Od tłumaczki: Malutkie ostrzeżenie na początek – zaczyna się robić gorąco. Za kilka rozdziałów to tłumaczenie zasłuży na kategorię M (na razie usprawiedliwiają ją wyłącznie teksty Syriusza, których w tym rozdziale jest całkiem sporo). Wczytajcie się uważnie w nazwy, które wymyśla i uwierzcie, że ich odwzorowanie tak, żeby miały sens po polsku było niesamowicie trudne. Jeśli mielibyście lepsze pomysły, podzielcie się ze mną w komentarzu albo na privie, to ewentualnie którąś z tych nazw poprawię.

Miłego czytania i do zobaczenia za tydzień.

ROZDZIAŁ 40 – NIEDŁUGO

1 października 1975

Klątwa rzucona na stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią cały czas była w mocy.

Nauczyciel z pierwszej klasy, profesor Fenwick, nie uczył ich nawet pełnego roku, kiedy został oddelegowany w związku ze sprawami Zakonu. Na drugim roku profesor Dearborn dotrwał do Wielkanocy, kiedy to prawie otruł go jego własny skrzat domowy. Profesor Prewett, ich najlepszy wykładowca, który uczył ich na trzecim roku, został zwolniony z powodu skarg rodziców – co ciekawe, skarżyły się wyłącznie rodziny Ślizgonów. Rok temu uczyła ich profesor Proudfoot, której przydarzył się nieszczęśliwy wypadek z Czarem Pirotechnicznym. Cała klasa stanęła w płomieniach, a nauczycielka przez miesiąc dochodziła do zdrowia u Świętego Munga, po czym wróciła do pracy w Ministerstwie.

Skończył się wrzesień, a stanowisko nadal nie zostało obsadzone.

Kiedy w Pokojach Wspólnych pojawiła się informacja, że lekcje wznowią się w środę, większość uczniów była zachwycona, że rozpoczynają się ich ulubione zajęcia. Bardzo szybko został wznowiony zakład dotyczący tego, jak długo nowy nauczyciel przetrwa na obłożonym klątwą stanowisku. Tradycję z rąk Gideona i Fabiana Prewettów przejęli Syriusz i James.

Mia była niesamowicie zdenerwowana, kiedy przekraczała próg klasy, trzymając Remusa za rękę i idąc bardzo blisko swojego brata, Syriusza i Petera. Piąty rok z jej oryginalnej linii czasowej nie zostawił dobrych wspomnień związanych z tą salą. Nienawidziła Dolores Umbridge. Nie miała pojęcia, co ta ubierająca się na różowo wiedźma porabiała w obecnych czasach, ale za każdym razem, kiedy patrzyła w piękne oczy Lunatyka, przypominała sobie o okrucieństwie tej kobiety – to ona była odpowiedzialna za zmiany w prawie, przez które Remus będzie szykanowany w przyszłości.

- Nie mogę się doczekać – mamrotał James, kierując się wraz z przyjaciółmi do pierwszego rzędu. Obrona Przed Czarną Magią była jedynym przedmiotem, na którym James i Syriusz nie uciekali do ostatnich ławek.

- Oczywiście – zgodziła się z nim Mia, chociaż jej noga poruszała się nerwowo pod stołem. Spodziewała się, że w każdej chwili przez drzwi może przejść różowa kulka i jej piskliwy głosik.

Jednakże stało się inaczej. Przez drzwi nie przeszło nic różowego. Wręcz przeciwnie.

Wysoki mężczyzna o ostrych rysach majestatycznie wpłynął do komnaty. Miał taką manierę, jakby cały zamek należał do niego. Spiczasty podbródek trzymał wysoko, a jego kości policzkowe rysowały się aż do podstawy nosa. Kiedy się do nich odwrócił, Mia nie była zaskoczona, że spojrzał na nich oceniającym wzrokiem. Zaskoczyło ją jednak to, że zamiast zwyczajowych szat nauczyciela, mężczyzna miał na sobie zieloną koszulę, srebrny krawat i czarną szatę z ciemnozielonym obramowaniem. Ewidentnie nosił kolory swojego domu.

Ślizgoni nie posiadali się z zachwytu.

Gryfoni mieli na twarzach wyrazy przerażenia i niechęci.

- Nazywam się profesor Higgs. To są zajęcia z Obrony Przed Czarną Magią. Wyjmijcie książki – nakazał wysokim, nieprzyjemnym tonem. Jego brwi były zmarszczone, a cała jego postura wyrażała niechęć do tego miejsca. Odwrócił się ku tablicy i zaczął po niej pisać.

- Cały czas nie możesz się doczekać tej lekcji? – Mia wymamrotała do Jamesa, któremu mina powoli rzedła, kiedy wyciągał z torby podręcznik Mroczne Siły: Poradnik Samoobrony.

Wiedziała, że wszyscy jej chłopcy, poza Remusem, na pewno zapomnieli piór, więc wyciągnęła z torby dodatkowe i podała Jamesowi, Syriuszowi i Peterowi. Z pewną dozą niechęcie próbowała być dla niego miła po tym, jak w zeszłym miesiącu prawie go zamordowała w postaci Animaga.

Kiedy cała piątka podniosła głowy i spojrzała na tablicę, chłopcy pobledli, a Mia westchnęła. Wykaligrafowana na górze tablicy była lista pięciu stworzeń, identyczna z tą, którą widzieli w podręcznikach.

Wilkołaki

Wampiry

Harpie

Wile

Zombie

Nad listą pojawiły się dwa inne słowa. Jak zabić…

Mia z przerażeniem odczytała informacje z tablicy i jej ręka natychmiast poszybowała w górę.

- Panie profesorze? Przepraszam, że zwracam uwagę, ale chyba nie chce pan usprawiedliwiać mordowania tych istot w klasie pełnej nastolatków?

Nauczyciel zmrużył oczy i spojrzał na nią gniewnie.

- Oczywiście, że nie, panno…?

- Potter – syknęła w odpowiedzi.

- Panno Potter. Morderstwo, zgodnie z definicją, to zabronione przez prawo odebranie życia jednemu człowiekowi, przez drugiego człowieka. Z premedytacją. Bestie wyszczególnione na tablicy nie są ludźmi, wobec czego nie usprawiedliwiam morderstwa. Możecie uznać to za zachętę do polowania – wywrócił oczami, jakby chciał im pokazać, że semantyka nie ma dla niego znaczenia. I tak miał mówić o sposobach na zamordowanie tych istot.

- Może pan to nazywać, jak pan chce. To nadal morderstwo.

- Czy zombie są ludźmi, panno Potter?

- Nie, proszę pana, ale kiedyś byli ludźmi. Technicznie rzecz biorąc, są uznawani za nieumarłych albo za żyjące trupy – zazgrzytała zębami. – Sugeruje się, że mogą być blisko związane z Inferiusami.

- I, jak rozumiem, uprzejmie by pani poprosiła zombie, żeby przestał zjadać pani ciało? – Zapytał sarkastycznie, posyłając jej tak aroganckie spojrzenie, że mogło rywalizować ze wzrokiem starszego Lucjusza Malfoy'a. To ją jeszcze bardziej zirytowało. – Uważa pani, że te potwory są zdolne do logicznego myślenia i ludzkich odruchów?

- Nie, proszę pana – odpowiedziała. Jej dłonie, zaciśnięte w pięści, trzęsły się ze złości. – Ale wilkołaki, wampiry, harpie i wile są…

- Niegroźne? – Dokończył za nią, uśmiechając się pobłażliwie.

- Oczywiście, że nie – zaprotestowała, oburzona jego zachowaniem. – Ale…

- A zatem ja powinienem pozwolić moim uczniom wyjść z tej klasy bez odpowiedniego przygotowania, jak obronić się przed tymi niebezpiecznymi potworami?

- One nie są potworami! Prawdę mówiąc, Ministerstwo klasyfikuje je jako „Istoty". Zgodnie z tą definicją, istotą jest każde stworzenie, które charakteryzuje się wystarczającą inteligencją, żeby rozumieć i podlegać prawu naszego świata, a także brać udział w kształtowaniu tego prawa – praktycznie zacytowała fragment konstytucji uchwalonej w 1811 roku. Ciśnienie zaczynało jej wzrastać.

- Gryffindor traci dziesięć punktów za pani ton, panno Potter. Ma pani rację w kwestii definicji, której trzyma się Ministerstwo, natomiast wszystkie te istoty podlegały i będą podlegać pod Departament Kontroli Nad Magicznymi – spojrzał na nią, jakby oczekiwał, że dokończy za niego, ale nie pozwolił jej na to. – Stworzeniami.

- Nie sądzę, żeby profesor Dumbledore był zadowolony, gdyby się dowiedział, że pan chce nas nauczyć, jak kogoś zabić – wtrącił się do rozmowy James. Wyraz praworządności na jego twarzy ukoił gniew szalejący w duszy Mii i nagle dziewczyna odczuła dumę i radość z okazanej jej lojalności. – Mia ma rację. Zabijanie kogokolwiek to morderstwo.

- Niech wam będzie – profesor Higgs machnął różdżką i słowo zabić zostało zmienione na bronić się przed.

- To trochę niepotrzebne, skoro i tak wiemy, jakie były pana oryginalne intencje –wytknęła Mia. – Wilkołaki i wampiry nie rodzą się takie, zostają zmienione, często wbrew swojej woli. Dlatego nie powinny być traktowane inaczej niż my. Nie są bardziej niebezpieczne niż czarodziej uzbrojony w różdżkę albo Mugol z bronią palną.

- To pani opinia, panno Potter.

- To fakt, profesorze.

Rzucił jej nienawistne spojrzenie.

- Gryffindor traci kolejne dziesięć punktów za pani arogancję.

- Mia! – Mary syknęła na nią z kolejnej ławki, prosząc, żeby w końcu dała sobie spokój, zanim stracą więcej punktów.

Mia odwróciła się do przyjaciółki i zgromiła ją spojrzeniem, nie chcąc przegrać tej potyczki.

- Miałem zamiar zachować te zdjęcia na lekcję w przyszłym tygodniu, ale ze względu na niedoinformowanie panny Potter w kwestii niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą przestawanie z tymi potworami… - nauczyciel podszedł do swojej eleganckiej teczki i wyciągnął z niej plik fotografii. Upuścił je tuż przed Mią. – Zostały mi dostarczone przez przyjaciela, Aurora, który pracuje w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów.

Nie pozwoliła sobie spojrzeć w dół, doskonale wiedząc, co zobaczy.

- Powie mi pani, co pani widzi?

- Nie, proszę pana – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby, nadal nie patrząc na zdjęcia.

- Panie Black – nauczyciel zwrócił się do Syriusza, który razem z Jamesem posyłał mu nieprzyjemne spojrzenia. – I panie Potter. Proszę rozdać te fotografie całej klasie. Tak wyglądają ofiary wilkołaków i wampirów. Panna Potter może mieć rację, że profesor Dumbledore nie pochwaliłby tematów moich lekcji, ale Ministerstwo doszło do wniosku, że znajdujecie się w takim wieku, żeby wiedzieć, jak to wygląda.

Fotografie zaczęły krążyć między uczniami i większość z nich reagowała krzykiem lub nerwowymi westchnieniami. Niektórzy, przerażeni, odwracali wzrok. Frank popędził w kąt komnaty, gdzie zwymiotował do kosza na śmieci. Nawet Ślizgoni byli poruszeni tym, co przedstawiały zdjęcia.

James, Syriusz, Mia i – co najdziwniejsze – Lily odmówili spojrzenia na zdjęcia.

Peter spojrzał. Jego wodniste oczka rozszerzyły się, a jego twarz pobladła. On jedyny spojrzał na Remusa, który siedział ze spuszczoną twarzą obok Mii. Umierał ze wstydu.

- Są wśród nas czarownice i czarodzieje, którzy uważają, że mroczne stworzenia mogą się zasymilować z naszym społeczeństwem – kontynuował profesor Higgs, rzucając Mii wymowne spojrzenie. – Nie mają racji. Nie powinniśmy ich słuchać. Musicie potrafić się przed nimi bronić. Te zajęcia nie bez powodu nazywają się Obrona Przed Czarną Magią. Mroczne stworzenia są opisane w waszych podręcznikach ze szczegółami. Panie Lupin…

Remus prawie podskoczył na swoim siedzeniu.

- Profesorze? – Zapytał cicho.

- Pana ojcem jest Lyall Lupin, prawda?

Remus skinął głową.

- Dobrze. Z tego, co pamiętam, Lyall Lupin zrobił zawrotną karierę w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. Jego praca była wybitna. Czy może pan powiedzieć swoim kolegom i koleżankom, co pana ojciec, człowiek doskonale rozumiejący definicje istot i potworów miał do powiedzenia na temat… Przepraszam, czym dokładnie się zajmował?

- Wilkołakami – wyszeptał chłopak, patrząc na swoje dłonie.

- Tak. Co pana ojciec, specjalista w swojej dziedzinie, miał do powiedzenia na temat wilkołaków?

- Ja nie… Ja…

- No, dalej, panie Lupin. Proszę mówić. Na tyle głośno, żeby panna Potter pana usłyszała.

Remus zawahał się.

- Nie pamiętam zbyt dobrze tych słów.

- Proszę się postarać – nalegał Higgs. – Pamiętam, że stał się sławny głównie z powodu swojej słynnej deklaracji.

- Wilkołaki… Są… Niczym innym, jak pozbawionymi duszy, pełnymi nienawiści potworami – zacytował Remus. Odetchnął nerwowo. – Zasługują wyłącznie na śmierć.

- Pieprzyć to! I pieprzyć ciebie, ty rąbnięty psychopato! – Syriusz wstał i kopnął swoje krzesło. Pozostali uczniowie ze zdumieniem przyglądali się, jak Black gapił się wyzywająco na swojego nowego nauczyciela. – Nie odwróciłem się od mojej gównianej, uprzedzonej do wszystkiego rodziny tylko po to, żeby w Hogwarcie uczyć się równie gównianych uprzedzeń.

- Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów za pana język i nieuprzejme zachowanie, panie Black. Zarobił pan właśnie szlaban ze mną, w każdy piątek, do końca miesiąca.

- Jakby to było coś nowego. Spadam stąd.

Siegnął po swoją torbę i z wysoko uniesioną głową przeszedł przez całą klasę. Przy drzwiach obrócił się i spojrzał wyczekująco na Jamesa, który zaraz wstał i podążył za swoim przyjacielem. Lily wstała za Jamesem. Biorąc z nich przykład, pozostali Gryfoni zebrali swoje rzeczy i opuścili komnatę. Pozostali wyłącznie Mia, Remus i Peter.

- Idę do profesora Dumbledore'a – powiedziała Mia i również sięgnęła po torbę. – Remusie, chodź.

Wyciągnęła do niego dłoń, ale on zawahał się. Nie podniósł wzroku.

- Remusie – warknęła na niego, próbując go wyrwać z tych strasznych myśli, które musiały krążyć po jego głowie.

W końcu wstał i wyszedł z klasy, ale nie ujął jej ręki.

Spojrzała na Petera, który zapadał się w swoje siedzenie, próbując wyglądać na jak najmniejszego. Nie ruszył się. Mia przeklęła pod nosem i wyszła za resztą Gryfonów. Mocno zatrzasnęła za sobą drzwi.

- Ten pieprzony gnojek! – Syriusz wydzierał się wniebogłosy, gdy dołączyli do niego Mia i Remus. James trzymał dłoń na ramieniu przyjaciela, próbując go uspokoić. Tymczasem Black spojrzał na nowoprzybyłych i natychmiast zażądał odpowiedzi. – Gdzie jest Peter?

- Został – prychnęła Mia.

- Ten mały gówniarz – Syriusz odwrócił się, jakby chciał wrócić do klasy, ale James go powstrzymał.

- Zostaw go. Jeśli tam wrócisz, tylko pogorszysz sytuację.

- Gdzie są pozostali? – Zapytała Mia, rozglądając się i zauważając tylko kilku Gryfonów.

- Frank poszedł do Skrzydła Szpitalnego. Alice ma na niego oko – Lily zmarszczyła brwi. Była zaczerwieniona z gniewu. – Mary pobiegła do profesor McGonagall, uświadomić jej, co się stało i sprawdzić, czy można odzyskać część punktów. Ja zamierzam iść do profesora Dumbledore'a. To był koszmar. Nie obchodzi mnie, co czarodzieje myślą o wilkołakach, wampirach czy harpiach… Te fotografie nie powinny zostać pokazane w klasie pełnej piętnastolatków.

- Może powinniście… Może powinniśmy wiedzieć, co się może stać – wymamrotał Remus, wpychając dłonie do kieszeni. – Naiwność nie jest bezpieczna.

- Słucham? – Mia odwróciła się do swojego chłopaka, ale nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo między nimi stanęła wściekła Lily.

- Oczywiście, że nie. Ten człowiek nie chciał nam pokazać, że naiwność i niewiedza są niebezpieczne. On nas próbował nauczyć nienawiści. Wszystkie żyjące istoty mają możliwość skrzywdzenia kogoś. Jednorożce mogą cię stratować, jeśli je wystraszysz. Ludzie pokroju profesora Higgsa nienawidzą Mugoli, bo, historycznie rzecz ujmując, twierdzi się, że Mugole palili wiedźmy na stosie i topili w rzekach…

- Bzdura! Czarodzieje mogą w takich wypadkach korzystać z zaklęć zamrażających płomienie albo zaklęcia bąblogłowy – wtrącił się Syriusz.

- … i nienawidzą Mugolaków, bo uważają, że kradniemy magię – kontynuowała Lily, nie zwracając uwagi na wtrącenie. – Czy moje nazwisko też powinno się znaleźć na tej tablicy?

- Nie! – Krzyknął James.

- Zamknij się, Potter! Nie rozmawiam z tobą – syknęła do niego Lily i ponownie spojrzała na Remusa. – Jesteście tacy naiwni i mi ufacie? Może po prostu czekam na dogodny moment, żeby ukraść waszą magię!

Remus odwzajemnił jej spojrzenie, ale było w nim zdumienie.

- Oczywiście, że nie!

- W takim razie, wszystko w porządku? Mogę iść do Dumbledore'a, ponarzekać? A może powinnam wrócić do tej klasy i poznać wszelkie możliwe sposoby na mordowanie innych ludzi? – Oczy dziewczyny jarzyły się wewnętrznym blaskiem, zielone, pełne życia. Mii natychmiast przypomniał się Harry.

To stąd się to bierze, pomyślała w uśmiechem. Stąd w Harrym tyle pasji.

- Wszyscy powinniśmy iść do Dumbledore'a. Jeżeli więcej osób złoży skargę, ten facet szybciej pożegna się z posadą – zaproponował James i Lily pokiwała głową z aprobatą, chociaż nawet na niego nie spojrzała.

- Idź pierwsza, Lily – zachęciła ją Mia. – Będziemy tuż za tobą.

Evans skinęła głową, rzuciła każdemu z nich pożegnalne spojrzenie i odeszła w kierunku biura dyrektora.

Gdy tylko zniknęła im z oczu, James odwrócił się do przyjaciół.

- No cóż… Evans wie.

- Oczywiście – zgodziła się Mia.

- Słucham? – Remus zamrugał oczami. – Ona wie? W sensie, wie o mnie?

- Jeżeli w tajemnicy nie spotyka się z wampirem, to cała ta przemowa była spowodowana twoją przypadłością, stary. Później pogadam z Dumbledorem. Muszę zapalić – stwierdził Syriusz i skierował się ku boisku do Quidditcha.

- Przypilnuję, żeby nie nabił sobie guza – zaproponował James, podążając za przyjacielem.

- Dobrze się czujesz? – Mia zapytała Remusa, kładąc mu dłoń na policzku. Remus zadrżał. – Nie rób tego. Nie pozwól jednemu uprzedzonemu człowiekowi zniszczyć to, o co tak długo walczyłeś. Nie obchodzi mnie, co on powiedział, ani co powiedział wcześniej twój ojciec.

Pochyliła się w jego kierunku i pocałowała go delikatnie. Zmarszczyła brwi, kiedy nie odwzajemnił pocałunku.

- Remusie, jesteś wcieloną dobrocią.

- Jestem wilkołakiem – dodał chłopak.

- Jesteś czarodziejem, genialnym czarodziejem. Udowodnię ci to – naszła ją pewna myśl. – Pomożesz mi przy pewnym projekcie. W tym roku będziemy się uczyć Obrony Przed Czarną Magią sami, nie od tego okropnego człowieka.

- Nie podoba mi się ten błysk w twoich oczach – Remus uniósł nerwowo brew. – Przypominasz w takich chwilach Syriusza. Jesteście wtedy niebezpieczni, oboje.

Uśmiechnęła się do niego.

- Pocałuj mnie, a ten wyraz zniknie z moich oczu.

Wahał się tylko chwilę, po czym pochylił się nad nią i spełnił jej życzenie.

Przycisnęła się do jego ciała i jęknęła prosto w jego usta. Zrobiła to celowo i już chwilę później Remus całował ją z całą swoją miłością, jakby w tej krótkiej chwili z nią chciał sobie przypomnieć, że rzeczywiście jest człowiekiem. Mia nie miała nic przeciwko temu. Pewna jej część pozwalała mu robić ze sobą wszystko, na co miał ochotę, byle tylko stał się tym pewnym siebie czarodziejem, którym był przez całe lato.

To był moment pełen miłości, dopóki Mia nie zdecydowała się lekko ugryźć dolnej wargi swojego chłopaka. W Remusie nagle zapłonęła instynktowna, pierwotna potrzeba i Mia uświadomiła sobie, że próbował ją zaciągnąć do schowka na miotły.

- Nie powinno nas tu być – drażniła się z nim, zarzuciwszy mu ręce na szyję.

- Nikt nas nie będzie szukał – Remus przyciągnął ją bardzo blisko swojego ciała.

Była zachwycona, że potrafił tak bardzo stracić kontrolę, że zatopił się w ich pocałunku, który przypominał ich pierwsze zbliżenie. W przeciwieństwie do tego słodkiego buziaka sprzed chwili, ten kolejny był wypełniony pasją, pragnieniem i niewyobrażalnym głodem. Zagrała między nimi magia, próbująca stworzyć coś nowego.

Remus oderwał się od jej ust i zaczął składać lekkie pocałunki na jej szczęce i szyi. Chwilę później zaczął delikatnie ssać bardzo wrażliwy punkt za jej uchem. Mia jęknęła z zachwytu.

Zdjęła ręce z jego szyi i powiodła nimi po jego torsie, rozchylając poły jego szaty. Pod nią miał tylko czerwoną koszulkę. Pociągnęła za tkaninę i wyciągnęła ją z jego spodni. Włożyła dłonie pod koszulkę i dotknęła twardego, rozpalonego ciała wilkołaka.

Czując wyraźnie kontakt skóry ze skórą, coś się złamało w Remusie. Nadal miał zielone oczy, kontrolę nad jego ruchami miał człowiek i właśnie ten człowiek położył dłonie na biodrach Mii, żeby ją podnieść i przygwoździć do ściany. Jej nogi natychmiast oplotły go w talii.

Mia wyciągnęła jedną rękę spod jego koszulki i przeczesała jego włosy. Mocno go pociągnęła, gdy poczuła jego język na swoim obojczyku. Jego klatka piersiowa zawibrowała od warknięcia, które uformowało się głęboko w jego trzewiach.

- Remusie – jęknęła. Słysząc jej ton, zacisnął dłonie na jej pośladkach. Zostawisz mi ślad, pomyślała i pochyliła się do niego. Przysunęła usta do jego ucha i wyszeptała: - Pragnę cię.

- Co? – Wydyszał, odsuwając się od niej, żeby spojrzeć jej prosto w oczy. Jego źrenice były szerokie, płonęły pożądaniem. – Masz na myśli…?

Mia gwałtownie pokiwała głową.

Zastygł, nagle zdenerwowany i Mia praktycznie widziała trybiki, które kręciły się w jego głowie. Widząc jego wahanie i wiedząc, że wpływ na nie miała wyłącznie jego lykantropia, Mia poruszyła biodrami, po raz pierwszy czując najwrażliwszą część jego ciała. Pierwszy raz w życiu czuła męską erekcję i sama nowość tego doświadczenia sprawiła, że zaczęła się rytmicznie poruszać.

Przyjemność prawie obezwładniła Remusa, który mocniej przycisnął Mię do ściany. Jego dłonie jeszcze mocniej ścisnęły jej biodra. Jego usta znalazły jej szyję.

- Kurwa – wyszeptał.

- Tak… Remusie…

- Nie – powiedział, oddychając drżąco.

- Nie?

Mia zamrugała oczami.

- Nie? – Powtórzyła po chwili. – Odmawiasz mi?

- Nie odmawiam – wymamrotał, czując, jak wcześniejsze uczucie przyjemności zmienia się w ból nie do zniesienia. – Po prostu… Jeszcze nie teraz. Nie tutaj. Nie w otoczeniu środków czystości, stojących na półkach za twoimi plecami.

Roześmiał się i Mia szybko do niego dołączyła. Powoli ją puszczał i jęknął jeszcze w momencie, kiedy jej ciało ześlizgnęło się po nim, żeby dosięgnąć podłogi.

- Niedługo – szepnęła.

W głowie Remusa musiała trwać zacięta walka między plusami i minusami takiej sytuacji, ale w końcu skinął do niej.

- Niedługo.

wWwWwWwWwWwWwWwWw

7 października 1975

Mia wywróciła oczami, kiedy przypadkiem usłyszała, o czym rozmawiają Syriusz i jej brat.

- Nie mogę uwierzyć, że wiedziała o tej komnacie i nam o niej nie powiedziała – jęknął Black, stojąc w kącie Pokoju Życzeń. James stał obok, ale nie słuchał przyjaciela, bo był zajęty przyglądaniem się Lily Evans, która właśnie rozmawiała z Remusem. – Cała komnata zmienia się zgodnie z życzeniem osoby, która w niej przebywa. Na pewno tutaj trenowała, żeby zostać Animagiem, zgodzisz się ze mną?

- Pewnie tak. Kiedyś spotkaliśmy ją tutaj, dokładnie przed drzwiami tej komnaty, pamiętasz? Zresztą, dla mnie ważniejsze jest to, że ten pokój jest po prostu niesamowity – James zachichotał, rozglądając się po komnacie, która idealnie odwzorowała klasę Obrony przed Czarną Magią. Ściany pokryte były półkami uginającymi się pod ciężarem książek przydatnych w nauce obrony, a na środku sali znajdowała się platforma dla pojedynkujących się uczniów.

- Byłby bardziej niesamowity, gdyby tam stała rura dla striptizerki – Syriusz wskazał dłonią platformę. – Dokładnie tam.

James wybuchnął śmiechem.

- Zamknij się, Łapo.

- Obaj się zamknijcie – Mia podeszła do nich od tyłu. Jamie był na tyle dobrze wychowany, że poczuł lekkie zawstydzenie, kiedy siostra przyłapała go na rozmowach o striptizie. Syriusz tylko wyszczerzył do niej zęby. – No, dobrze. Wszyscy wiecie, dlaczego tu jesteśmy. W tym roku trafił się nam okropny nauczyciel Obrony przed Czarną Magią…

- Chciałaś powiedzieć, uprzedzony dupek – podsunął Syriusz.

- No cóż… Tak – Mia westchnęła. – Nie jesteście głupi i czytacie doniesienia Proroka Codziennego. Atakowani są nie tylko Mugole i Mugolaki. Wiecie, o czym rozmawiają między sobą Ślizgoni. O zdrajcach krwi.

Wskazała na siebie, Syriusza i Jamesa.

- Jesteśmy zdrajcami krwi – ogłosiła wyraźnie. – Nazywają nas w ten sposób, bo przyszedł czas, żeby wybrać stronę. Nadchodzi wojna i, logicznie myśląc, nie sądzę, że nas ona ominie, bo jesteśmy bezbronnymi nastolatkami.

- Naprawdę uważasz, że nadchodzi wojna? – Zapytał Frank, marszcząc brwi.

- Wydaje mi się, że już nadeszła, ale nikt nam nic nie mówi – przyznała Mia. – Nie mogę wam wiele powiedzieć, ale słyszałam, jak moi rodzice o tym rozmawiają.

Frank tylko pokiwał głową i spojrzał ze smutkiem w ziemię.

- Słyszałem to samo. Moja mama latem spotkała się z profesorem Dumbledorem. Kiedy opuścił rezydencję, przyszła do mnie i zaczęła poważnie ze mną rozmawiać o moich ocenach z Obrony i Eliksirów. Wydaje mi się, że chciałaby, żebym dołączył do programu dla Aurorów, kiedy skończę szkołę.

- Byłoby fantastycznie – oczy Alice zalśniły podekscytowaniem.

- Musimy potrafić się obronić – powiedział nagle Remus, stając obok Mii, naprzeciw całej grupy. – Chyba wszyscy już słyszeliście o Śmierciożercach. Musimy potrafić z nimi walczyć, jeśli to okaże się konieczne.

- Nie tylko ze Śmierciożercami – gorzko dodała Mary, krzyżując ramiona na piersi. Jej idealna skóra nie była w tym momencie tak nieskazitelna, jak zawsze. Znaczył ją ogromny, czarno-fioletowy siniak, który zaczynał się u nasady jej lewej ręki, ciągnął przez całe ramię i obojczyk, a kończył się w okolicach szczęki.

- Nie – zgodziła się Mia. Patrząc na siniaka przyjaciółki, poczuła, jak jej żołądek się buntuje. – Nie tylko Śmierciożercami. Chociaż wydaje mi się, że Ślizgoni właśnie przechodzą rekrutację. Wszyscy widzieliśmy, co Mulciber zrobił Mary w zeszłym tygodniu. To była Czarna Magia, ale nikt nie był w stanie tego udowodnić, więc upiekło się mu.

- Nikt tego nie neguje – powiedział Remus, kładąc dłoń na ramieniu Mii. – Nie wiemy kto, ani jak, ale Ślizgoni na pewno uczą się Czarnej Magii.

W tym momencie przez twarz Lily przemknął cień zawodu, który nie umknął uwadze Mii.

- Z tego powodu żaden Ślizgon nie został zaproszony do tej grupy. I właśnie dlatego poprosiliśmy was o podpisanie tego pergaminu – kontynuował Lupin, unosząc zapisany kawałek papieru.

- Powinnam was uprzedzić, że pergamin został zaczarowany – przyznała Mia, chociaż w swojej oryginalnej linii czasowej tego nie zrobiła. – Jeżeli zdradzicie komuś cokolwiek o tej grupie lub miejscu, gdzie odbywamy spotkania, na waszych twarzach pojawi się ohydny trądzik, układający się w słowo DONOSICIEL. Nie mam zamiaru usuwać tego zaklęcia, więc trzymajcie języki za zębami.

- Nasza grupa powinna się jakoś nazywać – wtrąciła Lily.

Mia odpowiedziała uśmiechem.

- Zgadzam się.

- Co powiecie na… - Syriusz wstał i obdarzył przyjaciół psotnym uśmiechem. – Czarujący Honorowi Uparci i Jadowici?

Po chwili namysłu, James wybuchnął śmiechem. Peter też rozciągnął wargi w oszczędnym uśmiechu.

- Nie – twardo odpowiedziała Mia, posyłając Syriuszowi mordercze spojrzenie.

- Kompetentni Uczniowie Tępiący Aspirujących Śmierciożerców?

- Syriuszu! – Syknęła Mia.

- Charyzmatyczne I Uzdolniene Lwy? – Wrzasnął.

Tym razem nawet Remus nie mógł się powstrzymać przed parsknięciem, mimo że próbował zamaskować śmiech kaszlem.

Mia nastroszyła się, ignorując rozbawione westchnienia przyjaciół.

- Ostrzegam cię, Syriuszu Black…

Chłopak uniósł obie dłonie w geście poddania.

- Dobrze, dobrze. Niech będzie po twojemu. Zresztą, oboje powinniśmy zachowywać się jak na dorosłych przystało. Niech podniosą w górę dłonie wszyscy, którzy zgadzają się z nazwą Cholernym Ignorantom Przetrzepać…

- Jamie, zabierz go stąd – wrzasnęła Mia.

- Nazywamy się Grupą Doradczą – weszła jej w słowo Lily, próbując zakończyć salwę Syriusza. – I tak ma zostać! Jeżeli, oczywiście, wszyscy się zgadzacie.

Mia odetchnęła z ulgą.

- Zgadzamy się. Niech będzie GD.

- A kto będzie nas uczył? – Zapytał Peter.

- Remus i ja – odpowiedziała szybko Mia i w komnacie podniosły się szepty. – Czy ktoś ma z tym jakiś problem?

- Bez obrazy – odezwał się Otto Bagman, Puchon. – Wiem, że jesteście najmądrzejsi na naszym roku, ale… Co sprawia, że jesteście wykwalifikowani do nauczania nas?

Kilku Krukonów przytaknęło koledze.

- Spróbujcie nas rozbroić – wyzwała ich Mia. – Ktokolwiek z was.

Posłała szybkie, ostre spojrzenie swojemu bratu i Syriuszowi. Już wcześniej ich uprzedziła, że mają trzymać różdżki przy sobie. Gryfoni już wcześniej zdążyli uzgodnić, że to właśnie Mia i Remus są najlepsi w przekazywaniu wiedzy i radzeniu sobie z odpowiedzialnością za całą grupę. Syriusz i James, utalentowani czarodzieje, zbyt łatwo się rozpraszali.

- No, dalej – Remus powtórzył wyzwanie Mii. – Nie mam nic przeciwko kilku urokom lub klątwom, jeżeli w ogóle coś nas dosięgnie.

- Expelliarmus – zawołał ktoś z tylnych rzędów.

- Protego – odpowiedział spokojnie Remus, trzymając różdżkę pewnie w dłoni.

- Expelliarmus! Glacius! – Krzyknęła jedna z Krukonek.

- Protego! Levicorpus! - skontrowała Mia i atakująca czarownica nagle znalazła się w powietrzu, bez różdżki, utrzymywana przez Gryfonkę pod odpowiednim kątem, żeby nikt ze zgromadzonych nie musiał oglądać jej bielizny. Mia nie chciała nikogo upokarzać, tylko dowieść swojego.

James, obserwujący pokaz, uśmiechnął się szeroko. Oczy Syriusza zalśniły.

Mia mrugnęła, zaskoczona. Zdała sobie sprawę, że skorzystała z zaklęcia wynalezionego przez Severusa Snape'a. Zaklęcia, które, jak doskonale wiedziała, James i Syriusz wykorzystają przeciwko jego twórcy.

- Liberacorpus – opuściła Krukonkę na ziemię. – Skończyliśmy? A może ktoś chce na własnej skórze doświadczyć Oszałamiacza?