Od tłumaczki: Zapomniałam wczoraj zabrać pendrive'a z tłumaczeniem, żeby je wrzucić. Idą Święta, mam pełno roboty, ale na szczęście mam przetłumaczone kilka rozdziałów naprzód, więc w grudniu będą się pojawiały regularnie, raz w tygodniu. Szkoda, że właśnie na grudzień przypadły takie trudne, ciężkie rozdziały. Smutne wieści przed naszymi bohaterami. Miłego czytania.

ROZDZIAŁ 67 – DOBRZE WYSZKOLONA JEDNOSTKA

25 czerwca 1977

- Mia? Mia?

Mia otworzyła oczy i zamglonym wzrokiem spojrzała na swojego chłopaka, który stał nad nią w obronnej pozycji, a złoty kolor jego oczu pokazał jej, jak bardzo był zmartwiony. Skrzywiła się, czując pulsowanie z tyłu głowy i zaczęła się zastanawiać, ilu Uzdrowicieli Remus do niej nie dopuścił, kiedy była nieprzytomna.

- Co…? Co się stało? – Zapytała ochrypłym głosem i ponownie się skrzywiła, kiedy spróbowała usiąść.

- Dość mocno uderzyłaś się w głowę. Byłaś nieprzytomna przez jakieś dwadzieścia minut – wyjaśnił, wzdychając ciężko. – Martwiłem się, że nie odzyskasz przytomności.

Zwróciła uwagę, że jego oczy ponownie miały zielony kolor. Jedno zmartwienie mniej.

- Śmiercio… Śmierciożercy.

Remus skinął głową, a po jego twarzy przemknął cień, kiedy pomagał jej się podnieść.

Po chwili Mia usłyszała kroki, a następnie w polu jej widzenia pojawiła się para bardzo dobrych, chociaż nieco już zdartych butów ze smoczej skóry.

- Panno Potter? – Kingsley uśmiechnął się, patrząc na nią. Gdy zauważył, że nie miała siły, żeby unieść głowę w jego kierunku, klęknął przy niej na jednym kolanie. – Jak się pani czuje?

- Kingsley? – Wymamrotała Mia.

Auror zamrugał oczami ze zdumienia.

- Zna mnie pani?

- Był pan… - Zaczęła, przypominając sobie lot z przyszłym Ministrem Magii na testralu. Pamiętała, jak unikali klątw, otoczeni w powietrzu przez Śmierciożerców. Oczywiście, nie mogła mu o tym powiedzieć, nawet gdyby chciała. – Był pan prefektem.

- Minęło już kilka lat, od kiedy uczęszczałem do Hogwartu. Nie wiedziałem, że wywarłem na młodszych rocznikach takie niezatarte wrażenie – zachichotał, a dla Mii był to bardzo znajomy dźwięk. – Teraz jestem Aurorem. Chciałem pani osobiście podziękować.

- Podziękować?

- Byłem odwrócony plecami do wejścia, gdy pojawili się Śmierciożercy. Pani tarcza ocaliła mnie przed bardzo silnym Reduktorem wycelowanym w mój kark. Mam u pani dług życia.

- To tak, jak wszyscy – Mia próbowała nie wywrócić oczami, słysząc słowa Kingsley'a, bo na pewno wzmogłoby to jej ból głowy. Spróbowała wstać, opierając ciężar swojego ciała na Remusie. Powoli zaczynała ją ogarniać panika. – Co się stało? Śmierciożercy dostali się do szpitala? Moja rodzina!

- Twój tata, Syriusz i James są po drugiej stronie zaklęć ochronnych – powiedział spokojnym tonem Remus. Skinął głową w kierunku trzech Aurorów, którzy machali różdżkami na różne strony. W pobliżu nich trzymała się grupka zamyślonych Uzdrowicieli, zawzięcie ze sobą dyskutujących na jakiś ważny temat.

- Zaklęć ochronnych?

- To piętro zostało odizolowane. A przynajmniej ten oddział – Kingsley machnął dłonią, pokazując ich otoczenie.

- Abraxas Malfoy nie żyje – wymamrotał Remus.

Mia w nagłym przebłysku przypomniała sobie arogancką postawę Dracona, stojącego za swoim stołem laboratoryjnym na pierwszych zajęciach profesora Slughorna.

- Panie profesorze, myślę, że znał pan mojego dziadka. Nazywał się Abraxas Malfoy.

- Tak. Było mi przykro słyszeć, że zmarł. Chociaż z drugiej strony, był już w takim wieku, że nie mógł walczyć ze smoczą ospą.

- Smocza ospa – szepnęła do siebie Mia.

- Co? – Remus kilkukrotnie zamrugał oczami. – Skąd wiedziałaś?

Cholera. Wygląda na to, że przypadkiem mogę zdradzić jakiś sekret dotyczący przyszłości. Tylko nie za bardzo wiem, jak mi to może pomóc.

- Wydaje mi się, że… Na przemian traciłam przytomność i ją odzyskiwałam – skłamała. Słysząc to, w postawie Remusa pojawiło się jakieś przerażające napięcie, które działało na jej nerwy. – Usłyszałam kilka rzeczy.

- Ma pani rację – powiedział po chwili Kingsley. – Proszę odpoczywać. Poproszę, żeby Uzdrowiciel spojrzał na pani głowę.

Uśmiechnął się do niej i dołączył do Aurorów, którzy otaczali oddział kwarantanną.

- W kieszeni szaty Malfoy'a znaleźli rozbite fiolki – wyjaśniał cicho Remus, prowadząc słabą Mię w kierunku najbliższych krzeseł. – Mówią, że Malfoy miał zaplanowane spotkanie z działem badawczym. Niektórzy myślą, że chciał sfinansować poszukiwania lekarstwa, inni uważają, że chciał stworzyć nową broń dla Sama-Wiesz-Kogo.

- W tych fiolkach był wirus smoczej ospy, prawda?

Remus skinął głową.

- Nie przenosi się drogą kropelkową, ale każdy, kto dotknął Malfoy'a po zarażeniu…

- Muszę wstać. Muszę wracać do domu – Mia próbowała wstać, ale Remus ją powstrzymał.

- Mia… - Wziął głęboki oddech, zanim był w stanie wydusić z siebie kolejne słowa. – Twoja mama stała tuż obok Malfoy'a, kiedy upadł.

Żołądek Mii zmienił się w bryłę lodu.

- Co?

- Jest chora – Remus zmarszczył brwi, spod których patrzyły na nią wypełnione smutkiem oczy. – Uzdrowiciele przydzielili jej i kilku innym osobom łóżka na końcu korytarza.

Bez zbędnych słów Mia poderwała się z krzesła i pobiegła w kierunku izolatek, ignorując ból atakujący jej głowę. Zaglądała do każdego pomieszczenia, aż w końcu znalazła swoją matkę. Dorea Potter była nieprzytomna i wyglądała gorzej, niż kiedykolwiek. Jej skóra zaczęła już nabierać błyszczącego, zielonkawego odcienia, a na jej karku pojawiła się purpurowa wysypka.

- Mamo?

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

Mijały godziny, podczas których Uzdrowiciele i Aurorzy ostrożnie przechadzali się po odciętym od świata oddziale, mieszczącym się na parterze zachodniego skrzydła kliniki. Kiedy kwarantanna dobiegła końca i zaklęcia ochronne zostały zdjęte, osoby przebywające w szpitalu poruszały się po nim jeszcze ostrożniej, pomimo zapewnień Uzdrowicieli, że chorzy na smoczą ospę już nie zarażają.

Dorea spała. Nawet w momencie, gdy Charlus, James i Syriusz dostali pozwolenie, żeby ją odwiedzić, nie odzyskała przytomności.

Dopiero, gdy Aurorzy zebrali zeznania od wszystkich świadków, klinika świętego Munga została ponownie otwarta dla odwiedzających. Jako jedni z pierwszych do środka wbiegli Peter i Lily, żądając podania miejsca przebywania rodziny Potterów.

- Mia!

Mia załkała, kiedy zobaczyła przyjaciółkę i podbiegła do niej. Lily zamknęła Mię w objęciach.

- Tak się cieszę, że jesteś cała! – Wyrzuciła z siebie Lily, ściskając przyjaciółkę. – Gdy zobaczyłam, że nad szpitalem unosi się Mroczny Znak, próbowałam skontaktować się z wami wszystkimi, ale dotarłam tylko do Petera. Co się stało?

- Nad szpitalem unosi się Mroczny Znak? – Mia uniosła brew i odsunęła się od Lily. Zauważyła, że Peter przemknął obok niej, żeby przywitać się z pozostałymi Huncwotami, ściśniętymi w małą grupkę przy drzwiach pokoju, w którym leżała Dorea.

- Byłam niedaleko. Petunia dzisiaj wyszła za mąż. Oczywiście, chciałam zniknąć z kościoła najszybciej, jak się da – Lily uśmiechnęła się sztucznie, ale Mia szczerze zachichotała, słysząc te słowa. Dobrze było się zaśmiać po takich przejściach. – Rozmawiałam przed kaplicą z moją mamą, kiedy znak pojawił się na niebie. Aportowałam się do Alice, która mieszka najbliżej i od niej próbowałam wzywać was wszystkich przez kominek. Co się stało?

- Śmierciożercy zaatakowali szpital – wyjaśniła Mia. – My znaleźliśmy się tu przypadkiem, bo James i Syriusz mieli drobny wypadek na motocyklu.

Mia zauważyła, że słysząc jej słowa, Lily westchnęła cicho i spojrzała ponad jej ramieniem, oceniając stan Jamesa i Syriusza. Odetchnęła po chwili z ulgą, widząc ich w dobrej kondycji.

- Mama była… Mama miała akurat spotkanie z radą nadzorczą szpitala. Ojciec Malfoy'a miał przy sobie fiolki z wirusem smoczej grypy. Zbiły mu się w kieszeni i wszyscy wokoło zostali zarażeni.

- Mój Boże! Twoja rodzina? – Szepnęła przerażona Lily.

Mia skinęła głową.

- Mama.

- Czy jest coś…?

- Nie, nic.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

Późno w nocy pokój Dorei Potter był zatłoczonym miejscem. Uzdrowiciele musieli pracować w obecności całej rodziny, omijając osoby dotrzymujące kobiecie towarzystwa, bo już poznali gniew jej dzieci, kiedy próbowali ich wygonić z pokoju wbrew ich woli.

Charlus siedział przy żonie, trzymając w dłoniach jej bezwładną, bladozieloną rękę. Po drugiej stronie szpitalnego łóżka, na małej sofie transmutowanej przez Mię, leżała ona sama, zwinięta w objęciach brata. Zaproponowała, że wydłuży sofę tak, aby zmieścili się na niej wszyscy, ale żaden z Huncwotów nie chciał się zbliżać do pogrążonego w rozpaczy rodzeństwa.

Peter siedział przy drzwiach, najdalej jak mógł od chorej Dorei, jednocześnie nie wychodząc za próg. Po raz pierwszy Mia nie była na niego wściekła za takie unikanie przyjaciół, domyślając się, że przypominał sobie czas, kiedy jego własna matka leżała w szpitalu po ataku Śmierciożerców.

Syriusz siedział w kącie pokoju z kolanami podciągniętymi pod brodę. Jego twarz miała chłodny, niedostępny wyraz, który Mia identyfikowała z poczuciem winy. Chciała go pocieszyć, zapewnić go, że to nie była jego wina, ale nie miała siły. Jeszcze nie.

Remus jako jedyny stał na zewnątrz pokoju, chociaż jego wzrok utkwiony był w postaci Dorei. Co jakiś czas dzielił swoją uwagę między jej pokój a korytarz, którym wcześniej tego wieczoru odszedł jego ojciec.

James i Mia martwili się o jedyną matkę, jaką mieli. Syriusz martwił się o matkę, którą sam sobie wybrał. Peter rozpamiętywał wydarzenia, które miały miejsce w jego życiu i były tak podobne do tego, co właśnie przeżywali jego przyjaciele. Ale to właśnie Remus miał najwięcej powodów do zmartwień, bo chora była zarówno ta matka, która przygarnęła go, gdy nikt inny się o niego nie troszczył, jak i ta matka, która dała mu życie. Zgodnie z jego wiedzą, obie kobiety na razie żyły.

Ze swojego miejsca na sofie, Mia uważnie obserwowała swojego chłopaka.

I mimo, że nie widziała twarzy, rozpoznała szczupłą dłoń, która zaoferowała Remusowi kubek z parującą zawartością. Usłyszała głos Lily i się odprężyła.

- Przyniosłam ci gorącą czekoladę.

Remus spojrzał w górę i uśmiechnął się do przyjaciółki, przyjmując od niej gorące naczynie.

- Dziękuję, Lily.

Dziewczyna przyciągnęła krzesło, usiadła obok niego i ujęła jego rękę w swoje dłonie, oferując mu również pocieszenie. Mia wiedziała, że Lily jest jedną z niewielu czarownic, które nie wywołują w Remusie zakłopotania.

- Mia powiedziała mi o twojej mamie. I twoim ojcu. Czy coś już wiadomo?

- Nie. Zapytałem o nią w momencie, kiedy zdjęli zaklęcia ochronne – westchnął, sfrustrowany i napił się czekolady. – Eksplozja nastąpiła prawdopodobnie kilka pięter nad jej oddziałem. Podałem jej nazwisko i na razie nie ma jej na liście… Liście zabitych.

- Przykro mi powodu twojego ojca – Lily potrząsnęła głową.

Rozwścieczyła się, kiedy Mia dokładnie jej wyjaśniła, co się stało wcześniej tego wieczoru.

Mia doskonale zdawała sobie sprawę, że Lily również jest przedmiotem uprzedzeń wielu czarodziejów. Z tego powodu czuła się silnie związana z Remusem na długo przedtem, zanim ogłosiła Huncwotom, że zna jego sekret. Widziała na własne oczy, że chłopak różnił się od swoich rówieśników, że wielu nauczycieli patrzyło na niego z mieszanką litości i oczekiwania. Jakby zastanawiali się, kiedy skrzywdzi siebie… Albo kogoś innego. Lily raz nawet przyznała Mii, że czuje się częściowo winna temu, że Snape obrał sobie za cel Huncwotów i dotarł do prawdy o Remusie. Biorąc po uwagę fakt, że Huncwoci bardzo źle traktowali jej przyjaciela z dzieciństwa, nie powinna była zaprzyjaźniać się z żadnym z nich, a jednak ona i Remus ufali sobie na długo przed tym, jak otrzymali odznaki prefektów. Snape najpierw był podejrzliwy względem Lupina, a następnie o niego zazdrosny, bo Lily sama kiedyś przyznała, że na krótko się zadurzyła w swoim uwielbiającym książki przyjacielu. W końcu ona i Snape znali się tak długo, że Lily nawet nie pomyślała, jaki ogień roznieciła, przyznając się do tego. Dyskusja, jaka nastąpiła później była pierwszą, kiedy Snape skierował swój gniew przeciwko Lily i opuścił ją w furii.

Lily poprosiła, żeby Mia zachowała tę wiedzę dla siebie, bo czuła się winna temu, że z jej powodu Snape zaczął prześladować Huncwotów.

- Wiesz, że to nie twoja wina, prawda?

- Co? To, że moja mama jest chora, czy to, że mój ojciec pije na umór i nazywa mnie potworem?

- Jedno i drugie – odpowiedziała stanowczo Lily. – I nie jesteś żadnym potworem.

- Wiem – Remus potarł dłońmi twarz. – Kiedyś nie byłem tego pewien, ale teraz jestem.

Nawet mimo tego, że chłopak był częściowo ukryty w cieniu korytarza, Mia widziała, że miał zaczerwienione oczy. Niesamowicie pobladł i z tego powodu od jego twarzy odcinały się dwie blizny, jedna starsza, srebrzysta, druga nowsza, zaróżowiona, rozciągająca napiętą skórę. Mia przeklęła w myślach, bo nie potwierdziła z nim, czy wziął swoją dawkę Wywaru Tojadowego. Szczerze w to wątpiła, bo zwykle wypijał swoją czarkę eliksiru tuż przed kolacją, a tego wieczoru jej nie jedli.

- Najważniejsze, że sam to wiesz. Jestem pewna, że gdy wszystko się uspokoi, Uzdrowiciele pozwolą ci zobaczyć…

- Tata? – Remus wstał gwałtownie z krzesła, przerywając Lily z pół słowa. Zniknął tym samym z oczu Mii.

- Zaraz wracam – szepnęła Mia do swojego ojca i rzuciła się w kierunku drzwi. Z niepokojem obserwowała, jak Remus, którego pleców pilnowała ostrożna Lily, zbliża się do Lyalla Lupina, rozmawiającego z Aurorem i Uzdrowicielem. Mężczyzna trzymał w dłoniach dużą torbę.

Oczy Lyalla też były załzawione i zaczerwienione. Mia pomyślała, że jego spojrzenie w dziwny sposób przypomina wzrok Charlusa, chociaż brakowało w nim jednego składnika: nadziei.

- Tato! – Krzyknął ponownie Remus, przyciągając w końcu uwagę ojca. Jego puste spojrzenie nagle się zmieniło i powiało z niego goryczą i gniewem. – Co się stało? Gdzie jest mama? Gdzie się wybierasz?

Chłopak próbował postąpić jeszcze jeden krok w kierunku swojego ojca, ale zatrzymał go ten sam uprzedzony Auror, z którym wcześniej mieli do czynienia.

Lily w mgnieniu oka znalazła się u boku Remusa i złapała go za rękę.

Gest dziewczyny nie umknął spojrzeniu Lyalla, który skrzywił się z obrzydzeniem, patrząc na ich splecione dłonie. Odwrócił się do Aurora.

- Ten chłopak jest wilkołakiem – obwieścił głośno, wskazując głową Remusa. – Proszę trzymać go z daleka od ciała… Od ciała mojej żony.

- Co?! – Ryknął Remus.

- Mia! Peter! Syriuszu! – Zawołała przyjaciół spanikowana Lily. – Potter!

Mia była już przy Remusie i Lily, kiedy chłopcy w pośpiechu wytoczyli się z pokoju Dorei. Będąc już na korytarzu, natychmiast zauważyli stan, w jakim znajdował się ich przyjaciel i ruszyli ku niemu.

- Nie żyje? Moja mama nie żyje? – Chłopak zawył boleśnie. Spróbował ruszyć za ojcem, który dotarł już do najbliższego kominka, ale drogę zablokowała mu Lily, próbująca nie dopuścić, żeby jej przyjaciel zrobił coś, czego później będzie żałował.

James i Syriusz chwycili Remusa pod ramiona, odciągając go od Lily, zanim przypadkiem zrobił jej krzywdę. Huncwoci i Mia przez wiele lat radzili sobie z Lunatykiem i doskonale wiedzieli, że Lily nie miała szans poradzić sobie z czymś tej mocy. James i Syriusz mieli problemy, żeby go utrzymać, a wtedy przed chłopakiem stanęła Mia. Ujęła jego twarz w dłonie, zmieniła kolor oczu na bursztynowy i miała nadzieję, że Lunatyk ją rozpozna.

- Remusie! Remusie, kochanie – mówiła miękko, zdając sobie sprawę, że zaczynają ich otaczać Aurorzy. – Spójrz na mnie.

- Odsunąć się! – Krzyknął ostro James, celując różdżką w Aurorów. – On nic złego nie zrobił.

Po drugiej stronie Remusa Syriusz zrobił dokładnie to samo, co James. Peter z kolei stanął za plecami przyjaciela, upewniając się, że nikt nie zrani go tam, gdzie był odsłonięty. Lily stanęła przed Mią, rzucając mordercze spojrzenia każdemu, kto okazał zniesmaczenie na widok ich pogrążonego w żałobie przyjaciela.

- Spokojnie – powoli zbliżył się do nich Kingsley. Dłonie miał uniesione, różdżką celował w sufit, pokazując, że ma pokojowe zamiary. – My tylko wykonujemy naszą pracę i upewniamy się, że nikomu nic się nie stanie. Rozumiem, że to bardzo delikatny moment, ale czy naprawdę chcecie grozić grupie Aurorów?

Słysząc pytanie Kingsley'a James i Syriusz unieśli brwi i mocniej chwycili różdżki, jakby mężczyzna ich w pewien sposób wyzwał. Żadne z Huncwotów nie opuściło broni.

- Dlaczego stoisz, jak kołek, Shacklebolt? Ogłusz to coś! – Wrzasnął partner Kingsley'a, wskazując Remusa.

- To coś?! – Odkrzyknęła oburzona Lily. – Masz tupet, prawda?

Wycelowała różdżkę dokładnie między oczy Aurora, w którego spojrzeniu pojawiło się zdziwienie, że dziewczyna odważyła się na coś takiego.

- Nie interesuje mnie to, że jesteś Aurorem. Mój przyjaciel właśnie się dowiedział, że zmarła jego matka i jeżeli odważysz się podnieść przeciwko niemu różdżkę zanim my będziemy mieli szansę go pocieszyć, wyrwę ci oczy i cię nimi nakarmię!

- Czy to była groźba? – Mężczyzna postąpił krok do przodu i mocno zacisnął palce na drewnie. Obrzucił ją wzrokiem i prychnął, zauważając jej strój. – Posłuchaj, ty mała szl…

Mężczyźnie przerwała jedenastocalowa, mahoniowa różdżką wciśnięta mocno w podgardle. Jego wzrok nagle zrównał się ze spojrzeniem pełnych wściekłości orzechowych oczu, otoczonych burzą czarnych włosów.

- Stary, naprawdę nie chcesz celować w czarownicę – powiedział James niskim, niebezpiecznym głosem.

I to był ten moment, kiedy Aurorzy stwierdzili, że zawodzący wilkołak w środku grupy wcale nie jest w tym momencie najniebezpieczniejszy.

- Ona cię przeklnie za to, że na nią patrzysz – zapewnił go James po chwili. – Ale to będzie nic w porównaniu z tym, co ja ci zrobię, jeśli dokończysz tamto zdanie.

- Wszyscy mają się natychmiast uspokoić! – Warknął rozkazującym tonem Kingsley, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją. Złapał swojego partnera za ramię i odciągnął do tyłu. – Potter, opanuj Lupina.

- Gdybyś miał nieco lepszy wzrok, zauważyłbyś, że on jest w miarę opanowany – odwarknął identycznym tonem Syriusz. – Powiedz swoim kumplom, żeby opuścili różdżki. Jakbyś jeszcze do tego nie doszedł, my nie mamy nic do stracenia, za to wszyscy mamy krótki bezpiecznik, jeśli ktoś grozi naszej rodzinie.

- Ale to jest wilkołak! – Wrzasnął wściekły partner Kingsley'a. – Takie coś nie powinno w ogóle mieć wstępu do szpitala!

- Mia, zabierz Remusa do wolnego pokoju i zabezpiecz drzwi zaklęciami ochronnymi, jak ostatnio – nakazał James.

Mia skinęła głową i ponownie spojrzała w oczy Remusa.

- Spójrz mi w oczy, kochanie – kontynuowała przemawianie do niego w łagodny, ciepły sposób. Sięgnęła dłońmi po jego zaciśnięte ręce. – Remusie? Lunatyku! Spójrz na mnie! Jestem obok ciebie. Wszyscy jesteśmy obok ciebie, kochanie. Chodź ze mną. Lunatyku, chodź ze mną.

Jak dobrze wyszkolona jednostka, Huncwoci i Lily uformowali barykadę między Aurorami i wycofującymi się przyjaciółmi. James, Lily i Peter trzymali różdżki wycelowane w Aurorów, natomiast Syriusz uważnie obserwował, jak Mia prowadzi Remusa do pustej sali. Kiedy nabrał pewności, że oboje byli już bezpieczni, obrócił się na pięcie i też wzniósł różdżkę przeciwko Aurorom. Oni jednak nagle stracili zainteresowanie nastolatkami i zaczęli się zwracać przeciwko sobie.

- Moody na pewno o tym usłyszy, kiedy wrócimy do Ministerstwa, Shacklebolt.

- Oczywiście, że o tym usłyszy. Ode mnie – warknął Kingsley. – Wszyscy mają natychmiast opuścić różdżki.

- Proszę pana? – Zapytał nerwowo jeden z Aurorów, podczas gdy uprzedzony partner Kingsley'a chodził tam i z powrotem pod czujnym okiem i ręką Lily. – Naprawdę ich pan puści wolno? Mamy tu wilkołaka w szpitalu pełnym niewinnych ludzi i grupkę dzieciaków, która groziła Aurorom.

Syriusz doskonale usłyszał oburzenie w głosie Kingsley'a, gdy ten odpowiadał swojemu podwładnemu.

- Czy my mamy jakieś królewskie przywileje, bo nosimy odznaki? Oni zrobili dokładnie to, co my sami byśmy zrobili dla kolegi pogrążonego w żałobie. My pierwsi wyciągnęliśmy różdżki, a oni bronili swojego przyjaciela.

- Ale przecież to wilkołak! – Krzyknął inny Auror.

Syriusz trzymał na celowniku właśnie tego człowieka. Czuł jak magia w jego duszy budzi się i wiruje, a następnie spływa do opuszków palców i lokuje się w trzymanej przez niego różdżce.

- Nie widziałem żadnego futra, a wy? – Zapytał Kingsley. – Nie? Może jednak mam wystarczająco dobry wzrok. I może właśnie dlatego Moody przekazał mi dowodzenie. Powiem wam więcej… Jeśli jeszcze raz dojdzie do podobnej sytuacji, macie mnie słuchać i nie podważać moich rozkazów!

Mężczyzna rzucił Lily i Huncwotom przepraszające spojrzenie. Gryfoni jednak opuścili swoje różdżki dopiero w momencie, gdy byli pewni, że Aurorzy się wycofują.

- Evans, co się stało? – Zapytał w końcu Syriusz. – Czy to prawda? O mamie Remusa?

Lily skinęła głową, ocierając łzy z policzka.

- Ojciec mu o tym powiedział. Powiedział też Aurorom, że Remus jest wilkołakiem i że nie wolno mu zobaczyć ciała matki.

- Dziękuję, Kingsley – James wyciągnął dłoń do Aurora, pokazując, że nie wini go za napiętą sytuację, do której doszło przed chwilą. Syriusz żałował, że on nie potrafi tak do tego podejść. – Przeprosiłbym za naszą reakcję, ale sam rozumiesz…

- Słyszałem, co powiedział jego ojciec – odpowiedział cicho Kingsley. – Wilkołak czy nie, nie potrafię sobie wyobrazić innej reakcji na te słowa. Żyjemy w trudnych czasach, ale muszę przyznać, że szybko sięgacie po różdżki. Po egzaminach, jeśli będziecie szukali pracy, znajdźcie mnie w Ministerstwie. Departament Przestrzegania Magicznego Prawa potrzebuje trochę nowej krwi.

Syriusz posłał mu gniewne spojrzenie.

- Masz na myśli, nieuprzedzonej krwi?

- Dokładnie to mam na myśli.

- Wiesz może, co stało się z matką naszego przyjaciela? – Zapytał Peter.

- Myślę, że on powinien się dowiedzieć – odparł gorzko Kingsley. – Podczas gdy my zostaliśmy zaatakowani przez jeden oddział Śmierciożerców na parterze, drugi oddział przedarł się między nami nieco wcześniej, nie nosząc masek. Kiedy my byliśmy zajęci tutaj, tamci Śmierciożercy wysadzili w powietrze cały oddział, na którym leżeli Mugole. Przeżyło dwóch, ale nie sądzimy, że dotrwają do końca tygodnia.

Syriusz wymienił zimne spojrzenia z przyjaciółmi. Najpierw Dorea padła ich ofiarą, a teraz również mama Remusa?

- Sprawdzę, co u nich.

Powoli zbliżył się do wejścia do pustego pokoju. Zauważył, że Mia rzuciła takie same zaklęcia ochronne jak wtedy, kiedy on był ranny, ale tym razem zostawiła drzwi otwarte. Ciało Remusa było sztywne, dłonie miał zaciśnięte w pięści i przylegające ciasno do boków. Mia opierała opuszki swoich palców na policzkach chłopaka, błagając wilka, żeby się cofnął.

- Wróć do mnie, kochanie – Syriusz usłyszał szept Mii.

Remus upadł, pociągając za sobą Mię. Ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się.