Od tłumaczki: Sama uważam, że poniższy rozdział to dobry rozdział. Trochę wyjaśnień, trochę wspomnień z poprzedniej linii czasowej i chociaż przez chwilę – trochę szczęścia. Zbliża się mroczny czas dla naszych bohaterów. Dlatego cieszmy się tą chwilą razem z nimi. Do zobaczenia za tydzień.

ROZDZIAŁ 57 – INTENCJA

9 września 1976

Mia powoli otworzyła oczy, kiedy do wnętrza Wrzeszczącej Chaty wpadły pierwsze promienie słońca. Wiedziała, że w pokoju obok stało łóżko, a jednak obudziła się na podłodze pomieszczenia, które w normalnym domu służyłoby za salon. Wrzeszcząca Chata nie była jednak normalnym domem, a nawiedzonym budynkiem. Ziewnęła i lekko się przeciągnęła, wzdrygając się, kiedy wyczuła za sobą ciepło nagiego ciała, przyciśniętego do niej.

Uśmiechnęła się jednak, kiedy poczuła usta Remusa muskające jej odsłonięte ramię, następnie rękę i żebra. Kiedy dotarł do jej biodra, zamiast delikatnego dotyku warg, poczuła na swojej skórze jego zęby.

Przebiegł przez nią dreszcz, gdy dotarły do niej konsekwencje jego poczynań. Mia znała zwyczaje wilkołaków, ponieważ poza tym, że przeczytała wszystkie książki dotyczące tego tematu, Tonks uwielbiała plotkować niemal tak samo, jak Ginny i kiedyś pokazała Hermionie bliznę po ranie, którą zostawiły zęby Remusa. Pochodziła z nocy po ostatniej bitwie, kiedy wszyscy zdecydowali się upić.

Remus prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, jak duże znaczenie miało to, że przyłożył zęby do jej skóry, ale Lunatyk na pewno wiedział. Z tego powodu Mia nie była zaskoczona, gdy po chwili Remus wycofał się, całując miejsce, które chwilę wcześniej prawie ugryzł. Nie przeszkadzało jej to. Wiedziała, że Remus nigdy nie oznaczy jej jako swojej samicy – Lunatyk mu na to nie pozwoli, nawet gdyby próbował. Była jednak jakaś część jej duszy, która uważała, że po takim oznaczeniu, byłoby im łatwiej. Nie. Nie powinna była w ogóle o tym myśleć. Powinna zapomnieć o przyszłości i skupić się na teraźniejszości, myśleć logicznie.

Żyj swoim życiem. Ciesz się swoim życiem.

I wyprostuj swoje życie, dodała po chwili w myślach.

Remus nadal całował jej biodra i dotarło do niej, że w taki sposób próbuje ją przeprosić za siniaki, które zostawił na jej ciele ostatniej nocy. Na nic się nie zdały jej tłumaczenia, że nie miała nic przeciwko nim. Coś ekscytującego kryło się w świadomości, że posiadł ją pewny siebie mężczyzna, a ona nie została zredukowana wyłącznie do jego własności. Remus zawładnął jej wszystkimi zmysłami, a wspomnienia ostatniej nocy sprawiały jej niesamowitą przyjemność.

Nie pokonali nawet całej długości tunelu wiodącego do Wrzeszczącej Chaty, kiedy Mia popchnęła Remusa na ziemię i objęła nogami jego ciało. Zdzierali z siebie ubrani, opanowani przez pożądanie i potrzebę. Skąpali się razem w każdym spojrzeniu, każdej pieszczocie, każdym jęknięciu, które wydawali, ciesząc się sobą nawzajem.

Jego palce zagłębiały się w jej biodrach, którymi poruszała w szybkim tempie. Jej oddech owiewał jego policzek, kiedy szeptała wulgarne opisy jego pożądania i jej podniecenia. Jego usta ślizgały się po jej wargach, jej policzkach i szyi, smakując ją. Jej paznokcie wbijały się w wrażliwą skórę jego piersi, co spowodowało, że wygiął się w łuk i pozbawił ich ostatnich resztek ubrań, które dzieliły ich prawie nagie ciała.

Równocześnie jęknęli, zachwyceni ponownym zjednoczeniem ich ciał. Remus usiadł i przyciągnął do siebie jej gorące ciało. Skrzyżowała nogi za jego plecami i nagle oboje znieruchomieli w głębokim pocałunku, którym próbowali wyrazić swój żal. Przepraszali się wzajemnie za swój bezsensowny upór i rozstanie.

Księżyc lśnił tuż nad horyzontem i przygotowywał się do wzejścia w pełni. I mimo że z jednej strony chcieli trwać w taki zawieszeniu, na skraju idealnej chwili, postanowili, że przed jego transformacją zaliczą jeszcze jedną rundę.

Godzinę później rozbawiony wilkołak obserwował, jak mała lisica skacze po meblach rozrzuconych po wnętrzu Wrzeszczącej Chaty. Zatrzymała się dopiero na parapecie wysokiego okna, przez którego szczeliny mogła patrzeć na księżyc. I zapatrzyła się w niego, jakby był najpiękniejszą rzeczą, jaką w życiu widziała.

- Jesteś wyjątkowo rozbudzony, biorąc pod uwagę, że w nocy przypadła pełnia księżyca – zamruczała, czując, jak jego palce mijają wrażliwy punkt w zgięciu jej kolana i suną w górę, na jej uda. – Masz jakieś rany, które wymagają mojej pomocy?

- Już to załatwiłem – wymamrotał Remus, trzymając twarz na wysokości miejsca, gdzie pośladek zmieniał się w biodro. – Nie pojawiłem się z rana w Skrzydle Szpitalnym, więc pani Pomfrey przyszła tutaj. A ponieważ nie mogła się przedostać przez twoje zaklęcia ochronne, zostawiła wszystkie moje eliksiry pod Wierzbą Bijącą.

Mia uniosła brew i jej spojrzenie omiotło jego piękne, nagie ciało.

- Poszedłeś do Wierzby Bijącej bez żadnych ubrań na sobie?

Remus roześmiał się.

- Nie. Ubrałem się, poszedłem po eliksiry i już wróciłem.

- I się ponownie rozebrałeś?

- Mam pewną nadzieję związaną z tym, co się działo ostatniej nocy – złożył kolejny pocałunek na jej gorącej skórze. – A poza tym, nikt nie przejdzie przez twoje osłony.

- Chyba mnie nie winisz za to, że chcę nam zapewnić odrobinę prywatności? – Mia odpowiedziała uśmiechem, widząc, że jego transformacja przebiegła spokojnie, a eliksiry już zaczęły działać. – Po tej scenie, którą urządził Jamie w zeszłym tygodniu i tak nie zamierzałam go wpuścić tej nocy do Wrzeszczącej Chaty. Szczególnie, że pojawiliśmy się tu na długo przed wzejściem księżyca.

Jęknęła cicho, kiedy jego oddech musnął jej pępek. Sięgnęła dłońmi w dół, zagłębiając palce w jego jasnych włosach.

- Rogacz na pewno zrozumiał, co my tu robimy, skoro nie mógł wejść do tunelu pod Wierzbą Bijącą – powiedział i zamrugał, kiedy znaczenie tych słów w pełni do niego dotarło. Nie przestał jednak jej całować, a po chwili odwrócił jej ciało przodem do siebie, żeby mieć do niej lepszy dostęp. Zamruczała z zadowoleniem.

- Poradzę sobie z nim – westchnęła.

Remus roześmiał się cicho.

- Jestem zdziwiony, że chłopcy nie zatrudnili Łamacza Klątw do zdjęcia twoich zaklęć ochronnych.

- A ja jestem pewna, że Jamie jest przerażony, że przypadkiem mógłby przyłapać nas na uprawianiu seksu – zachichotała Mia. – Jeśli chodzi o Syriusza, wszystko zależy od tego, czy został już wypuszczony ze Skrzydła Szpitalnego. Jeśli tak, pewnie wrócił do dormitorium z płaczem, że tej nocy nie może się z nami pobawić w Animaga.

- A Peter?

- Jeśli przyłapię tego małego szczurka na podglądaniu nas podczas uprawiania seksu, z chęcią popatrzę, jak ktoś go udusi – syknęła przez zaciśnięte zęby. Nadal nie dawało jej spokoju to, że Glizdogon nie tylko widział ich w tak intymnej sytuacji, ale na dodatek wygadał wszystko jej bratu. – To, co robimy w zaciszu naszych sypialni… Albo Pokoju Życzeń… Albo Wrzeszczącej Chaty… Albo…

Urwała ze śmiechem.

Remus odpowiedział identycznie.

- Albo biblioteki.

- Albo biblioteki – zgodziła się. Jej spojrzenie złagodniało, kiedy Remus położył głowę na jej piersi. – To wyłącznie nasza sprawa i nie jest to coś, czemu można się przyglądać.

- Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ludzie na nas patrzyli – zachichotał.

Mia zauważyła, że jego oczy nadal mają złoty odcień. Potrząsnęła głową.

- Albo jesteś bardzo pewny siebie i pękasz z dumy na myśl o twoim występie ostatniej nocy, albo masz jakieś mroczne, głęboko ukryte fantazje, o których jeszcze mi nie powiedziałeś.

- Może jedno i drugie – wzruszył ramionami i Mia wybuchła głośnym śmiechem. Pochyliła się, żeby go pocałować.

Kiedy oderwała swoje usta od jego warg, uśmiechnął się do niej i nagle cały jej świat się rozjaśnił. Jednakże tak szybko, jak się rozjaśnił, tak szybko też uśmiech Remusa przysłoniło mroczne spojrzenie.

- Masz zamiar mi powiedzieć?

- O czym? – Zapytała, marszcząc brwi.

W odpowiedzi Remus pochylił się i pocałował jej skórę dokładnie w miejscu, gdzie zaczynała się długa, fioletowa blizna.

Mia głośno wciągnęła powietrze, martwiąc się jego reakcją, ale on tylko całował całą długość jej blizny, sprawiając, że po jej kręgosłupie przechodziły dreszcze, a między jej nogami rozlało się przyjemne ciepło. Zamknęła oczy i pozwoliła, żeby jego gorące ciało przepędziło z jej głowy stres i zmartwienie.

- Muszę?

- Nie – odpowiedział i podciągnął się tak, żeby znowu położyć głowę między jej piersiami. – Wszyscy mamy prawo do swoich sekretów. Ale chciałbym, żebyś mi powiedziała. Ta blizna jest efektem mrocznej klątwy, a ponieważ nie było jej tam kilka miesięcy temu, kiedy po raz ostatni widziałem cię nago, domyślam się, że to świeża sprawa.

- Nienawidzę jej – wymamrotała.

Hermiona miała wrażenie, że jej głowa za chwilę wybuchnie, a mięśnie się rozerwą. W pomieszczeniu było bardzo ciemno i unosił się w nim zapach eliksirów, więc założyła, że znajduje się w Skrzydle Szpitalnym, w Hogwarcie. Ale skoro tu była, coś musiało pójść bardzo źle. Spróbowała sobie przypomnieć, ale w jej głowie plątały się rozmazane obrazy. Pamiętała, że zaprowadzili Umbridge – tę ohydną, podobną do ropuchy namiastkę czarownicy – do Zakazanego Lasu, skąd na testralach ruszyli w daleką drogę. Przez cały lot miała zamknięte oczy.

Ministerstwo Magii. Przypomniała sobie, że polecieli, żeby uratować Syriusza. Harry miał wizję, która w rzeczywistości nie była wizją, ale wtedy o tym nie wiedzieli. Pamiętała ogromną, okrągłą komnatę w mnóstwem drzwi. Inne pomieszczenie z mózgami pływającymi w pękatych słojach. Jeszcze inny pokój pełen Zmieniaczy Czasu, zniszczonych w trakcie bitwy ze Śmierciożercami. Śmierciożercy! Zostali zaatakowani przez Śmierciożerców w Sali Przepowiedni.

Hermiona pamiętała, że została odseparowana od pozostałych, ale wiedziała, że Neville i Harry są w pobliżu. Jakiś Śmierciożerca znalazł ich, kiedy próbowali się ukryć w jednej z pustych komnat. Pamiętała, że odebrała mu mowę, żeby nie zaalarmował pozostałych o ich obecności, a Harry rzucił na drugiego zaklęcie unieruchamiające. I wtedy jej się przypomniało, że uciszony Śmierciożerca spojrzał na nią z nienawiścią, jakiej nigdy wcześniej nie widziała. Zobaczyła szybujące w jej stronę fioletowe płomienie, poczuła oszałamiający ból i wszystko spowiła ciemność.

Ona przeżyła, ale co z pozostałymi? Próbowała przyzwyczaić swoje oczy do ciemności, ale nadal nic nie widziała. Zauważyła jednak ruch obok łóżka i dopiero wtedy się zorientowała, że jej mała dłoń spoczywa między dwiema większymi.

- Harry? – Wymamrotała, a słowa ledwo przeszły przez jej suche, podrażnione gardło. Poczuła, że ręce trzymające jej dłoń zacisnęły się.

- Hermiona?

- Profesor Lupin? – Odpowiedziała, zdziwiona jego obecnością. Jej słowa spowodowały, że puścił jej dłoń. Słyszała, jak westchnął. – Co się stało? Może pan zapalić światło? Nie wiem, gdzie jest moja różdżka…

- Nie – wyszeptał Lupin. – Jest… Będzie lepiej, jeśli pozostaniemy w ciemnościach. Byłaś nieprzytomna przez kilka dni i… I światło może sprawić ci ból.

Zastanawiała się, czy nie kłamał. Brzmiał tak, jakby powstrzymywał się od powiedzenia za dużo. Słyszała, jak kilka razy pociągnął nosem. Płakał i nie chciał, żeby oglądała go w takim stanie.

Hermiona zmarszczyła brwi, czując ogarniającą ją panikę.

- Panie profesorze, co się stało? Gdzie jest Harry?

- Harry ma się dobrze – zapewnił nauczyciel. – A przynajmniej jest bezpieczny. Członkowie Zakonu na czas przybyli do Ministerstwa. Nikt z was… No cóż, kilkoro zostało rannych, ale ty, Neville, Ron, Harry, Ginny i Luna wróciliście do domu.

- Co mi się stało? – W końcu zebrała odwagę, żeby zapytać, skoro wiedziała, że jej przyjaciele żyją.

- Nie jestem pewny – przeczyścił gardło. – Trafiła cię potężna klątwa. Neville i Harry powiedzieli nam, że Śmierciożerca, który rzucił to zaklęcie, został uciszony. Uważamy, że dzięki temu przeżyłaś.

Wydawało się jej, że wypowiadanie tych słów sprawiło mu ból i było jej z tego powodu bardzo przykro. Zaczęła się zastanawiać, czy jej klęska była dla niego powodem do wstydu. Był najlepszym nauczycielem, który nauczał Obrony przed Czarną Magią, a ona po jego zajęciach pozwoliła się zranić.

- Mogę zobaczyć? – Zapytała i czekała na jego odpowiedź, która nigdy nie nadeszła.

Dopiero po minucie wahania bezgłośnie zapalił się czubek jego różdżki. Podał ją Hermionie, która wpatrywała się w jego wyciągniętą dłoń ze zdumieniem. Nigdy wcześniej żaden profesor – żaden dorosły – nie ofiarował jej dobrowolnie swojej różdżki. Różdżka była dla czarodzieja lub czarownicy świętością. To różdżka wybierała swojego właściciela. Patrząc na wyciągniętą dłoń Lupina, który tak ufnie ofiarowywał jej swoją własność, delikatnie wzięła ją do ręki i próbowała się uśmiechnąć do mężczyzny. Zauważyła, że odwrócił od niej twarz. Wtedy zdała sobie sprawę, że spojrzał w bok, żeby zapewnić jej odrobinę prywatności, ponieważ miała na sobie wyłącznie bandaże, którymi była owinięta cała jej klatka piersiowa.

Zamrugała nerwowo powiekami i sięgnęła do krawędzi opatrunku, podnosząc go na kilka centymetrów, żeby zobaczyć ukrytą pod nim bliznę. Zmarszczyła brwi na widok cienkiej, fioletowej linii, która wrzynała się głęboko w jej skórę, pokrytą sino-żółtymi plamami. Oddech uwiązł jej w gardle i jęknęła, widząc jej brzydotę. Dowód na to, że nie była wystarczająco szybka, wystarczająco silna.

- To tylko blizna, Hermiono – Lupin ponownie odkaszlnął, ale nie spojrzał na nią. – Im głębiej ból przenika wasze istnienie, tym większą radość możecie w nim pomieścić.

Hermiona uśmiechnęła się ze smutkiem w oczach.

- Piękny cytat.

- Khalil Gibran – wymamrotał. – Poeta.

- Czarodziej?

Lupin wziął drżący wdech.

- Mugol.

- Panie profesorze, czy czegoś mi pan nie mówi? – Zapytała, poprawiając swój opatrunek i naciągając na siebie szpitalne prześcieradło. Słysząc jej słowa, zatrzęsły się jego ramiona, a ona zmrużyła oczy, widząc jak ten silny mężczyzna płacze i rozpada się na kawałeczki. Czuła bezsilność, patrząc, jak Lupin łka odwrócony do niej plecami. I choć było to niewłaściwe zachowanie, wyciągnęła w jego stronę ramię i poklepała go po plecach.

Zesztywniał pod jej dotykiem.

- Syriusz nie żyje.

Jęknęła, a gdzieś w jej duszy rozlało się przerażające zimno.

- Nie! O, nie! Gdzie… Gdzie jest Harry? O, mój boże, Remusie! – Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu, nawet nie zwracając na to uwagi. – Remusie, tak mi przykro. Był twoim najlepszym przyjacielem… Dobrze się czujesz? Przepraszam… Oczywiście, że nie czujesz się dobrze…

- A jak ty się czujesz?

Zamrugała ze zdumienia i skinęła głową.

- Dam sobie radę. Bardziej się martwię o ciebie i o Harry'ego.

Umilkł na chwilę.

- Ja… Przywykłem do tego, że tracę ludzi, których kocham – te słowa złamały jej serce. – Powinnaś martwić się o Harry'ego. Ja dam z siebie wszystko… Teraz moim zadaniem jest opiekować się nim.

- Moim też – wyszeptała Hermiona i nie wiedzieć czemu, Remus znowu załkał.

Skinął po chwili głową.

- Nasze zadanie.

- Mia, to tylko blizna – powiedział Remus, odciągając ją od ponurych wspomnień. Ponownie złożył pocałunek na linii znaczącej jej ciało. – Przypominam ci, że ja mam ich znacznie więcej, a kiedyś nazwałaś mnie pięknym mimo tego.

- Jesteś piękny, Remusie – Mia zagryzła wargi, gdy pozwoliła sobie obrzucić wzrokiem całe jego ciało, a palce zanurzyła w jego włosy. – Obiecuję ci, że opowiem ci o tej bliźnie. Ale nie dzisiaj. To dla mnie bardzo ważne.

- Nie ma problemu. Ważne, żebyś ty się dobrze czuła.

Uśmiechnęła się z czułością.

- Dziękuję, że uszanowałeś moją prywatność – powiedziała i zaśmiała się radośnie, kiedy ją mocno pocałował. Różnica między reakcją Remusa i Syriusza była kolosalna, ale Mia usilnie starała się ich nie porównywać.

- I mimo, że bardzo chciałabym jeszcze raz cię dzisiaj poczuć – oświadczyła po chwili, odpychając go lekko od siebie otwartą dłonią, - potrzebujesz odpoczynku i śniadania. I sądzę, że oboje potrzebujemy kąpieli.

Rozpromienił się, a ona znowu się roześmiała.

- Osobno. Łazienka prefektów jest fantastyczna i obiecuję, że niedługo do ciebie w niej dołączę, ale dzisiaj ludzie będą nas szukać i nie chcę, żeby Lily przyłapała nas nagich w łazience, do której teoretycznie nie powinnam mieć dostępu.

- Powiedziałaś mi, że Lily wie… O nas – parsknął śmiechem.

- Wie, ale nie musi wszystkiego widzieć na własne oczy. No już, ubieraj się.

Remus jęknął, a Mia prychnęła i zmierzwiła mu włosy, z zadowoleniem patrząc, jak wszystkie kosmyki wracają na swoje miejsce, w przeciwieństwie do włosów Jamesa, które żyły własnym życiem. Rozejrzała się w poszukiwaniu swoich ubrań i udało jej się założyć bieliznę, kiedy poczuła, że silne ramię zaciska się wokół jej talii, przyciągając ją do jędrnego, twardego, męskiego ciała.

- Naprawdę to robimy? – Wyszeptał wprost do jej ucha, a ona zadrżała z przyjemności. – My? Na serio? Wszystko albo nic?

Odwróciła się do niego i spojrzała zamyślonym wzrokiem.

- Nigdy nie będzie między nami „wszystko albo nic", Remusie. Nigdy cię nie stracę. Będzie wszystko albo… Prawie wszystko.

Uśmiechnęła się i delikatnie dotknęła kciukiem jego wargi. Remus natychmiast zagryzł zęby na jej palcu i spojrzał w jej oczy z rozbawieniem. W odpowiedzi ona tylko zmrużyła powieki.

- Nie. Musisz odpocząć i coś zjeść. Więc bądź dobrym chłopakiem – rozpromieniła się, widząc, jak jego oczy zalśniły z radości, kiedy usłyszał to słowo. – I słuchaj swojej dziewczyny.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWw

Rozdzielili się przy Wierzbie Bijącej, co było ich zwyczajem po pełni księżyca. Wślizgnęli się do zamku tajnymi przejściami, próbując dotrzeć do swoich dormitoriów za wszelką cenę unikając spotkania ze swoimi przyjaciółmi – zwłaszcza Syriuszem, Jamesem i Lily. Mia opuściła tego dnia swoją pierwszą lekcję, którą była Historia Magii. Czuła z tego powodu nieznaczne poczucie winy, ale uznała, że długa, gorąca kąpiel jest warta szlabanu, który może jej dać profesor Binns, jeśli w ogóle zauważy jej nieobecność. A było to wysoce nieprawdopodobne.

Spotkała się z Remusem w kuchni, żeby zjeść obiad. Najbardziej im w tym momencie zależało na tym, żeby nie musieć siedzieć w Wielkiej Sali. Po obiedzie przeszli do Pokoju Życzeń, żeby się przespać. Dopiero gdy się obudzili po kilku godzinach, oboje zdali sobie sprawę z tego, że nie mogą się wiecznie ukrywać. I że tego nie chcą.

Gdy weszli do Wielkiej Sali trzymając się za ręce, oczy wszystkich Gryfonów skierowały się na nich. Alice i Frank uśmiechali się słodko do pary. Lily i Mary niemal podskakiwały z radości. W przeciwieństwie do nich, James wyglądał, jakby za chwilę miał wybuchnąć.

Remus i Mia podeszli do stołu Gryfonów i usiedli naprzeciwko pozostałych trzech Huncwotów. Syriusz posłał im zadowolony uśmieszek i wyciągnął rękę w kierunku Glizdogona, który położył na niej sakiewkę pełną Galeonów.

- Założyliście się o to? – Remus przenosił wzrok z jednego przyjaciela na drugiego.

Mia wywróciła oczami.

- Syriusz oszukiwał. Już wcześniej o tym wiedział.

Peter spojrzał na Blacka podejrzliwie.

- Wiedziałeś, że planują do siebie wrócić?

- Nie – odpowiedział Syriusz. – Wiedziałem, że do siebie wrócą. Stąd przypływ niespodziewanej gotówki. A skoro już mowa o pieniądzach… Ja i Peter założyliśmy się o jeszcze jedną rzecz. Ostatniej nocy mi i Rogaczowi odmówiono dostępu do pewnego ekskluzywnego miejsca. Wiecie może, dlaczego? Bo ja się domyślam, dlaczego i jeżeli mam rację, Peter wisi mi kolejne dziesięć Galeonów.

Mia mogła bez problemu usłyszeć, jak James zgrzyta zębami.

- Weź na wstrzymanie – powiedział do niego Syriusz.

- Miałeś być w Skrzydle Szpitalnym – Mia sięgnęła przez stół w poszukiwaniu soku dyniowego i uśmiechnęła się, widząc, że siedzący obok niej Remus zaczął przygotowywać jej kolację.

- Unikasz odpowiedzi na moje pytanie, kotku. Ale nie ma problemu. Uznam malinkę na twojej szyi za wystarczającą odpowiedź – wskazał na zaczerwieniony znak i roześmiał się głośno, kiedy Mia przyłożyła dłoń do swojej szyi i rzuciła mordercze spojrzenie Remusowi, który tylko się zaczerwienił i opuścił głowę, próbując ukryć dumny uśmieszek.

Syriusz, bogatszy o kolejne dziesięć Galeonów, promieniał. Chciała na niego warknąć, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że właściwie dzięki niemu ona i Remus ponownie byli ze sobą.

- Nie masz nic przeciwko?

- Oczywiście, że nie – odpowiedział łagodnie.

Mia zdecydowała się, że mu uwierzy. Miała już wiele lat życia za sobą, ale nadal była bardzo niepewna, jeśli chodziło o zazdrość u chłopców. Najpierw doświadczyła gorzkich, bolesnych słów Rona podczas Balu Bożonarodzeniowego, następnie była świadkiem jego śmiesznego związku z Lavender. Sprawiło to, że przyzwyczaiła się do myśli, że kiedy jakiś chłopiec nie dostanie od niej tego, czego chce, czeka ją wielka awantura. A jednak Syriusz wydawał się być szczęśliwy, że ona i Remus zdecydowali się spróbować stworzyć trwały związek.

James wydął wargi.

- Ja mam coś przeciwko. Chociaż nikt nawet nie zapytał o moje zdanie.

- To dlatego, że nikt nie powinien cię pytać o zdanie – odpowiedziała Mia. – Przypominam, że mówimy o moim życiu, o moim związku i biorąc pod uwagę scenę, jaką mi zrobiłeś w zeszłym tygodniu, powinieneś się cieszyć, jeśli kiedykolwiek cię o czymś poinformuję. Jamesie Potterze, musisz natychmiast opanować swój temperament. Przysięgam na twoje życie, jeśli jeszcze raz w mojej obecności padnie z twoich usta słowo „cnota", przeklnę cię stąd do wieczności.

- Dobrze, nie będę rozmawiał z tobą – James prychnął z irytacją. Odwrócił się do Remusa, który wyprostował się na krześle. – Luniaczku, tęskniłem za tobą ostatniej nocy.

- Wątpię, żeby Lunatyk mógł powiedzieć to samo o tobie, Rogaczu – zachichotał Syriusz, a Peter parsknął śmiechem prosto w swoją kolację.

- Stul dziób, Łapo – warknął James. – Wytłumaczysz się?

Remus odkaszlnął.

- Nie będzie takiej potrzeby.

- Myślę, że będzie.

- Po prostu… Zaczekaj – poprosił Remus.

Westchnął z ulgą, słysząc gdzieś znad swojej głowy ciche pohukiwanie. Duża, brązowa sowa właśnie wleciała przez okno Wielkiej Sali. Podleciała do stołu Gryfonów i zatrzymała się dokładnie przed Jamesem. W dziobie niosła wyglądającą bardzo elegancko i formalnie kremową kopertę ze złoconymi napisami. Na odwrocie koperty znajdowała się niezłamana, bordowa pieczęć. Wszyscy uczniowie obserwowali uważnie, jak James delikatnie odbiera list od ptaka.

- Czy to jest to, o czym myślę? – Zaskrzeczała Mary.

Lily zamrugała ze zdumieniem oczami.

- Co?

James był pozytywnie zaszokowany. Z jego twarzy natychmiast zniknął gniew, który wcześniej krył się tuż pod powierzchnią jego skóry. Obrócił kopertę w dłoniach, złamał pieczęć i wyciągnął ręcznie napisany, oficjalny list.

Alice i Mary wzdychały z zachwytu, a Frank i Peter patrzyli na rozgrywającą się przed nimi scenę szeroko otwartymi oczami. Syriusz uśmiechał się z dumą. Przyglądał się z zaciekawieniem zdenerwowanemu Remusowi, który z uporem wpatrywał się w Jamesa, mimo spojrzeń, które posyłała mu Mia.

- Czy ktoś będzie tak miły i wytłumaczy biednej, głupiej dziewczynie urodzonej w rodzinie Mugoli, o co, do diabła, chodzi? – Warknęła Lily, widząc reakcje pozostałych uczniów.

- To List Intencyjny! – Zawyła Mary. – To bardzo stara tradycja czarodziejów czystej krwi. Mężczyzna wysyła taki list rodzicom czarownicy, o którą chce się oficjalnie i publicznie starać. To bardzo formalna rzecz, romantyczna i…

- Całkowicie niepotrzebna – zakończyła Mia. Wiele lat temu, gdy została adoptowana przez Potterów, dokładnie nauczyła się wszystkich tradycji, obrzędów i zwyczajów czarodziejów czystej krwi. Musiała sprawić, że wszyscy uwierzą w jej status czarownicy urodzonej w rodzinie Potterów. Z tego powodu musiała wiedzieć wszystko to, o czym wiedziałaby czarownica wychowana przez magiczną rodzinę.

- To wiążący kontrakt – szepnęła Alice. – Remus właśnie publicznie ogłosił, że nie będzie się starał o żadną inną dziewczynę, przynajmniej do momentu, kiedy Mia zdecydowałaby się z nim zerwać. Wiele pokoleń temu taki list był uznawany przez rodziców dziewczyny jako propozycja małżeństwa.

Mia nie była do końca zaskoczona z faktu, że otrzymała taki list, natomiast dech w piersiach zaparł jej fakt, że otrzymała go od Remusa. Remus był półkrwi czarodziejem, a taki publiczny gest musiał go niesamowicie dużo kosztować. Postawił na szali swoje serce i swoją dumę. Gdyby Mia w tym momencie wstała i oznajmiła, że chce wyjść za Remusa, chłopak musiałby się podporządkować. Pamiętała, jak trudne dla starszego Remusa było zaakceptowanie Tonks jako swojej partnerki. Podsłuchała, jak kłócili się w Skrzydle Szpitalnym po śmierci Dumbledore'a, kiedy Remus powiedział Tonks, że nie może z nią być, bo jest dla niej za stary, za biedny i jest wilkołakiem. Oczywiście, bardzo szybko uporali się z tymi kwestiami i w ciągu kilku tygodni zostali małżeństwem. Mia jednak miała poczucie winy, że Tonks musiała walczyć o Remusa, a jej bez wysiłku ofiarował swoje serce.

- Pomijając fakt, że ta tradycja brzmi na bardzo przestarzałą… I bardzo romantyczną… - Odszepnęła Lily. – Dlaczego nie wysłał tego listu do jej rodziców?

- Wysłałem – odpowiedział jej Remus. – W pierwszej chwili, kiedy mogłem się wyrwać do sowiarni.

Jego wzrok nadal był skupiony na Jamesie, który skończył czytać list i wstał, wpatrując się z wyczekiwaniem w przyjaciela. Remus również podniósł się z krzesła.

- To dlaczego Potter czyta List Intencyjny? – Lily nadal szeptała, wpatrując się w chłopców, jakby właśnie odgrywali scenę przedstawiającą tradycje czarodziejów czystej krwi.

- To taki symbol – Mia uśmiechnęła się, widząc, jak James wyciąga dłoń do Remusa. Remus drżąco odetchnął i potrząsnął dłonią przyjaciela. Potter w końcu się uśmiechnął.

- Skoro mój honor został uratowany, możemy coś zjeść? – Usta Mii rozciągnęły się w uśmiechu, gdy spoglądała na swojego brata i swojego chłopaka ponownie zajmujących miejsca przy stole. Całkowicie zignorowała fakt, że każda dziewczyna wpatrywała się w Remusa z uwielbieniem, jakby był bohaterem wyjętym prosto z kart mugolskich romansideł Lily.

- Wszystko albo prawie wszystko, prawda? – Remus wyszczerzył do niej zęby, a Mia, śmiejąc się na cały głos, rzuciła w niego krakersem.

- Nadal nie rozumiem, skąd to całe zamieszanie – powiedziała Lily. – Wiem, że kiedyś taki list zostałby odebrany jako wstęp do małżeństwa, ale teraz? Wyglądało to tak, jakby Remus formalnie zapytał Jamesa, czy może z tobą chodzić, co robił przez cały poprzedni rok.

- W Liście Intencyjnym chodzi o konkury – wyjaśniła Mary, sięgając przez stół i wyrywając z dłoni Jamesa kopertę, żeby się jej przyjrzeć. – To znaczy, że ani Remus, ani Mia nie mogą się spotykać z nikim innym, póki są razem. A jeżeli się rozstaną, będzie to nieodwracalne.

- Dlaczego?

- Taki jest przyjęty zwyczaj –odpowiedziała Alice. – Mia i Remus mogliby ze sobą teraz zerwać i zejść się za rok, ale wszyscy obecni w Wielkiej Sali widzieli ten List. Czarodzieje czystej krwi mogliby uznać, że Remus nie dotrzymuje danego słowa, a Mia… Mieliby do powiedzenia o niej dużo nieprzyjemnych rzeczy. W zależności od znajomości, jakie nawiązali w szkole, ich plany zawodowe i małżeńskie mogłyby zostać całkowicie zaprzepaszczone, gdyby lekko potraktowali List Intencyjny.

Mary skinęła głową i z uśmiechem schowała list do kremowej koperty, po czym podała ją Alice.

- Mia ma prawo wziąć ten list i go spalić. Wtedy Remus nie miałby prawa, żeby kiedykolwiek poprosić ją o rękę.

- Jak myślisz, dlaczego do tej pory nie dostałaś takiego Listu Intencyjnego od Jamiego? – Mia zachichotała. – Jamie wie, że natychmiast byś go podarła, a on nie mógłby się dłużej o ciebie starać.

Lily prychnęła.

- Potter nie ma u mnie żadnych szans, nieważne, co by zrobił.

Cichy śmiech uleciał spomiędzy ust Mii, kiedy zobaczyła, że w zielonych oczach przyjaciółki pojawiła się ciekawość. Od czasu lekcji Eliksirów, na której wdychali aromat Amortencji, Lily zdawała sobie sprawę co, albo kto tak naprawdę ją pociąga. Gdyby James zdecydował się wysłać do Lily List Intencyjny, Mia zastanawiała się, jaka byłaby jej reakcja.