do wysokiej szklanki, którą następnie postawiła przed Remusem. Sięgnęła obok Syriusza po talerz pełen bekonu i kiełbasek, a nstępnie położyła przed Remusem świeże owoce.

Nie zauważyła nawet, jak w tym samym czasie Remus przygotował śniadanie dla niej, w ten samej precyzyjnej ciszy. Nalał jej małą filiżankę herbaty, dodał jedną kostkę cukru i popchnął do niej. Pracowali w tandemie. W pewnym momencie Remus wychylił się nad jej postacią, żeby położyć przed nią miskę z owsianką.

- Przepraszam, nie zauważyłem – wymamrotał, kiedy zwrócił uwagę, że na jej owsiance, pośród borówek ukryła się jedna malina. Delikatnie wyjął owoc w jej śniadania i wrzucił sobie do ust.

Kiedy ta dwójka zaczęła jeść, reszta towarzystwa wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami.

- No co? – Wymamrotali jednocześnie Remus i Mia.

James zamrugał oczami.

- To było… Straszne.

Syriusz wybuchnął śmiechem.

- Nigdy wcześniej tego nie zauważyłeś? Oni tak robią od kilku miesięcy.

Remus i Mia spojrzeli na siebie i wrócili do jedzenia, ignorując żarty, komentarze i spojrzenia rzucane na parę. A kiedy Mia lekko dotknęła tosta, którego położył na jej talerzu Jamie, Remus sięgnął przed Petera, chwycił słoik z marmoladą i od niechcenia podsunął jej pod nos.

James wyglądał, jakby trafił w niego piorun.

- Czy wy potraficie porozumiewać się w myślach?

Mia zachichotała, przełykając kęs tosta.

- Nie bądź zazdrosny, Jamie. Remus jest po prostu moim najlepszym przyjacielem, co wcale nie umniejsza tego, że ty jesteś moim bratem.

- To kim w takim razie jestem ja? – Syriusz wydął wargi.

Mia spojrzała na niego z irytacją.

- Zazwyczaj? Jesteś kamykiem w bucie, którego z jakiegoś powodu nie mogę się pozbyć.

Syriusz mrugnął do niej łobuzersko i zupełnie się nie przejął, kiedy James pochylił się nad stołem i klepnął go mocno w potylicę.

- Nie wiedziałem, że masz o mnie tak wysokie mniemanie, kotku.

- A co ze mną? – Zapytał Peter, a jego wodniste oczka świdrowały Mię spojrzeniem.

Czarownica skoncentrowała się na jedzeniu, ignorując chłopca. Skoro nie możesz powiedzieć nic miłego…

- Cały czas sądzę, że ten wasz śniadaniowy rytuał jest przerażający – nalegał James. – Jak to jest, że Remus nie może sobie sam nałożyć bekonu? Talerz stoi przed nosem Petera.

- Bo woli, kiedy bekon jest słabo wypieczony – odpowiedziała obojętnie Mia. – Ten bekon, który leży obok Petera jest zbyt mocno przypalony.

- A czemu ani ja, ani James nie możemy zrobić ci herbaty? – Dodał Syriusz z uniesionymi brwiami. – Ostatnim razem, gdy któryś z nas zrobił ci herbatę, w ogóle jej nie tknęłaś.

- Bo ona nie lubi herbaty z mlekiem – wyjaśnił Remus.

- Jak wy w ogóle zauważacie takie rzeczy? – Zapytał James.

Jak na zawołanie, Mia i Remus wzruszyli ramionami.

James i Syriusz nie mieli już możliwości, żeby podręczyć swoich przyjaciół pytaniami, bo właśnie w tym momencie Frank Longbottom dotarł do ich stołu, wyglądając gorzej niż Mia i Remus razem wzięci.

- Frank? Coś się stało? – Mia spojrzała na chłopca z troską.

Próbował się uśmiechnąć, ale uśmiech nie dotarł do jego oczu.

- Wszystko w porządku. Dzięki, Mia.

- Nic nie jest w porządku! Co się stało?

Huncwoci, dziwnym zbiegiem okoliczności, zawiązali przyjaźń pierwszego dnia szkoły, w trakcie jazdy pociągiem. Ich przyjaźń umocniła się, ponieważ zostali przydzieleni do jednego dormitorium. Z kolei Frank został przydzielony do jednej sypialni z dwoma pozostałymi chłopcami z Gryffindoru, Gaspardem i Williamem, którzy przyjaźnili się od wczesnego dzieciństwa. Nie chcąc, żeby Frank pozostał bez przyjaciół, Mia wyciągnęła do niego rękę, dosłownie i w przenośni.

Frank westchnął głośno.

- Kilku pierwszorocznych Ślizgonów uderzyło mnie paskudnym urokiem, kiedy nakryłem ich na terroryzowaniu Puchonów – przyznał, czerwieniejąc ze wstydu. – Powiedziałem wężom, żeby się od nich odczepili, więc przyczepili się do mnie. Myślałem, że może spróbują rzucić jedno, dwa zaklęcia, które odbiją się od mojej tarczy. Niestety, jedno z nich się przebiło.

- Które? – Zapytał Syriusz.

- Oszołomili mnie.

- Co? – Warknął Black. – Te cholerne, głupie węże!

- Oszołomili cię? – Mia otworzyła szeroko oczy. Poczuła, jak jej własny temperament staje się trudny do okiełznania. Otwarta agresja Syriusza tylko ją podjudzała. – Na Merlina, przecież to zaklęcie z piątego roku. Jak oni w ogóle potrafią je rzucić?

- Jak już się ocknąłem, usłyszałem, że to Malfoy i Mulciber uczą młodsze roczniki paskudnych klątw i uroków – przyznał gorzko Frank.

- Powinieneś powiedzieć o tym profesor McGonagall – powiedziała Lily, dosiadając się do nich. Koncentrowała się na swoim przyjacielu, całkowicie ignorując Syriusza i Jamesa, chociaż ten ostatni szeroko się do niej uśmiechał.

Syriusz zawył.

- Nie ma mowy! Powinniśmy się na nich odegrać.

- Tak – zgodził się James, wracając do rozmowy, skoro Lily nie chciała mu poświęcić chwili swojej uwagi. – Nie możesz dawać się tak traktować. Chodźmy, Frank. Ty, ja, Syriusz, Remus i Peter pokażemy tym wężom, dlaczego powinny się bać lwów w tym zamku.

Wstał i skierował swój wzrok na pierwszorocznych Ślizgonów, którzy siedzieli przy stole po drugiej stronie Wielkiej Sali.

- Przez was, idiotów, stracimy punkty – syknęła Lily. – A jeśli uda się wam nie stracić punktów, na pewno ktoś trafi was jakimś zaklęciem. Frank właśnie wam powiedział, że oni używają zaklęć z piątego roku.

Nic, co powiedziała Lily, nie miało wpływu na decyzję chłopców.

Z Jamesem na czele, Syriusz i Frank ruszyli w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali. Frank wyglądał, jakby chciał się zemścić. Podobnie jak Neville, był początkowo nieporadny, ale szybko przyswoił sobie gryfońską odwagę. Niestety, pod wpływem Jamesa, ta odwaga czasami przybierała postać bardzo nieodpowiedzialną.

Mia westchnęła i wstała, kiedy zauważyła, że Remus podążył za chłopcami.

- Lepiej pójdę z nimi i im pomogę.

- Mia! – Krzyknęła za nią Lily.

- To mój brat i moi przyjaciele. Nie pozwalam nikomu krzywdzić moich przyjaciół – powiedziała stanowczo. Poczuła, jak po jej kręgosłupie przemknął nieprzyjemny dreszcz. – Nikomu.

wWwWwWwWwWwWwWw

- Zgubiłyście się, małe lwiątka? – Amycus Carrow zadał pytanie grupie Gryfonów, która zbliżyła się do stołu Ślizgonów. Siedział, wygodnie rozparty, otoczony wianuszkiem swoich przyjaciół, w skład których wchodziła jego siostra bliźniaczka Alecto, Elora Zabini i Severus Snape.

Syriusz spojrzał na niego zmrużonymi oczami.

- Stul dziób, Carrow!

- Odwal się, zdrajco krwi – syknęła Alecto. – Wszyscy wiedzą, jaką hańbę przyniosłeś swojej rodzinie, Black. Zrujnowałeś jej dobre imię.

- Moja rodzina zrujnowała swoje dobre imię na wiele lat zanim się urodziłem. Prawdę mówiąc, chętnie zamieniłbym się z tobą nazwiskami, gdyby tylko nazwisko Carrow nie kojarzyło się ludziom z idiotami płaszczącymi się przed władzą.

Wydawało się, że ten komentarz bardzo zdenerwował Alecto, ale jej brat – przywódca tego małego gangu – powstrzymał ją od działania i spojrzał morderczo na Syriusza.

- Wolę płaszczyć się przed władzą, która jest czysta, niż przebywać z brudnymi zdrajcami krwi i szlamami – zadrwił. Alecto zaśmiała się, Elora Zabini, znudzona rozmową, tylko przewróciła oczami, a Severus Snape odwrócił wzrok od grupki Gryfonów.

Mii przypomniał się Draco.

Nikt nie pytał o twoje zdanie, ty mała, brudna szlamo!

I chociaż w tym momencie nie było po nim śladu, to słowo było na stałe wyryte na jej skórze. Kiedy Hermiona kończyła naukę w Hogwarcie, była już całkowicie zobojętniała na brzmienie tego słowa, ale z jakiegoś powodu w tym momencie zareagowała bardzo emocjonalnie. Możliwe, że było to spowodowane jej młodym ciałem, w których przez cały czas szalały hormony. Możliwe, że spowodowała to nienawiść skumulowana w tak młodym chłopcu, który przypomniał jej Dracona, wychowanego w poczuciu wyższości i torturującego ją od czasu ich pierwszego spotkania. Obaj mieli tylko dwanaście lat, a już byli tak absurdalnie uprzedzeni.

Jednak najprawdopodobniej jej reakcję wywołał fakt, że po raz pierwszy to nie ona została w ten sposób obrażona, a Lily, w którą Amycus wpatrywał się z obrzydzeniem.

Mia nie była szlamą. Nie tutaj. Szlamą była matka Harry'ego.

Wezbrała w niej wściekłość, na wierzch wypłynęły wspomnienia nienawiści, gniewu, wojny i śmierci. Podjudzało ją spojrzenie Syriusza. I w końcu pękła.

- Zamknij swój pieprzony dziób, Carrow – Mia wysunęła się przed szereg, przeciskając między zaskoczonymi Jamesem i Syriuszem.

Amycus posłał jej złe spojrzenie.

- Albo co, Potter?

- Nie chcesz ze mną zadrzeć – zagroziła, myśląc o Marietcie Edgecombe, Ricie Skeeter i Dolores Umbridge. Nie potrafiła im wybaczyć w swojej oryginalnej linii czasowej. W tej chwili doskonale wiedziała, co wyrośnie z niektórych z tych dzieci, więc jak mogłaby wybaczyć im?

Elora zmrużyła oczy, nagle zainteresowana rozmową.

- Nie powinnaś nam grozić, Potter.

- My nie grozimy – powiedział James. – Oddajemy, co wasze. Wy pierwsi zaatakowaliście Franka, w dodatku bez powodu.

- Chodzi o Longbottoma? – Zaśmiał się Snape. – Nie potrzebujemy powodu w jego przypadku. On sam potrafi rzucić na siebie urok przynajmniej dwukrotnie w ciągu dnia.

- Odwal się, Smarkerusie – warknął Syriusz.

- Celna riposta, Black – głos Snape ociekał sarkazmem.

- Mówię poważnie – rzuciła Mia do Amycusa, uważnie obserwując, jak jego dłoń zbliżała się do szat, w których miał ukrytą różdżkę. Czuła ciało Remusa za swoimi plecami, jego oddech muskał jej kark, a jego ręka spoczywała na jej ramieniu. Nie odwracając się, nie była w stanie stwierdzić, czy powstrzymuje ją, czy siebie. – Jeżeli jeszcze raz podniesiecie na nas różdżki, pożałujecie tego.

- Zapomnijcie o różdżkach, jeszcze jedno słowo… - Zaczął zirytowany James.

- Tylko jedno? – Wtrącił się Snape. – Na pewno potrafisz liczyć lepiej, niż do jednego.

I to wystarczyło, żeby Syriusz rzucił się na stół Ślizgonów.

Walka trwała mniej niż minutę. Wyciągnięto różdżki, chociaż Syriusz wolał skorzystać z mugolskiego sposobu wyrównania rachunków i wdać się w bójkę. Ślizgoni rzucali bardzo zaawansowane zaklęcia, więc Mia, która doskonale panowała nad swoją w pełni rozwiniętą magią, niewerbalnie próbowała im przeciwdziałać, jednocześnie nie przyciągając do siebie uwagi. Niestety, z powodu Franka, wszystkie ich działania poszły na marne.

Problem polegał na tym, że jedynym zaklęciem, które Frank potrafił rzucić poprawnie, było Zaklęcie Światła, które w tym wypadku w niczym by im nie pomogło. Jednak zamiast powiedzieć „Lumos", Frank machnął różdżką, powiedział „Fumos" i przypadkiem stworzył gęstą zasłonę dymną.

Chmura dymu wystrzeliła z różdżki Franka i całkowicie ukryła walczących przed wzrokiem innych ludzi. Ślizgoni, którzy nie mogli dobrze wycelować, próbowali wycofać się z walki, ale Gryfoni podążyli za przykładem Syriusza i rzucili się na swoich przeciwników z pięściami.

Kiedy do Wielkiej Sali wpadła profesor McGonagall i udało jej się oczyścić powietrze z dymu, oczom zebranych ukazała się czwórka Ślizgonów i czwórka Gryfonów, wszyscy na ziemi. Syriusz trzymał Snape'a za kołnierz i nie pozwalał mu się podnieść z podłogi. James próbował powstrzymać Alecto Carrow i Elorę Zabini – która ciągnęła młodego Pottera za włosy – jednocześnie odmawiając uderzenia którejś z dziewcząt. Remus przyszpilił Amycusa do ściany, trzymając dłoń na jego gardle. Wilkołak warczał i powstrzymywał Mię przed rozoraniem twarzy Ślizgona swoimi długimi paznokciami. Amycus jednak postanowił splunąć na dziewczynę, co sprawiło, że uwaga Remusa skupiła się ponownie na nim. Frank stał pomiędzy nimi z szeroko otwartymi oczami, ściskając w dłoni różdżkę, która nadal wypluwała z siebie dym.

- Panie Longbottom! – Krzyknęła profesor McGonagall. – Proszę natychmiast opuścić różdżkę.

Frank nagle się ocknął i upuścił różdżkę, która upadła na podłogę, wyrzucając z siebie czerwone i złote iskry. Jednocześnie ustało wydzielanie się dymu.

- Co tu się dzieje? Natychmiast proszę przestać.

Po kolei, każdy Gryfon odstąpił od Ślizgona. Remus miał z tym niewielki problem i Mia musiała mu pomóc. Syriusz i Snape odskoczyli od siebie, jak oparzeni, rzucając sobie nieprzyjazne spojrzenia. Dwie Ślizgonki puściły włosy Jamesa, który spokojnie od nich odszedł, wydymając wargi.

- Jak wam nie wstyd? Wdaliście się w bójkę na środku Wielkiej Sali jak pospolici Mugole! Panie Malfoy!

- Pani profesor? – Lucjusz Malfoy powoli zbliżył się do nauczycielki. Do tej pory siedział kilkanaście metrów dalej, z uwagą przyglądając się sytuacji.

- Jest pan prefektem czy nie? Bójka wybuchła przy pańskim stole, a pan nic nie zrobił?

- Proszę o wybaczenie, pani profesor – Lucjusz rzucił nieprzyjemne spojrzenie młodszym Ślizgonom, którzy odwrócili wzrok z zakłopotaniem. Wyglądało na to, że w odczuciu jasnowłosego prefekta to nie walka była problemem, ale jej wynik. – Następnym razem zareaguję szybciej.

- Nie będzie żadnego następnego razu. Każdy z was traci po dwadzieścia punktów. Panie Malfoy, spodziewam się, że odprowadzi pan swoich młodszych kolegów do Opiekuna Domu, który odpowiednio ich ukarze.

- Oczywiście, pani profesor – Lucjusz skłonił lekko głowę i wyszedł z Wielkiej Sali, a czwórka pierwszorocznych Ślizgonów podążyła za nim.

Profesor McGonagall odwróciła się do swoich Gryfonów.

- Czas na was. Oczekuję lepszego zachowania po uczniach należących do mojego Domu. Cała piątka ma szlaban w sobotę – powiedziała stanowczo i opuściła ich towarzystwo.

James rozejrzał się.

- Piątka? Przecież nas jest sześcioro.

- Peter został przy stoliku – Remus wskazał palcem Petera, siedzącego przy stole Gryffindoru, obecnie kulącego się pod morderczymi spojrzeniami, którymi obdarzyli go jego przyjaciele.

Syriuszowi opadła szczęka.

- Ten mały dupek!

- Niezły z niego Gryfon – dodała Mia, nadal wściekła. Nagle zdała sobie sprawę, że przez cały czas ściska mocno ramię Remusa. Powoli go puściła i odetchnęła głęboko. – Przepraszam.

Remus uśmiechnął się do niej, a jego oczy zabłysnęły złotem.

- Fajnie wyglądasz, gdy się wściekasz.

Po raz pierwszy na widok złotych przebłysków w oczach przyjaciela Mia poczuła przypływ adrenaliny i podekscytowanie. Zazwyczaj, kiedy się pojawiały, było to spowodowane złością lub stresem, w momentach, kiedy wilk próbował się wyrwać na wolność, korzystając z emocjonalnej słabości Remusa. Teraz jednak chłopak wcale nie wyglądał na słabego. Wręcz przeciwnie, wyglądał na zachwyconego. Uśmiech, który jej posłał, rozgrzał jej policzki.

James roześmiał się, wyrywając ją z zamyślenia.

- Mia powiedziała „pieprzony". To było warte szlabanu.

- Nie powiedziałam! – Zaczerwienienie zniknęło z jej policzków i zastąpiła je trupia bladość. Bardzo rzadko korzystała z tego słowa, szczególnie publicznie. Czasami zdarzało się jej lekko przeklinać, ale nigdy nie była wulgarna.

Syriusz obdarzył ją promiennym spojrzeniem, a wyraz jego oczu było podobny do tego, który widziała u Remusa, a który spowodował, że się zaczerwieniła.

- Oczywiście, że powiedziałaś. To brzmiało cholernie dobrze!

Przyłożyła dłonie do policzków, zawstydzona.

- Naprawdę?

- Tak – zachichotał Remus.

- Na Merlina… To twoja wina! – Odsunęła ręce od twarzy i wycelowała palec w Syriusza. – Ty uczysz nas wulgarnego języka!

Black zaśmiał się radośnie i uniósł dłonie w geście poddania.

- W takim razie to będzie twoja wina, kiedy kogoś uderzę. Jesteś agresywna, wiesz?

- Mów tak dalej, Syriuszu. Przez ciebie dostałam szlaban. Nigdy nie miałam kłopotów, a potem spotkałam ciebie – to było największe kłamstwo, jakie przeszło jej kiedykolwiek przez usta. Miała wcześniej szlaban, ale nigdy przez coś takiego. Zwykle była karana za przebywanie z Harrym poza dormitorium po ciszy nocnej lub dlatego, że nauczyciele nie doceniali jej wysiłków włożonych w ratowanie świata.

- Nie musisz mi dziękować.

Mia fuknęła, skrzyżowała ramiona na piersiach i przyszpiliła Syriusza intensywnym spojrzeniem.

- Słucham? Za co nie muszę ci dziękować?

- Za wlanie w twoje nudne życie trochę ekscytacji – uśmiechnął się szeroko, kiedy na niego warknęła.

- Może przestań mówić, Syriuszu – zaproponował Remus. – Czasami Mia potrafi być przerażająca.

wWwWwWwWwWwWw

4 marca 1972

- Następnym razem, jak zobaczę Petera, rzucę na niego jakąś klątwę – obiecał James, stojąc w pucharowej galerii wraz z trójką przyjaciół. Każde z nich trzymało w dłoni brudną szmatę i polerowało wszystkie dostępne powierzchnie: medale, puchary, korony i inne nagrody. Wszystko miało lśnić.

Plan był taki, że każdy miał odsłużyć swój szlaban osobno, ale Filcha nie było – został wezwany na trzecie piętro, mamrocząc pod nosem o „cholernych bliźniakach Prewett".

Frankowi udało się uniknąć szlabanu, bo poprzedniego dnia stopił swój kociołek i leczył poparzone ręce w Skrzydle Szpitalnym.

- Ja to zrobię – zaoferowała się Mia. – Peter i tak doskonale wie, że ja go nie lubię.

- A właściwie dlaczego go nie lubisz? – Syriusz odwrócił się, żeby popatrzeć na dziewczynę, która właśnie polerowała Puchar Quidditcha, wygrany przez Gryfonów. – Co on ci zrobił?

Mia zirytowała się tak bardzo, że nagle odczuła nieprzepartą potrzebę tupania nogą.

- Nie muszę lubić wszystkich. A poza tym, Peter nas olał.

- Tak – przyznał z namysłem Remus. – Ale ty nigdy nie lubiłaś Petera.

- Ja… Nie wiem – warknęła. Nie chciała o tym rozmawiać.

Ignorowanie niskiego chłopca o wodnistych oczkach to jedno. Posłanie w jego stronę jednego lub drugiego uroku to drugie. Ale teraz chłopcy pytali ją o to, dlaczego tak bardzo nie lubiła Petera Pettigrew, a ona nie mogła im odpowiedzieć. Myśl o nienawiści, którą odczuwała wobec Petera wywoływała w niej gniew. Wszystko było winą Petera. Śmierć Lily i Jamesa, osierocenie Harry'ego, zamknięcie Syriusza w Azkabanie, trwająca dwanaście lat samotność Remusa.

- Zrobił ci coś? Powiedział? – Zapytał James zatroskanym tonem.

- Nie. On po prostu… Nie wiem. Nie ufam mu – zakończyła stanowczo, z nadzieją, że żaden nie będzie dłużej drążył tematu.

Po kilku minutach absolutnej ciszy, Syriusz przeszedł przez całą galerię i położył głowę na jej ramieniu.

- Uważam, że w twoim sercu jest miejsce tylko dla naszej trójki.

Zaśmiała się i rzuciła mu w twarz brudną szmatę.

- Ty już prawie się nie mieścisz. Jeśli Remus i Jamie jeszcze trochę podrosną, ty pierwszy wylecisz z mojego serca.

Wyszczerzył do niej zęby.

- Auć! Więc tak to wygląda.

- Mam siły wyłącznie na waszą trójkę. Radzenie sobie z czterema chłopcami byłoby koszmarem. Ciebie i Jamesa ledwo udaje się utrzymać w ryzach – pogroziła Syriuszowi palcem. – Dziękuję Merlinowi, że Remus jest na tyle dojrzały, żeby nie zachęcać was do zachowywania się jak dzieci.

- Zauważyłaś, że Remus ma szlaban razem z nami? – Zaśmiał się James.

Syriusz rzucił swoją brudną szmatę w kierunku wilkołaka.

- Hej, Lupin! Nie chciałbyś zejść z tego piedestału, na którym postawiła cię Mia?

- Zamknij się, Black – Remus zaczerwienił się.

- Niezbyt dojrzała odzywka – droczył się z nim Jamie. – Chyba zachowujesz się jak dziecko.

James i Syriusz wybuchli śmiechem, a Remus zmrużonymi oczami wpatrywał się w przyjaciół. Skorzystał z okazji, że byli rozkojarzeni i sięgnął po różdżkę.

- Vermilious!

Czerwone iskry dosięgły odsłoniętego karku Syriusza. Chłopiec poczuł ukłucie, wrzasnął i podskoczył. Rzucił przyjacielowi pełne przekory spojrzenie, uniósł swoją różdżkę i rzucił to samo zaklęcie.

- Vermilious! – Czerwone iskry uderzyły sam czubek nosa Remusa.

- Auć – warknął Remus i też uniósł różdżkę. – Vermilious.

Czerwone iskry poszybowały w kierunku Syriusza, który starał się im uciec, ale koniec końców został uderzony w skroń.

- Widzisz, Mia? – Zapytał nonszalancko James. – Remus jest tak samo zepsuty, jak my.

Mia spojrzała z przyganą na Syriusza i Remusa.

- Przestańcie się nawzajem nakręcać. Przypominam, że mamy szlaban.

- Przestań nam mówić, co mamy robić – Jamie zaśmiał się i wycelował w nią różdżkę. – Vermilious.

Patrzyła ze zdumieniem na czerwone iskry zbliżające się do jej twarzy i rozbijające na jej czole.

- Jamie! Chyba sobie stroisz żarty!

- Rzuciłeś urok na własną siostrę? – Zapytał ze śmiechem Remus. – Vermilious duo!

Czerwone iskry wystrzeliły z różdżki Remusa w kierunku Jamesa, ale w połowie drogi rozszczepiły się na dwa strumienie, z których jeden uderzył w nogę Jamesa, a drugi w plecy Syriusza.

- Auć! Ja nie rzuciłem zaklęcia na Mię! – Krzyknął Black.

Remus roześmiał się.

- Nie, ale i tak ci się należało.

Mia tupnęła nogą.

- Jesteście śmieszni! To nawet nie jest urok, tylko zwykłe zaklęcie. Przestańcie już, wszyscy trzej.

- Nie przestaniemy, dopóki nie przyznasz, że Remus jest tak zepsuty, jak my – zachichotał James. Od tego momentu trzej chłopcy zaczęli biegać za sobą i rzucać na siebie to samo zaklęcie.

Mia założyła ręce na piersi.

- Nie mam takiego zamiaru.

- Ale on nas atakuje na twoich oczach – wytknął jej Syriusz i Mia tylko prychnęła.

- Myślę, że na to zasługujecie.

- Tylko dlatego, że się w nim zakochałaś… - Syriusz rozpoczął zdanie, ale nie dane mu było skończyć.

- Vermilious trio – przerwała mu głośno Mia. Iskry przeleciały przez salę z niesamowitą prędkością, rozdzieliły się na trzy osobne strumienie i uderzyły każdego chłopca w skroń. Wszyscy podskoczyli z krzykiem i obrócili się natychmiast do dziewczyny.

- Wow – mruknął James.

- To było… - Syriusz nie mógł wykrztusić z siebie słowa.

- Imponujące. Vermilious – Dokończył Remus. Mała czerwona iskierka podleciała w kierunki Mii i usiadła jej na nosie. Wilkołak uśmiechnął się do niej psotnie. – Nie wiem, ale może oni mają co do mnie rację.

- Co tu się dzieje? – W drzwiach pojawiła się profesor McGonagall.

- Nic, pani profesor.

Spuścili wzrok, nie chcąc spojrzeć w oczy władczej czarownicy. Nauczycielka zacisnęła zęby i odwróciła się na pięcie. Kiedy wychodziła, Remus popatrzył w górę. Jego spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem Mii i kiedy złoto spotkało brąz, oboje się zaczerwienili.