Od tłumaczki: Krótkie ostrzeżenie – rozdział w pełni zasługujący na kategorię M. Może nie jest bardzo obrazowy, ale bardzo emocjonujący. Właściwie, jeśli są tu osoby, które nie lubią takich scen, można sobie podarować ten rozdział, bo do fabuły wnosi niewiele. W dodatku niektóre rzeczy będą wyjaśnione w kolejnym rozdziale. Ale poza tym… Ten rozdział to czysta zabawa i odcięcie się od tych ponurych myśli, które towarzyszyły naszym bohaterom w poprzednich rozdziałach. W każdym razie: miłego czytania.

ROZDZIAŁ 64 – MNIE NIE ZMIENISZ

25 czerwca 1977

- Dlaczego mam poczucie, że ktoś na nas zaraz napadnie? – Zapytała Lily, krzywiąc się na widok kałuży. Prawdopodobnie była w niej wyłącznie woda, ale w tych ciemnych, wąskich zakamarkach Londynu mogło się okazać, że pływają w niej rzeczy, z którymi żadne z nich nie chciało się bliżej zapoznawać.

- Bo brak ci chęci przeżycia przygody, Evans – odpowiedział Syriusz, rzucając jej przez ramię arogancki uśmieszek.

- Chciałbym ci tylko przypomnieć, że nie byłam jedyną osobą, którą musiałeś dzisiaj wieczorem wyciągać siłą – powiedziała Lily obronnym tonem, unikając zgrabnie kolejnej kałuży. Rzuciła mordercze spojrzenie Jamesowi, który wyciągnął do niej pomocną dłoń. Po chwili jednak w jej polu widzenia znalazła się Mia, próbująca naciągnąć swoją spódniczkę, żeby przykryła więcej ciała i Lily musiała się roześmiać. Mia nigdy wcześniej nie miała na sobie stroju, który odsłaniałby tyle ciała.

- Przecież zgodziłam się iść z wami – syknęła Mia i jeszcze raz spróbowała na siłę wydłużyć spódniczkę, nadal się zastanawiając, w jaki sposób zgodziła się na taki strój, podczas gdy Lily była ubrana w wygodne, mugolskie jeansy z wysokim stanem. – I pomimo logiki, która podpowiadała mi inny wybór, zdecydowałam się na strój, który wy mi wybraliście.

- Doceniam twoje poświęcenie, kochanie –Remus uśmiechnął się drapieżnie, po czym zachichotał, kiedy Mia próbowała przeskoczyć przez kałużę, ale zachwiała się i wylądowała dokładnie w jego ramionach.

Warknęła ze złości, ale rozchmurzyła się, gdy Remus ją lekko pocałował i postawił na nogi.

James wykrzywił się do nich.

- Lunatyku, czy może zaczekać z obłapianiem mojej siostry do momentu, kiedy będę… Nie wiem… Głuchy i ślepy? Tak dla zasady jeszcze zauważę, że Lily, Glizdogon i ja nie mieliśmy nic wspólnego z twoim strojem – wskazał dłonią spódniczkę Mii, patrząc na nią wzrokiem zarezerwowanym zwykle dla Szkiele-Wzro. – To był pomysł Łapy i Remusa.

- Naprawdę wyglądasz w niej fantastycznie – powiedziała Lily, ignorując Jamesa. W jej oczach jednak błyszczało rozbawienie jego braterskimi obiekcjami.

Mia wiedziała, że w poprzedniej linii czasowej była bardzo zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu. W tej linii czasowej była jednak otoczona młodymi mężczyznami, którym się podobała, miała chłopaka, który nigdy nie miał jej dość i przyjaciółki, którym do głowy by nie przyszło, żeby ją upokarzać, jak robiły to Parvati i Lavender.

- Skoro tak ci się podoba, dlaczego ty nie masz na sobie skórzanej spódniczki?

Lily roześmiała się.

- Po pierwsze dlatego, że ty masz biodra, które dobrze w niej wyglądają, a ja nie – zgięła jeden palec, wyliczając powody. – Po drugie dlatego, że zanim ją założyłaś, zobaczyłam metkę z ceną. Nie byłoby mnie na nią stać nawet wtedy, gdybym opróżniła mój skarbiec.

- Kiedy w końcu za mnie wyjdziesz, będzie cię stać na wszystkie ubrania, jakich zapragniesz, Lily… Auć! Do diabła, Evans! – James zamrugał oczami i roztarł skórę na swoim obojczyku, gdzie Lily zdecydowała się go mocno szczypnąć.

Lily zawsze doskonale wiedziała, gdzie i jak zaatakować, żeby najbardziej bolało, w przeciwieństwie do Mii, która zawsze uderzała pięścią w ramię. Kiedy tego chciała, potrafiła być bezwzględna. James miał szczęście, że nie zdecydował się włożyć na siebie rozpiętego płaszcza, pod którym miałby tylko wydekoltowaną koszulę. W takim wypadku wyraźnie widoczna by była część jego tatuażu.

- Nie licz swoich żmijoptaków, zanim się nie wyklują, Potter.

- Czy ktoś odważy się skomentować fakt, że Syriusz i Remus połączonymi siłami namówili Mię do ubrania skórzanej spódniczki? – Wytknął Peter. Robił, co mógł, żeby dotrzymać im tempa, kiedy szybkim krokiem przemierzali uliczki Londynu, podążając za Syriuszem, który prawdopodobnie wcale nie znał drogi.

Remus wyszczerzył zęby.

- Przekonałem się, że odniosę korzyści z gustu Syriusza.

- A co ma z tego Łapa? – Drążył Peter.

- Wiesz, nawet jeżeli jakiś skarb nie należy do mnie, to nie znaczy, że nie wolno mi go podziwiać z daleka – Syriusz roześmiał się, po czym ostro skręcił w lewo, spojrzawszy na swoją różdżkę, która wskazywała kierunek.

- Syriuszu, na pewno wiesz, dokąd idziemy? – Mia zdmuchnęła z twarzy lok swoich gęstych włosów, przeklinając poradę Lily, która zaproponowała, żeby na ten wieczór Mia rozpuściła włosy i pozwoliła im żyć własnym życiem.

- Proszę, Mia – powiedział z politowaniem. – Przeszedłbym Londyn wzdłuż i wszerz z zamkniętymi oczami, podążając wyłącznie za zapachem. Już prawie jesteśmy na miejscu.

- O, mój Boże! – Wrzasnęła Lily i odskoczyła w bok, przypadkiem lądując w objęciach Jamesa. Chłopak się do niej uśmiechnął, ale Lily odpowiedziała krzywym spojrzeniem i równie szybko wyplątała się z jego ramion. – Obok tego śmietnika leżał zdechły szczur.

James zachichotał.

- Nie jedz niczego, co spadnie na ziemię, Glizdogonie.

- Stul dziób, Rogaczu.

- Nie wierzę, że się na to zgodziłam – syknęła Lily i dogoniła Remusa i Mię, którzy szli tuż za Syriuszem. – Chociaż z drugiej strony wolę nasze wieczorne wyjście od wieczoru panieńskiego Petuni. I tak nie byłam na niego zaproszona.

- Nie zaprosiła cię na swój wieczór panieński? – Mia wywróciła oczami, zapamiętując sobie, żeby przy kolejnej okazji rozmówić się z Petunią Evans. Albo Petunią Dursley, jak niedługo się będzie nazywała. – A jesteś w ogóle zaproszona na wesele?

- Siłą mnie zmusiła do przyjęcia zaproszenia. Kupiła mi suknię w kolorze fuksji –Lily pociągnęła za swoje włosy i jęknęła, zrozpaczona. – Mia, ja w fuksji! Możesz to sobie wyobrazić?

Mia roześmiała się.

- Niestety, mogę. Ale proszę, przynieś nam jakieś zdjęcia!

- Spójrzcie! Po drugiej stronie ulicy jest salon tatuażu! – Wykrzyknął nagle podekscytowany Syriusz. – Rogaczu, zrobimy sobie kolejne tatuaże?

- Masz tatuaż? – Na twarzy Lily pojawiła się mieszanina zaskoczenia i zaintrygowania, kiedy obróciła się, by spojrzeć w oczy nagle zawstydzonego Jamesa, który zatrzymał się w miejscu. Peter tego nie zauważył i wpadł na plecy przyjaciela.

- Tak… Syriusz, Mia i ja zrobiliśmy sobie po tatuażu na nasze urodziny – wymamrotał.

Lily zawahała się, ale w końcu zwyciężyła ciekawość.

- Mogę zobaczyć?

- NIE! – Zawołali jednocześnie Remus, Mia i James, na co Lily zareagowała jeszcze większym zdumieniem, a Syriusz histerycznie się roześmiał.

- On się po prostu wstydzi, Evans. Ale jeśli chcesz, mogę pokazać ci swój tatuaż – Syriusz mrugnął do Lily i z rozbawieniem obserwował, jak twarz Jamesa czerwienieje z każdą chwilą.

- Nie powinieneś się skupić na szukaniu drogi? – Warknął Potter.

- Już dobrze, Rogaczu, już dobrze. Nie spinaj się tak. Jesteśmy na miejscu – powiedział, unosząc ręce i wskazując na mały budynek po drugiej stronie ulicy. W zniszczonych oknach nie paliło się żadne światło, a nad wejściem wisiało wykrzywione, zamalowane czerwoną farbą logo chińskiej restauracji.

- Nie rozumiem. To budynek przeznaczony do rozbiórki – Lily zmrużyła niebezpiecznie oczy. – Syriuszu, na pewno jesteśmy w dobrym miejscu?

- Myślisz po mugolsku – Syriusz uniósł oczy ku niebu i szybko przeszedł przez ulicę. Rozejrzał się w poszukiwaniu prawdziwych Mugoli, po czym bez wahania przeszedł przez szybę, jakby jej tam w ogóle nie było i zniknął im z oczu.

Mia uśmiechnęła się, nagle wszystko rozumiejąc.

- Zmodyfikowane zaklęcie Nie-Widzisz-Mnie, takie, jakie stosują na klinice świętego Munga. Podejrzewam, że rzucono także zaklęcie powiększające przestrzeń – powiedziała z namysłem. Ujęła mocno dłoń Remusa i przeszła przez ulicę.

- Zaklęcie powiększające przestrzeń? – Zapytała Lily, doganiając parę. – Takie, jak na twojej torebce?

- Nie do końca – Mia drugą ręką złapała mocno za ramię Lily i w trójkę przeszli przez zakamuflowane wejście.

W momencie, kiedy przekroczyli próg, przed ich oczami ukazało się pomieszczenie przynajmniej dwudziestokrotnie większe niż budynek, który widzieli z ulicy. Ogromna komnata była pełna czarownic i czarodziejów, zebranych głównie pod wielką sceną w głębi pomieszczenia. Zamiast reflektorów skierowanych zwykle na scenę, pod sufitem wisiało kilka magicznych kul, oświetlających zebranych.

Lily krzyknęła cicho, pozytywnie zaskoczona.

- To… Jest niesamowite!

- A zatem przyszliśmy na koncert – stwierdziła Mia, dogoniwszy Syriusza, który już przekazał pokaźną sumę kierownikowi ochrony. Mężczyzna był prawie wzrostu Hagrida, chociaż bardziej przypominał pół-trolla, niż pół-olbrzyma. Na jego olbrzymim nosie Mia naliczyła przynajmniej pięć kolczyków. Nieświadomie dotknęła swojej różdżki, kiedy przypomniała sobie, że Harry pokonał kiedyś górskiego trolla wkładając mu różdżkę do nosa. Właśnie ta myśl sprawiła, że dziewczyna chciała wyciągnąć swoją różdżkę i dokładnie ją wyczyścić.

Jej uwagę przykuł człowiek, który wszedł na scenę i sprawdzał nagłośnienie. Odwróciła się do swojego chłopaka i spojrzała na niego uważnie. Remus nigdy nie lubił zatłoczonych miejsc i głośnej muzyki, szczególnie kiedy było tak blisko pełni księżyca.

- Dasz radę?

- Nie musisz się martwić – zapewnił ją. Jego mroczne spojrzenie zdradziło jej, że to nie ból głowy odczuwał w tym momencie najsilniej. Pochylił się nad jej uchem. – Do pełni księżyca pozostał tydzień i dzisiaj wziąłem pierwszą dawkę eliksiru. Powinien pomóc, jeśli chodzi o hałas. A poza tym… Jeśli to wszystko stanie się dla mnie nie do zniesienia, możemy się stąd zmyć wcześniej.

Mia zadrżała i uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Możemy się zmyć wcześniej, nawet jeśli będzie dobrze.

- Flirciara – złożył pocałunek na jej karku.

- Lisica – poprawiła go.

- Nie jesteście sami! – Warknął James, wyglądając na zadowolonego, kiedy odsunęli się od siebie.

- Przyniosę nam jakieś napoje – stwierdził Syriusz i spojrzał w stronę długiego baru. – Whisky? Whisky? Whisky? Whisky?

Wskazywał po kolei każdego Huncwota i Mię, po czym jego wzrok padł na postać Lily. Uniósł pytająco brwi.

Lily potrząsnęła głową.

- Absolutnie nie.

Obdarzył dziewczynę leniwym uśmieszkiem.

- Niech będzie. Pięć szklaneczek whisky i raz woda dla Puchonki, która tylko udaje, że jest Gryfonką.

W jej oczach zabłysła furia.

- Co powiedziałeś, Black?

- Mówię, co widzę, Evans.

- Potter! – Nawet na niego nie spojrzała, kiedy pojawił się u jej boku. – Poproszę whisky.

Rzuciła Syriuszowi spojrzenie mówiące „ja ci jeszcze pokażę" i zaciągnęła Jamesa w kierunku baru.

- Jak już tam idziecie, weźcie drinki dla nas! – Zawołał za nimi. Zaśmiał się krótko i podszedł do Remusa i Mii. – Tak łatwo ją podpuścić. Czasami aż mi wstyd, że tak to wykorzystuję.

Mia potrząsnęła głową, próbując nie zwracać uwagi na arogancję chłopaka.

- Trzymałeś to przed nami w tajemnicy przez cały wieczór. Kto dzisiaj gra?

Syriusz uśmiechnął się szeroko i zaczął się bujać na piętach, jak jedenastolatek przyprowadzony po raz pierwszy do sklepu Ollivandera.

- Black Sabbath!

- Słucham?

Nie miała dokładnie sprecyzowanego gustu muzycznego, ale nigdy nie była osobą przesadnie lubiącą muzykę rockową. Znała jednak doskonale popularne zespoły muzyczne tej epoki, szczególnie, że Syriusz przez cały czas o nich mówił.

- To mugolski zespół! Jak to możliwe, że grają tutaj? – Wskazała zdecydowanie magiczną scenę.

- Po pierwsze, Black Sabbath nie jest mugolskim zespołem – poprawił ją Syriusz. Wyraz jego twarzy wskazywał, że go obraziła, sugerując, że jego ulubiony zespół rockowy składał się z Mugoli. – To, że grają czasami dla Mugoli nie znaczy, że są Mugolami. Jak to możliwe, że ty i Remus doskonale wiecie, czy poeci i pisarze byli czarodziejami, czy Mugolami, a nie wiedziałaś o Ozzym?

Patrzyła na niego w oczekiwaniu, że w pewnym momencie wybuchnie śmiechem.

- Kpisz sobie ze mnie, prawda?

- Wcale nie. Mia, na ich pierwszym albumie jest piosenka zatytułowana „The Wizard". To o Dumbledorze – prychnął na końcu zdania. – Wszyscy chodzili do Hogwartu. Jedyni Ślizgoni poza Doreą Potter, których szanuję.

Potrząsnął głową, zawiedziony jej niewiedzą, po czym skupił uwagę na scenie, na której właśnie zaczynali się instalować muzycy supportującego zespołu.

- Kochanie, trzymaj swojego drinka – Remus podał jej szklaneczkę, odebraną od Jamesa.

- Wiedziałeś, że Ozzy Osbourne jest czarodziejem? – Zapytała go Mia.

- Ty nie wiedziałaś?

Dwie godziny później na scenie pojawili się członkowie Black Sabbath. Scena była cały czas magicznie oświetlona, a ich instrumenty nie były nigdzie podłączone. Z braku mikrofonów, Ozzy przytknął do swojego gardła cisową różdżkę i rzucił na siebie zaklęcie Sonorus, pozwalając, żeby jego głos wypełnił całe pomieszczenie. Mia bardzo dobrze się bawiła, pomimo tego, że Syriusz i Remus udowodnili jej, że wiedzieli coś, czego ona nie wiedziała.

Do tej pory w klubie wybuchły już trzy bójki, dwie w pobliżu skaczącego pod sceną Syriusza, którego tylko rozbawiło całe zamieszanie. Za każdym razem, gdy wracał do nich po tym, jak ledwo uniknął uderzenia, uśmiechał się szeroko.

- Widzieliście, jak blisko sceny dotarłem?

James, Lily i Peter też spróbowali podejść bliżej, ale kiedy Peter oberwał łokciem w twarz, Lily odciągnęła go do tyłu i tam z nim została. Chciała się upewnić, czy chłopak nie miał wstrząśnienia mózgu.

Mia i Remus nie odczuwali potrzeby, żeby się zbliżyć do sceny. Doskonale się czuli w ciemnym kącie pomieszczenia, otoczeni dźwiękami ciężkiej, rockowej muzyki i zapachem dobrej, dojrzałej whisky.

Tańcząc w rytm muzyki, Mia odwróciła się i przycisnęła do ciała Remusa, ciesząc się z jego dotyku, kiedy objął ją w talii. Ukrył twarz w jej włosach i oddychał jej zapachem.

Obserwowała z rozbawieniem, jak James ze słodkim uśmiechem zaoferował Lily drinka o wdzięcznej nazwie Shirley Temple. Ku zaskoczeniu Mii, Lily roześmiała się i przyjęła wysoką, smukłą szklankę, i pozwoliła Jamesowi usiąść obok siebie i Petera. Mia przeszukała pomieszczenie w poszukiwaniu Syriusza i uśmiechnęła się, kiedy zauważyła go, tańczącego z zapałem w tłumie ludzi. Jego długie, czarne włosy były mokre od potu, kiedy skakał w rytm muzyki i śpiewał razem z Ozzym.

Jestem tylko człowiekiem, jestem tym, kim jestem. Nikt nigdy nie zmieni tego, jak postępuję. Nie potrzebuję pieniędzy i nie potrzebuję kłamstw. Muszę tylko chwytać dzień!

(I'm just a man, and I am what I am. Nobody will ever change my ways. I don't need money, and I don't need no lies. I only need to live for today, "You won't change me", Black Sabbath)

Mia zachichotała pod nosem. Odpowiedni tekst.

Na plecach poczuła przyjemne wibrowanie i uświadomiła sobie, że Remus warknął. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, wiedząc doskonale, że to jego wewnętrzny wilk domaga się całkowitej uwagi. Odwróciła się na pięcie i spojrzała w jego oczy, które powoli z zielonych zaczęły się zmieniać w złote.

Rozumiesz mnie, kobieto. Dajesz mi czas. Ale nie potrzebuję twojej litości. A jednak przez cały czas się zastanawiam, jak to jest być kochanym. Zamiast się chować przez cały czas.

(You understand me, woman. You give me time. But I don't need no sympathy. Still, I wonder what it's like to be loved. Instead of hiding myself, "You won't change me", Black Sabbath)

- Miałabyś coś przeciwko temu, żebyśmy wyszli stąd wcześniej? – Remus pochylił się nad nią i skubnął zębami jej ucho.

- Nie, dlaczego? Coś się stało? – Zmartwienie pokazało się w jej oczach, kiedy uważnie się mu przyglądała, natychmiast zakładając, że natężenie hałasu i ilość zgromadzonych osób zaczęły mu przeszkadzać. – Nie możesz znieść hałasu?

- Nie mogę znieść widoku twojego tyłka w krótkiej, skórzanej spódniczce – wyjaśnił, patrząc na nią z pożądaniem.

Poczuła, że jej policzki zaczerwieniły się pod jego intensywnym spojrzeniem.

- Co w ciebie wstąpiło?

- Za tydzień pełnia księżyca. Wypiłem sporo whisky – wzruszył ramionami i wymieniał dalej powody. – Dziesiątki mężczyzn patrzą tylko na ciebie przez całą noc.

Rzucił mordercze spojrzenie kilku mężczyznom, którzy właśnie pożerali Mię wzrokiem.

- Mylisz się – prychnęła Mia, rozejrzała się i ze zdziwieniem zauważyła dwóch, którzy z zażenowaniem odwrócili spojrzenia, gdy Remus na nich warknął.

Po chwili skupił ponownie całą swoją uwagę na Mii.

- Nazywasz mnie kłamcą, wiedźmo?

- A nawet jeśli, to co? Chcesz pokazać innym, że do ciebie należę? – Uśmiechnęła się z rozbawieniem i uważnie obserwowała, jak jego wzrok przenosi się na jej usta. Przygryzła wargę w oczekiwaniu na jego ruch. Remus z kolei oddychał głęboko, próbując się uspokoić.

Nagle złapał ją mocno za rękę i przycisnął do swojego twardego ciała. Pochylił się nad nią i przytulił głowę do jej karku.

- Jeśli nie wyjdziesz ze mną z tego klubu w przeciągu kolejnych kilku minut, wezmę cię przy tej ścianie, przy której stoimy. Chciałabyś tego, kochanie? – Poczuł, jak zadrżała. – Może mógłbym się postarać i zrobić to szybko i dyskretnie, ale to, co chcę z tobą zrobić… Wątpię, że byłabyś cicho. Założę się, że krzyczałabyś głośniej niż gra zespół.

- Lily – Krzyknęła Mia, łapiąc dłoń Remusa i ciągnąc go w kierunku wyjścia. – My wychodzimy. Powiesz Jamiemu i Syriuszowi, że musiałam zabrać Remusa do domu? Rozbolała go głowa.

Lily wywróciła oczami, parskając śmiechem w swój trzeci drink.

- Właśnie widzę.

- Pospiesz się – Remus przycisnął się do pleców Mii.

Mia skinęła mu głową i ich role się odwróciły. Teraz Remus prowadził ją do wyjścia. Jednak w połowie ich drogi, coś innego przykuło jej uwagę. Zatrzymała się gwałtownie, chociaż Remus tego nie zauważył do momentu, kiedy stracił kontakt z jej dłonią.

- Czy to nie są…? – Jej oczy zamgliła furia, gdy rozpoznała dwie blondynki, zbliżające się do tańczącego Syriusza. – Te suki! Czy to nie Marlene McKinnon i Callista Hitchins tańczą obok Syriusza?

Remus prychnął, niezadowolony.

- Syriusz jest dużym chłopcem. Poradzi sobie.

- Wiem, ale…

- Chcesz zostać i chronić honoru Syriusza przed wszystkimi napalonymi Krukonkami? – Przerwał jej Remus, a w jego oczach zobaczył, że go zraniła.

Mia jeszcze raz spojrzała na Syriusza, który jeszcze nie dostrzegł dwóch czarownic, które zwykle się za nim uganiały. Zmarszczyła brwi, kiedy zalało ją poczucie winy i odwróciła się do swojego chłopaka.

- Nie. Chcę stąd wyjść razem z tobą.

- To dobrze – wyszczerzył zęby i jeszcze raz ujął jej dłoń, żeby wyprowadzić ich przez zakamuflowane drzwi na ciemne ulice Londynu.

Żadne z nich nie miało pomysłu, gdzie mogą pójść, ale kierowali się w okolice najbliższego punktu aportacyjnego. Odeszli może jedną przecznicę od zaczarowanej chińskiej restauracji, kiedy Remus nie wytrzymał i przygwoździł Mię do zimnej, kamiennej ściany w ciasnym, ciemnym zaułku. Gdyby nie była Gryfonką, może miałaby jakieś obawy względem jego zachowania. W końcu jej chłopak był wilkołakiem. Ale z drugiej strony była pewna, że gdyby przed nimi pojawił się w tym momencie Voldemort i kazał im przestać, Remus rozerwałby go na kawałki gołymi rękoma, nie pytając nawet o jego imię.

- Ta cholerna spódniczka – wymamrotał przy jej ustach, a ona jęknęła, gdy poczuła, że uniósł ją i jeszcze mocniej przycisnął do kamienia.

Podnosił skórzany materiał coraz wyżej jej ud, a ona w tym momencie złapała wystarczająco dużo równowagi, żeby owinąć nogi wokół jego pasa. Z jego piersi wydobył się głuchy warkot, kiedy jęknęła z przyjemności.

W tym momencie dla Mii istniał wyłącznie Remus i uczucie poddania się, jakie w niej narastało w jego obecności. Kiedy przerwał pocałunek i zaczął pieścić ustami jej kark, instynktownie odchyliła szyję, dając mu lepszy dostęp. Czuła gorące pocałunki na swoim gardle, na obojczyku, a następnie na barku, z którego odsunął materiał bluzki i ramiączko stanika.

Obserwowała go uważnie kącikiem oka, kiedy przykładał usta do jej skóry. Oddychając głęboko przez nos, Remus lekko przeciągnął zębami po jej nieskazitelnej skórze. Jego oczy miały odcień płynnego złota. Prawie lśniły.

Przypomniała sobie, jak wielokrotnie podczas uprawiania seksu Remus zatrzymywał się z zębami zawieszonymi nad skórą uda, miejscem oznaczenia przeznaczonej mu samicy. Zawsze, gdy się powstrzymywał przed ugryzieniem jej, czuła się zawiedziona, chociaż wiedziała, że nie będzie mogła zatrzymać go na zawsze. Przynajmniej nie w ten sposób. Nie była jego partnerką, ale to… Ale dotyk jego zębów na ramieniu sprawiał, że drżała w oczekiwaniu. Może nie była mu przeznaczona, ale należała do niego. Wszyscy należeli do niego. Byli watahą. Watahą z niezapieczętowaną więzią.

- Czy chcesz…? – Wyszeptała. Patrzyła w jego oczy z tęsknotą, prawie błagając. – Czy chcesz mnie oznaczyć?

Rozproszyła go, co pozwoliło mu spojrzeć w jej oczy i szybko odzyskać kontrolę nad Lunatykiem i nad sytuacją. Jego oczy straciły moc złotego odcienia. Potrząsnął przecząco głową i głośno przełknął ślinę.

Mia zmarszczyła brwi, doskonale zdając sobie sprawę, że niedługo Remus zacznie się zadręczać tym, że w ogóle przyszła mu do głowy myśl, żeby ją ugryźć, nieważne, że miał jej zgodę. Jednak zanim miał okazję o tym pomyśleć, poruszyła biodrami.

Nie potrafiąc się zmusić, żeby ją ugryźć w taki sposób, jak chciał tego wilk, Remus przyssał się ustami do jej szyi i zostawił na niej swój własny znak, który nie zranił jej skóry.

Jej plecy przez cały czas były przyciśnięte do twardej ściany. I chociaż miała na sobie bluzkę, wiedziała, że zostaną jej po tym spotkaniu zadrapania, które będzie musiała później uzdrowić… Albo je sobie zostawi, żeby przypominały jej o tym zdarzeniu. Nagle poczuła, że musi mu coś dać od siebie. Objęła ramionami kark Remusa, pozwoliła palcom wślizgnąć się pod kołnierzyk jego koszuli i zagłębiła paznokcie w jego skórze. Uśmiechnęła się, czując, że jego ciało stężało, a z jego gardła znowu wyrwał się warkot.

Na Merlina, chciała scałować te dźwięki z jego ust.

Zrobiła to, a później tylko wyszeptała „Mocniej" i z dumą zauważyła, że jego oczy pociemniały z pożądania.

Jej dłonie wplątały się w jego włosy, bo musiała się czegoś przytrzymać. Nie mogła oddychać, bo zachłannymi wargami łapał każdy jej jęk i okrzyk rozkoszy. Popychał ją dalej i dalej, aż do granicy.

- Remusie… - wydyszała. Błagała go o litość, błagała, żeby nigdy nie przestawał i żeby wzniósł ich na sam szczyt w tej samej chwili. Była pewna, że orgazm ją zabije.

Pocałował ją, tłumiąc jej krzyki, kiedy w końcu szczytowała.

Wiele minut później, kiedy odetchnęła prosto w jego mokry kark, udało jej się odnaleźć głos.

- Czy… Jesteś w stanie się Aportować?

Zachichotał.

- Kochanie, nie jestem nawet pewien, czy będę mógł chodzić.