Od tłumaczki: Słuchajcie, bardzo Was przepraszam. Byłam pewna, że rozdział dodał się w sobotę, bo był już wtedy przygotowany. Dopiero dzisiaj, gdy z rana zobaczyłam na skrzynce mailowej PM-kę, że rozdziału jeszcze nie ma, sprawdziłam konto na i rzeczywiście, z jakiegoś powodu rozdział się nie dodał. Naprawiam swój błąd najszybciej, jak mogę.
Miłego czytania.
ROZDZIAŁ 61 – RÓD MII
9 stycznia 1977
Huncwoci, Mia i Lily bardzo się zdziwili, gdy pojawili się na stacji King's Cross, wsiedli do pociągu, a po chwili on odjechał bez jednego z ich przyjaciół. Peter nie odezwał się do nich ani słowem przez cały okres ferii świątecznych. Nie wysłał nawet swojego zwyczajowego prezentu dla całej grupy: kosza wypełnionego najlepszymi słodyczami, jakie mogło zaoferować Miodowe Królestwo. Z tego kosza zwykle Remus zatrzymywał dla siebie wszystkie czekoladki, zostawiając dla pozostałych cukrowe pióra, lodowe myszy i lukrecjowe pałeczki. Jednak te święta upłynęły im bez żadnej sowy od Petera.
Była mała część umysłu Mii, która cieszyła się, że podczas świąt nie musiała myśleć o Glizdogonie. Jednak z powodu nawracających koszmarów z Carrowami w rolach głównych i zjadającym ją poczuciu winy w związku ze śmiercią starszego Crabbe'a, Mia martwiła się o Petera. Widząc, jak mocno zamartwiali się James, Syriusz i Remus, uznała, że nie jest to nic dziwnego.
Gdy wrócili do Hogwartu, cała piątka skierowała się do gabinetu Dumbledore'a. Stanęli pod gargulcem pilnującym wejścia do wieży i wykrzykiwali nazwy losowych słodyczy, mając nadzieję, że jedna z nich okaże się poprawnym hasłem. W końcu klatka schodowa ruszyła, rzeźba się odsunęła, a zza niej wyszedł profesor Dumbledore, prowadzący przed sobą przerażonego Petera.
Chłopiec miał podkrążone oczy, a na jego podbródku pojawił się niechlujny zarost. Mia zmarszczyła brwi. Nienawidziła osoby, którą Peter stanie się w przyszłości. Nie lubiła Petera teraz. Ale rozpoznała wyraz jego twarzy i nie mogła nie poczuć współczucia. Ona też miała pod oczami cienie podczas roku, kiedy razem z Harrym, Ronem i Syriuszem uciekała przed szmalcownikami. Ucieczka, ciągłe bycie w biegu, robiło coś z człowiekiem, zabierało mu lata życia i Peter Pettigrew postarzał się o wiele lat w ciągu ostatnich kilku tygodni.
Dumbledore uśmiechnął się lekko.
- Widzę, że będzie miał pan z kim wrócić do dormitorium, panie Pettigrew. Zostawię pana w takim razie z przyjaciółmi – powiedział, odwrócił się i zniknął na klatce schodowej swojego gabinetu.
- Glizdogonie, gdzieś ty, do diabła, był? – Zapytał głośno Syriusz, a jego twarz wykrzywiła się ze zmartwienia.
- Przepraszam was – Peter zmarszczył brwi. – Moja… Moja rodzina została zaatakowana.
Lily stłumiła krzyk, po czym zbliżyła się do Petera i mocno go przytuliła.
- Jak się czujesz?
Pettigrew uśmiechnął się ze smutkiem i leciutko poklepał Lily po plecach, wyglądając tak, jakby nie chciał, żeby dziewczyna znajdowała się tak blisko niego, gdy James był w pobliżu. Jednak na twarzy Jamesa pojawiło się raczej zaniepokojenie o jego los, a nie gniew, za co był wdzięczny.
- Ze mną wszystko w porządku. Możemy wrócić do Wieży? Nie chcę zbyt długo przebywać na korytarzu – rozejrzał się dokoła z podejrzliwym wyrazem twarzy, zastanawiając się, czy nikt nie kryje się w ciemnych zaułkach i nie podsłuchuje ich rozmowy.
Kiedy całą szóstką dotarli do Pokoju Wspólnego Gryfonów, Lily i Remus szybko musieli się odnaleźć w rolach prefektów. Odesłali wszystkich młodszych uczniów do swoich dormitoriów, zanim sami udali się do sypialni chłopców, żeby usłyszeć, co do powiedzenia miał Peter. Syriusz i James siedzieli we dwóch na łóżku Blacka. Obserwowali, jak Peter przysiadł na skraju materaca Pottera, a obok niego usadowiła się Lily, cały czas próbująca pocieszyć chłopaka. Mia z kolei zajęła miejsce obok Remusa. Lupin objął ją ramieniem, słysząc, jak Peter opowiadał, że ich nowa apteka, którą otworzyli we Francji została doszczętnie spalona, a on i jego rodzice ledwo uciekli z życiem.
- Mama cały czas jest u Świętego Munga – zakończył, a na jego twarzy odmalowało się poczucie winy. – Uzdrowiciele mówią, że z tego wyjdzie, ale mocno ją poparzyło.
Mia natychmiast poczuła obrzydzenie, patrząc na Glizdogona. Wyraz jego twarzy nagle przypomniał jej Harry'ego i nie spodobało jej się to porównanie. Peter winił siebie za to, że nie udało mu się ochronić swojej rodziny, tak samo, jak Harry winił siebie za śmierć Syriusza i Cedrika. Tak samo, jak Harry winił siebie za to, co Bellatrix zrobiła jej. Gdzieś w głębi duszy poczuła współczucie i próbowała je zwalczyć, podobnie, jak próbowała się odciąć od swojej wiedzy o przyszłości.
- Jest na oddziale Urazów Pozaklęciowych?
- A dlaczego miałaby być? – Odpowiedział pytaniem James. – Została poparzona, prawda?
- Tak, ale Peter powiedział, że ich zaatakowano – wyjaśniła Mia z naciskiem na ostatnie słowo.
Peter powoli pokiwał głową .
- To był magiczny ogień.
Lily gwałtownie wciągnęła powietrze, zszokowana.
- Ktoś wykorzystał przeciwko wam Szatańską Pożogę? Bogowie… Macie szczęście, że wszyscy żyjecie!
- Przykro mi, Peter – szepnęła Mia.
- Czułem się bezsilny – przyznał Peter, a po jego twarzy przemknął cień gniewu. – Nic nie widzieliśmy. Gdyby ludzie znajdujący się na tyłach sklepu nie zaczęli krzyczeć…
Glizdogon zadrżał ze strachu i goryczy, jaką odczuwał. Jego usta wykrzywił brzydki grymas niechęci.
- Nie wiedzielibyśmy, że trzeba uciekać. Mama wróciła do płonącej apteki, żeby pomóc innym się wydostać… To było takie głupie!
- To było bardzo odważne z jej strony – zaprotestowała Mia.
- Prawie zginęła! – Peter spojrzał prosto w oczy Mii. – Mogła zginąć!
- Ale nie zginęła, stary – wtrącił się Syriusz i stanął między Peterem i Mią. Poklepał przyjaciela po ramieniu. – Ty i twoi rodzice jesteście już bezpieczni.
- Ale tylko my przeżyliśmy – wyznał Glizdogon. – Wszyscy inni… Po prostu… Ten smród…
- Aurorzy zapewnią wam ochronę – powiedział James z pewnością w głosie. – Wszystko będzie w porządku.
- Aurorzy są powodem, dla którego moja rodzina została zaatakowana – Peter wstał z łóżka i po raz pierwszy w życiu starł się z Jamesem, nie zastanawiając się, czy kiedykolwiek uda się mu pokonać przyjaciela.
Mia zareagowała instynktownie i sięgnęła po swoją różdżkę, ale jej dłoń została zatrzymana w pół drogi przez Remusa, który spojrzał na nią z niedowierzaniem. W duchu zganiła się za tak impulsywne zachowanie i spróbowała odzyskać kontrolę nad swoimi emocjami, pozwalając Peterowi na dalsze krzyki.
- Aresztowali mojego tatę, który przecież nie zrobił nic złego – wrzeszczał gorzkim tonem. – Chodzenie na Ulicę Śmiertelnego Nokturnu nie jest przecież nielegalne!
Mia zmarszczyła brwi i potrząsnęła głową. Na Merlina, on się zsuwa po równi pochyłej. Widziała, jak przyszłość rozwija się przed jej oczami. Peter był przerażony i powoli tracił całą moralność, która kiedyś w nim była, ale z powodu Zaklęcia Prawdy Dumbledore'a, Mia nie mogła ostrzec chłopców.
- On tylko… On nie robił nic mrocznego! – Kontynuował Peter, broniąc dobrego imienia swojego ojca. – Ale i tak został aresztowany i teraz Śmierciożercy… Nie wiem… Może uważają, że będzie ich szpiegował albo coś? A Aurorzy nie kiwną małym palcem. Nawet nie rozstawili straży pod komnatą mojej mamy u Świętego Munga.
- Może powinieneś porozmawiać z Dumbledorem – zasugerowała szybko Mia. Skoro nie mogła nic powiedzieć, żeby celowo zmienić przyszłość, może uda jej się znaleźć kilka dziur w zaklęciu dyrektora, które pozwolą na skierowanie Glizdogona na właściwą ścieżkę. Okazało się przecież, że Draco był szpiegiem Zakonu Feniksa, podobnie jak Severus Snape. Może gdyby jej się udało namówić Petera do poszukania pomocy u Dumbledore'a, mogłaby nie dopuścić do jego ostatecznej zdrady. – Dyrektor może ochronić twoją rodzinę.
- Nic nie rozumiesz, Mia.
- Peter, twoi przyjaciele cię ochronią – Mia wstała i stanęła przed nim. Dłonią wskazała Jamesa, Syriusza i Remusa, którzy kiwali głowami, zgadzając się z jej stwierdzeniem. – Dlatego są twoimi przyjaciółmi. Umarliby dla ciebie, tak samo, jak ty umarłbyś dla nich.
Ostatnie słowa wypowiedziała z głębokim naciskiem, mając nadzieję, że może zadziałają.
Peter wyglądał, jakby zastanawiał się nad kilkoma ważnymi sprawami. Nagle jednak podskoczył ze strachu, kiedy jakiś piątoklasista mieszający piętro niżej wrzasnął i zaczął się śmiać. Pettigrew rozejrzał się po dormitorium z niechęcią.
- W ogóle nie powinienem z wami o tym rozmawiać – wymamrotał. – Ktoś może słuchać.
- Jesteśmy w Wieży Gryfonów – powiedział Syriusz. – Jedynymi ludźmi w Wieży są inni Gryfoni.
- Ja nie jestem Ślizgonem, ale potrafię wejść do ich Pokoju Wspólnego. Podobnie, jak do Pokoju Wspólnego Puchonów czy Krukonów – powiedział Peter stanowczo i rozejrzał uważnie po komnacie, szukając osób chowających się pod Peleryną-Niewidką.
- Zaczekaj… Wchodziłeś do innych Domów? – Zapytała Lily, ale pozostali ją zignorowali.
- Wieża nie jest bezpieczna – Peter potrząsnął głową i skierował się do swojego łóżka. Przepchnął się obok Lily, która próbowała go zatrzymać i dopiero gdy schował się pod swoją kołdrą, wyglądał na spokojniejszego. Machnął różdżką i kotary zamknęły się wokół niego. – Hogwart nie jest bezpieczny. Nikt nie jest bezpieczny!
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
12 maja 1977
Wiele miesięcy – i prawie cały zapas zachomikowanej whisky – zajęło doprowadzenie Petera do stanu, kiedy mógł się choć na chwilę zrelaksować. Nie pomagało w ogóle to, że przynajmniej raz w tygodniu pierwsza strona Proroka Codziennego była poświęcona Śmierciożercom. Na szczęście, doniesienia reporterów koncentrowały się na miejscach coraz bardziej oddalonych od Wielkiej Brytanii – ostatnie informacje pochodziły z dalekiej Bułgarii.
Zamiast skupiać się na przygotowaniu do S.U.M.ów, co robili rok wcześniej, Mia i jej przyjaciele zapisali się w tym roku na kurs Aportacji. Zgorzkniały Remus nie mógł sobie finansowo pozwolić na udział w kursie, szczególnie po tym, jak jego ojciec wycofał całe swoje wsparcie i opróżnił skarbiec, który otworzył dla syna w banku Gringotta. Ignorował też wszystkie sowy. Z tego powodu Charlus i Dorea zdecydowali się nie pytać dumnego Remusa o zdanie i sami opłacili cały kurs i egzamin w jego imieniu. W tajemnicy przekazali też trochę złota, żeby jego skarbiec nie stał pusty i żeby Remus mógł sobie pozwolić na dokończenie nauki w Hogwarcie. W zamian otrzymywali regularne sprawozdania od Mii, Jamesa i Syriusza o tym, czy Remus korzysta z prezentu.
Mia z dumą odebrała licencję na Aportację jako pierwsza ze swoich przyjaciół. Stłumiła w sobie poczucie winy, które brało się stąd, że Aportowała się bez żadnych problemów od co najmniej dziesięciu lat. Udawało jej się też Aportować dwójkę ludzi razem z sobą. Dopiero trzecia dodatkowa osoba, którą Aportowała w trakcie polowania na Horkruksy sprawiła, że Mia się rozszczepiła. Na szczęście ta blizna powinna pokazać się na jej skórze dopiero za kilka miesięcy, ale Mia już się martwiła, jak wytłumaczy jej obecność przyjaciołom, szczególnie zaś Remusowi, który bardzo często widywał ją nagą. Na razie chłopak postanowił ignorować jedną mroczną bliznę, ale jak będzie miała mu wyjaśnić, że znikąd na jej plecach wzięła się długa blizna po rozszczepieniu? Nie była pewna, czy Remus zgodzi się o tym nie rozmawiać.
Lily i Remus zdobyli swoje licencje niedługo po Mii, a po nich nastąpił czas Severusa Snape'a i kilku innych zdolnych Ślizgonów, w tym Damoklesa i Adriana Abbotta. Krótko po nich egzamin zdali wszyscy Krukoni. James, Peter i Syriusz mieli problemy na kursie, ale były one wynikiem tego, że zamiast skupiać się na własnej Aportacji, chłopcy świetnie się bawili, próbując rozproszyć kogoś innego. Dopiero po kazaniu, które sprawiła im wściekła Mia, trójka Huncwotów przyłożyła się do nauki. Mia była zadowolona tylko dlatego, że już dłużej nie musiała użerać się z rozszczepionym Syriuszem Blackiem.
Gdy wiosna zaczęła ustępować letniej pogodzie, Remus, James i Mia świętowali swoje siedemnaste urodziny i nadejście pełnoletności piwem kremowym i wyborem czekoladek z Miodowego Królestwa. Na gorącą prośbę Lily, chłopcy zrezygnowali z whisky, chociaż Syriusz trzymał żelazny zapas na dnie swojego kufra. Na specjalne okazje – lub na piątki. Na ferie wielkanocne Mia, James i Syriusz wrócili do Rezydencji Potterów, natomiast Remus zdecydował się zostać w Hogwarcie razem z Peterem, który dla własnego bezpieczeństwa nie wracał do domu.
Po powrocie do szkoły, Syriusz z zachwytem opowiedział przyjacielowi, jak cała trójka spędziła ferie.
- Nie mogę uwierzyć, że w trójkę zrobiliście sobie tatuaże na urodziny – rozbawiony Remus potrząsnął głową, gdy James rozchylił koszulę, żeby pokazać świeży tusz zdobiący jego klatkę piersiową.
Mia opuściła bluzkę na jedno ramię, żeby pokazać najbardziej buntowniczą rzecz, którą w życiu zrobiła. Nad jej prawą łopatką łagodnie falował napis po łacinie.
- Oni zrobili sobie tatuaże na urodziny – powiedział Syriusz z leniwym uśmieszkiem. – Ja zrobiłem sobie tatuaż, bo musiałem ich zaprowadzić do salonu, a uważam, że to bardzo niegrzecznie wejść do sklepu i nic w nim nie kupić.
- Evans cię zabije, jeśli kiedykolwiek to zobaczy – roześmiał się Peter, widząc, jak James podziwia w lustrze bukiet lilii, które zakrywały brzydką bliznę po zaklęciu Sectumsempra. Tatuaż był wykonany magicznym tuszem, wobec czego lilie zamykały swoje kwiaty i rozwijały je pod czyimś dotykiem.
James zachichotał i ponownie dotknął swojej piersi, żeby lilie się rozwinęły. Robił tak przez cały czas, od momentu, kiedy opuścili salon tatuażu.
- Miałem do wyboru albo to, albo zmienić swoją bliznę w zamek błyskawiczny.
- Doradziłem, żeby tatuażysta dodał napis „tu pociągnij" na górze tego zamka – powiedział Syriusz.
- I mimo tych wszystkich uroczych sugestii, dotyczących niezniszczalnej modyfikacji swojego ciała – dodała sarkastycznie Mia, - zdecydowałeś się na kwiatek.
Potrząsnęła głową, patrząc na swojego brata, który cały czas bawił się swoim tatuażem. Raz musiał nawet odtrącić rękę Petera, który też chciał spróbować.
James, ignorując oczywisty przytyk, tylko się uśmiechnął.
- To nie jest żaden zwyczajny kwiatek.
- Nie, przypuszczam, że nie – Mia też się uśmiechnęła, zastanawiając się, czy nadejdzie taki dzień, kiedy Lily doceni ten sentymentalny gest. – Ale na twoim miejscu nie pokazywałabym jej tego tatuażu przez długi czas… Albo nigdy.
Remus stanął za Mią. Jego palce lekko dotknęły jej tatuażu, a po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz.
- Twój mi się podoba – szepnął, a tylko ona dosłyszała, że gdzieś z tyłu jego gardła czaił się przyjemny warkot. – Vita frui vita vivet. Co to znaczy?
- „Żyj swoim życiem, ciesz się swoim życiem" – jej uśmiech się poszerzył, po czym odwróciła się na pięcie i pocałowała go mocno. Remus nie zrozumiał, dlaczego tak uczuciowo połączyła go ze swoim tatuażem. – Uważam te słowa za swoje motto. Słowa Rodu Mii.
- Ja też mam wytatuowane słowa mojego rodu – ogłosił Syriusz i roześmiał się głośno.
Remus odwrócił się do przyjaciela i spojrzał na niego ze zdumieniem.
- Dałeś sobie wytatuować Toujours Pur na swojej skórze tuszem, którego nigdy nie usuniesz?
Wszyscy wiedzieli, że na grzbiecie dłoni Syriusza widnieją słowa rodu Blacków wyryte w jego skórze. Wielokrotnie Syriusz chciał je jakoś zamaskować i dlatego prowokował Mię w jej postaci Animaga, żeby go ugryzła. Teraz te słowa były prawie niewidoczne, zakryte śladami niewielkich kłów.
- Łapo, przecież ty nienawidzisz swojej rodziny i ich słów.
- Dlatego wytatuowałem je sobie na dupie – zauważył Syriusz, odwrócił się do nich plecami i zsunął z tyłka czarne, jeansowe spodnie. Na jego twarzy pojawił się zachwyt, zupełnie nie pasujący do min jego przyjaciół, którzy odwrócili się na widok bladych pośladków. – Czaicie? Czaicie?!
Mia wywróciła oczami.
- Tak. Bardzo sprytnie.
- Rozumiesz, Lunatyku? – Syriusz wyszczerzył zęby i zbliżył się do Remusa. – Moja dupa zawsze czysta.
- Jak bardzo był pijany? – Remus zwrócił się do Jamesa, szczęśliwy, że może przestać patrzeć na goły tyłek Syriusza.
- Tylko ja byłem trzeźwy – odpowiedział James. – Musieliśmy wrócić do domu Błędnym Rycerzem, bo obawiałem się, że oboje się rozszczepią, jeśli by próbowali się Aportować.
- Gdyby Walburga nie była taką szaloną suką, zdecydowaną żeby mnie zabić, chętnie bym jej to pokazał – powiedział z dumą Syriusz, oglądając się przez ramię, żeby podziwiać swój tatuaż w lustrze, które wyczarował James.
- Łapo, proszę, wciągnij spodnie – poprosił James, zapinając w końcu swoją koszulę.
Syriusz sugestywnie poruszył brwiami, patrząc na przyjaciela.
- Podnieca cię to, Rogaczu?
- To chyba znak, że powinnam się oddalić – powiedziała Mia, odwróciła się i skierowała do wyjścia.
- Kotku, przecież ty już to wszystko widziałaś!
Mia wzniosła oczy ku niebu.
- Ja i Remus wychodzimy na dwór, żeby cieszyć się piękną pogodą, a wy zostańcie tutaj, żeby podziwiać goły tyłek Syriusza – pomachała ręką do Jamesa i Petera. – Na pewno będzie z tego powodu bardzo zadowolony.
Złapała dłoń Remusa i pociągnęła go ze sobą.
- Wyszli już? – Szepnął po chwili Syriusz, nasłuchując głosów Remusa i Mii.
- Tak – potwierdził Peter.
- To dobrze – wargi Blacka wykrzywił diabelski uśmieszek. – Mam pomysł na żart, który mógłby nie przypaść do gustu Remusowi, a Mia na pewno rzuci nas na pożarcie wielkiej kałamarnicy.
Wciągnął spodnie i podszedł pewnym krokiem do kufra Jamesa, z którego wyciągnął Pelerynę-Niewidkę i Mapę Huncwotów.
- Tak źle? – Zapytał James z ogromnym zainteresowaniem.
- Pewnie gorzej. Nie spodziewam się, że wyjdę z tego ze wszystkimi kończynami na swoim miejscu. Ale obiecuję, że będzie warto. Evans na pewno spróbuje urwać nam jaja – mimo tego, że wiedział, że na pewno taka będzie reakcja ludzi na ich żart, Syriusz i tak brzmiał entuzjastycznie.
- Mów dalej – zachęcił go James.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Nad jeziorem, pod buczyną, siedzieli wtuleni w siebie Remus i Mia. Jedna ręka Remusa nakryła dłoń Mii, a jego usta spoczywały na jej karku, kiedy dziewczyna leniwie wertowała Historię Hogwartu.
- Naprawdę podoba mi się twój tatuaż – wyszeptał tuż przy jej uchu. Jego wolna ręka odciągnęła materiał bluzki Mii i odsłoniła tatuaż, który następnie delikatnie ucałował.
- Bardzo mnie to cieszy – odpowiedziała z uśmiechem Mia, skuszona perspektywą powrotu do dormitorium i wyrzucenia z niego pozostałych chłopców. James na pewno by protestował, ale chętnie się z nim zmierzy i przekona do wyjścia. – Te słowa wiele dla mnie znaczą.
- Miałaś jakiś konkretny powód, żeby je wybrać? – Zapytał, zaciekawiony, po czym pochylił się nad nią i pocałował miejsce, gdzie szyja łączy się z barkiem.
Mia spojrzała na niego miękko.
- To dla mnie przypomnienie. Za dużo się martwię, a powinnam skupić się na tym, co czyni mnie szczęśliwą.
- To mi się podoba. Lubię, gdy jesteś szczęśliwa.
- Ja też lubię, gdy jesteś szczęśliwy – odwróciła się, żeby móc patrzeć mu w oczy. Odprężyła się, gdy ją pocałował.
Mia zamknęła oczy i westchnęła, czując jego usta. Świat wokół nich przestał się liczyć. W tym miejscu, w jego ramionach, całowana i kochana, dałaby się przekonać, że świat jest idealny. Kiedy się od niej odsunął, dotknęła jego policzka i przesunęła palcem po jednej z blizn, które znaczyły jego twarz.
- Obiecaj mi, że zawsze będziesz szczęśliwy.
- Chyba mogę to zrobić… - Uśmiechnął się do niej i pochylił, żeby pocałować ją ponownie.
Mia odsunęła się od niego.
- Mówię poważnie, Remusie – powiedziała stanowczo. – Nieważne, co się stanie. Nawet, gdyby życie zrobiło się gówniane, spróbuj znaleźć w czymś odrobinę szczęścia. Nie hamuj się z żadnego powodu.
Jęknął i ukrył twarz w jej gęstych lokach.
- Znowu mówisz o przyszłości. Myślałem, że więcej nie będziesz tego robić – przypomniał jej i przesunął grzbietem dłoni po jej nagim przedramieniu.
- A ty w ogóle nie myślisz o przyszłości?
- Wolę myśleć o tobie, o tym, o nas.
Westchnęła i wtuliła się w niego.
- Przepraszam, kochanie.
- Możesz mi to wynagrodzić – sięgnął ostrożnie nad nią, zamknął otwartą książkę i odłożył ją na bok.
Mia doceniała w swoim chłopaku to, że zawsze starał się obchodzić z książkami tak, żeby ich nie uszkodzić. Szczególnie, że w pobliżu było sporo wilgotnej trawy.
- Przypominam sobie, że niedawno czytałem coś o sposobach, na jakie można cieszyć się życiem – powiedział do niej z drapieżnym uśmiechem. Położył dłoń na jej biodrze i tak ją obrócił, że siedziała na jego kolanach, twarzą zwrócona do niego. – Zastanawiam się, jak dobrze by było wykorzystać tę wiedzę.
Przeczesał palcami jej gęste włosy, po czym przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował. Jęknął z zachwytu, kiedy poczuł, że jej język zaczął wirować na jego języku.
- Tak – odpowiedziała identycznym jęknięciem Mia. – Czy byłoby czymś podejrzanym, gdybyśmy wymknęli się do Wrzeszczącej Chaty?
Remus zaśmiał się i znowu ją pocałował.
Ich spokojne chwile zostały jednak zakłócone przez głośny wrzask, po którym nastąpił kolejny, trudny do zidentyfikowania dźwięk i oboje poczuli silny podmuch wiatru. Mia i Remus odsunęli się od siebie i równocześnie spojrzeli w górę. Powitał ich widok Jamesa, Petera i Syriusza, roześmianych i radośnie odlatujących w stronę jeziora.
- POTTER! – Ryknęła Lily, pojawiając się na wzgórzu nieopodal ich buczyny. Mia spojrzała na przyjaciółkę i ze zdziwieniem zauważyła, że Lily dosiada miotły i leci za chłopcami z furią wypisaną na twarzy. – BLACK!
- PETTIGREW! JUŻ NIE ŻYJESZ! – Mary wyłoniła się zza pleców Lily i podążyła za Huncwotami na swojej miotle. Obie leciały w kierunku jeziora.
- Nie było nas jakieś dwadzieścia minut. Co, na brodę Merlina, mógł wymyślić mój brat w tak krótkim czasie? – Zapytała Mia z wściekłym wyrazem twarzy, kiedy schodziła z kolan swojego chłopaka. Po chwili dołączyli do nich Alice i Frank. Alice wyglądała na bardzo niezadowoloną. Frank był z kolei zawstydzony. – Albo zapytam inaczej, do czego namówił go Syriusz?
- Nie wiem, jak im się to udało, ale włamali się do naszego dormitorium i ukradli nasze… - Głos Alice obniżył się do szeptu. – Naszą bieliznę.
- Mia – jej uwagę przykuł Remus, stukający ją palcem w ramię. – Twój stanik wisi na rączce miotły Syriusza.
Mia jęknęła.
- Który?
- Ten z różowej koronki.
- Aha – na jej twarzy odmalowała się ulga. – Nigdy go nie lubiłam.
- Ale ja go lubię – odpowiedział gorzko Remus. Zmrużonymi oczami wpatrywał się w Syriusza, który śmiał się z pędzącej w kierunku Petera Mary. Peter z kolei próbował się ukryć za wygrzewającą się na powierzchni wody macką wielkiej kałamarnicy. Gdy mu się to nie udało, musiał zrobić kilka uników, żeby nie trafiło go żadne zaklęcie wściekłej czarownicy, której czerwonej majteczki wisiały na jego miotle.
- To go im odbierz – powiedziała Mia swojemu zaborczemu chłopakowi. – Nie zamierzam grać według ich zasad.
Otworzyła książkę w miejscu, gdzie poprzednio skończyła czytać.
- Nie mogę uwierzyć, że udało im się zmusić Lily do pościgu na miotle. Przecież ona nienawidzi latać prawie tak mocno, jak ja.
- Dlaczego tak nienawidzisz latać? – Zapytał spokojnie Frank, kiedy razem z Alice usiedli na kocu Remusa i Mii.
- Bo latanie jest nienaturalne dla człowieka – wyjaśniła. – Gdyby ludzie mieli latać, rodziliby się ze skrzydłami.
- Albo z magicznymi zdolnościami… Które pozwoliłyby nam zaczarować miotły i latać na nich – rzucił sarkastycznie Remus. Zachichotał, kiedy Mia klepnęła go w ramię.
- Nie udawaj mądrzejszego niż jesteś, Lunatyku – warknęła z uśmiechem na twarzy. – Leć za nimi i odbierz Syriuszowi mój stanik, zanim nakarmi nim wielką kałamarnicę.
Pocałował ją lekko.
- Czy wyglądam, jakbym lubił aportować? – Wymamrotał w jej wargi.
- To ty lubisz, jak noszę różową koronkę – odszepnęła, a z gardła Remusa wyrwał się mimowolnie warkot, który sprawił, że na jej skórze pojawiła się gęsia skórka.
- Nie chcę przerywać bardzo intymnego momentu, ale… - Wymamrotała Alice, rumieniąc się, ponieważ musiała się wtrącić. – Chyba coś się tam dzieje niedobrego.
- Co? – Mia odwróciła głowę i spojrzała nad jezioro, gdzie James i Syriusz zataczali kręgi nad wodą. Ścigająca ich Lily nagle zatrzymała się w powietrzu, a jej miotła zaczęła się rzucać i podskakiwać. Lily krzyknęła i mocniej złapała za rączkę.
- Evans? Evans! Wszystko w porządku? – Zawołał do niej James, zawracając w jej kierunku.
- Co ona wyprawia? – Zapytał Remus.
- Na Merlina! – Mia wstała. – Ktoś rzucił urok na jej miotłę. Jamie! Syriuszu! Sprowadźcie natychmiast Lily na ziemię.
Syriusz był zaskoczony, ale James zareagował bez wahania. Ruszył w kierunki Lily dokładnie w tym momencie, kiedy jej miotła stanęła dęba, a Lily zawisła nad jeziorem, trzymając kurczowo drewno jedną ręką. Wrzasnęła przerażona.
- Remusie, rozejrzyj się – powiedziała Mia. – Ktoś cały czas rzuca urok na jej miotłę. Ktoś, kto przez cały czas utrzymuje z nią kontakt wzrokowy.
Obróciła się i sama zaczęła uważnie przeczesywać wzrokiem otoczenie. Widziała już kiedyś miotłę, na którą rzucono taki urok – podczas pierwszego meczu Quidditcha Harry'ego. Dlatego wcale nie była zaskoczona, kiedy zauważyła Severusa Snape'a, stojącego na skraju jeziora, patrzącego prosto na Lily i mamroczącego coś pod nosem.
Mia warknęła gardłowo i chciała chwycić swoją różdżkę, kiedy przypomniała sobie, że poprzednio też oskarżyła Snape'a o ten sam czyn, a on wtedy próbował ocalić Harry'ego. Czy teraz próbował ocalić Lily? Mia zatrzymała się w pół ruchu i rozglądała dalej, mając nadzieję znaleźć prawdziwego winowajcę. Jednak zanim dostrzegła kogoś innego niż burza czarnych, nie-tłustych włosów znikających w zamku, Lily znowu wrzasnęła i wszyscy uczniowie zebrani na błoniach mogli zobaczyć, jak dziewczyna spada z wysokości dwóch metrów do lodowatej wody jeziora.
- LILY! – Krzyknął James i zmusił swoją miotłę do nurkowania. Chciał złapać dziewczynę, zanim uderzy w powierzchnię wody, ale minął ją o milimetry i Lily zniknęła w prawie czarnej toni jeziora. Nie marnując ani sekundy, James i Syriusz zeskoczyli ze swoich mioteł i zanurkowali za nią.
Mia krzyknęła cicho i pobiegła w ich stronę, ale Remus ją wyprzedził i jako pierwszy rzucił się do wody. W połowie drogi spotkał się z przyjaciółmi i w trójkę odholowali ciało Lily do brzegu.
Kiedy tam dotarli, Mia i Alice przejęły pałeczkę. Uniosły Lily nad brzegiem i położyły płasko na trawie. W tym samym momencie Mary i Peter wylądowali obok nich, oboje zaszokowani i zmartwieni. Upuścili miotły i podbiegli do przyjaciół.
- Lily! – Krzyczał James, przyciągając bezwładne ciało dziewczyny do siebie i patrząc na jej twarz. Była blada i nie było w niej życia. Miała zamknięte oczy i zimną skórę. – Lily! Rennervate! Rennervate!
Nic się nie stało.
Mia odepchnęła swojego brata, który już zaczął poddawać się histerii.
- Jamie, odsuń się. Pozwól mi się nią zająć.
- Lily, proszę, obudź się – zapłakał, nadal przyciskając do siebie ciało dziewczyny.
- Zabierzcie go od niej – rozkazała Mia.
Remus wsunął ramiona pod pachy Jamesa i odciągnął go od Lily, co nie było prostym zadaniem, bo James walczył z całych sił.
- Syriuszu, potrzebuję twojej pomocy – zażądała.
- Czy Lily umarła? – Zapytał Syriusz, patrząc na bladą, zimną twarz Gryfonki.
- Patrz uważnie! – Jeśli ktokolwiek powinien wiedzieć, co się robi w takiej sytuacji, był to właśnie Syriusz, który kiedy będzie musiał zrobić to samo, żeby ocalić ją.
- Nie chcieliśmy… To miał być tylko żart… - Wydukał, przeczesując dłońmi włosy. W jego oczach pojawiły się łzy. – Nie wiem, co się stało z jej miotłą, ale…
- Syriuszu! – Wrzasnęła Mia. – Musisz patrzeć uważnie na to, co robię. Odchylę teraz jej głowę i zacznę wdmuchiwać do jej płuc powietrze. Kiedy przestanę, musisz ucisnąć tutaj.
Ujęła jego ręce w swoje małe dłonie i położyła je na mostu Lily.
- Masz uciskać mocno i tak długo, aż ci nie powiem, że masz przestać. Wtedy znowu zacznę za nią oddychać. Rozumiesz?
- Mia… - szepnął Syriusz.
- Rozumiesz?!
Skinął głową.
Mia odchyliła głowę Lily, zatknęła jej nos i przyłożyła usta do jej zimnych warg. Przekazała do jej płuc tak dużo powietrza, jak mogła. Zauważyła, że pierś Lily lekko się poruszyła. Po kilku oddechach, podniosła głowę i dała znak Syriuszowi, który bez wahania wykonał jej instrukcje, nie zwracając uwagi na płaczącego Jamesa, grożącego Remusowi, który przez cały czas powstrzymywał go przed ruszeniem w ich stronę. Syriusz i Mia skupili się wyłącznie na Lily.
- No, dalej, Lily – szepnęła Mia, po czym znowu zaczęła oddychać dla przyjaciółki, próbując odpędzić od siebie strach, że przyszłość właśnie się rozwiewa przed jej oczami. Bez Lily nie będzie małżeństwa Lily i Jamesa. Bez nich nie będzie Harry'ego. Kolejny raz oddała jej powietrze, ignorując łkania Mary i Alice. I po tym ostatnim oddechu, poczuła, że ciało Lily drgnęło. Szybko się odsunęła, a Lily usiadła i zwróciła na trawę całą wodę, którą miała z płucach i w żołądku.
Syriusz krzyknął cicho i upadł na trawę. Jego szare oczy były szeroko otwarte, pełne zdumienia.
- Lily! – Krzyknął James i wyrwał się z objęć Remusa, który wyglądał na równie zszokowanego, co Syriusz tym nagłym wybudzeniem dziewczyny. – Żyjesz! Dzięki Merlinowi, ty żyjesz!
Uklęknął przed nią, ujął jej twarz w swoje dłonie i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Przepraszam, Lily. Tak mi przykro.
- Potter? – Wymamrotała Lily, a jej puste spojrzenie przesunęło się po jego twarzy. Odchyliła się i przesunęła rękę za siebie, żeby utrzymać równowagę. Kilkukrotnie zamrugała oczami. James zabrał dłonie z jej policzków i nie minęło pół sekundy, kiedy dłoń Lily uderzyła płasko w twarz chłopaka. Uderzenie było tak mocne, że przekręciło jego głowę w prawo.
- Czy to wasza trójka rzuciła urok na jej miotłę? – Zapytał ostro Remus, przyglądając się zmrużonymi oczyma Syriuszowi, Jamesowi i Peterowi.
- Nie – krzyknął w odpowiedzi Peter. – Tylko zwinęliśmy ich bieliznę i…
- To miał być niewinny żarcik – wymamrotał Syriusz, nadal zdumiony tym, co się przed chwilą wydarzyło.
- Wcale nie było mi do śmiechu – krzyknęła zachrypniętym głosem Lily. – Mia, naprawdę uważasz, że ktoś rzucił urok na miotłę? Tak naprawdę to nie moja miotła, pożyczyłam ją sobie ze składziku, kiedy biegłam za chłopakami. Do kogo ona należy?
Lily mówiła powoli i oddychała z bólem, próbując odzyskać całkowicie przytomność.
Mia potrząsnęła głową i sięgnęła po różdżkę, żeby rzucić na wszystkich Zaklęcie Ogrzewające.
- To nie jest ważne. Ten urok nie został nałożony na miotłę zanim ją stamtąd zabrałaś. Rzucono go, kiedy byłaś już w powietrzu.
- Ktoś celowo jej to zrobił? – Zapytała zaskoczona Mary.
- Może to był wypadek – wymamrotała Lily.
- Może trzeba powiedzieć Dumbledore'owi – zasugerował Syriusz, wstając i wyciągając rękę do Lily, żeby pomóc jej się podnieść. Przez chwilę podejrzliwie na nią patrzyła, po czym ją przyjęła.
Peter krzyknął cicho.
- Co? Dlaczego?
- Ja… - Syriusz zawahał się. – Myślę, że to była część rekrutacji Śmierciożerców. To była właśnie inicjacja.
- Słucham? – Wrzasnął James i skoczył na równe nogi.
- Kiedy… - Urwał, jęknął i potarł grzbiet swojego nosa. – Kurwa. Kiedy zostałem zaatakowany tego lata, ktoś wspomniał, że zaczęli ze mną od złej strony. Najpierw próbowali mnie oznaczyć, a następnie miałem się wykazać. Pośród Śmierciożerców „wykazanie się" oznacza zabicie kogoś…
Wyjaśniał to, ignorując zaskoczone wyrazy twarzy Franka, Alice i Mary.
- Zwykle chodzi im o Mugola, zdrajcę krwi albo czarodzieja urodzonego w rodzinie Mugoli.
Mia skinęła głową, nagle rozumiejąc.
- To dlatego Alecto i Amycus chcieli zabić ciebie i Jamiego.
- To na pewno był Smarkerus – zadecydował James. – Jestem tego pewny.
- Nawet się nie waż, Potter – warknęła Lily. Wszyscy uczniowie Hogwartu wiedzieli, że Lily Evans i Severus Snape już się nie przyjaźnili, ale to nie oznaczało, że Lily pozwoli na oskarżanie niewinnego człowieka tylko dlatego, że James go nie lubił.
- Jamie, to nie był Snape – powiedziała Mia, powstrzymując go przed zrobieniem czegoś głupiego.
- Skąd możesz być taka pewna? – Zapytał, nie zwracając uwagi na spojrzenie, które posłała mu Lily.
- Bo gdyby on planował dołączyć do Śmierciożerców i miał wybrać swoją ofiarę w szkole, rzuciłby urok na twoją miotłę! Albo na miotłę Syriusza. Ale nie na Lily.
- To kto, do diabła, to zrobił? – Rzucił w powietrze James, przechadzając się nerwowo tam i z powrotem. Przeczesał dłonią mokre włosy i strzepnął wodę na trawę.
- Nie mogę uwierzyć, że rekrutują Śmierciożerców w Hogwarcie… - szepnęła przerażona Lily.
Mia skinęła głową, myśląc o Draconie.
- Podobno uczeń musi mieć skończone szesnaście lat.
Oczy Syriusza nagle się rozszerzyły, a cała krew odpłynęła z jego twarzy, kiedy spojrzał na Mię.
- Którego dzisiaj mamy?
- Co? Dlaczego pytasz? – Zapytał James.
- Dwunastego maja – odpowiedziała Lily. – Co się dzieje?
- Wiem, kto to zrobił – warknął Syriusz i zaczął biec w stronę zamku. – Kurwa mać!
