Od tłumaczki: Zaczynają się coraz mroczniejsze rozdziały. Siódmy rok w Hogwarcie będzie dla naszych bohaterów chwilowym odetchnięciem, ale zanim wrócą do szkoły przed nimi całe wakacje. Kilka trudnych rozdziałów. Miłego czytania, w takim razie.
ROZDZIAŁ 66 – CHORA
25 czerwca 1977
Słońce zdążyło schować się za horyzontem i w sadzie Potterów zapadł zmierzch. Był późny, ciepły czerwiec, ale świeża, letnia bryza sprawiła, że Mia chętnie przytuliła się do Remusa w poszukiwaniu ciepła. Uśmiechnęła się, kiedy oplótł ramieniem jej sylwetkę i przycisnął do swojego ciała. Wpatrywali się leniwie w czerwienie, róże i pomarańcze, jakimi malowało się niebo. Po raz pierwszy od dawna mieli trochę czasu dla siebie, mogli pobyć tylko we dwójkę, chociaż Mia była pewna, że Tilly jest gdzieś niedaleko. Nie licząc skrzatki, Mia i Remus byli sami. James i Syriusz zabrali motocykl na testową przejażdżkę. Dorea nadal przebywała w klinice świętego Munga, gdzie przekonywała radę nadzorczą szpitala do zorganizowania czegoś, czego jeszcze im nie zdradziła. Charlus z kolei udał się do Dziurawego Kotła na spotkanie z kilkoma przyjaciółmi. Mia była pewna, że jej ojcu chodziło o „sekretne spotkanie z Dumbledorem".
- Co planujesz robić po skończeniu Hogwartu? – Zapytał Remus, przesuwając swoją dłoń po jej gołym ramieniu.
- Podobno mieliśmy nie rozmawiać o przyszłości? – Odpowiedziała Mia, patrząc z uwagą, jak policzki Remusa czerwienieją. – Nie jestem pewna. Rozważam możliwość pracy w Ministerstwie. Nic wielkiego, na początek, ale jeśli uda mi się wspiąć po szczebelkach kariery, może nawet doprowadzę do jakichś istotnych zmian.
Mówiła szczerze, odnosząc się też do swojej oryginalnej linii czasowej. Wtedy również o tym myślała, pomimo ciągłych próśb Harry'ego i Rona, żeby dołączyła do nich na szkoleniu dla Aurorów.
- Mogę sobie ciebie wyobrazić jako pracownika Ministerstwa. Który Departament byś wybrała?
Mia powoli usiadła i nieco się od niego odsunęła.
- Powiem ci, jeśli mi obiecasz, że nie będziesz na mnie zły.
- No, nie – jęknął, rozumiejąc dokładnie, co miała na myśli. Wyprostował plecy i przeczesał palcami włosy, patrząc na nią z mieszaniną frustracji i zrozumienia. – Nie zrozum mnie źle, Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami wymaga kilku poważnych reform, ale zapominasz, że mój tata pracował tam przez wiele lat. Ten Departament jest przesiąknięty korupcją.
Z tego, co wiedziała Mia, to właśnie praca w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami zdegenerowała Lyalla Lupina. Gdyby Ministerstwo było trochę bardziej wyczulone na punkcie swoich obywateli, czarodzieje zostaliby porządnie wyedukowani, jeśli chodzi o wilkołaki i z nazwy Departamentu zniknęłaby „kontrola", która budziła w ludziach największy strach.
- Całe Ministerstwo jest skorumpowane – powiedziała, myśląc o przyszłych Ministrach, Korneliuszu Knocie i Rufusie Scrimgeourze. – Trzeba je całkowicie przebudować. Ale ja muszę gdzieś zacząć, a gdzie lepiej niż tam?
- Gdziekolwiek indziej.
Wywróciła oczami i klepnęła go w ramię.
- Jesteś przewrażliwiony na tym punkcie. Uważam, że wiele bym mogła wnieść do tego Departamentu. Jestem przecież ekspertem, jeśli chodzi o temat podlegający ich jurysdykcji.
- Naprawdę? – Uniósł brew. – Ciekawe, jaki to temat?
W tym momencie Mia zdecydowała, w jaki sposób najlepiej odwrócić jego uwagę od trudnych, mrocznych tematów. Przysunęła się bliżej i powiodła palcami najpierw po jego klatce piersiowej, potem na krótko zatrzymała je na jego karku, a następnie obwiodła jego usta.
Remus zachichotał i złapał delikatnie jej palec między swoje zęby.
- Jak owinąć sobie wilkołaka wokół małego palca.
Jego chichot przeszedł w zmysłowy śmiech, kiedy puścił jej palec, a zamiast tego złapał całą jej dłoń i pocałował jej nadgarstek.
- Logicznie patrząc, ja powinienem być ekspertem w dziedzinie owijania sobie pięknych czarownik wokół pasa – szepnął uwodzicielskim głosem, przypominając jej o poprzedniej nocy, kiedy wziął ją mocno i brutalnie w ciemnej, londyńskiej alejce i wzniósł na niewyobrażalne szczyty.
- Jesteś okrutny – pocałowała go i odsunęła się. – Naprawdę nie sądzisz, że zdziałałabym tam dużo dobrego? Obaliłabym przestarzałe prawa dotyczące wilkołaków, skrzatów domowych i centaurów.
- O co chodzi z tymi centaurami? – Od tylnych drzwi rezydencji dotarł do nich głos Charlusa Pottera.
Słysząc go, Remus zrzucił Mię ze swoich kolan, prosto na ziemię.
Mia wybuchła radosnym śmiechem i zwróciła niewinne oczy w kierunku ojca. Sądząc po wyrazie jego twarzy, Charlus doskonale wiedział, które z nastolatków zainicjowało kontakt fizyczny.
Remus odkaszlnął.
- Mia chce pracować w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami.
- To byłaby idealna pozycja dla ciebie, słoneczko. Cieszę się, że chociaż jedno z moich dzieci ma plany na przyszłość.
Z tego, co wszyscy wiedzieli, poza bardzo ogólnikowymi stwierdzeniami, że planuje zostać Aurorem, Syriusz w przyszłości chciał wypić morze whisky. Zaś jedynym marzeniem Jamesa było poślubienie Lily. A patrząc z perspektywy osoby, która nie znała przyszłości, tylko jeden z chłopców był w miarę blisko swojego celu, biorąc pod uwagę fakt, że gdzieś zniknął cały zapas whisky Charlusa.
- Myślałem jednak, że wybierzesz karierę Uzdrowiciela. Pani Pomfrey wielokrotnie wspominała, że chętnie przyjęłaby cię na staż, gdy tylko skończysz szkołę.
- Naprawdę? – Mia otworzyła szeroko oczy. Przypomniała sobie pierwszy poranek w Skrzydle Szpitalnym, po transformacji Remusa. Mieli wtedy po jedenaście lat. Pani Pomfrey zapytała ją wtedy, czy w poprzedniej linii czasowej nie była właśnie Uzdrowicielką, sugerując jednocześnie taki wybór kariery byłby dla niej najlepszy. – Muszę o tym pomyśleć.
Zauważyła, że jej ojciec niespokojnie bawi się zapięciem swojej peleryny.
- Wybierasz się gdzieś?
- Tak – westchnął i z jego twarzy zniknął radosny humor. – Twoja matka właśnie się do mnie odezwała ze szpitala.
Remus uniósł brwi.
- Wszystko w porządku?
- Nie jestem pewien. Dorea organizuje charytatywną zbiórkę wraz z kilkoma ważnymi dla szpitala osobami. Okazuje się, że w mugolskim świecie wybuchła jakaś epidemia – słysząc to, Mia i Remus wstali, bowiem oboje mieli przyjaciół wśród Mugoli i osób urodzonych w mugolskich rodzinach. – Jakiś rodzaj grypy, który przywędrował aż z Rosji. Wielu Mugoli i charłaków wylądowało w klinice. Musieli przenieść pacjentów z oddziału Janusa Thickey'a na inne piętra, żeby zrobić miejsce dla napływających chorych. Twoja matka chce zebrać pieniądze na otwarcie nowego oddziału, przeznaczonego wyłącznie dla Mugoli, gdzie będzie można leczyć ich choroby.
- To cudowny pomysł – Mia rozpromieniła się, ale po chwili uświadomiła sobie, że w roku 1998 w klinice świętego Munga nie było takiego oddziału, wobec czego pomysł musiał upaść. Postanowiła, że wróci do tej idei, gdy tylko uda się jej powrócić do swojej oryginalnej linii czasowej. – Wyobraźcie sobie, jak wielu ludziom można by pomóc.
- Potrzebna jest jednak zgoda rady nadzorczej. Niestety, należą do niej tacy ludzie jak Abraxas Malfoy albo jej własny siostrzeniec, Cygnus.
- Dlatego wybierasz się do szpitala? Będziesz wsparciem dla mamy?
Charlus roześmiał się, gdy pomyślał, jak zareagowałaby Dorea, kiedy pojawiłby się w szpitalu jako jej wsparcie.
- Kochanie, twoja matka nie potrzebuje wsparcia mężczyzny. Nie, ja jestem potrzebny w szpitalu, bo twój brat i Syriusz mieli wypadek.
Mia zbladła i mocno złapała Remusa za rękę.
- Twoja mama mówi, że chłopcom nic się nie stało – zapewnił ją Charlus, widząc zmartwienie w jej oczach. – James nabił sobie guza na głowie, czyli nie stało mu się nic gorszego niż gdyby grał w Quidditcha.
- To wszystko wina tej śmiertelnej pułapki Syriusza, prawda? – Syknęła Mia. – Wszystko przez ten głupi motocykl. Możemy iść z tobą?
- Nie sądzę, żeby szpital świętego Munga był najlepszym miejscem, żeby się na nich wyżyć – ostrożnie zasugerował Remus.
- Oszalałeś? To najlepsze miejsce, żeby wbić im do głów trochę rozsądku – zaprotestowała, przypominając sobie, jak Dorea wparowała kiedyś do szpitala i zostawiła wszystkich Uzdrowicieli we łzach, kiedy zażądała, żeby ją wpuścić do pokoju Syriusza po tym, jak go zaatakowano. Mia wtedy zrozumiała, że ściany szpitala bardzo dobrze niosą każde słowo, a skoro miała nakrzyczeć na chłopców, lepiej, żeby miało to sens.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Cała trójka weszła do szpitala świętego Munga przez kominek, usytuowany na parterze. Mia czekała z Remusem, gdy Charlus podszedł do recepcji i cicho rozmawiał z siedzącą przy biurku czarownicą, żeby nie przyciągać zbędnej uwagi. Chwilę później prowadził ich długim korytarzem do drzwi pilnowanych przez dwóch Aurorów. W jednym z nich Mia rozpoznała Kingsley'a Shacklebolta, drugim natomiast był starszy, zgryźliwy człowiek w szatach innego koloru. Mia rozumiała zgryzotę na jego twarzy. Przeczytała w końcu więcej książek o Aurorach niż Harry i Ron razem wzięci i doskonale orientowała się, co o Aurorze mówił kolor jego ubioru. Granatowe szaty Kingsley'a sugerowały wyraźnie, że pomimo młodego wieku przewyższał rangą kolegę.
- Czemu przed ich pokojem czekają Aurorzy? – Szepnął do Charlusa Remus, kiedy zbliżyli się do drzwi.
- Dorea nic mi o tym nie wspominała – jęknął w odpowiedzi Charlus, ale jednocześnie wyciągnął dłoń w uprzejmym powitaniu. – W środku są moi synowie. Czy coś się stało?
- Właściwie tak, Lordzie Potter – przyznał Kingsley. – Ponieważ obaj są już pełnoletni, pozwoliliśmy sobie ich przesłuchać, ale jako że cały czas są uczniami Hogwartu i przebywają pod pańską opieką, będziemy musieli porozmawiać również z panem.
Charlus westchnął.
- Zgoda. Czy ta dwójka może do nich wejść?
- Jak najbardziej – Kingsley skinął głową w kierunku Remusa i Mii.
Mia posłała Aurorowi słodki uśmiech i przeszła przez otwarte drzwi. Pozwoliła następnie, żeby zamknęły się z trzaskiem za Remusem, zanim zwróciła się do Syriusza z morderczym spojrzeniem.
- Co to ma znaczyć?!
- Dobry wieczór, kotku – uśmiechnął się do niej Syriusz, siedzący na stołku obok łóżka przytomnego Jamesa. I chociaż żaden z nich nie wyglądał na rannego, James miał wyraz twarzy, jaki Mia nauczyła się już rozpoznawać. Mugole mówili na to „wstrząśnienie mózgu". Mia nazywała to „tłuczkiem w łeb".
- Nie mów do mnie „kotku", Syriuszu Black! - Oparła dłonie na biodrach i spojrzała na niego zawiedzionym wzrokiem. – Dlaczego mój brat leży w szpitalnym łóżku?
- Bo krzesło było zajęte?
Zanim miała okazję wrzasnąć na Syriusza, James zachichotał, ściągając na siebie jej uwagę.
- Wszystko w porządku, Mia. Mam małego guza na głowie.
- A Aurorzy? – Zapytał Remus z uniesionymi brwiami.
- Na pewno też u nich wszystko w porządku.
- Jamie! – Warknęła Mia.
Syriusz westchnął z irytacją.
- To nieporozumienie. Mieliśmy drobny wypadek, kiedy para… - Zawahał się, kiedy usłyszał, jak James ostrzegawczo odkaszlnął. Potrząsnął głową. – No, co? Myślisz, że się nie dowie od rodziców? Para Śmierciożerców goniła nas po całym Londynie.
- Co? Dlaczego? – Remus szeroko otworzył oczy, natomiast Mia tylko krzyknęła cicho, wślizgnęła się do łóżka swojego brata i objęła go opiekuńczo ramieniem.
- A czy ja wyglądam na kogoś, kto wie, co siedzi w głowach cholernych Śmierciożerców? – Odwarknął Syriusz, mrużąc niebezpiecznie oczy. – To było pytanie retoryczne, więc nawet się nie waż na nie odpowiadać, Lunatyku. Wydaje mi się, że mnie rozpoznali i bardzo chcieli sprawić swojemu ukochanemu Czarnemu Panu prezent wielkości Łapy. Uciekliśmy im, ale po drodze rozbiłem motocykl i aresztowała nas mugolska policja. Potem pojawili się Aurorzy i przejęli sprawę. A dzięki spuchniętej głowie Rogacza zostaliśmy odstawieni tutaj, a nie do Ministerstwa.
- Oskarżają was o coś? – Zapytała Mia, uważnie przyglądając się Jamesowi, szukając innych obrażeń i zadrapań.
- Nic nie wiemy – James zacisnął wargi. Mrugnął kilka razy z bólu, kiedy Mia odnalazła bolesne miejsce na jego głowie. – Nie byli zbyt szczęśliwi, kiedy usłyszeli naszą historię. Łatwiej byłoby im udawać, że mają na głowie dwóch kłamliwych nastolatków niż przyznać, że Śmierciożercy zrobili się tak aroganccy, że ścigają na miotłach dwóch Gryfonów w samym środku dużego miasta.
Mia przymknęła oczy i zmusiła się do spokojnego oddychania. Czuła, że powoli traci nad sobą kontrolę. Dwie wojny, w których uczestniczyła, wcale się tak mocno od siebie nie różniły. Śmierciożercy atakowali swoje cele otwarcie, Ministerstwo odwracało wzrok i winiło dziecko – Pottera – za wywoływanie zamieszek. Oskarżało Pottera o kłamstwo.
Remus wykrzywił twarz.
- Uważają, że zmyśliliście wszystko i ukrywacie przed nimi coś gorszego.
- Coś, czego nie rozumiem – odpowiedział Syriusz. – Uważam, że zwykle wyglądam na uczciwego obywatela.
- Szkoda tylko, że ten uczciwy obywatel znajduje się w kłopotach częściej, niż chciałabym o tym wiedzieć – powiedziała Dorea, wchodząc przez otwarte drzwi. Pomimo poważnego spojrzenia, jakim obdarzyła swoich synów, na jej ustach błąkał się uśmiech. Pochyliła się nad Remusem, żeby pocałować go w policzek, a następnie powtórzyła tę czynność z Mią.
Z westchnięciem obróciła się do Jamesa i Syriusza.
- Ojciec rozmawiał z Aurorami i wyjaśnił im, skąd wzięło się zainteresowanie takiego rodzaju ludzi waszymi osobami – jej oczy pociemniały z gniewu. – Aurorzy właśnie w tej chwili kontaktują się z profesorem Dumbledorem w sprawie państwa Carrow. Wydaje mi się, że wspominali także o Alphardzie, więc podejrzewam, że mogą chcieć porozmawiać z tobą, Syriuszu, o Walburdze i reszcie twojej rodziny.
- Fantastycznie – jęknął w odpowiedzi Syriusz, odchylając głowę.
- Jak twoja głowa, kochanie? – Dorea przeczesała włosy syna czułym ruchem, jednocześnie szukając śladów opuchlizny.
James uśmiechnął się, wtulając głowę w dłoń matki jak dziecko.
- Lepiej.
- Wszystko wyjaśnione – powiedział Charlus, wchodząc do pokoju. – Jak tylko Uzdrowiciele pozwolą Jamesowi na powrót do domu, wracamy do rezydencji.
- Ty weźmiesz dzieci… - Zaczęła Dorea, ale przerwał jej oburzony Syriusz.
- Dzieci?!
- Weźmiesz… Młodych – poprawiła się Dorea, rzucając Blackowi rozbawione spojrzenie. – Do domu. Ja dołączę do was późnym wieczorem. Malfoy robi mi pod górkę. Mówi, że skoro charłaki i Mugole są tacy ważni, to możemy na nasz koszt wysłać ich do ich własnych szpitali. Co za kretyn…
Syriusz wyszczerzył zęby i spojrzał na Doreę z uwielbieniem.
- Szykuje się bitwa węży. Uważaj na jego jad, mamo.
- Kochanie – zaśmiała się. – On jest zwykłym wężem ogrodowym, który myśli, że jest kobrą. Z kolei ja jestem żmiją i moje ukąszenia mogą dać objawy po wielu tygodniach.
Dorea mówiła słodkim głosem, z uśmiechem na twarzy, ale w jej oczach można było dostrzec twardość i chłód.
- Jesteś przerażająca, mamo – podsumowała Mia.
- Jestem tego świadoma. Idźcie już, moi kochani. Zajmijcie się twoim bratem – powiedziała, całując Mię w czubek głowy. – James, masz zakaz wsiadania na ten motocykl przynajmniej przez tydzień. Syriuszu, a ty nigdzie się nim nie ruszaj, dopóki nie zostanie naprawiony. I nigdzie nie wychodź w pojedynkę.
Pocałowała obu chłopców, po czym zwróciła się do Remusa, który stał w kącie pokoju. Westchnęła i jej uśmiech nieco przybladł.
- Remusie, kochanie, chciałabym z tobą porozmawiać. Znajdziesz dla mnie chwilę, gdy wrócę do domu, prawda?
- Czy zrobiłem coś…? – Zaczął ze zmartwieniem w głosie.
- Oczywiście, że nie, mój drogi – zaprotestowała Dorea i ujęła twarz Remusa w swoje smukłe dłonie. Musnęła jego policzek wargami. – Mam coś dla ciebie.
- Rozumiem.
- Co powiedzieli Aurorzy? – Zapytał stanowczo James, gdy tylko zamknęły się drzwi za Doreą.
- Mia, Remusie, przyniesiecie nam wszystkim coś do picia? – Poprosił Charlus, drapiąc się nerwowo po karku. Miał mocno zaciśnięte szczęki.
Mia znała to spojrzenie. Dorea, kiedy chciała kogoś zganić, była słodko uprzejma i uderzała tam, gdzie boli najbardziej. Charlus jednak nie chciał być od niej gorszy i zdecydował się również poważnie porozmawiać z chłopcami o odpowiedzialności. Pomimo tego, że byli pełnoletni, musieli coś na ten temat usłyszeć.
- Mają kłopoty? – Zapytała zaciekawiona Mia.
- Tak.
- I nie pozwolisz mi posłuchać, jak na nich krzyczysz? To niesprawiedliwe.
- Idźcie już – Charlus wypchnął córkę z pokoju chłopców z rozbawionym spojrzeniem.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
- Jak myślisz, co twoja mama chce mi dać?
Remus wcisnął dłonie do kieszeni szaty, którą kupił z drugiej ręki. Dorea i Charlus kupili dla niego kilka kompletów ładnych, nowych szat, ale Remus zdecydował się zostawić je do szkoły. Nie chciał, żeby ktokolwiek na Ulicy Pokątnej lub w magicznym Londynie doszedł do wniosku, że przebywa z Potterami wyłącznie dla ich pieniędzy.
- Podejrzewam, że może chodzić o pierścionek z opalem, który kiedyś należał do babci Black. Żebyś mógł mi się porządnie oświadczyć – odpowiedziała lekko Mia, nie spodziewając się reakcji Remusa. Chłopak stanął sztywno w miejscu, jego oczy rozszerzyły się w panice i Mia musiała się na ten widok głośno roześmiać. – Remusie, ja tylko żartowałam.
- Nie o to… - Przełknął ślinę. – Ja tylko… My jesteśmy… Po prostu… Ja…
- Nie potrafisz złożyć logicznego zdania?
Zaśmiał się nerwowo i w końcu odetchnął.
- Jesteś okrutna, wiedźmo.
- Uważam, że jestem raczej zabawna. Nie przejmuj się tym, Remusie. Nie oczekuję, że mi się oświadczysz. Nie ma potrzeby, żebyś klękał przede mną na kolanie. Co innego, gdybyś chciał klęknąć na obu… Remusie?
Jego uwaga zdążyła się przenieść na mężczyznę stojącego za plecami Mii, rozmawiającego z Uzdrowicielem.
- Tata?
Mężczyzna się odwrócił i Remus zbladł na widok swojego ojca. Lyall Lupin zwykle wyglądał na niedożywionego, źle ubranego człowieka, ale w tym momencie wydał im się po prostu chory. Jego brązowe włosy, poprzetykane miejscami siwizną, zwisały w strąkach dłuższych niż zwykle i opadały niedbale na twarz. Na twarzy miał zarost, który nie sprawiał wrażenia dobrze utrzymanego.
Przez ułamek sekundy Remus był pewien, że Greyback wyśledził w jakiś sposób jego rodziców i zainfekował Lyalla. Żeby być stuprocentowo pewnym, chłopak głęboko nabrał powietrza w płuca, po czym z obrzydzeniem odetchnął. W zapachu ojca wyczuł nie lykantropię, ale odór whisky.
Lyall zbliżył się do nich, patrząc na syna podejrzliwie.
- Co ty tu robisz? W ogóle nie powinno tu ciebie być.
- Brat Mii miał wypadek – wyjaśnił sztywno Remus.
- Dobry wieczór, panie Lupin. Jak się pan dzisiaj czuje? – Zapytała uprzejmie Mia, wchodząc między dwóch mężczyzn, jakby mogła posłużyć im jako bufor łagodzący ich rozmowę lub ściana oddzielająca ich od siebie. Remus domyślał się, że chodziło jej o obie te funkcje.
Stało się też tak, że jej spokojny ruch poruszył coś w duszy Remusa. Chłopak poczuł jej miłość i troskę, i z tego powodu zrozumiał, że powinien ją chronić przed Lyallem. Lyallem… Swoim własnym ojcem. Remus zaczął się zastanawiać, kiedy o swoim ojcu zaczął myśleć, nazywając go tylko imieniem, podobnie, jak czynił to Syriusz z Walburgą. I podczas gdy Lyall nie był tak wyrodnym rodzicem, jak Walburga Black, przepaść między nim i jego synem była ogromna. Nagle zaczął żałować, że nie ma z nimi ojca Mii.
Lyall spojrzał z zainteresowaniem na Mię, a po jego twarzy przemknęły różne emocje, żeby w końcu pozostał na niej zawód.
- Widzę, że cały czas to ciągniecie – zmarszczył brwi, patrząc na złączone dłonie Remusa i Mii. – Moja droga, bardzo się cieszę z tego powodu, że nie zdążył cię…
- Zabić? – Dokończył gorzko Remus. – Zainfekować? Okaleczyć?
Wymuszona uprzejmość Lyalla została zastąpiona chłodem.
- Tak, o to mi chodzi.
- Co ty w ogóle tu robisz?
Mężczyzna nie odważył się spojrzeć w oczy syna, wobec czego gapił się w punkt między nim i Mią.
- Twoja matka jest chora.
- Mama? – Remus zbladł. – Co się jej stało? Na co zachorowała?
Mia mocniej zacisnęła dłoń na ręce Remusa, zaś drugą pogładziła uspokajająco jego ramię.
- Czyżby złapała tę groźną grypę, która atakuje Mugoli? Mój ojciec właśnie nam o tym powiedział. Bardzo mi przykro.
- To nie twoja wina, moja droga – stwierdził Lyall, wreszcie decydując się spojrzeć w oczy Remusa.
- Słucham? Uważasz… Uważasz, że to moja wina? – Zapytał z niedowierzaniem Remus. Rozumiał, kiedy Lyall winił jego lykantropię za ich problemy rodzinne, ale winić jego, osobiście, za to, że matka złapała grypę?
- Zawsze była bardzo chorowitą osobą, a stres… Stres nie pomagał jej w nabieraniu sił. Przez to, że ciągle się przenosiliśmy, bardzo osłabła.
Remus czuł, jak z każdym uderzeniem jego serca gniew pulsuje pod jego skórą. Czuł, jak za każdym uderzeniem serca, Mia zacieśnia uścisk wokół jego ramienia. Nie myślał logicznie, więc nawet jej nie uprzedził, że w razie, gdyby stracił nad sobą kontrolę, ona nie byłaby w stanie go powstrzymać. Zamiast tego cały swój gniew skoncentrował na ojcu.
- I to miałaby być moja wina?
Cuchnąc alkoholem i wstydem, Lyall prychnął i otarł usta rękawem szaty.
- Gdybyś nie dał się ugryźć…
- Miałem cztery lata! – Wrzasnął Remus, przyciągając uwagę przechodzących Uzdrowicieli.
- Remusie… - Szepnęła Mia.
- Byłem twoim synem i to twoim obowiązkiem było chronić mnie! Tak właśnie zachowując się prawdziwi ojcowie! Jeżeli już kogoś obwiniamy, powinniśmy winić ciebie, bo to ty działałeś na nerwy społeczeństwu wilkołaków!
Lyall zmrużył oczy.
- Stajesz w ich obronie, tak? Bronisz tych potworów, które… Które zabiły mi syna?
- Przecież nie umarłem! Stoję przed tobą! I nie waż się oskarżać mnie o obronę tego potwora – przypomniał sobie widok krwawiącego Greybacka, pokonanego w Zakazanym Lesie. W głębi duszy wiedział, że bardzo się od siebie różnili. W dodatku teraz Remus miał własną watahę, dla której był alfą.
- Potwora, takiego… - Zaczął Lyall, ale nagle zaniknął mu głos.
Mia opuściła różdżkę, niepostrzeżenie rzuciwszy zaklęcie uciszające. Zwróciła się do Remusa.
- Kochanie, musisz się uspokoić.
Remus chciał się jej wyrwać, ale wtedy Mia celowo zmieniła kolor oczu z czekoladowego na bursztynowy. Lunatyk zareagował na tę zmianę natychmiast i Remus poczuł, jak jego ciało się napina. Nadal chciał się rzucić na swojego ojca, ale w tej chwili z wściekłością zaczęła konkurować potrzeba dominacji nad Mią i jego pożądanie do niej.
Skorzystał z tego jakże intensywnego odwrócenia uwagi i spróbował poskromić wilka. Zakotwiczył się w rzeczywistości, skupiając się na zapachu i dotyku Mii. Oddychał spokojniej, kiedy Mia w końcu odwróciła wzrok i spojrzała ostro na Lyalla.
- Panie Lupin, zdejmę teraz z pana zaklęcie uciszające. Proszę jednak przyjąć do wiadomości, że tylko moja miłość do pańskiego syna i szacunek do pańskiej żony powstrzymał mnie przed wysłaniem pana w kawałkach do szpitalnej kostnicy – powiedziała stanowczo, doskonale naśladując mimikę twarzy Dorei. – Finite.
- Chcę zobaczyć moją mamę – powiedział Remus, zanim jego ojciec miał okazję cokolwiek wtrącić.
Lyall tylko prychnął.
- Oczywiście, że się nie zgadzam. Prawda jest taka, że zamierzam…
- Nie możesz mi wiecznie tego zabraniać. Zaczekam aż zemdlejesz. Czuję, że znowu piłeś.
- Nie popisuj się tym czułym wilczym węchem, chłopcze.
Remus zmrużył oczy. Jakaś jego część wiedziała, że przez Lyalla przemawiają stres i alkohol, że był taki czas w jego życiu, kiedy ojciec go bezwarunkowo kochał. Było to jednak bardzo dawno temu i od tamtego czasu Lyall Lupin pozwolił, żeby decydowały za niego jego uprzedzenia. A jednak Remus nie próbował się usprawiedliwiać swoją lykantropią. Nie pozwoli też swojemu ojcu używać alkoholizmu jako wymówki.
- Mugol zauważyłby, że jesteś pijany.
- Zamierzam teraz zająć się swoją żoną – Lyall odwrócił się od nich i odszedł kilka kroków w głąb korytarza. Po chwili spojrzał przez ramię na Remusa. – Jeśli masz choć odrobinę instynktu samozachowawczego, będziesz się trzymał od niej z daleka. Nadal jest bardzo słaba i nie pozwolę ci wytrącić jej z równowagi. Jeśli zobaczę cię w pobliżu jej pokoju, wezwę Aurorów. Nie sądzę, że spodoba im się informacja, że w budynku szpitalu znajduje się wilkołak.
- Chodźmy już, kochanie – Mia pociągnęła Remusa w innym kierunku.
Chłopak nie był w stanie skoncentrować się na żadnej logicznej myśli. Jego własny ojciec właśnie zagroził, że wezwie Aurorów? Czy to było to? Czy miał skończyć w Azkabanie? A może uśpią go, jak każde zdziczałe zwierzę?
- Moja mama… Mia, a co jeśli…?
- Chodźmy, Remusie – objęła go mocno w pasie i przyciągnęła do siebie. – Znajdziemy moją mamę. Jest na miejscu. Jeśli ktokolwiek sprawi, że Uzdrowiciele się przed kimś ugną, jest to właśnie ona. Dzięki niej na pewno zobaczysz swoją mamę.
Remus podążył za swoją dziewczyną i w pewnym momencie spostrzegł dużą, okrągłą komnatę, w której Dorea Potter, stojąca obok wysokiego, bladego mężczyzny, rozmawiała z grupą czarodziejów i czarownic odzianych w drogie, eleganckie szaty.
Mia, trzymając go za rękę, zbliżała się właśnie do tej komnaty. Mijali właśnie jeden ze szpitalnych korytarzy, gdy uwagę Remusa przykuł widok dwóch Aurorów, którzy wcześniej stali przed pokojem Jamesa. Kłócili się właśnie przyciszonymi głosami. Jednocześnie, na peryferiach jego wzroku, pojawiły się postaci odziane w czerń i po jego kręgosłupie przebiegł zimny dreszcz.
Puściwszy jego dłoń, Mia rzuciła się do przodu, zasłaniając własnym ciałem jednego z Aurorów.
- Protego Totalum!
Pojawiło się czterech zamaskowanych Śmierciożerców. Unieśli różdżki i posłali przed siebie klątwy, z których większa część odbiła się od potężnej tarczy wzniesionej przez Mię. Dzięki niej z życiem uszli nie tylko Aurorzy i Remus, ale także rada nadzorcza szpitala z jej matką na czele, którzy znajdowali się za plecami dziewczyny. Remus sięgnął po własną różdżkę, mając nadzieję, że we dwójkę ochronią ludzi przed klątwami, pozwalając Aurorom zaatakować.
Remus jednak nie był wystarczająco szybki, gdyż siła wszystkich zaklęć, które uderzyły w tarczę, odrzuciła Mię do tyłu. Wykrzyczał jej imię i przypadł do leżącej nieruchomo dziewczyny, podczas gdy Aurorzy ruszyli do przodu. Mia krwawiła z rozciętej głowy i Remus wciągnął z sykiem powietrze, gdy poczuł zapach jej krwi. Bez namysłu rzucił pierwsze zaklęcie uleczające, które przyszło mu do głowy.
Powieki Mii opadły i dziewczyna straciła przytomność dokładnie w tym samym momencie, gdy budynkiem szpitala wstrząsnęła eksplozja.
