Od tłumaczki: Przed nami jeden z najtrudniejszych rozdziałów w całej powieści. Mia jest tu po prostu bezsilna i musi ulec naciskom silniejszych graczy. Co ciekawe, najbardziej logiczny okazuje się Syriusz (autorka najbardziej lubi pisać takiego Syriusza, dlatego też bardzo dobrze się go tłumaczy). Miłego czytania.

Tak przy okazji, dotarły do mnie komentarze i PM'ki dotyczące ogromnego cliffhangera z poprzedniego rozdziału. Wiecie, to nie ja tak zadecydowałam, tylko autorka. A i tak uważam, że od czasu do czasu takie zawieszenie akcji jest potrzebne. Z niecierpliwością się wtedy czeka na kolejny rozdział.

ROZDZIAŁ 59 – TACERE VERITAS

11 grudnia 1976

Mia siedziała w Skrzydle Szpitalnym. Miała zaczerwienione oczy i palce splecione z innymi palcami. Każdy jej oddech był dla niej wysiłkiem. Każdy wdech był jednocześnie pociągnięciem nosa, każdy wydech łkaniem. Bandaże pokrywające ciało nieprzytomnego czarodzieja ciasno przylegały do jego klatki piersiowej, chociaż Mia zrobiła co mogła, żeby go uleczyć. Jego skóra przybrała nienaturalny, popielaty odcień, ale pani Pomfrey zapewniała, że kolor wróci do normy, kiedy zacznie działać Eliksir Krwiotwórczy.

Remus stał za nią, dłonie opierał na jej ramionach. Był jej kotwicą, jej opoką. Zamknęła oczy i pozwoliła łzom płynąć. W swoje dłonie wzięła zimną rękę chłopca leżącego na szpitalnym łóżku i kciukiem gładziła przykurczone palce. Poczuła, jak Remus przytulił policzek do jej włosów. Jego oddech uspokajał ją, kiedy się na nim skoncentrowała.

Odwróciła się, żeby wtulić się w objęcia swojego chłopaka. Zamrugała kilkukrotnie oczami, żeby pozbyć się łez. Wiedziała, że w pobliżu wejścia do Skrzydła Szpitalnego stoi pani Pomfrey i rozmawia z dyrektorem Dumbledorem oraz profesorami McGonagall i Scrimgeourem.

- Są tego pewni? – Pytał Scrimgeour. –Nigdy nie słyszałem o takim zaklęciu, a wy chcecie mi wmówić, że jedna Ślizgonka z szóstego roku była w stanie rzucić je na swojego kolegę, prawie go przy tym zabijając, a Gryfonka w tym samym wieku uleczyła go, korzystając z innego zaklęcia, o którym nigdy nie słyszałem?

W obronie Mii niespodziewanie stanęła McGonagall.

- Panna Potter jest niezwykle utalentowaną czarownicą.

Dumbledore skinął głową w kierunku Scrimgeoura.

- Bardziej mnie interesują uczniowie, którzy zaatakowali moich Gryfonów.

- Mnie również – gorzko zgodziła się z nim McGonagall. – Trójka uczniów z mojego domu twierdzi, że słyszała, jak panna Carrow wspomniała o Sami-Wiecie-Kim, a następnie groziła panu Blackowi w obecności innych studentów.

- Jesteś pewna, że nie kłamią? – Scrimgeour zmarszczył brwi, a McGonagall posłała mu oburzone spojrzenie. – Bez obrazy, ale skoro mam zgłosić ten incydent w Ministerstwie Magii, posypią się pytania w jaki sposób nie jedno, a dwójka potencjalnych Śmierciożerców znalazła się w tej szkole i w dodatku z niej uciekła.

- Czy to naprawdę najlepsze miejsce na takie dyskusje? –Zapytał Charlus Potter, wstając w ławy, na której siedział obok swojej żony. Zbliżył się do nauczycieli. – Na pewno możecie dyskutować o tej sytuacji gdzieś indziej. Pozwólcie mojej rodzinie spokojnie przez to przejść.

- Proszę, przyjmij moje najszczersze przeprosiny, Charlusie – powiedział ze smutkiem Dumbledore. – Możesz być pewny, że zrobię wszystko, żeby chłopiec wrócił do pełni zdrowia.

Powiedziawszy to, dyrektor wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego, a dwójka profesorów podążyła za nim, zostawiając w obszernej komnacie Potterów, Syriusza, Petera i Remusa.

- To moja wina!

Mia obserwowała, jak jej matka obejmuje szlochającego Syriusza i pozwala mu wypłakać się na swoim ramieniu.

- Tak mi przykro, mamo! – Zawył jak zranione zwierzę. – To moja wina. To powinienem być ja! To miałem być ja.

- Nie waż się mówić w ten sposób! – Zganiła go Dorea, a Mia stłumiła kolejny jęk, patrząc na nieruchome ciało Jamesa, leżące w białej pościeli.

I chociaż nigdy nie potrafiłaby go za to winić, Syriusz miał rację. To miał być on. Alecto celowała różdżką w właśnie w niego i biorąc pod uwagę kąt, pod jakim się ustawiła, zaklęcie Sectumsempra rozorałoby gardło Blacka. Po raz pierwszy Mia usłyszała o tym zaklęciu, kiedy Harry użył go na jej oryginalnym szóstym roku przeciwko Draconowi, w łazience Jęczącej Marty. Drugi raz miała z nim do czynienia, gdy razem z Kingsley'em wylądowali w Norze i dowiedzieli się o tym, że George stracił ucho podczas ucieczki z Privet Drive. Za trzecim razem widziała je na własne oczy, kiedy Draco użył go przeciwko Lucjuszowi w obronie swojej matki.

Mia nigdy nie znajdowała się tak blisko tej klątwy. Do dzisiaj.

Słowo „Sectumsempra" wdarło się do mózgu Mii i sprawiło, że jej serce na moment stanęło. Jej ciało przestało reagować, więc nawet nie poczuła ruchu tuż obok siebie, kiedy James dobrowolnie, z pełną świadomością rzucił się przed Syriusza i przyjął klątwę na siebie. Uderzyła go prosto w pierś.

- Nie! – Wrzasnęła Mia i przypadła do swojego brata, który już osunął się na ziemię. Krwawił obficie na boisko. Nie była w stanie logicznie myśleć. Krew nagle w niej zawrzała z wściekłości.

Musisz tego chcieć, musisz tego pragnąć, powtarzała sobie w myślach. Wyceluj różdżką i pragnij tego z całych sił. Jej różdżka uniosła się prawie nieświadomie. Jej spojrzenie jeszcze przez moment spoczywało na Jamesie, po czym pozwoliła, żeby pochłonął ją prymitywny, pierwotny gniew.

Musisz tego pragnąć.

Przeniosła wzrok na bliźnięta Carrow.

- Avada Ke… - Wrzasnęła.

Powstrzymała ją silna, męska dłoń, która zatkała jej usta. Druga ręka złapała jej ramię. Klątwa umarła na czubku jej różdżki i nie dotarła do przyszłych Śmierciożerców. Stał za nią Remus, trzymał ją mocno, gdy szamotała się w jego uścisku, próbując się wyrwać. Musiała się uwolnić. Musiała zabić Carrowów. Zabić oboje! Ślizgoni jednak zachichotali szaleńczo i uciekli z boiska. Mia wrzasnęła z frustracji w objęciach Remusa.

- Mia! Musisz go uratować! – Krzyknął w końcu na nią, wyrywając ją z otchłani wściekłości.

Głęboko wciągnęła przez nos powietrze i skinęła głową. Remus uwolnił ją i dziewczyna upadła na kolana przy ciele swojego umierającego brata. Trzymała drżącą różdżkę nad jego zranioną piersią i powiodła nią po całej długości głębokiej rany. Pod nosem mruczała „Vulnera Sanentur", brzmiące jak słodka melodia słowa przeciwzaklęcia.

Była niesamowicie wdzięczna, bo mimo że młody, głupi Severus Snape stworzył klątwę Sectumsempra, znacznie starszy i mądrzejszy profesor Snape stworzył przeciwzaklęcie. Mia dziękowała wszystkim bogom, że zostawił dokładne instrukcje, jak przeciwdziałać klątwie. Znalazła jego notatki któregoś wieczoru podczas swojego oryginalnego szóstego roku. Pomagała wtedy profesorowi Slughornowi sprzątać klasę Eliksirów.

Krew płynęła coraz wolniej, więc Mia otworzyła szaty Jamesa i spojrzała na jego skórę. Zaklęcie już zaczynało zasklepiać ranę.

Musiała trzykrotnie powtórzyć melodyjne „Vulnera Sanentur" zanim uznała, że stan Jamesa jest wystarczająco stabilny, żeby przetransportować go do Skrzydła Szpitalnego. Peter już powinien był uprzedzić wszystkich, że się tam pojawią, bo zniknął z boiska w tym samym momencie, kiedy uciekli Carrowowie.

Godzinę później James był już całkowicie ustabilizowany przez panią Pomfrey. Pielęgniarka spojrzała na Potterów i z zakłopotaniem odchrząknęła.

- Możecie zostać na noc, ale tylko rodzina może przebywać w tym samym pomieszczeniu, co pacjent.

Dorea uniosła brew, rzucając pani Pomfrey ciche wyzwanie. Stała w pobliżu pozostałych Huncwotów.

- Ci chłopcy też należą do rodziny – powiedziała stanowczo.

Syriusz siedział na skraju łóżka Jamesa, patrząc na przyjaciela wzrokiem pełnym wściekłości i winy. Mia doskonale wiedziała, co czuł i nagle przypomniała sobie starszego Syriusza Blacka, który w Pokoju Życzeń kłócił się z Hermioną Granger na temat swoich sposobów walki.

- Uwierz mi, Hermiono, gdybyś znała Alecto Carrow za młodu, tak, jak ja ją znałem, dałabyś jej zdechnąć w spokoju.

- Kiedyś się zemścisz – szepnęła do Syriusza, który spojrzał na nią zdziwiony, ale słysząc szczerość w jej głosie, skinął głową i ponownie przeniósł wzrok na Jamesa.

wWwWwWwWwWwWwWwWw

12 grudnia 1976

Mia weszła do Skrzydła Szpitalnego następnego ranka po tym, jak została z niego wygoniona przez swoich zmartwionych rodziców i nadopiekuńczego Remusa. Wszyscy nalegali, że powinna coś zjeść.

Ona i Syriusz przez całą noc byli na nogach i czuwali nad Jamesem, kiedy ten leżał nieprzytomny w łóżku. Jej rodzice zasnęli na magicznie powiększonej kozetce, znajdującej się na samym końcu komnaty, a Remus zajął łóżko naprzeciw Jamesa. Peter chciał zostać z nimi, ale za każdym razem, kiedy zbliżał się do młodego Pottera, Mia spinała się i jej magia ostrzegawczo pulsowała wokół niej. Z tego powodu Peter przeprosił jej rodziców i stwierdził, że ktoś powinien wrócić do Wieży Gryfonów, żeby poinformować innych, co się stało. Nikt nie próbował go zatrzymać.

Tego ranka Mia bardzo niechętnie opuściła swojego brata, ale czuła, że potrzebuje kawy, wobec czego skierowała się do Wielkiej Sali po jej ogromny kubek. Wracając do Skrzydła Szpitalnego zdziwiła się, widząc, że jej krzesło zajmuje Lily. Mia bezszelestnie wślizgnęła się za podwójne drzwi i przyglądała się z ciekawością przyjaciółce, bacznie obserwującej nieprzytomnego Jamesa.

Lily założyła za ucho lok swoich gęstych, rudych włosów i zawinęła sobie wokół palca jego końcówkę. Był to stary nawyk, który Mia widziała u przyjaciółki w momentach ogromnego stresu, na przykład przed egzaminami. Na twarzy dziewczyny królowały zmartwienie, strach i niesamowita nerwowość, ale Mia nie mogła się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, kiedy zauważyła, jak Lily z wahaniem ujęła dłoń nieprzytomnego Jamesa w swoją.

Mia starała się zachowywać najciszej, jak to możliwe, żeby nie burzyć nastroju, ale w pewnym momencie musiała ziewnąć ze zmęczenia.

Zaniepokojona Lily natychmiast puściła rękę Pottera i odwróciła się na pięcie.

- Chciałam tylko się przekonać… Peter powiedział nam, co się stało. Ale musiałam to zobaczyć na własne oczy. Jak się czujesz?

- Bywało lepiej – przyznała Mia.

- Gdzie są twoi rodzice?

- Na spotkaniu z panią Pomfrey – Mia usiadła na krześle opuszczonym przez Syriusza, zostawiając swoje krzesło dla Lily, gdyby dziewczyna chciała usiąść. Ponownie ziewnęła i przełknęła kilka łyków gorącej kawy. – Chcą nas zabrać do domu na święta już teraz. Szczególnie, że do przerwy świątecznej pozostał tylko tydzień, a Jamie i tak nie będzie mógł uczestniczyć w zajęciach, nawet gdyby się dzisiaj obudził.

- Was wszystkich? – Zapytała Lily.

- Mnie, Jamiego, Syriusza i Remusa.

- Jak źle to wyglądało? – W głosie Lily czuć było wahanie, kiedy spojrzała na bandaże, którymi owinięta była pierś Jamesa.

Mia zmarszczyła brwi.

- Źle. Mógł… Prawie umarł.

- Podsłuchałam, jak profesor McGonagall kłóciła się poprzedniej nocy z profesorem Scrimgeourem – odszepnęła Lily. – Kiedy razem z Mary wróciłyśmy z Hogsmeade, wrzeszczeli na siebie przy samym wejściu do zamku. Czy to prawda, że Carrowowie skorzystali z klątwy, o której nikt wcześniej nie słyszał?

Mia tylko skinęła głową.

- Jak to możliwe? – Lily potrząsnęła z niedowierzaniem głową. – Oni są zbyt głupi na takie zaklęcia.

Mia zazgrzytała zębami, zastanawiając się, na jakie sposoby mogła zadać ból Severusowi Snape'owi. Na wrogów, tak opisał to zaklęcie w podręczniku do Eliksirów, a przynajmniej tak twierdził Harry. Mia doskonale wiedziała, kim byli jego wrogowie i chociaż zgadzała się z tym, że James i Syriusz powinni kilka razy przegrać pojedynek, żeby ich ego nie wybuchło, była ogromna różnica między uczniowską bójką, a stworzeniem klątwy o takiej mocy. Gdyby nie znalazła zapisków profesora Snape'a, dotyczących przeciwzaklęcia, Jamie wykrwawiłby się na śmierć.

- To nie oni wynaleźli to zaklęcie. Ktoś inny na zamku im je pokazał. Jakiś inny Ślizgon… Tak sądzę. Albo nauczył ich tego zaklęcia sam, albo, podobnie jak inni kretyni, których znam – wywróciła oczami, myśląc o Harrym – zobaczyli to zaklęcie spisane na jakimś skrawku papieru i zdecydowali się je wypróbować.

- Ktoś… Ktoś je wynalazł? – Zapytała drżącym głosem Lily. Jej oczy wypełniły się łzami. Mia domyśliła się, że skoro Lily tak długo przyjaźniła się ze Snapem, musiała wiedzieć, że wymyślał swoje zaklęcia. – Mia, myślę…

- Dumbledore już wie – przerwała jej Mia, wiedząc, że Lily bardzo ryzykowała, zdradzając przyjaciółce sekret książki Snape'a do Zaawansowanych Eliksirów. – Kiedy po raz pierwszy nas przesłuchiwał, Remus stanowczo zaprzeczył, żeby istniała możliwość, że Alecto albo Amycus sami wymyślili tę klątwę. Syriusz wspomniał, że Snape wymyślił Levicorpus i Langlock. Ale z tego, co wiem, nie ma żadnych dowodów.

- On ma pewną książkę – wyszeptała po chwili Evans.

- Już się jej na pewno pozbył. Nie jest głupi. W momencie, kiedy do niego dotarło, że Carrowowie skorzystali z jego zaklęcia… Teraz już nic nie zrobimy – wiedziała, że Snape dołączył do Dumbledore'a po usłyszeniu przepowiedni, ale zaczęła się zastanawiać, czy dyrektor zaczął już szacować jego wartość.

- Trzymaj się od niego z daleka, Lily – kontynuowała, patrząc błagalnie na przyjaciółkę. – Naprawdę wierzę w to, że Snape pewnego dnia zawróci ze ścieżki, na którą wszedł, ale ty nie jesteś osobą, która może go uratować. On musi to sam zrobić.

Z oczu Lily kapnęło kilka łez, ale nie załkała, kiedy spojrzała na Jamesa.

- Czy to prawda, że ocalił życie Syriuszowi? – Mia skinęła w odpowiedzi. – W takim razie postąpił bardzo odważnie. Bardzo głupio, ale… Bardzo odważnie.

Mia uśmiechnęła się, słysząc słowa przyjaciółki.

- Prawdziwy Gryfon z niego.

Lily pociągnęła nosem i potrząsnęła z niedowierzaniem głową.

- Był nieuzbrojony. Gdyby ciebie i Remusa nie było z nimi, zabiliby Jamesa, a po nim zabiliby Syriusza. Co go do tego pchnęło?

- Miłość – odpowiedziała Mia. – Miłość jest potężną formą magii.

- Miłość nie jest formą magii.

- Ależ może nią być. Czytałam… - Mia zawahała się i poczuła napięcie w powietrzu. Coś popychało ją, coś ukrytego w zakamarkach jej umysłu. Zamknęła oczy i nagle zrozumiała, co się dzieje. – Czytałam, że miłość można przekuć w coś potężniejszego. Poświęcenie w imię miłości może uratować komuś życie.

- Uważasz, że twój brat chciał się poświęcić? – Lily szeroko otworzyła oczy. Błysnęło w nich przerażenie.

- Nie – Mia potrząsnęła przecząco głową i spojrzała na swój kciuk, którym zataczała kręgi na trzymanym w dłoni kubku. – Po prostu chciał ocalić Syriusza. Nawet się nie zawahał. A poza tym, w jego przypadku by nie zadziałało.

- Dlaczego nie?

- Muszą zostać spełnione pewne warunki, żeby przekuć miłość w ochronę – wyjaśniła Mia, czując, jak magia ściska jej płuca. – Musisz dobrowolnie stawić czoła śmierci. Musisz mieć możliwość walczyć i z niej nie skorzystać.

- Brzmi okrutnie… I jednocześnie pięknie – Lily zmarszczyła brwi i spojrzała na spokojną twarz Jamesa. – Twój brat kocha swoich przyjaciół. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby kochać kogoś tak bardzo.

Mia z całej siły starała się nie załkać, przypominając sobie przejmujący żal Harry'ego, płaczącego na cmentarzu w Dolinie Godryka.

- Ale pokochasz.

- Nie zniosę tego dłużej – wyrzuciła z siebie z frustracją Lily i pochyliła się nad łóżkiem nieprzytomnego Jamesa. Przeczesała palcami jego włosy, desperacko próbując je ułożyć. Odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu udało jej się przygładzić niesforne loki, chociaż musiała zatknąć je między głowę chłopaka i poduszkę. Zaśmiała się nerwowo. – Całymi latami chciałam to zrobić. Tylko mu o tym nie mów.

- Przysięgam na honor czarownicy – Mia podniosła kubek do ust, próbując ukryć zadowolony uśmieszek. – Wiesz, że on naprawdę cię kocha…

- Wiem – przerwała jej Lily, wyglądając na bardzo niepewną. – Po prostu… Mimo wszystkiego dobrego, co zrobił w życiu, cały czas pozostaje aroganckim dupkiem.

Mia wzruszyła ramionami, w stu procentach zgadzając się z przyjaciółką.

- Tak samo, jak Remus pozostaje wilkołakiem i ma problemy z pewnością siebie. A Syriusz ma niewyparzony język i pochodzi z rasistowskiej rodziny. Ale to nie znaczy, że nie są warci obdarzenia ich miłością. James zawsze będzie dupkiem, ale ostatnio udaje mu się ukierunkować swoją arogancję w dobrą stronę.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

13 grudnia 1976

W oddali wschodziło słońce, a Syriusz uważnie obserwował, jak James otwierał oczy po raz pierwszy od dwudziestu czterech godzin. Potter uniósł rękę, żeby przeczesać swoje gęste włosy i podrapać się po głowie. Po chwili chciał się przeciągnąć i zamrugał gwałtownie, czując nagły ból. Black się nie odzywał, a w jego wnętrzu o dominację walczyły poczucie winy, strach, gniew i ulga.

Zaniepokojony i zdezorientowany James zajrzał pod prześcieradło, które okrywało go po samą szyję i zobaczył długą, wąską, różową bliznę, która biegła przez całą długość jego żeber.

- Aha – mruknął z namysłem.

- Aha?

James odwrócił głowę w kierunku Syriusza, który patrzył na przyjaciela zmrużonymi oczami.

- Cześć, Łapo.

- Ty kutasie! – Syriusz rzucił się na Jamesa, na moment zapominając, gdzie się znajdowali i uderzył swojego najlepszego przyjaciela w głowę. – Prawie zginąłeś, a kiedy się budzisz, twoim pierwszym słowem jest „aha", jakby nic się nie stało?

- Auć! Ty dupku, przestań mnie bić! – James uniósł lekko ręce, cały czas osłabiony i próbował bronić się przed Syriuszem. Udało mu się uderzyć przyjaciela raz, prosto w wargę.

Zupełnie się nie przejmując uderzeniem, Syriusz położył dłonie na ramionach Jamesa i przygwoździł go do łóżka, bo po prostu musiał jakoś zareagować. I zdawał sobie sprawę, że musiał zapanować nad swoimi nerwami, żeby nie udusić Pottera.

- Co się tu, do diabła, dzieje?!

Syriusz zignorował wrzask Mii, zdecydowany, żeby nauczyć czegoś swojego najlepszego przyjaciela. Dał sobie spokój dopiero w momencie, kiedy Remus odciągnął go od łóżka, pozwalając dziewczynie podbiec do swojego brata.

- Jamie! – Objęła go mocno i załkała w jego ramię, nie zwracając uwagi na to, że nad jej głową próbował cały czas uderzyć Syriusza.

- Łapo! On nadal jest ranny! – Remus próbował przemówić Syriuszowi do rozsądku.

- Pierdolę to! To arogancki idiota i trzeba mu skopać dupę! – Warknął Black, a Remus tylko zacisnął mocniej dłonie. To spowodowało, że Syriusz się rozluźnił. Wiedział z doświadczenia, że Remus posiada tak dużą siłę fizyczną, że samym uściskiem mógłby go pozbawić przytomności, a nie miał ochoty zająć wolnego łóżka szpitalnego, stojącego w pobliżu zdrowiejącego Jamesa Pottera. Lupin po chwili puścił przyjaciela, a Black tylko przeczesał palcami włosy i westchnął przeciągle.

- Nie ma za co – powiedział do niego James opryskliwym tonem.

Nagle Syriusz ponownie znalazł się w silnym uścisku Remusa.

James prychnął.

- Do stu diabłów, czy takie podziękowania mi się należą po uratowaniu życia mojemu najlepszemu przyjacielowi?

- Syriusz ma rację. Jamie, prawie umarłeś! – Mia pociągnęła nosem i otarła z policzków łzy. – O czym ty w ogóle myślałeś?

James odwrócił wzrok, nie czując się na siłach, żeby mierzyć się z przyjaciółmi na spojrzenia. Potrząsnął głową.

- Myślałem tylko o tym, że nie mogę pozwolić, żeby cię zabiła, Łapo. Słyszałeś, co ta suka wrzeszczała. Zamierzała cię zabić! Ja… Nie mogłem pozwolić, żeby to zrobiła. Nie byłbym w stanie przeżyć bez mojego najlepszego przyjaciela!

- Ale ja miałbym żyć bez mojego? – Wrzasnął Syriusz, wyrywając się z uścisku Remusa. – Rogaczu, masz pojęcie, jak bym się czuł, gdybyś zginął?

James nie dał nic po sobie poznać, ale Syriusz zauważył, że jego słowa wstrząsnęły Mią, która nagle odwróciła wzrok. Westchnął, zakładając, że dziewczyna wróciła myślami do chwili, kiedy prawie zabiła Alecto Carrow. Nie winił jej za furię, która musiała ją wtedy opanować, ale nie sądził, że on sam miałby w sobie to, czego potrzeba do rzucenia zaklęcia zabijającego. Mógł się zemścić, oczywiście, ale zabić? Zastanawiał się od tamtej chwili, co musiałoby się stać, żeby przekroczył tę linię. Przypomniał sobie swój własny gniew, kiedy James upadł, a Mia stawiła czoła Alecto.

- Kurwa mać! – Warknął, przenosząc spojrzenie między rodzeństwem. – Kiedy wy, Potterowie, wbijecie sobie do głów, że mnie nie warto ratować, szczególnie kosztem waszego życia?

- Ja nigdy – James wzruszył ramionami. – Jeśli poczujesz się lepiej, przyznam, że zrobiłbym dokładnie to samo dla Lunatyka, Glizdogona i Mii.

- Nie czujemy się lepiej – odpowiedzieli jednocześnie Remus, Syriusz i Mia.

James roześmiał się.

- Słuchajcie, czuję się dobrze. Przysięgam na honor czarodzieja.

Syriusz jęknął i skierował się ku drzwiom.

- Muszę zapalić. Mia, chodź ze mną – zażądał, a kiedy dziewczyna się zawahała, zwrócił się ku niej w bardzo drapieżny sposób. Remus wystąpił przed nią, ale Black wyciągnął do niego dłoń. – Nie, Lunatyku. Musimy sobie wyjaśnić, co się stało na boisku.

Spojrzał w oczy przyjaciela i obaj skinęli głowami ze zrozumieniem. Wszyscy przemilczeli fakt, że Mia prawie użyła zaklęcia niewybaczalnego, kiedy byli przesłuchiwani przez dyrektora i Aurorów. Carrowowie zniknęli i nie mogli na nią donieść. I nikt nie chciał z nią rozmawiać, dopóki James był nieprzytomny.

- Ja mogę z nią to wyjaśnić.

- Nie sądzę. Ty masz być dobrym chłopakiem, który cytuje jej poezję i sprawia, że czuje się lepiej. Ty nie sprawisz jej bólu, a w tym momencie Mia musi trochę pocierpieć – zauważył Syriusz, ignorując wyraz twarzy Mii.

- Nasze zadanie oznacza, że dzielimy się odpowiedzialnością. Ja będę tym złym człowiekiem, który jej uświadomi, jaką jest pieprzoną idiotką – skierował na moment spojrzenie na nią i zauważył, że jej oczy błysnęły na bursztynowo, kiedy usłyszała obelgę. Nie zwracając na to uwagi, kontynuował w kierunku Remusa. – Ty otrzesz jej łzy, kiedy z nią skończę i zgodzisz się z nią, że jestem dupkiem.

- Daj spokój – mruknęła Mia.

Syriusz odpowiedział wszystkowiedzącym wzrokiem.

- Wiem, że właśnie w taki sposób o mnie myślisz.

Mia tylko zmrużyła oczy i zacisnęła usta. Niech ci będzie, dupku.

Z jakiegoś powodu Remus zgodził się z Syriuszem. Nagle Black złapał mocno nadgarstek Mii i zaczął ją ciągnąć w kierunku wyjścia ze Skrzydła Szpitalnego, nic sobie nie robiąc z jej głośnych protestów.

- Co ty robisz, Syriuszu? – Próbowała się wyrwać, sięgnąć po swoją różdżkę, ale szybko się zorientowała, że zostawiła ją na stoliku przy łóżku Jamesa. Pomyślała, że może skorzystać z magii bezróżdżkowej, żeby go zmusić do puszczenia jej ręki, ale powstrzymały ją zmęczenie i pierwotna niechęć do skrzywdzenia Syriusza.

Puścił ją z własnej woli w momencie, kiedy wyszli tylnym drzwiami zamku, tuż przy szklarniach. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej paczkę papierosów, z której wyjął dwie sztuki. Podał jedną Mii w bardzo przyjacielski sposób, który diametralnie różnił się od sposobu, w jaki zaciągnął dziewczynę na dwór.

Mia prychnęła i przez moment tylko patrzyła na papierosa z ramionami skrzyżowanymi na piersiach. Po chwili jej mina złagodniała i wzięła go od Syriusza.

Syriusz potarł dłońmi, rozgrzewając je w ten zimny, grudniowy poranek, po czym wymamrotał zaklęcie i bez pomocy różdżki wyczarował w ręce błękitny płomyczek. Pochylił się nad nim i przypalił papierosa. Nabrał w powietrze dym papierosowy, delektując się nikotyną, po czym przekazał płomyk Mii.

Dziewczyna zrobiła dokładnie to samo, co Syriusz, ale po pierwszym wdechu, zakrztusiła się ostrym smakiem papierosa. Black uśmiechnął się krzywo.

- Jamie ma rację – powiedziała, mając nadzieję zmienić temat, zanim Syriusz w ogóle zacznie mówić. – Umarłbyś.

- Może – przyznał powoli. – A może uratowałabyś mnie w taki sposób, jak uratowałaś jego. Zresztą, nieważne. Przynajmniej nie musiałbym się codziennie budzić, wiedząc, że mam dług życia u mojego najlepszego przyjaciela.

- Długi życia nie są takie złe – Mia uśmiechnęła się. – Bywają użyteczne.

Syriusz odwrócił się do niej i spojrzał na nią z groźnym błyskiem w oku. Zaciągnął się i wydmuchał dym z płuc nosem. Odrzucił niedopałek papierosa, zgniótł go butem i podszedł do dziewczyny, mrużąc niebezpiecznie oczy.

- Próbowałaś zabić Carrowów.

Mia odwróciła wzrok.

- Bądźmy poważni. Oni najpierw próbowali zabić ciebie i Jamiego.

- Mia! – Wrzasnął. – Prawie użyłaś zaklęcia niewybaczalnego! Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak poważne konsekwencje miałoby twoje zachowanie? Wiesz, co by się stało, gdyby ci się udało?

- Byliby martwi – odpowiedziała Mia, nadal nie patrząc na Syriusza.

- Tak! Byliby martwi, a ty byłabyś ich zabójczynią!

- Jesteśmy na wojnie!

- Wcale nie – zaprzeczył Black, zaszokowany jej stwierdzeniem. – Toczy się wojna, ale my nie jesteśmy żołnierzami. Mia, prawie przekroczyłaś linię…

- W tym problem, Syriuszu! – Przerwała mu, odwracając się w jego stronę. – Nadal uważasz, że jest jakaś linia! Czarna magia, jasna magia… Nie wszystko jego czarne i białe! Mógłbyś kogoś zabić, korzystając z zaklęcia tnącego, którego się uczyliśmy w wieku jedenastu lat! Magia jest szara.

- Niech będzie – przyznał jej rację. – Ale to nie była walka na wojnie, Mia! To był pojedynek. Nieuczciwy, to prawda, ale Carrowowie nie są naznaczonymi Śmierciożercami…

- Świat nie dzieli się na dobrych ludzi i Śmierciożerców, Syriuszu. Jeżeli zaatakowani zostaną ludzie, których kocham, zrobię wszystko, żeby ich obronić. Albo pomścić. Niektórzy nie zasługują na odkupienie win – przypomniała sobie słowa z listu starszego Remusa. – Niektórych ludzi nie można ocalić.

Syriusz wyciągnął ręce i ujął jej twarz w swoje dłonie.

- Nie próbuję ich usprawiedliwiać ani ratować. Chrzanić ich wszystkich. Próbuję uratować ciebie – powiedział, po czym przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.

W momencie, kiedy jej ramiona spoczęły na jego barkach, Mia wybuchła płaczem. Papieros, który trzymała w dłoni upadł na ziemię, ale nie zwracała na to uwagi, bo skupiona była na trzymaniu się mocno Syriusza. Płakała gorzko i nieprzerwanie.

- Mia, nie pozwól, żeby pochłonął cię gniew – błagał. Westchnął i przeczesał czule palcami jej włosy. – Wiem, że jest ci ciężko. Sam przez to przechodziłem… Nadal przechodzę, zbyt często jak na mój gust. Nie wolno ci odebrać komuś życia i odejść bez konsekwencji. Nie możesz skończyć, jak oni. Nie jesteś mordercą. Musisz mi obiecać, że nie zrobisz tego nigdy więcej. Lepszą karą dla Śmierciożerców jest gnicie latami w Azkabanie niż miłosierna śmierć.

Mia odsunęła się od Syriusza i zmarszczyła czoło. Miała mocno zaciśnięte powieki.

- Azkaban nie jest dobrym rozwiązaniem. Co, jeśli…

- Uciekną? – Syriusz parsknął śmiechem. Wydawało mu się, że z powodu braku snu straciła ostatnie przejawy logicznego myślenia. – Mia, nikt nie może uciec z Azkabanu.

Jego słowa sprawiły, że w jej duszy puściła jakaś tama. Ostatnie kilka dni było dla niej bardzo trudne. James prawie zginął z rąk przyszłych Śmierciożerców. Życie Syriusza było w niebezpieczeństwie i jawnie dawano tego oznaki, w Hogwarcie, miejscu, które powinno być bezpieczne. Ich rozmowa o Azkabanie, śmierci i zaklęciach niewybaczalnych sprawiła, że z podświadomości Mii wynurzyły się wspomnienia, których nie chciała oglądać. Pod powiekami widziała wizerunek Syriusza Blacka, który po ucieczce z więzienia ukrywał się we Wrzeszczącej Chacie, widziała dementorów przeszukujących pociąg, słyszała Harry'ego, który mówił jej, że w obecności dementora przypomina sobie swoich rodziców błagających o jego życie i zamordowanych z zimną krwią przez Voldemorta.

- Syriuszu… Muszę ci coś powiedzieć – powiedziała i nagle słowa zaczęły się cisnąć na jej wargi. Chrzanić list od Remusa i jego zasady. Chrzanić Dumbledore'a i jego potępiający wzrok. Chrzanić jego pieprzone większe dobro. Ona zmieni wszystko. Ocali ich wszystkich.

- Można uciec z Azkabanu. Wiem, o tym, bo ty… Ty… - Próbowała wymówić słowa prawdy, ale coś zablokowało jej gardło, a język przestał jej słuchać. To tylko nerwy, pomyślała i spróbowała jeszcze raz. – Bo ty… Ty…

Jej oczy rozszerzyły się w panice, kiedy zrozumiała, że coś się z nią stało. Coś powstrzymywało ją od zdradzenia prawdy. Spróbowała jeszcze raz i poczuła zawroty głowy, słysząc w swojej głowie słowa, które chciała wypowiedzieć: bo tobie udało się uciec w roku 1993, po tym, jak przez dwanaście lat byłeś uwięziony.

- Dobrze się czujesz? – Syriusz uniósł brew.

Mia potrząsnęła głową. Spróbowała inaczej.

- Syriuszu… - James i Lily zginą. Peter jest zdrajcą. – Ja…

Wiem, że twój brat zostanie Śmierciożercą, podobnie jak Snape.

- Ja…

Pochodzę z przyszłości!

- Nie! – Zanurzyła dłonie w swoich gęstych włosach i zacisnęła pięści z frustracji. Trzęsła się, bo nieznana jej magia zawładnęła jej gardłem i głową, nie pozwalając jej powiedzieć Syriuszowi prawdy.

- Mia?

- Wszystko w porządku – wymamrotała po chwili. Puściła swoje włosy i przygryzła paznokieć, zastanawiając się intensywnie nad tą sytuacją. Wiedziała, że wygląda jak wariatka, ale nie przejmowała się tym. Później zrzuci winę na stres. – Właśnie sobie pomyślałam, że jeżeli ktoś byłby w stanie uciec z Azkabanu, to tylko ty. Tylko nie próbuj mi tego udowodnić, lądując w więzieniu.

Uśmiechnęła się ze smutkiem.

- Zrobię wszystko, żeby tam nie trafić. Ale ty obiecaj mi to samo, dobrze? – Zapytał i Mia pokiwała głową, bliska płaczu. – Na pewno dobrze się czujesz?

- Tak. Muszę iść do profesora Dumbledore'a i dowiedzieć się, czy teraz, kiedy Jamie się obudził, możemy wracać do domu – odwróciła się i pospieszyła do zamku, a długo wstrzymywane łzy spływały po jej policzkach.

Czekała sześć długich lat, zanim zdecydowała się powiedzieć mu prawdę, zanim zdecydowała się coś zmienić. Przez sześć lat stosowała się do zestawu zasad, który otrzymała i w momencie, kiedy w końcu zebrała odwagę, żeby coś z tym zrobić i komuś powiedzieć… Coś ją powstrzymało.

Częściowo wiedziała, co było przyczyną.

Dumbledore rzucił na nią jakiś urok.

- Cytrynowe dropsy – syknęła Mia do gargulca, który pilnował wejścia do gabinetu dyrektora. Szybko wspięła się po schodach i bez pukania weszła do ogromnej komnaty. I wtedy jej oczom ukazał się stary czarodziej, siedzący za swoim biurkiem z młodym Fawkesem w pobliżu. Zaś naprzeciwko Albusa Dumbledore'a siedziała jej matka i patrzyła na nią pełnym obaw spojrzeniem.

Mia jednak patrzyła na dyrektora, a łzy dalej płynęły po jej policzkach. Otarła je gniewnym ruchem ręki.

- Co mi zrobiłeś?

- Mia, kochanie, usiądź obok mnie – Dorea wyciągnęła dłoń do swojej córki i wskazała wolne krzesło obok siebie.

Mia przeniosła wzrok na matkę i uderzyło ją zrozumienie.

- Wiedziałaś? – Wyszeptała. – Wiedziałaś, że coś mi zrobił?

- Rozmawiałyśmy już o tym, kochanie – Dorea westchnęła, a w jej oczach mignęły żal i gniew na obecną sytuację. Mia zastanawiała się, czy Dumbledore nie zagroził jej zaklęciem niepamięci. – Skoro w przyszłości wygraliśmy wojnę, nie wolno ci nic zmienić. Ta przyszłość jest zbyt ważna.

- Co mi zrobiłeś? – Mia znów skierowała całą swoją uwagę, swoją furię na dyrektora. – Próbowałam powiedzieć Syriuszowi, że… Że…

Słowa znowu nie chciały przejść przez jej gardło i Mia zazgrzytała zębami z wściekłości.

- Bardzo mi przykro – Dumbledore westchnął ze smutkiem, a dziewczyna poczuła się jeszcze gorzej, wiedząc, że dyrektorowi rzeczywiście było przykro, że został zmuszony do skorzystania z tak drastycznych środków. – Kiedy przyszła pani do mnie kilka miesięcy temu, chcąc zdradzić mi sekrety przyszłości i wojny, przyszło mi do głowy, że muszę powstrzymać panią przed podzieleniem się tą wiedzą z kimkolwiek. Jest takie zaklęcie, które nazywa się Tacere Veritas. Zostało zmodyfikowane specjalnie dla pani. Powstrzyma panią przed celowym zdradzeniem swojej wiedzy o przyszłości.

- Nic nie rozumiecie – Mia załkała i opadła na wolne krzesło obok swojej matki. Natychmiast otoczyły ją jej opiekuńcze ramiona. – Muszę ocalić…

Jamesa i Lily, próbowała powiedzieć, ale słowa znowu utknęły jej w gardle.

- Muszę powstrzymać…

Wrobienie Syriusza w morderstwo.

- Proszę uważać, panno Potter – powiedział łagodnie Dumbledore i miał czelność wyglądać na sympatyzującego z jej uczuciami. – Jeżeli będzie pani walczyć z tym zaklęciem, poczuje pani pewne nieprzyjemne skutki uboczne.

- Nie mogę siedzieć i nic nie robić – wyszeptała przez łzy.

- Nikt cię o to nie prosi. Zostałaś odesłana z jakiegoś konkretnego powodu – powiedziała stanowczo Dorea. – Ja również znam na pamięć treść tego listu. Uważam, że zostałaś przysłana jako katalizator przyszłych wydarzeń.

- Nie chcę być przyczyną, dzięki której nastąpią te wydarzenia – przyznała Mia. – Nie chcę być przyczyną, dla której…

… mój brat zginie!

- Nie, oczywiście, że nie chcesz, aby złe rzeczy działy się z twojego powodu – odpowiedziała miękko Dorea, głaszcząc włosy córki. – Ale złe rzeczy będą się działy, a dobrzy ludzie będą cierpieć albo umierać, ale jeżeli postanowisz coś zmienić, może się okazać, że zginie ktoś inny, albo stanie się coś gorszego. Może się zdarzyć, że bezbolesna śmierć zmieni się w tortury i pasmo bólu. Zaklęcie Zabijające zmieni się w Cruciatusa. Niewielka rana może oznaczać śmierć. Zamiast myślenia o tym, skup się na wszystkich dobrych rzeczach, które możesz zrobić. Kto wie, może w przyszłości wygraliśmy wojnę, bo w naszych czasach zrobiłaś coś, czego nikt inny by nie dokonał?

- Jak mogę pomóc, skoro jestem uciszona zaklęciem? – Poczuła, jak jej oczy zmieniły kolor na bursztynowy. Ponownie skierowała swoją wściekłość przeciwko dyrektorowi.

Przypomniało się jej, jak zły na Dumbledore'a był kiedyś Harry.

- Dlaczego Dumbledore trzymał mnie w niewiedzy? – Zapytał Harry, kiedy ona i Ron wytłumaczyli mu, że Dumbledore nakazał im nic nie mówić Harry'emu, kiedy ten był uwięziony podczas wakacji przy Privet Drive.

Przypomniała sobie wściekłą panią Weasley, wyżywającą się na Syriuszu przy kuchennych stole.

- Nie zapomniałeś chyba, co powiedział Dumbledore?

- W jakiej kwestii?

- Nie zdradzania Harry'emu więcej, niż musi wiedzieć.

Przypomniała sobie chwilę, kiedy Harry po raz pierwszy przeczytał Życie i kłamstwa Albusa Dumbledore'a. Przypomniała sobie, jak zareagował, kiedy dowiedział się o Grindelwaldzie i o większym dobrze. Próbowała wtedy bronić poległego dyrektora, podczas gdy Syriusz tylko siedział obok w ciszy – ani się z nią zgadzał, ani nie zgadzał, co irytowało ją ponad wszelką miarę. A jednak trudno było znaleźć kontrargument na ostatnie słowa Harry'ego.

- Zobacz, czego ode mnie zażądał, Hermiono! Zaryzykuj swoim życiem, Harry! I jeszcze raz! I jeszcze raz! I nie wyobrażaj sobie, że zdradzę ci wszystkie swoje sekrety, po prostu mi ślepo ufaj i wierz, że wiem, co robię. Ufaj mi nawet wtedy, kiedy ja nie ufam tobie. Nigdy nie zdradził mi całej prawdy. Nigdy!

Mia westchnęła i czując się całkowicie pokonana, spojrzała na starego człowieka.

- Co mam zrobić?

- Uczyć się – odpowiedział Dumbledore. – Uczyć się, jak każdy inny uczeń. Jeżeli rzeczywiście jest pani katalizatorem, który pomoże nam wygrać wojnę, wolałbym mieć panią pod ręką, w najbezpieczniejszym środowisku, jakie mogę zaoferować. Proszę zostawić przyszłość w przyszłości i skoncentrować się na teraźniejszości.

- A jeżeli odkryłabym, że Śmierciożercy są rekrutowani jeszcze w szkole…?

- Wtedy może pani podzielić się swoją wiedzą ze mną – pozwolił jej Dumbledore. – Jednakże wolałbym, żeby pani nie szukała niebezpiecznych przygód. Wygląda na to, że cała rodzina Potterów ma tendencję do narażania swojego życia dla innych.

- Dla większego dobra? – Zapytała gorzko Mia, a w jej głosie można było wychwycić wyzwanie.

- Możliwe, panno Potter. Możliwe.

Oderwawszy oczy od postaci dyrektora, Mia przeniosła wzrok na matkę, która wyglądała na zawstydzoną swoim udziałem w uciszeniu córki. Szybko jej przebaczyła, bo zdawała sobie sprawę, że Dumbledore zwrócił się do Dorei wyłącznie dlatego, że kobieta już znała sekret Mii. Gdyby Dorea postawiła się dyrektorowi i kazała mu nie wtrącać się w nie swoje sprawy, Dumbledore prawdopodobnie wymazałby z jej pamięci całą wiedzę o pochodzeniu Mii, a następnie i tak by ją uciszył. Dorea jednak była Ślizgonką z krwi i kości, i wiedziała, że wrogów trzeba trzymać bliżej siebie niż przyjaciół. Dodatkowo miała nie jedno, a dwoje dzieci do opiekowania się – troje lub czworo, kiedy liczyło się Syriusza i Remusa. Trzymanie strony dyrektora było dla niej najbardziej opłacalne. Przynajmniej tymczasowo.

- Czy możemy wracać do domu?

- Tak – Dorea posłała córce przepraszający uśmiech. – Chodźmy po twojego brata i pozostałych chłopców.

Lady Potter wstała, uśmiechnęła się grzecznie do dyrektora i skierowała ku drzwiom.

Mia spojrzała Dumbledore'owi prosto w oczy.

- Panie profesorze?

- Tak, panno Potter?

- Chciałam tylko powiedzieć… - Voldemort stworzył Horkruksy. Jeden z nich stanie się bezpośrednią przyczyną pańskiej śmierci. Severus Snape zostanie Śmierciożercą. I właśnie on pana zabije. – Wesołych świąt.