Od tłumaczki: Mam ostatnio bardzo zajęte weekendy, dlatego rozdziały pojawiają się na początku tygodnia. Po Nowym Roku powinniśmy wrócić do starego rozkładu (czyli soboty-niedziele).

A przed nami: Dorea Potter po raz ostatni. Mi też jest przykro, że tak się potoczyła historia, ale żyje ona własnym życiem i ja ją tylko tłumaczę. Miłego czytania.

ROZDZIAŁ 68 – OSTATNI WRÓG

26 czerwca 1977

Pierwsze promienie słońca wdarły się do pokoju, który Mia zabezpieczyła dla pogrążonego w żałobie Remusa. Chłopak przepłakał wiele godzin. Mii pozostało wyłącznie siedzenie w ciszy, trzymanie go w swoich ramionach, jak robiła to dawno temu, po bolesnych transformacjach. Teraz jednak nie wiedziała, jak go uleczyć. Nie wiedziała też, jak pomóc swojej rodzinie, kiedy jej matce pozostało kilka godzin życia.

Mia zastanawiała się, w jaki sposób profesor Dumbledore i Snape podchodzili do wymyślonego na chłodno planu, zgodnie z którym jeden z nich morduje drugiego. Inaczej reagowało się na nagłą śmierć, jak morderstwo Cedrika Digorry'ego albo utrata Syriusza za Zasłoną, ale Mia nie potrafiła się pogodzić z czekaniem, wiedząc, że nie można uniknąć tej śmierci. Nie była przyzwyczajona do bezsilności. Nie wiedziała, jak reagować.

- Remusie? – Przeczesała czule palcami jego włosy, pochyliła się nad nim, żeby musnąć ustami jego czoło, a po chwili oparła o nie policzek. Głowę miał złożoną na jej udach, a ramionami mocno oplatał jej talię.

- Ona naprawdę nie żyje? – Wykrztusił Remus zachrypniętym głosem. W odpowiedzi Mia mocniej go objęła.

- Mia?

Spojrzała w górę, zaskoczona i zobaczyła, że w drzwiach pokoju stanął jej ojciec. W jakiś sposób udało się mu rozmontować jej zaklęcia ochronne i właśnie to ją najbardziej zdziwiło. Z drugiej strony jednak, musiała przyznać, że była bardzo zdekoncentrowana.

- Dorea chce zobaczyć Remusa – powiedział Charlus, a w jego oczach błyszczały łzy porażki.

Mia była pewna, że jej ojciec chciał osunąć się na ziemię, zapłakać i pozwolić żałobie zawładnąć jego zmysłami, ale Potterowie tak nie postępowali. Dorea wyraźnie dała jej to do zrozumienia pierwszego poranka, który spędziła w Rezydencji, ponad sześć lat temu.

Nie smuć się teraz. Wiem, że masz za sobą ciężkie przeżycia, ale należymy do rodziny Potterów, a Potterowie idą dalej. Musisz przyjąć to, co ci się przydarzyło, wyciągnąć z tego lekcję i ruszać dalej.

- Chodźmy, synu – Charlus wyciągnął do niego rękę i podciągnął go do góry. Poklepał go pokrzepiająco po plecach.

- Moja matka nie żyje – wymamrotał cicho Remus.

Charlus zmarszczył brwi, ale nie zabrał dłoni z ramienia Remusa, prowadząc go do sali, w której leżała Dorea.

- Wiem, synu. Wiem.

- Co ja teraz zrobię?

Charlus wziął głęboki oddech i odwrócił chłopaka tak, żeby spojrzeć mu prosto w oczy.

- Pozwolisz nam się sobą zająć. A teraz wejdź do niej. Ja zaczekam przed drzwiami. Dorea się nudzi i musi z kimś porozmawiać. A wiesz, jak kobiety z naszej rodziny lubią rozczulać się nad mężczyznami.

Kiedy zamknęły się drzwi do pokoju Dorei, Mia odetchnęła i rozejrzała się wokoło.

- Gdzie są wszyscy?

Charlus odkaszlnął, zanim odpowiedział.

- Mia, rozmawialiśmy z Uzdrowicielem i… Nie wygląda to dobrze.

Dziewczyna opuściła głowę. Zrozumiała, co chciał jej przekazać.

- Jak długo?

- Powiedzieli… - Zaczął, ale znowu musiał przeczyścić gardło. – Powiedzieli, że nie przetrwa nocy.

Mia chciała się rozpłakać. Chciała wrzeszczeć, chciała coś przekląć… Może nawet podpalić cały ten budynek z trawiącej ją bezsilności, ale przecież należała do rodziny Potterów. Więcej, była córką Dorei Potter, a to, czego pragnęła było bezsensowne i krótkowzroczne. Bo mimo przynależności do Gryffindoru w obu liniach czasowych, Mia pogodziła się z myślą, że czasami było jej lepiej w zieleni, niż w czerwieni. Czasami preferowała srebro, a nie złoto. Musiała trzymać swoje emocje na wodzy, skoro niedługo zostanie rzucona w sam środek rozpaczających Gryfonów.

Uniosła głowę i odsunęła od siebie myśli o łzach. Musiała opanować sytuację. Ludzie na niej polegali. Jej rodzina jej potrzebowała. Jej wataha jej potrzebowała.

- Czy odczuwa ból?

- Nie.

- Gdzie się podziali Jamie i Syriusz?

Charlus westchnął, zmartwiony o wszystkie swoje dzieci.

- Syriusz nie przyjął wiadomości dobrze, co jest oczywistą reakcją. Nikt z nas nie zareagował dobrze. Wspomniał, że wybiera się na dach, żeby pooddychać świeżym powietrzem. Rozumiem, że chodziło mu o zapalenie papierosa? – Zaczekał, aż Mia skinie głową, po czym kontynuował. – Poprosiłem Lily, żeby na niego uważała. Peter z kolei zabrał twojego brata na dwór, żeby rzeczywiście pooddychać świeżym powietrzem.

- To dobrze. Dobrym pomysłem było rozdzielić ich. Peter sprawi, że James znajdzie się na chwilę w centrum uwagi. I bardzo się cieszę, że Syriusz nie jest sam – Mia naprawdę była bardzo wdzięczna swojemu ojcu za rozpoznanie potrzeb obu chłopców. – Tato, a jak ty się czujesz?

- Źle – przyznał szczerze. – Nie sądzę, że w najbliższym czasie poczuję się lepiej, ale nie mogę się przecież rozpaść na kawałki. Mam trójkę… Nie, czwórkę dzieci, którymi muszę się zająć. Teraz moim zadaniem jest się o was troszczyć.

Mia tylko westchnęła, słysząc jego słowa. O co chodziło z tymi mężczyznami Potterów, którzy z własnej woli brali na swoje barki ciężar całego świata? Zielone oczy, orzechowe oczy… Nie miało to żadnego znaczenia. Dopóki mieli na głowie tuman czarnych, wijących się dziko włosów, mieli też siłę, żeby samemu zająć się wszystkimi bliskimi im osobami.

- Nie musisz – poinformowała go. – Nie po raz pierwszy…

- Wiem, co chcesz powiedzieć – przerwał jej ze smutnym uśmiechem, który nie dosięgnął jego oczu. Oczy te, otoczone małymi kurzymi łapkami, które dodawały mu powagi, były wypełnione smutkiem i może odrobiną litości, bo Charlus wiedział, że to rzeczywiście nie będzie pierwsza strata bliskiego człowieka, z jaką boryka się Mia. Przyciągnął ją do siebie i zamknął w tak mocnym uścisku, że Mia prawie się poddała rozpaczy. – Jesteś moją silną córeczką. Ale jaka silna byś nie była, moim zadaniem jest opiekować się tobą. Pozwolisz mi na to, prawda?

Mia skinęła głową, ale przez myśl przemknęły jej inne słowa. Nasze zadanie.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

Gdy Remus wszedł do pokoju Dorei, natychmiast zwrócił uwagę na to, że kobieta, która wcześniej była nieprzytomna i miała blado-zielonkawy odcień skóry, była w dużo lepszym stanie, chociaż nie mniej zielona, niż wcześniej.

- Dzień dobry, Remusie – uśmiechnęła się do niego ze smutkiem i wyciągnęła dłoń. Remus chwycił ją, jakby była ostatnią liną ratunkową, wyciągniętą do tonącego chłopaka. – Bardzo mi przykro z powodu twojej matki. Chodź, usiądź obok mnie. Przed tobą ciężkie czasy. Właściwie, przed wami wszystkimi. Widzę po twoich oczach, że słyszałeś, jak Charlus mówił Mii, że nie przeżyję nocy.

Potrząsnął głową.

- Proszę, nie…

- Zajmiesz się nimi, prawda? – Przerwała mu, ignorując jego błagalny głos. – Moją dziewczynką? Moimi chłopcami? I sobą?

Szybko skinął głową.

- Tak, proszę pani.

- Mówię poważnie, Remusie Lupin – spojrzała na niego twardo. – Będę wściekła, jeśli pozwolisz, żeby coś ci się stało tylko dlatego, że zawładnie tobą żałoba.

Poklepała delikatnie grzbiet jego dłoni, którą trzymał jej drugą rękę.

- Nadchodzą mroczne czasy i nasz świat będzie potrzebował ludzi odważnych. Ludzi takich, jak ty. Twój ojciec był kiedyś dobrym człowiekiem. Pozwolił jednak, żeby to dobro zabiły mroczne cienie. Ty nie możesz się im poddać, jak on.

Remus zacisnął zęby.

- Nie pozwolił mi nawet jej zobaczyć.

- Spodziewałam się tego. Z tego powodu, kiedy go wczoraj zobaczyłam, wślizgnęłam się do pokoju twojej matki. Przeprowadziłyśmy z Hope uroczą rozmowę.

Remus spojrzał na Doreę szeroko otwartymi oczami.

- Widziała się pani z moją mamą?

- Dokładnie tak. Miałam nadzieję, że dzisiaj uda mi się wprowadzić ciebie do jej sali. Twój ojciec miał zaplanowane spotkanie, którego nie mógł przełożyć, więc by się o tym nie dowiedział. Była w bardzo złym stanie i prawdę mówiąc, sama nie wiedziałam, czy dotrwa, żeby cię zobaczyć – Dorea sięgnęła dłonią do swoich szat, które leżały na stoliku niedaleko jej łóżka. Widząc, co robi, Remus pomógł jej, żeby się nie przemęczała.

Dorea włożyła swoją zielonkawą dłoń do jednej z kieszeni i wyciągnęła mały kamień na złotym łańcuszku.

- Twoja matka prosiła, żeby ci to dać.

Remus spojrzał z uczuciem na ozdobę, którą Dorea złożyła w jego rękach.

- To jej naszyjnik. Mój ojciec dał go mamie na ich pierwszej randce.

- Ametyst – dopowiedziała Dorea ze słodkim uśmiechem. – Jest przepiękny. Hope powiedziała mi, w jaki sposób poznała twojego ojca. Znasz tę historię?

Remus skinął głową, z pewną dozą rozbawienia wspominając, jak matka mu ją kiedyś opowiedziała.

- Mieszkała niedaleko Cardiff. Kiedyś poszła na spacer do lasu i została zaatakowana przez jakiegoś mężczyznę. Później okazało się, że to był bogin.

Znał tę historię od kiedy był małym chłopcem. Był to jeden z powodów, dla których początkowo bardzo chciał zobaczyć bogina podczas zajęć z Obrony przed Czarną Magią, prowadzonych przez profesora Prewetta.

- Tata prowadził obserwacje…

Watah wilkołaków.

Odchrząknął nerwowo i po chwili kontynuował.

- Usłyszał jej krzyki i ją uratował. Zmienił bogina w grzyby.

- A potem zaprosił ją na kolację i dał jej ten naszyjnik – dokończyła Dorea. – Kiedyś w Hogwarcie nauczano o właściwościach i potencjale kamieni szlachetnych i kryształów. Teraz już się tego nie robi. Wiesz, do czego używany jest ametyst?

Remus tylko skinął głową i odpowiedział takim tonem, jakby cytował tekst z książki.

- Ametysty pomagają w medytacji. Są odpowiednim medium do osiągnięcia spokoju umysłu, zwiększają zdolności poznawcze i odpędzają strach – spłynęło na niego zrozumienie. – Prawdopodobnie dlatego dał jej właśnie ametyst. W razie, gdyby jego nie było w pobliżu, ametyst miał sprawić, że nie będzie się bała.

- Ametysty chronią również przed Czarną Magią.

Te kilka słów sprawiło, że Remus z wahaniem spojrzał na kryształ i zaczął się rozglądać za miejscem, gdzie mógłby go odłożyć, jakby się obawiał, że za chwilę zacznie palić mu skórę.

- Nawet o tym nie myśl – ostrzegła go Dorea. – Wilkołaki nie są mrocznymi stworzeniami. Nie praktykują Czarnej Magii. Twoja matka poprosiła mnie o przekazanie ci tego naszyjnika, bo wiedziała, że sama może nie mieć okazji. Chciała ci w ten sposób powiedzieć, że powinieneś znaleźć w sobie siłę, żeby walczyć ze swoim strachem, że powinieneś zrozumieć, kim naprawdę jesteś. A jesteś definicją dobroci i światła.

Dorea uśmiechnęła się i dotknęła z czułością jego policzka. Był to identyczny gest, jaki czyniła wobec niego matka, kiedy przezwyciężyła swój lęk przed wilkołakami.

- Była dobrą matką. I dobrą kobietą. Gdyby nie urodziła się Mugolką, byłaby wspaniałą czarownicą.

Remus uśmiechnął się z wdzięcznością na te słowa.

- A teraz bądź tak dobry i sprowadź do mnie pozostałych.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

Na dachu szpitala stał Syriusz i zastanawiał się, dlaczego słońce świeci tak jasno, podczas gdy w klinice panowała mroczna atmosfera. Pogoda powinna dopasować się do ich odczuć, powinno być szaro i mgliście, może nawet padać. Miał nadzieję, że spadnie deszcz, żeby zmyć ze świata cały jego brud.

Zaciągnął się dymem papierosowym, a następnie wypuścił dym nosem. Kiedy kilka lat temu spróbował tego sposobu po raz pierwszy, bolało jak jasna cholera, ale chciał wyglądać jak smok. I ten nawyk z nim pozostał.

Usłyszał, jak otwierają się drzwi za jego plecami. Zapach kwiatów nadal unosił się nad ubraniami Lily, mimo że wesele swojej siostry opuściła kilka godzin wcześniej. Żadne nie powiedziało ani słowa, kiedy Lily stanęła obok niego i zerknęła na dół, na zatłoczone londyńskie uliczki. Mijały minuty i ciszę przerwało dopiero sięgnięcie Syriusza po kolejnego papierosa.

- Będziesz tak tylko stał, czy może poczęstujesz dziewczynę fajką?

Uniósł brew i posłał jej podejrzliwe spojrzenie.

- Przecież ty nie palisz, Evans.

- Zamknij się, Black – wyrwała papierosa z jego palców i włożyła między swoje wargi. – Tworzymy więź.

- Naprawdę? Nie byłem tego świadomy – Syriusz wyciągnął z paczki drugiego papierosa, a samą paczkę schował do kieszeni swoich spodni. Niewerbalnie i bezróżdżkowo wyczarował mały płomyczek, który unosił się między nimi. Pochylił się nad nim, żeby zapalić papierosa i pozwolił Lily powtórzyć czynność. – Proszę bardzo.

Lily skinęła głową i z triumfalnym uśmiechem zaciągnęła się dymem. Natychmiast zaczęła kaszleć.

Syriusz zachichotał, widząc, jak Lily zmaga się z odzyskaniem oddechu. Ten widok zrekompensował mu utraconego papierosa.

W końcu odetchnęła z ulgą.

- Boże! Ty celowo palisz coś tak ohydnego?

- Po co w ogóle tu przyszłaś? – Zapytał nagle Syriusz z irytacją. Jego rozbawienie rozwiało się.

- Pan Potter poprosił mnie, żebym miała na ciebie oko – odpowiedziała Lily, patrząc na zapalonego papierosa w jej dłoni. Wyglądała tak, jakby zmagała się z samą sobą, zastanawiając się, czy ponownie się nim zaciągnąć. W końcu zdecydowała, że nie będzie się truć.

- Powinnaś poszukać Jamesa.

- Zostawiłam go z Peterem. Myślę, że ty mnie bardziej potrzebujesz.

- Dlaczego? – Odwrócił się do niej i spojrzał na nią z niedowierzaniem. To nie jej potrzebował. – Nawet nie jesteśmy przyjaciółmi. Przyjaźnisz się z Mią i Remusem, nienawidzisz Jamesa i z tego powodu nienawidzisz też mnie.

Syriusz nigdy nie został uderzony jej klątwą, bo zwykle wszystkie były zarezerwowane dla Jamesa, ale niejeden raz rzuciła mu mordercze spojrzenie. Przez wiele lat torturował Snape'a, zachowywał się wobec niego dużo gorzej niż James i ona nigdy tego nie przeoczyła.

- To nieprawda, że was nienawidzę – przyznała Lily, zraniona jego słowami. – Po prostu nie podoba mi się sposób, w jaki załatwiacie niektóre sprawy. Ale w tej chwili to nie ma znaczenia. To niesprawiedliwe, tracić swoich rodziców i jest mi przykro, kiedy mój znajomy znajduje się w takiej sytuacji. Również nie ma znaczenia, czy przyjaźnię się z tą osobą, czy nie.

- Powiedziałem ci, że czuję się dobrze – warknął Syriusz. – Idź, podręcz Jamesa swoją obecnością. To w końcu jego matka umiera.

- Ona jest też twoją matką. A ty już jedną straciłeś.

Syriusz zamknął oczy, walcząc ze wspomnieniami, które atakowały go, jakby znajdował się w Myślodsiewni.

Wracasz do nazywania mnie per pani Potter? Kochany chłopcze, to niepotrzebne. Mówiłam ci już wielokrotnie, że możesz mi mówić po imieniu albo nazywać mnie mamą, jeśli ci to nie przeszkadza. Zawsze byłam ciekawa, jaką minę zrobiłaby Walburga, gdyby usłyszała, że tak do mnie mówisz.

Od tamtego momentu nazywał ją mamą.

- Kurwa – jęknął Syriusz, czując kotłujące się w jego duszy emocje. W jego oczach wezbrały łzy, grożąc przelaniem się. – Evans, czy możemy… Możemy nie rozmawiać teraz o tym?

Błagał. Błagał ją i wzdrygnął się, kiedy poczuł jej rękę na swoim ramieniu.

Nie powinno być jej wolno dotykać go w taki sposób, jakby jej na nim zależało. Dotykać miękko i w taki dziwnie czuły sposób, jakiego Syriusz nigdy nie zaznał. Nie była Mią, nie należała do watahy i nigdy się z nią nie przespał. Jakie miała prawo, żeby się o niego troszczyć?

- Możesz czuć smutek, Syriuszu.

- Ale nie powinienem! – Wyrwał się spod jej dotyku, patrząc na nią gniewnie. – To sprawia, że czuję się słaby. Jeśli jestem smutny, oni wygrywają. Nie mam prawa odczuwać smutku. To moja wina!

Łzy spłynęły na jego policzki.

- To przeze mnie Potterowie cierpią! Śmierć podąża za mną, kurwa, wszędzie! To z mojego powodu grożono Mii – przypomniał sobie konfrontację Mii i Bellatrix na weselu Narcyzy. – Przeze mnie James prawie zginął. Przeze mnie ty zostałaś zaatakowana. Do diabła, jedynym powodem, dla którego byliśmy dzisiaj w tym szpitalu jest fakt, że zaatakowali nas Śmierciożercy, którzy chcieli mnie zabić!

Spodziewał się, że Lily odwróci się na pięcie i odejdzie, jak każda dziewczyna, na którą nawrzeszczał chłopak. Spodziewał się, że na niego nakrzyczy. Każda inna dziewczyna na jej miejscu by tak postąpiła.

Ale Lily Evans była inna od tamtych dziewcząt.

- Skończyłeś użalać się nad sobą? Może wtedy zrozumiesz, że Sam-Wiesz-Kto nie planuje wszystkich swoich posunięć wokół ciebie – spojrzała na niego twardo. Czułość, która jeszcze przed chwilą była w jej wzroku, wyparowała z niego. Nadal jednak wyczuwał jej troskę, co go nieco dziwiło. – Śmierciożercy atakują zdrajców krwi, Mugoli i czarodziejów urodzonych w mugolskich rodzinach. Ty i Potterowie jesteście zdrajcami krwi. Carrowowie zaatakowaliby Pottera nawet gdyby ciebie tam nie było. Ja urodziłam się w rodzinie Mugoli i do niedawna przyjaźniłam się ze Ślizgonem, który na pewno ma kumpli wśród Śmierciożerców. Bogowie… Severus któregoś dnia sam może się stać jednym z nich.

Syriusz zwrócił uwagę na jej spostrzeżenie, ale nie skomentował go. Postanowił zastanowić się nad nim później.

- Już wcześniej byłam na ich celowniku, ty durniu! – Postąpiła krok do przodu i uderzyła go w ramię. – Nie miałeś nic wspólnego z wypadkiem, który zdarzył się nad ranem. Ty tylko kupiłeś stary motocykl, co nie wiąże się w ogóle z faktem, że Śmierciożercy zaatakowali szpital. A kobieta, która leży w pokoju kilka pięter niżej jest twoją matką!

Wskazała palcem drzwi, przez które sama przeszła jakiś czas wcześniej.

- Musisz się opanować, bo za jakiś czas znienawidzisz sam siebie za to, że nie poszedłeś do niej, pożegnać się z nią!

- Ale ja nie chcę – przyznał. Jego ton jednak bardziej przypominał głos mężczyzny, który za chwilę ma się spotkać twarzą w twarz ze smokiem, a nie jęk dziecka, które nie chce posprzątać swojego pokoju.

- Nie pytam cię o to, czego chcesz – powiedziała stanowczo Lily. – Ale jeśli chcesz wiedzieć, co myślę… A powiem ci nawet, jeśli nie chcesz wiedzieć… Uważam, że życie dało ci porządnie w kość i coś w tobie złamało.

Syriusz zmarszczył brwi, słysząc jej słowa. Był zaskoczony, że miała odwagę powiedzieć mu to w twarz, ale zdecydował, że nie będzie się na razie zastanawiał, czy to prawda.

- Twoja pierwsza rodzina karała cię za to, że byłeś sobą. Twoja druga rodzina przychyliłaby ci nieba tylko dlatego, że istniejesz. Mia jako jedyna z nas wszystkich ma odwagę, żeby tobie rozkazywać, ale powiem ci szczerze, że Mia jest subiektywna, bo jeśli nie jest akurat związana z Remusem, gapi się tylko na twój tyłek – Lily zmrużyła oczy, kiedy odważył się uśmiechnąć.

- Wszyscy twoi przyjaciele podążają za tobą w kłopoty, co oznacza, że na mnie spada obowiązek trzymania was w szeregu. Ty i ja jesteśmy przyjaciółmi, Syriuszu Black – powstrzymała się od dodania „czy tego chcesz, czy nie", ale Syriusz i tak usłyszał te słowa w jej tonie. – Nie będę cię głaskała po głowie, jak robi to reszta świata. A zatem teraz mnie przytulisz, bo właśnie przeżyłam bardzo trudne dwadzieścia cztery godziny, z czego pierwszą połowę radziłam sobie z moim koszmarnym szwagrem, a drugą z wami.

Syriusz nie czekał ani sekundy. Jego długie ramiona oplotły ciasno drobną czarownicę i chłopak przyciągnął ją do siebie. Uśmiechnął się, widząc szok na jej twarzy i domyślił się, że musiała się spodziewać odepchnięcia. Załkała i Syriusz uświadomił sobie, jak dziwnie musiała wyglądać ta sytuacja. Ona została wysłana za nim, żeby pocieszyć jego, a stali teraz na dachu i to on trzymał płaczącą Lily w ramionach.

W jego piersi wezbrało dziwne, nieznane ciepło, kiedy odetchnął zapachem dziewczyny, którą obejmował. Zupełnie inne uczucie niż to, które opanowywało go, kiedy trzymał w objęciach Mię albo inną dziewczynę. Nie pragnął Lily, ale mimo wszystko jej uścisk był mu potrzebny. Uśmiechnął się, kiedy sobie uświadomił, że tak musiał się czuć James, kiedy obejmował Mię.

- Już dobrze – Lily odsunęła się od niego i otarła łzy. – Dobrze. Idź na dół. Musisz dzisiaj być ze swoją rodziną.

Syriusz złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.

- Idziesz ze mną.

- Nie. Powinieneś być z…

- Rodziną. Chcesz tego, czy nie, Evans… Lily – poprawił się z uśmiechem. – Jesteś jedną z nas od bardzo dawna.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

Mia uniosła wzrok, kiedy usłyszała Syriusza i Lily wchodzących do pokoju. Westchnęła i spojrzeniem próbowała ich uprzedzić, w co się właśnie wpakowali. Dorea, chora i umierająca, promieniowała energią i dyktowała swojej rodzinie ostatnią wolę.

Wszyscy poza wyczerpanym Charlusem wyglądali na zaszokowanych.

- Jeśli chodzi o kwiaty, to nie chcę róż ani goździków. Róże straciły ostatnio na znaczeniu, bo można je wszędzie dostać, a goździki są tandetne. Lubię hortensje i orchidee… Syriuszu, Lily, miło was widzieć – uśmiechnęła się, a po chwili rozpromieniła, jakby ją olśniło. – Lilie! Uwielbiam lilie. Chociaż wolę różowe japońskie lilie od tych, które James wytatuował na swojej klatce piersiowej.

James zaczerwienił się.

- Co? – Lily z kolei zbladła. Odwróciła się w stronę chłopaka i spojrzała na jego pierś. Wiedziała, że posiada tatuaż, ale nikt nigdy jej nie powiedział, co to było.

- Mamo… - James odkaszlnął i uniknąwszy spojrzenia Lily, wrócił do tematu, o którym mówił, zanim jego przyjaciele im przerwali. – Czy możemy przestać planować twój pogrzeb?

- A dlaczego nie możemy tego zrobić teraz?

- Bo powinnaś odpoczywać – odpowiedziała jej Mia.

- Odpocznę jutro.

Wszyscy spojrzeli na nią z niedowierzaniem, bo Dorea była świadoma tego, że może nie dożyć kolejnego dnia.

- Nie patrzcie tak na mnie. Nigdy nie byłam czarownicą, która siedzi i nic nie robi. Przecież nie pozwolę, żeby ktoś inny zaplanował coś, czym sama mogę się zająć. Mogę przecież sama zaplanować swój pogrzeb, prawda? – Pytanie Dorei było zdecydowanie retoryczne, bo po chwili sama na nie odpowiedziała. – Wykorzystam do granic możliwości czas, jaki mi pozostał. I prawdę mówiąc, jestem wdzięczna za ten czas, bo znając wasz smak, okazałoby się, że mój grobowiec pokryją stokrotki.

- A co jest nie tak ze stokrotkami, kochanie? – Zapytał ją Charlus, pozwalając jej na jej ostatnią zachciankę.

- Są proste! – Prychnęła, jakby samo istnienie stokrotek ją obrażało. Jakby sugerowało, że Dorea Potter, z domu Black, była prosta! – Niech wam będzie. Skoro nie chcecie pozwolić starej kobiecie na chwilę radosnego planowania, później zrobię dla was listę. W międzyczasie macie się opanować i wyglądać jak dzieci, które wychowałam. Mówię o was wszystkich, biorąc pod uwagę, jak często gościłam was w swoim domu. Chcę wam coś powiedzieć i mam nadzieję, że nikt nie będzie tak głupi, żeby mi przerwać.

Wszyscy obecni skinęli głowami.

- James.

James chwycił delikatnie dłoń Dorei. Traktował ją, jakby była zrobiona ze szkła i na pewno z tego powodu został przez chwilę potraktowany chłodnym spojrzeniem.

- Oczekuję, że udasz się z ojcem do banku Gringotta i rozpoczniesz proces obejmowania spadku – była Ślizgonką do szpiku kości. Pomyślała o wszystkim i teraz trzeba było wprowadzić te plany w życie. Mia uśmiechnęła się lekko. Ona i James wiedzieli, że matka ich kocha, więc nie musiała marnować ostatnich chwil życia na zapewnianie ich o tym. Oni po prostu wiedzieli.

- Gdy będziesz w banku, otworzysz osobne konta dla swojej siostry i Syriusza – spojrzała ostro na chłopaka, kiedy spróbował zaprotestować. – Nie przerywaj mi, młody człowieku. Wiem, że w twoim skarbcu znajduje się ogromna ilość złota, ale jesteś moim synem i nie przeszkodzisz mi w obdarowaniu siebie tym, co chcę ci dać.

Syriusz wytarł dłonią mokrą od łez twarz.

- Rozumiem, mamo.

- James, proszę cię, żebyś przyłożył się do egzaminów z tym roku. I postaraj się nie uprzykrzać życia tej ślicznej czarownicy – Dorea wskazała dłonią Lily, która zarumieniła się, słysząc te słowa. – Wiem, że to będzie wyzwanie. Ale uważam, że czas skończyć z dziecinadą.

- Tak, mamo – James skinął głową i wyglądał jakby nie chciał puścić jej dłoni, ale ona skinęła na Syriusza.

- Syriuszu, przestaniesz się winić za wszystko. Wina, która zagnieździła się w twoim sercu sprawia, że jesteś w ciągłym niebezpieczeństwie. Jesteś Gryfonem, rozemocjonowanym, czasami bezmyślnym Gryfonem. Ale jesteś też dziedzicem rodu Blacków i mam nadzieję, że któregoś dnia odzyskasz kontrolę nad tą rodziną i oczyścisz ją z wszystkiego zła. Nawet jeśli miałoby się to stać przez poślubienie dobrej kobiety, która przyjmie twoje nazwisko i za ciebie odbuduje ten ród – uścisnęła mocno jego rękę i uśmiechnęła się, kiedy Syriusz nachylił się nad nią, żeby ją przytulić.

- Zajmij się moimi dziećmi – szepnęła do niego, prawdopodobnie nieświadoma tego, że większość nastolatków zebranych w pokoju usłyszała jej słowa dzięki swojemu wyostrzonemu słuchowi. – Obiecaj mi.

- Będą bezpieczni – przyrzekł Syriusz. – Obiecuję.

Odskoczył od jej łóżka zanim zaczął znowu płakać.

Mia zauważyła, że wrócił na swoje miejsce obok Lily, oparł się o nią ramieniem i zastygł bez ruchu.

- Mia – Dorea wyciągnęła dłoń do córki.

Dziewczyna potrząsnęła głową i nie wstała.

- Nie.

- Uparta mała czarownico – powiedziała Dorea z czułością. – Zostaniesz panią Rezydencji, Lady Potter i w twoim interesie będzie reprezentowanie rodu Potterów i Blacków. Oczekuję, że będziesz się trzymała reguł, które zostały ci dane z twoim obecnym życiem.

Zszokowana Mia szeroko otworzyła oczy i napotkała spojrzenie swojej matki.

- Trzymaj się tych reguł. Nigdy od nich nie odstępuj.

Mia doskonale rozumiała, o co chodzi. Dorea prosiła ją, żeby nie zmieniać przeszłości, bez względu na to, co miało to oznaczać dla przyszłości.

- Pamiętaj, że liczy się jakość życia, a nie jego długość – Dorea uśmiechnęła się, kiedy Mia w końcu podała jej dłoń. – Chcę, żebyś wypełniła wiele istnień swoim uśmiechem i swoją miłością. Niczego więcej od ciebie nie chcę. Śmierci nie można uniknąć, więc bierzcie z życia, ile możecie. Wszyscy.

Dorea powiodła wzrokiem po ludziach obecnych w jej pokoju i we wszystkich parach oczu w nią wpatrzonych widziała łzy.

- Nie chcemy, żebyś odeszła – przyznała Mia. – Chcemy, żebyś walczyła.

- A czy ja przestałam walczyć? Czy wyglądam na pokonaną? – Dorea usiadła z prostymi plecami. Uniosła dumnie głowę. – Nazywam się Dorea Black Potter i nic się nie dzieje bez mojej zgody. To wszystko ma miejsce, bo pozwalam temu mieć miejsce. Walczę z tym, z czym mogę i akceptuję to, co nieuniknione. Moi kochani, to nie jest mój koniec.

Uśmiechnęła się do nich słodko, a jej szare oczy promieniały.

- Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie pokonany.