Od tłumaczki: Taki słodko-gorzki rozdział przed nami. Natomiast okazuje się, że na same Święta Bożego Narodzenia dostaniemy rozdział wyjątkowo słodki. Ale musimy zaczekać do przyszłego tygodnia. Tymczasem, miłego czytania.

ROZDZIAŁ 69 – BEZPIECZNA PRZESTRZEŃ

27 czerwca 1977

Dorea Potter udowodniła Uzdrowicielom, że się mylili, z uporem przeżywając całą noc i cały kolejny dzień. Wydała swoje ostatnie tchnienie chwilę po tym, jak słońce zaszło nad Londynem, otoczona przez swojego męża i dzieci, które uważała za swoje. Rodzinie pozwolono pozostać w pokoju zmarłej tak długo, jak będą tego potrzebowali, żeby się pożegnać, ale w końcu Uzdrowiciele stwierdzili, że muszą porozmawiać z Charlusem o tym, co robić dalej.

Syriusz zabrał wszystkich na dach i rozdzielił pomiędzy przyjaciół swoje papierosy. Wszyscy wzięli po jednym poza Lily, która stwierdziła, że wypaliła już swój przydział. W międzyczasie stanęła między Syriuszem i Mią, dotykając oboje ramionami. Remus stał po drugiej stronie Mii, jedną ręką obejmując ją w pasie, a w drugiej trzymając papierosa. Po lewej stronie Syriusza stał James, błędnym wzrokiem wpatrując się w panoramę Londynu, z fajką w ustach. Peter stał obok Jamesa. Jedną rękę trzymał na ramieniu przyjaciela, a w drugiej powoli dopalał się jego papieros.

Wszyscy w ciszy patrzyli w dal.

Powoli Lily odsunęła się od grupy, a Syriusz i Mia natychmiast wypełnili przestrzeń, którą opuściła. Remus musnął ustami czoło Mii, wyrzucił za barierkę budynku niedopałek i również odszedł, cicho zmuszając Petera do zrobienia tego samego. James, Syriusz i Mia, dzieci Dorei, zostali sami, żeby po niej rozpaczać.

Peter skorzystał z okazji, żeby wymknąć się do toalety, natomiast Remus podążył schodami za Lily. Znalazł ją w końcu przed pokojem Dorei, stojącą na korytarzu razem z Charlusem. W tym momencie Remus zorientował się, jak podobnie i jednocześnie różnie od jego ojca zachowywał się mężczyzna. Charlus Potter był dziwnie spokojny. Smutny i złamany, ale nie pełen gniewu i żądzy zemsty. Wyglądał na… Zagubionego.

- Panie Potter, czy mogę panu jakoś pomóc? – Zapytała cicho Lily.

Charlus spojrzał na nią i uśmiechnął się ze smutkiem, wdzięczny za jej propozycję.

- Dziękuję, Lily, ale nie. Potrzebuję trochę czasu dla siebie, żeby zebrać myśli i poczynić kolejne przygotowania. Ale jeśli nie miałabyś nic przeciwko temu, chciałbym cię prosić, żebyś dopilnowała, że moje dzieci trafią dzisiaj do domu.

- Nie ma problemu. Już poinformowałam swoich rodziców, co się stało. Przeprowadzę się na jakiś czas do Rezydencji i postaram się pomóc, na ile to możliwe. Nawet jeśli miałoby to polegać wyłącznie na pilnowaniu Syriusza, żeby nie zrobił czegoś głupiego. Oczywiście, jeśli nie ma pan nic przeciwko.

- Byłbym bardzo wdzięczny, panno Evans.

Remus, oparty o ścianę, obserwował Lily, robiącą to, co potrafiła najlepiej: zajmowała się ludźmi. Wiedział, że sam był dobrym prefektem, ale Lily była o niebo lepsza. Podczas gdy on porządnie i z zaangażowaniem wypełniał swoje obowiązki, Lily upewniała się, czy pierwszoroczni są w łóżkach o odpowiedniej porze, czy żaden z młodszych uczniów nie płacze z tęsknoty za domem, czy każdy urodzony w rodzinie Mugoli, nieważne do jakiego domu został przydzielony, wie, jak korzystać z sowiarni i jak reagować na coś, z czym do tej pory nie miał do czynienia. Remus troszczył się o Huncwotów i o Mię. Lily troszczyła się o wszystkich.

Zastanawiał się, czy była to dla niej forma terapii, skoro cała jej rodzina się od niej odwróciła. Słyszał już o jej nowym szwagrze i zakładał, że chęć Lily do przeprowadzenia się do Rezydencji była też częściowo podyktowana chęcią oddalenia się od tego mężczyzny najdalej, jak tylko mogła. Z tego, co zrozumiał, siostra Lily i jej świeżo poślubiony małżonek zdecydowali się odłożyć podróż poślubną ze względu na nieciekawą sytuację finansową. Jednocześnie zagrali na poczuciu przyzwoitości Lily i jej rodziców, i wyżebrali od nich więcej pieniędzy niż to, na co Evansowie mogli sobie pozwolić. Wszystko z tego powodu, że znaleźli dom w Little Whinging, który zamierzali kupić.

- Za pańskim pozwoleniem, przyślę do szpitala Tilly, żeby pomogła panu pozałatwiać wszystkie sprawy - powiedziała do Charlusa.

- Doceniam to – mężczyzna skinął głową i po chwili zmarszczył brwi. – Spodziewam się, że Tilly już wie o odejściu Dorei. Na pewno będzie chciała zająć czymś ręce.

Remus zaczął się zastanawiać, czy magia Tilly była związana w jakiś sposób z Doreą. Poczuł w głębi duszy, że trzeba jak najszybciej wyruszyć do Rezydencji i przysłać Tilly do Charlusa, bo dzięki temu żadne z nich nie będzie rozpaczać w samotności.

Pozostawiwszy Charlusa przed pokojem Dorei, Lily uśmiechnęła się miękko do Remusa, gdy dostrzegła go pod przeciwległą ścianą.

- Gotowa? – Zapytał ją.

Skinęła głową.

- Zabierzmy wszystkich do domu.

Kiedy w końcu udało im się ściągnąć z dachu Mię, Syriusza i Jamesa, Lily zaprowadziła wszystkich w kierunku najbliższego kominka, żegnając się w międzyczasie z Peterem, który poczuł nagłą potrzebę powrotu do domu i spotkania ze swoją matką.

Wszyscy doskonale tę potrzebę rozumieli.

- No, dobrze. Czas spać, dzieciaki – powiedziała Lily rozkazującym tonem, w momencie, kiedy przekroczyli próg kominka w Dworze Potterów. – Za nami kilka długich, trudnych dni. Przyniosę wam herbatę, jeśli ktoś tego potrzebuje.

James wszedł na schody, nie odzywając się do nikogo.

- Whisky jest tam, w barku – mruknął Syriusz, niedbałym gestem wskazując mebel stojący w kącie komnaty, uzupełniony alkoholem.

- Wleję trochę do twojej filiżanki – ugięła się Lily i lekko ścisnęła jego ramię, w pocieszającym geście.

Mia w ciszy obserwowała, jak Syriusz i Remus podążyli za Jamesem, pozostawiając ją w komnacie z przyjaciółką. Przeszła się wzdłuż ścian, patrząc na każdy mebel, jakby był dla niej nowością. Jakby znajdowała się w obcym miejscu. Dotknęła delikatnie zielonej zakładki wystającej z książki obyczajowej, która leżała na stoliku kawowym. Zakładka była zrobiona z miękkiego materiału i miała wyhaftowanego srebrnego węża na jednym końcu. Mia zamknęła oczy.

- Tilly? – Zawołała cicho Lily, przyciągając uwagę Mii.

Skrzatka pojawiła się, a jej widok wstrząsnął obiema czarownicami. Wyglądała strasznie. Jej ogromne, niebieskie oczy były mokre od łez, a w dłoni trzymała olbrzymią chusteczkę, którą co chwilę wycierała nos.

- Panienka Lily wzywała Tilly?

Kiedy skrzatka dostrzegła, że Lily trzyma rękę w barku i palce zaciska na szyjce karafki pełnej whisky, strzeliła palcami i znikąd w powietrzu pojawiła się srebrna taca z filiżankami wypełnionymi herbatą. Wskazała palcem naczynie na środku, które miało ciemniejszą zawartość.

- Tilly zrobiła herbatę. W filiżance młodego panicza Syriusza już jest whisky.

- Dziękuję, Tilly – Lily uśmiechnęła się do niej słodko. – Pan Potter byłby bardzo wdzięczny, gdybyś dotrzymała mu towarzystwa w szpitalu. Obiecuję, że zajmę się wszystkimi podczas twojej nieobecności. Wezwę cię, gdybyśmy czegoś potrzebowali.

Tilly miała nietęgą minę. Spojrzała na Mię, która w końcu odłożyła książkę swojej matki z powrotem na stolik.

- Tilly pójdzie, jeśli… Jeśli… - Zaczęła, ale zawahała się na dłuższą chwilę. Dopiero po przeciągających się sekundach jej spojrzenie skierowane na Mię stwardniało i Tilly dokończyła stanowczym tonem. – Jeśli Pani tego ode mnie wymaga.

- Co? – Mia zbladła. Przypomniała sobie Stworka, który nazwał ją „panią" w taki sposób, jakby słowa z trudem przechodziły mu przez gardło, ale nie miał nad tym żadnej kontroli. Spojrzała z niedowierzaniem na skrzatkę domową, która przez ostatnie sześć lat karmiła ją, szyła jej ubrania i czesała jej włosy.

- Czy Pani chce, żeby Tilly udała się do kliniki świętego Munga?

Magia uderzyła w Mię, która desperacko próbowała zwalczyć nową więź.

- Tilly, nie jestem…

- Mia, musisz – błagała ją Lily.

Mia zacisnęła powieki i potrząsnęła głową. Zgodziła się, żeby skrzatka domowa zajmowała się nią, przede wszystkim dlatego, że Tilly była uparta i doskonale opanowała sztukę manipulacji emocjonalnej. Ale nie potrafiła się pogodzić z więzią, która miała powstać między czarownicą i jej niewolnicą. Nie potrafiła zaakceptować tego, że Tilly była spadkiem, własnością przechodzącą z matki na córkę. Bo tak było przyjęte w czarodziejskim świecie. Przerażało ją to. Jedną z cech, które definiowały jej istotę, jej moralność, była pewność, że nigdy dobrowolnie nie zniewoli żadnej istoty.

A jednak w oczach Tilly widziała nie tylko smutek. Widziała strach. Tilly bała się odrzucenia. Bała się, że zostanie oddana do innej rodziny, albo że trafi z powrotem do Blacków. A Mia nie mogła pozwolić, żeby Tilly wróciła do Walburgi.

- Tak, Tilly – powiedziała w końcu, przełykając ślinę, która nie chciała przejść przez jej gardło. – Pani chce, żebyś zajęła się jej ojcem.

Zmarszczyła brwi, kiedy Tilly odetchnęła z ulgą.

- Tilly postąpi zgodnie z życzeniami swojej Pani – skrzatka pochyliła z szacunkiem głowę i zniknęła z cichym trzaskiem.

- Wszystko się ułoży, Mia – szepnęła Lily.

- Nie, nie ułoży się – Mia potrząsnęła głową, czując się brudna i z obrzydzeniem patrząc na siebie. – Jestem właścicielką skrzata domowego. Świat stanął na głowie.

Sięgnęła dłonią do srebrnej tacy i celowo wybrała filiżankę Syriusza. Osuszyła ją, ciesząc się, gdy ciepło whisky otuliło rany, które sama sobie zadała.

- W końcu wszystko będzie dobrze.

- Ale najpierw będzie gorzej – westchnęła Mia, myśląc kolejnych kilku latach, podczas których sytuacja diametralnie się zmieni. – Dziękuję, Lily, że zajęłaś się moją rodziną.

Spojrzała w oczy przyjaciółki i na moment o wszystkim zapomniała. Takie zielone. Zupełnie, jak… Jak oczy Harry'ego.

- Ja… Na Merlina, jestem taka zmęczona. Idę do łóżka.

- Odprowadzę cię – Lily sięgnęła do barku i nalała whisky do pustej filiżanki. Zaklęciem uniosła tacę przed sobą i podążyła za Mią długim korytarzem, aż do podwójnych, bielonych drzwi.

Kiedy przeszły przez próg, Mia usłyszała, że Lily cicho westchnęła na widok, który się przed nią ukazał.

Trzech dorosłych czarodziejów wślizgnęło się do jej dużego łóżka i każdy z nich znajdował się już w objęciach snu.

Uwaga Lily przeniosła się na Mię, która w ogóle nie była zaskoczona tym stanem rzeczy. Zamiast tego ruszyła przed siebie i zajęła pustą przestrzeń, którą zostawili między sobą James i Remus. Wiedziała, że myśleli o niej.

Oparła się plecami o pierś Remusa, a jego ramię instynktownie owinęło się wokół jej talii. Ciało Jamesa również zareagowało nieświadomie i chłopak przyłożył policzek do ramienia siostry, podczas gdy jednocześnie przesunął się Syriusz i jego głowa wylądowała na jej udach. Mia cicho westchnęła i wsunęła palce w gęste włosy Syriusza, przeczesując je delikatnie.

Lily zamrugała oczami ze zdumienia, przyglądając się tej scenie. Zdawała sobie sprawę, że do czegoś takiego dochodziło nie po raz pierwszy.

Wszystkim było wygodnie dokładnie, tam, gdzie leżeli. Leżeli na sobie, obok siebie i ze splecionymi rękoma i nogami. Zupełnie jak zwierzęta, które zasypiają ciasno do siebie przytulone dla ciepła i bezpieczeństwa.

Mia patrzyła bez słowa, jak Lily odstawia tacę na stolik nocny i rzuca na nią zaklęcie, które spowoduje, że w każdym momencie nocy herbata będzie nadal gorąca. Następnie dziewczyna podeszła na drugą stronę łóżka i delikatnie zdjęła z twarzy Jamesa czarne okulary, które położyła obok tacy. Dopiero wtedy usiadła wygodnie w głębokim fotelu stojącym w kącie komnaty, gdzie po chwili zasnęła.

Mia zamknęła oczy i też dała się ponieść snom i marzeniom.

Hermiona upadła w przedsionku rezydencji przy Grimmauld. Trzymała się za brzuch i starała się nie zwymiotować. Nienawidziła krajowych świstoklików, nie wspominając o międzynarodowych. Burza brązowych loków była zdecydowanie mniej uporządkowana, niż zwykle. Bolały ją oczy. A jednak pozwoliła sobie na łzy dopiero w momencie, kiedy upewniła się, że nie zwróci śniadania na podłogę.

Jej płacz zaalarmował wszystkich, którzy byli w domu. Po chwili z każdej strony otaczali ją czarodzieje, ale to dopiero Remus przyciągnął ją do siebie, pozwolił jej ukryć twarz na swoim ramieniu i zaniósł ją do jej pokoju. Usiadł razem z nią na jej łóżku, oparł się o ścianę i zamknął ją w silnym uścisku.

- Co się stało? – Zapytał. – Widziałaś się z nimi?

- Oni już nigdy mnie nie poznają – załkała Hermiona w odpowiedzi. – Ja… Przebyłam całą drogę do Australii. Wiedziałam, że nie będą mnie pamiętać, ale ich widok… Remusie, moi rodzice są… Mogliby być martwi.

- W pewnym sensie masz rację i jest mi z tego powodu bardzo przykro.

Hermiona spojrzała w górę i zobaczyła, że od progu przyglądają im się Syriusz, Harry i Ron. Obaj młodzi czarodzieje wyglądali na zaniepokojonych jej łzami, w przeciwieństwie do Syriusza, który ruszył w jej kierunku i przejął ją z ramion Remusa, pozwalając jej wypłakać się na swojej piersi. Bycie uwięzioną między ich ciepłymi ciałami sprawiło w jakiś sposób, że opuściła ją pustka i żałoba, a wypełniło ją poczucie bezpieczeństwa. Miała złamane serce, ale była w domu.

- Masz prawo do łez, kotku – Syriusz delikatnie wodził palcami po jej plecach i składał lekkie pocałunki na jej czole. – Nie zawsze musisz być tą najsilniejszą.

Skinęła głową i spojrzała w bok, czując, że Remus opuszcza jej łóżko i kieruje się ku drzwiom. Stając w progu, położył rękę na ramieniu Harry'ego i delikatnie popchnął go do przodu.

Brązowe oczy napotkały wzrok zielonych i Hermiona znowu załkała, co sprawiło, że Harry rzucił się do niej. Przytulił ją i westchnął, wdzięczny, że może zapewnić jej chociaż kontakt fizyczny. Winił siebie za to, że była zmuszona odebrać swoim rodzicom wspomnienia.

Trzymała się Harry'ego, jakby był jej ostatnią deską ratunku. Nie wiedziała z kolei, jak poradzić sobie z Ronem, który nadal stał bez ruchu w progu i wpatrywał się w przyjaciół zawstydzonym wzrokiem, jakby zakłócał bardzo intymny moment.

- Siema, Ron – Tonks pojawił się obok niego. Wsunęła głowę do pokoju i spojrzała na swojego męża, spojrzeniem pytając, co się stało.

- Hermiona widziała swoich rodziców – odpowiedział Remus.

Tonks westchnęła, patrząc na dziewczynę ze współczuciem. Każdy stracił kogoś na wojnie. Hermiona wiedziała, że zginął ojciec Tonks, więc kobieta była bardziej świadoma, jaki to ból.

- W takim razie cieszę się, że ma was. Zajmiecie się nią, prawda? – Posłała mężowi wymowne spojrzenie i dłonią wskazała wszystkich trzech czarodziejów, widząc jak Remus potrząsa przecząco głową. – Nawet się nie waż. Wszyscy trzej straciliście rodziców. Wiecie, jakie to uczucie i czego ona teraz potrzebuje. Więc nic nie mówcie i się nią zajmijcie.

- A co ja powinienem zrobić? – Zapytał Ron, czując się nieswojo, gdy obserwował, jak Hermiona tuli się do Harry'ego, pocieszana jednocześnie przez Syriusza masującego jej plecy.

- Wracaj do domu. Zobacz się z rodzicami.

Ron skinął głową ze zrozumieniem. Jeszcze raz spojrzał na Hermionę, rzucił jej ciepły uśmiech i ucieszył się, gdy przyjaciółka odpowiedziała jaśniejszym spojrzeniem.

Kiedy zniknął, Tonks odwróciła się do Remusa.

- Zostaliśmy sami. Tylko rodzina. Tylko wataha.

Mia otworzyła oczy w środku nocy, czując na karku gorący oddech Remusa. Odwróciła głowę, żeby na niego spojrzeć i zaczęła się zastanawiać, czy trzymał ją z taką desperacją, żeby pomóc jej przejść przez żałobę po Dorei, czy może sam musiał poradzić sobie ze swoją stratą. Zmarszczyła brwi, patrząc na Syriusza, którego głowa nadal leżała na jej udach. Martwiła się o niego, bo w każdej chwili mógł się obudzić i ześlizgnąć w otchłań rozpaczy po utracie jedynej matki, która kiedykolwiek okazała mu uczucie. Ten smutek, który czuła, był podobny do poprzedniego razu, a jednak inny. Straciła swoich biologicznych rodziców wiele lat temu. I chociaż nie umarli, ich utrata była nieodwracalna za sprawą zaklęcia zapomnienia. Obecna sytuacja była dużo gorsza. Dorea była jej matką na każdy ze sposobów. Nie łączyły ich tylko więzy krwi. Dla Mii bolesną była myśl, że gdy wstanie rano i zejdzie na śniadanie, nie zastanie Dorei, wybierającej ze swojej miski winogron i borówek.

Czując przeszywający ból w piersi, Mia wyrwała się z objęć Syriusza i Remusa, i przysunęła się do Jamesa, przyciskając do niego swoje ciało. Twarz schowała w jego gęstych włosach. Była taka część jej duszy, która chciała wierzyć, że obok niej leżał Harry. Może gdyby on rzeczywiście był z nimi, rodzina nie zostałaby tak silnie dotknięta utratą Dorei. Jej wzrok przesunął się po chwili dalej, gdzie zauważyła Lily, śpiącą głęboko na wygodnym fotelu.

Mia uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie słowa, jakie wypowiedziała Tonks wiele lat temu.

Tylko rodzina. Tylko wataha.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

31 lipca 1977

Pogrzeb Dorei był podniosłym wydarzeniem. Nalegał na to Charlus, który twierdził, że Dorea byłaby na nich wściekła, gdyby wiedziała, że są pogrążeni w żałobie po jej stracie, zamiast wychwalać wszystkie jej szlachetne czyny.

I w jakiś sposób, po jej pogrzebie, wszystko zaczęło wracać do normy. Smutek, który wisiał w powietrzu, z każdym mijającym dniem był mniej wyczuwalny.

Lily została w Rezydencji przez kilka tygodni, zanim zdecydowała się wrócić do domu. Jednak wystarczyły ledwo dwa dni po jej powrocie, żeby świeżo poślubiony mąż Petunii został poinformowany, że ma w rodzinie czarownicę. Zareagował na to potokiem przekleństw i obrzydzeniem. Czując się w tej sytuacji bardzo niekomfortowo, rodzice Lily zaproponowali, żeby młodzi małżonkowie wyprowadzili się do swojego nowego domu, ale wtedy zaprotestowała Lily, decydując się na spędzenie lata w Dworze Potterów. Tam właśnie znalazła bezpieczne schronienie, z dala od swojej rozdartej rodziny.

Wszyscy popadli w przyjemną, leniwą rutynę, aż do dnia następującego po drugiej pełni księżyca w lipcu.

W międzyczasie Charlus i James spędzali dużo czasu w banku Gringotta, gdzie ojciec zaczął przekazywać synowie wiedzę o majątku i funduszach Potterów. Założyli indywidualny skarbiec dla Mii, odłożyli pieniądze dla Syriusza – mimo jego protestów – i James otrzymał również dostęp do skarbca, który Potterowie założyli dla Remusa i regularnie dokonywali tam wpłat. Znając doskonale swojego przyjaciela, James obiecał Mii, że nie wypełni tego skarbca ogromem złota, ale zamiast tego będzie dodawał tyle, żeby Remus utrzymał się w szkole, posiadając dobre gatunkowo ubrania i książki.

Syriusz spędzał większość czasu na naprawie swojego motocykla, odmawiając pomocy oferowanej przez Jamesa, Remusa i Petera. Zamiast tego wolał być sam lub w towarzystwie Lily. Chętnie chłonął całą wiedzę o Mugolach, jaką starała się mu przekazać i ze smutkiem przyjął do wiadomości, że nie uda mu się jej nauczyć miłości do motocykli i whisky. Znaleźli jednak wspólny temat w postaci gustów muzycznych, które mieli podobne i godzinami mogli dyskutować, który zespół był najlepszy w świecie czarodziejów, a który w świecie Mugoli.

Mia dni i noce poświęcała Remusowi. W dodatku do stresu, jaki spowodowała druga pełnia księżyca przypadająca w lipcu, chłopakowi odmówiono wstępu na pogrzeb swojej matki. I okazało się, że Lyall Lupin wzniósł bardzo specyficzne osłony wokół nagrobka swojej małżonki, które uniemożliwiały zbliżenie się do niego jakiejkolwiek magicznej istoty. Remus ze stoickim spokojem przyjął do wiadomości fakt, że nie może uczestniczyć w pochówku, ale kiedy kilka dni później spróbował odwiedzić jej grób, został gwałtownie od niego odrzucony. Skończyło się to złamaną ręką i wizytą w szpitalu świętego Munga dużo wcześniej, niż ktokolwiek z rodziny by sobie życzył.

Mia poprosiła Tilly, żeby skrzatka otoczyła opieką Charlusa i Remusa, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że tych dwóch mężczyzn przeżyło największą stratę. Obaj odnieśli rany emocjonalne, a w przypadku Remusa również fizyczne. Dzięki temu Mia i Lily otrzymały nielimitowany dostęp do kuchni, gdzie chętnie się zaszywały, przygotowując dla wszystkich śniadanie. Lily twierdziła, że chociaż tyle może robić dla rodziny, która przygarnęła ją pod swój dach, gdy tego potrzebowała.

Mia i James spotkali się w kuchni rankiem, po drugiej lipcowej pełni księżyca. Oboje pomyśleli, że trzeba przygotować lekkie śniadanie dla Remusa, dzięki któremu chłopak nabierze sił niezbędnych do powrotu do swojej sypialni. Mia myszkowała cicho w chłodnej spiżarni w poszukiwaniu kąsków smacznego mięsa, gdy usłyszała głośny pisk dobiegający zza niedomkniętych drzwi. Wyjrzała dyskretnie ze swojej kryjówki i uśmiechnęła się, widząc Lily i Jamesa, próbujących przecisnąć się obok siebie w drzwiach, jednocześnie się nie dotykając.

- Wybacz. Nie sądziłam, że ktokolwiek jest już na nogach.

- A, tak – James ziewnął w odpowiedzi i przycisnął swoje ciało do framugi drzwi, pozwalając Lily przejść obok niego. – Syriusz i Remus jeszcze śpią.

Lily uniosła brew.

- Gdzie?

- Słucham? – Śpiący James zamrugał oczami, nie rozumiejąc pytania.

- Gdzie śpią? Sprawdziłam dzisiaj rano sypialnię Mii i wiem, że nikogo w niej nie było ostatniej nocy. A jestem pewna, że cała wasza czwórka cały czas mieszka w Rezydencji.

Przyjął obronną pozycję, zastanawiając się, czy za chwilę nie padnie ofiarą werbalnego ataku Lily. Albo czy dziewczyna nie wyśmieje go, ponieważ cały czas spał w jednym łóżku ze swoją siostrą.

- Dzisiaj wieczorem będziemy musieli powiększyć łóżko – wymamrotał. – Zrobiło się dla nas za małe.

- A może jesteś już za dużym chłopcem, żeby dzielić łóżko ze swoją siostrą i najlepszymi kumplami? – Zapytała Lily z błyskiem w oku.

- Robimy tak, od kiedy mieliśmy po jedenaście lat – James wzruszył ramionami i odwrócił się w kierunku blatu kuchennego, gdzie zaczął przygotowywać tacę wypełnioną filiżankami i fiolkami pełnymi eliksirów. Mia uważnie przyglądała się bratu, upewniając się, że nie wleje przypadkiem żadnego z eliksirów Remusa do ich filiżanek. Gdy udało mu się nie popełnić błędu, uwaga Mii ponownie przeniosła się na Lily, która nadal jej nie zauważyła. Nie zwróciła również uwagi na to, że James wyciągnął dodatkową filiżankę, do której nalał parującej herbaty.

- Chociaż do tej pory chodziło o to, żeby zajmować się nią – dodał po chwili. – Nigdy nie przypuszczałem, że jej łóżko stanie się…

- Bezpieczną przestrzenią dla was wszystkich?

James skinął głową z namysłem i spojrzał na filiżankę, którą trzymał w dłoni. Wyciągnął ją w kierunku Lily.

- Trzymaj.

- To dla mnie? – Lily ostrożnie zajrzała do porcelanowego naczynia, nie będąc pewną, czy James nie nalał do niej jakiegoś paskudnego eliksiru albo czy przypadkiem filiżanka nie zafarbuje jej dłoni na niebiesko.

- Coś nie tak? – James zmarszczył brwi, widząc, jak Lily uważnie przygląda się herbacie. – Nie dodajesz już cytryny do swojej porannej herbaty?

Zadał jej to pytanie takim tonem, jakby chciał się upewnić, że ten moment na zawsze się wyryje w jego pamięci. Zwykle korzystał z niego, gdy powtarzał istotne szczegóły, które musiał zapamiętać przed egzaminem.

- Wiesz, jak przygotowuję sobie poranną herbatę?

Mia zastanawiała się, dlaczego Lily była taka zaskoczona. Od wielu lat siedzieli przy tym samym stole podczas każdego śniadania w roku szkolnym. W końcu James musiał zapamiętać, jak Lily przygotowywała swoją herbatę. Szczególnie biorąc pod uwagę to, jak często jego wzrok odnajdywał jej postać.

- Oczywiście, że tak. Poranną herbatę pijesz, gdy jest jeszcze wyjątkowo gorąca. Chociaż czasami czekasz, aż ostygnie do temperatury pokojowej.

Lily zamrugała oczami, słysząc jego słowa.

- Zawsze dodajesz jeden plasterek cytryny i dwie kostki cukru. A jeśli podczas śniadania czytasz książkę, zwykle zapominasz zamieszać i cukier osiada na dnie – James rozpromienił się, zachwycony tak prozaiczną czynnością, jak picie herbaty. – I tak ją wypijasz. W takich wypadkach, kiedy docierasz do dolnej warstwy, która jest bardzo słodka, robisz taką uroczą minę…

Urwał i zaczerwienił się, zawstydzony tym, że wszystko to powiedział na głos. Odkaszlnął.

- Ja tylko… Przepraszam. Mam przestać uprzykrzać ci życie, a to zabrzmiało, jakbym cię szpiegował.

Lily przez chwilę stała bez ruchu, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w Pottera. Z wahaniem uniosła filiżankę do ust i upiła łyk herbaty.

- Jest… Odpowiednia – ukryła uśmiech, widząc, jak James rozjaśnił się, słysząc jej słowa. – Chociaż dzisiaj wolałabym herbatę o temperaturze pokojowej.

- Jestem pewien, że znajdziesz czas, żeby zaczekać aż zrobi się chłodniejsza – wyszczerzył do niej zęby i odwrócił się, lewitując przed sobą tacę.

- Zabierasz to do pozostałych?

Odpowiedział krótkim skinieniem głowy.

- Potrzebujesz pomocy?

Potrząsnął przecząco głową.

- Przepraszam. Nie obraź się, Lily, ale od lat sami zajmujemy się Remusem i on… To trudne do wyjaśnienia. Kiedyś spróbuję ci to wytłumaczyć. Ale nie o poranku po pełni księżyca. Szczególnie, po tej pełni.

- Potter? – Zawołała za nim.

Odwrócił się do niej.

- Tak?

- Dziękuję – uśmiechnęła się. – Za herbatę.

- Nie ma za co, Lily – odpowiedział uśmiechem, po czym wyszedł z kuchni, zabierając ze sobą tacę.

Lily westchnęła ciężko, gdy tylko chłopak zniknął z pola widzenia.

- Może przydałby ci się Urok Chłodzący – powiedziała Mia, zatrzaskując za sobą drzwi spiżarni.

Lily podskoczyła z przerażenia i wypuściła z dłoni filiżankę.

- Jezu Chryste!

Śmiejąc się głośno, Mia machnęła różdżką, nie dopuszczając, żeby porcelana rozbiła się na podłodze. Delikatnie poruszając filiżanką, starała się złapać w nią jak najwięcej płynu zawieszonego w powietrzu. Po chwili posłała pełne naczynie w kierunku przyjaciółki.

- Herbaty? Słyszałam, że jesteś bardzo wybredna, jeśli o to chodzi. Może powinnam zawołać Jamiego, żeby przygotował ci jeszcze jedną filiżankę?

Lily złapała gwałtownie filiżankę, co spowodowało, że odrobina płynu wylała się na boki. Wskazała palcem Mię.

- Jesteś gorsza od chłopaków!

Mia uśmiechnęła się.

- I tak nas kochasz.

- Kocham ciebie – sprostowała Lily. – Twojego brata toleruję.

- Coś mi się jednak wydaje…

- Zamknij się.