Od tłumaczki: Przepraszam, że nie wrzuciłam rozdziału wczoraj, ale mam mnóstwo pracy. Rozdział był już gotowy jakiś czas temu. Według mnie to jest jeden z lepszych rozdziałów. Okazuje się, że Dumbledore jednak nie jest wszystkowiedzący. Ale sami się o tym przekonajcie. Miłego czytania. Widzimy się w poniedziałek.
ROZDZIAŁ 83 – ZAGINIONY
24 sierpnia 1978
W momencie, kiedy dotarli do Wieży Tut, Mia postawiła w swoim umyśle lodowatą ścianę, za którą ukryła wszystkie emocje, pokazując wyłącznie obojętność na twarzy. Weszła do salonu w wysoko uniesioną głową i Syriusz przez moment widział w niej Doreę, co go jednocześnie podniosło na duchu i przeraziło. Nie krzyczała i nie płakała, gdy przekazał jej wieści. Ledwie potwierdziła, że dotarło do niej, co powiedział.
Jego ta informacja dosięgła dzięki Moody'emu, który zwołał zebranie Zakonu. I mimo, że wiedział, że Mia nie powinna brać w nim udziału, zabrał ją ze sobą. Remus był nie tylko jej najlepszym przyjacielem. On był częścią niej. Był w takim samym stopniu częścią Mii, co on sam. Niestety, w momencie, kiedy otoczyła swój umysł lodowatą obojętnością, zaczął żałować swojej decyzji.
W jakiś sposób znalazła tę cienką linię między odwagą Gryfonów i dbaniem o własne bezpieczeństwo Ślizgonów, stwierdziła kiedyś Dorea, mówiąc o swojej córce.
Syriusz zastanawiał się, jakie inne zachowania przejęła Mia od Ślizgonów. On lepiej niż inni zdawał sobie sprawę z tego, jak trudno jest zachować równowagę. Ta część jego istoty, która była czystym Gryfonem nieustannie walczyła z krwią Blacków w jego żyłach, która nawoływała do bezmyślności i często była przyczyną, dla której musiał wybierać między furią i zdrowymi zmysłami.
Mia jednak, gdy czuła się zagrożona, mogła wybrać jedną z dwóch opcji. Czasami zachowywała się jak na Gryfonkę przystało, stawiała odważnie czoła zagrożeniu i bardzo często odwoływała się do ognistego temperamentu. Ale czasami zachowywała się jak Ślizgonka, zimna, spokojna i obojętna, zastawiająca sidła na ofiarę, która niczego się nie spodziewała. A kiedy już do kogoś dotarło, że powinien na nią uważać, ona atakowała.
Syriusz uważnie ją obserwował, zastanawiając się, które nastawienie przyjęła tym razem. Jej najlepszy przyjaciel zaginął, prawdopodobnie znajdował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a ona była spokojna i w pełni kontroli nad sobą. Oznaczało to, że wpadła w morderczą furię.
Jej czekoladowe oczy pozostały obojętne do momentu, kiedy zauważyła Petera w kącie komnaty. Wtedy błysnęły bursztynem. Instynkt, powiedziała mu, kiedy próbowała zmasakrować Petera ich pierwszej nocy we Wrzeszczącej Chacie. A biorąc pod uwagę to, że później się dowiedzieli, jak Peter szpiegował Mię i Remusa uprawiających seks, Syriusz rozumiał jej brak zaufania. Miała rację.
I chociaż czuł gniew i zaborczość, że ktokolwiek inny poza nim i Remusem widział Mię ogarniętą pasją, było mu jednocześnie żal Glizdogona, który do niedawna w ogóle nie miał dziewczyny. I tylko ten żal nakazał mu podejść do przyjaciela i odsunąć go od niebezpieczeństwa.
- Lepiej będzie, jak usiądziesz po drugiej stronie salonu, stary.
Peter spojrzał ponad ramieniem Syriusza i skinął głową, kierując się do krzesła na końcu rzędu, obok Edgara Bonesa i Gideona Prewetta.
Kiedy Syriusz odwrócił się do Mii, zauważył, że Lily trzyma ją w objęciach.
Spotkanie rozpoczęło się i Lily zaciągnęła Mię na kanapę, gdzie usiadła obok niej. Syriusz z kolei skierował się do Franka, który stał niedaleko Alastora, wyjaśniającego sytuację.
- Prawdopodobnie dotarła już do was wiadomość, że jeden z naszych zaginął. Lupin został wysłany z misją przeniknięcia do jednej z grup potencjalnych sojuszników Sami-Wiecie-Kogo w nadziei, że uzyska ważne informacje dotyczące ich stanowiska i liczebności. Kilka dni temu straciliśmy z nim kontakt. Aurorzy już zostali poinformowani, żeby wypatrywać jakichkolwiek śladów i robią wszystko, żeby odtworzyć ostatnie działania grupy. Niestety, to bardzo trudne zadanie w związku z ich liczbą i niebezpieczeństwem, jakie dla nas stwarzają. Dlatego raczej będziemy czekać, aż Lupin sam ponownie nawiąże z nami kontakt.
- O jakiej grupie mowa? – Zapytała Marlene McKinnon, siedząca na czele zgromadzonych. Mia nie miała pojęcia, jakie zadanie w Zakonie zostało jej przydzielone, ale Syriuszowi udało się dowiedzieć, że Marlene miała przeniknąć do kręgu debiutantek czystej krwi, skoro sama była jedną z nich.
- O wilkołakach – odpowiedział Moody.
Frank, Alice i Mary, którzy w przeciwieństwie do Huncwotów, Mii i Lily nie wiedzieli, kim dokładnie jest Remus, ale podejrzewali, byli zszokowani, ale nie przerażeni. Z kolei na twarzach pozostałych członków Zakonu pojawiły się strach i obrzydzenie.
- Wilkołaki? – Zaskrzeczała Dorcas Meadowes. – Czy Remus jest…? Jest…?
- Dobrym człowiekiem – wtrącił się James, ku niewypowiedzianej uldze Syriusza. – Człowiekiem, który ryzykuje życie, infiltrując grupę, której żadnemu z nas nie udałoby się zinfiltrować. Człowiekiem, który się naraża, żeby zdobyć cenne informacje dla Zakonu. Więc okażcie odrobinę szacunku.
- Nie o to chodzi – warknął Sturgis Podmore, odwracając się w kierunku Dumbledore'a. – Naraziłeś nas wszystkich na niebezpieczeństwo, pozwalając temu czemuś przebywać z nami.
- Temu czemuś? – Syknęła Lily i wstała, żeby mieć lepszy widok na Sturgisa. – Remus nie jest czymś i nie będziemy go obmawiać za jego plecami! Zaginął, a my mamy wymyślić sposób, żeby go znaleźć.
- Czegoś tu nie rozumiem – Marlene zmarszczyła brwi, próbując usunąć ze swojego spojrzenia ślady obrzydzenia i niechęci. Zerknęła na Syriusza, który nagle poczuł, że dziewczyna zaraz powie coś, czego będzie żałować. – Bez obrazy, ale skąd wiemy, że Remus nie wydał nas, żeby móc dołączyć do swoich?
- Protego! – Rzucili równocześnie James i Syriusz, wskazując różdżkami Mię, która momentalnie wstała i spojrzała bursztynowymi oczami prosto na Marlene. Jej lewa dłoń drżała z wściekłości, natomiast jej prawa dłoń, trzymająca różdżkę, nawet nie drgnęła, kiedy dziewczyna wycelowała w McKinnon.
- Zabierz ją stąd, Black – warknął Moody. – McKinnon, mam w dupie twoją delikatną osobę. Ta cholerna wojna nie dotyczy wyłącznie ciebie. Czarodzieje, gobliny, wilkołaki… Do diabła, Sami-Wiecie- Kto chce zrekrutować olbrzymy!
Syriusz powoli zbliżał się do swojej dziewczyny, niemo błagając, żeby odłożyła różdżkę. Z kolei James nadal utrzymywał pełnej mocy Zaklęcie Tarczy między swoją siostrą i resztą Zakonu, chroniąc ich przed jej furią.
Mia jednak ani nie odłożyła różdżki, ani się nie cofnęła. Syriusz czuł, że magia pulsowała wokół niej i gdyby się postarał, mógłby usłyszeć jej wściekłość.
Gniew dziewczyny palił i Mia nie winiła ani Syriusza, ani Jamesa za to, że jej nie dotknęli, kiedy wyprowadzali ją do innej komnaty w Wieży Tut. Pozostali członkowie Zakonu zostali w salonie, gdzie nadal się kłócili, zamiast zacząć wymyślać plan odnalezienia Remusa. Uratowania go z tego piekła, do którego wysłał go nieprzygotowany Dumbledore.
Rozdarta między teraźniejszością i przyszłością, usiadła na łóżku, próbując się przekonać, że Remus się odnajdzie. Przeżyje to, co aktualnie się z nim dzieje, bo ona poznała go w przyszłości. A jednak, dopóki nie spojrzy w jego oczy i nie upewni się sama, że jej najlepszy przyjaciel żyje, będzie się zamartwiać, że w jakiś sposób zmieniła przyszłość i Remus ponosi tego konsekwencje. Czy znajdą go żywego? Nietkniętego? Zdrowego? Czy Remus da radę żyć dalej i spotkać młodą Hermionę Granger, którą w dzień jej dziewiętnastych urodzin odeśle do 1971 roku? Mia zdała sobie sprawę, że bez Remusa jej cały świat runie. Bez Remusa ona nie wychowa się razem ze swoim bratem, żaden ogromny, czarny pies nie będzie jej pocieszał nocami, kiedy budzą ją koszmary. Nie będzie się nigdy śmiała z Lily nad beznadziejnymi romansidłami, nie będzie się przyjaźnić z Mary, z Alice i z Frankiem…
W jej życiu nie będzie Syriusza. Nie będzie Remusa.
- Rogaczu, możesz…? – Zaczął Syriusz, nie chcąc jej zostawiać samej. Patrzył na nią z mieszaniną gniewu i bezsilności.
- Idź – James klęknął przed swoją siostrą i złapał jej dłonie. Uśmiechnął się słabo do Blacka. – Poradzimy sobie.
Gdy tylko za Syriuszem zamknęły się drzwi, Mia wybuchła płaczem i padła w ramiona swojego brata. James mocno ją trzymał i oboje polecieli na twardą podłogę w mniejszej sypialni Wieży Tut.
- Dlaczego go nie szukają? – Załkała Mia, nadal wściekła i przerażona.
- Zaczną – obiecał James. – My go poszukamy. Znajdziemy Remusa. Mia, obiecuję ci.
- A jeśli go nie znajdziecie? Jeśli stało się coś okropnego…?
- Przestań – nakazał, ujmując w dłonie jej twarz i patrząc jej prosto w oczy. – Zakon zrobi wszystko, co w naszej mocy, żeby znaleźć Remusa. I zdaję sobie sprawę z tego, że nie chcesz tego usłyszeć, ale właśnie na to się pisaliśmy. Trwa wojna. Remus właśnie walczy.
- A nie powinien. Żadne z nas nie powinno walczyć. Nie mogę go stracić. Nie mogę stracić żadnego z was, Jamie. To by mnie zabiło – przyznała, a łzy płynęły po jej policzkach.
- Nie pozwolisz na to.
Orzechowe oczy Jamesa były jednocześnie miękkie i rozkazujące. Mia zatonęła w nich, zatraciła siebie, zastanawiając się, jak nikt tego nie dostrzegł: Harry. Wszyscy zawsze mówili, że wyglądał prawie jak jego ojciec, ale miał oczy matki. Oczy Lily, zawsze mówili.
Nie. On jest właśnie tutaj, pomyślała Mia. Kształt i kolor były inne, ale ona widziała właśnie Harry'ego, klęczącego przed nią, wyglądającego jak jego ojciec. Widziała siłę i poświęcenie, i nieograniczoną miłość.
- Masz walczyć – nalegał James. – Wszyscy walczymy. Każdy z nas z tego samego powodu…
- Dla Większego Dobra? – Wykrztusiła gorzko Mia.
- Co? Nie. No cóż… Może. Taki jest chyba nasz ostateczny cel, prawda? – Zapytał James, wyglądając na rozdartego. – Ja walczę dla ciebie. Dla Lily, dla Syriusz i Remusa. Dla Petera… Dla mamy i taty. Zdecydowałem się stawiać swoje życie na szali dla was. I wiem, że Remus myśli identycznie, jak ja.
- A jeśli żadne z nas tego nie przeżyje?
- Wtedy… Wtedy nie chciałbym być na tym świecie. Ale ja do tego nie dopuszczę. Wygramy tę wojnę. Znajdziemy Remusa – obiecał, głaszcząc kciukiem jej policzek. – Moim zadaniem jest upewnić się, że wszyscy przeżyjecie tę wojnę.
Mia wywróciła oczami i zacisnęła zęby, przypominając sobie, że Harry też był taki. Z własnej woli postanowił być owieczką ofiarną Dumbledore'a. Miał w sobie arogancję męczennika. Uderzyło w nią wspomnienie wściekłego Syriusza Blacka, biegnącego przez Wielką Salę podczas Bitwy o Hogwart w poszukiwaniu Harry'ego, który odszedł samotnie do Zakazanego Lasu, żeby wydać walkę Voldemortowi.
Nigdy nie wierzyłem, że dożyję dnia, kiedy zgodzę się w czymś z tym przeklętym po stokroć Smarkerusem. Harry jest tak samo arogancki, jak jego ojciec.
- Jamie? – Zawołała Mia, patrząc z oddaniem w twarz brata. Chciała mu wszystko powiedzieć i pozwolić uniknąć okropnej przyszłości, która na niego czekała.
Uśmiechnął się do niej pocieszająco.
- Tak, kochanie?
Otworzyła usta, wiedząc, że i tak nie przejdzie przez nie żadne słowo. Dumbledore się o to postarał. Ale przelatywały przez jej umysł w taki sposób, jakby miała jej wypowiedzieć. Jamie, gdybyś tylko wiedział. Gdybyś tylko mógł się dowiedzieć, że ty i Lily poświęcicie wszystko, żeby wygrać tę wojnę i ocalić tych, których kochacie. A niektórzy na to nie zasługują. Gdybyś tylko wiedział, że ja ciebie stracę… Czy walczyłbyś dalej? Pozwoliłbyś sobie zginąć, gdybyś wiedział, jak potoczy się los Harry'ego? Gdybyś wiedział o przepowiedni, o Voldemorcie i o wszystkim, co wydarzy się trzydziestego…
- Trzy… Trzydzie… Trzydziestego…
Mia usłyszała to słowo i jej oczy się rozszerzyły ze zdziwienia. Naprawdę przeszło mi to przez usta, zastanawiała się.
- Trzydziestego? – Powtórzył James z uniesioną brwią.
Mia posłała bratu spanikowane spojrzenie.
- Trzydzie… Trzydziestego pier… Pierwszego – walczyła z samą sobą, wypowiadając te słowa. Trzydziestego pierwszego października 1981. Trzydziestego pierwszego października 1981. Trzydziestego pierwszego października 1981. – Trzydziestego pierw… Pierwszego… Paździe… Października.
Walczyła z zaklęciem Dumbledore'a i właściwie po raz pierwszy udało jej się poczynić jakieś postępy od momentu, kiedy zostało na nią rzucone. Odczuła ulgę, kiedy uświadomiła sobie, że nie jest taka bezsilna, niezdolna do niczego. Poczuła też, że wszystko zaczyna wokół niej wirować, a jej wzrok traci na ostrości. Jej walka z Zaklęciem Prawdy zużywała całą jej magię.
- Mia? – Szepnął James, a po jego twarzy przemknął cień.
- Tysiąc… Tysiąc dzie… Dziewięć… Dziewięćset… Osiem… Osiemdziesiątego – Mia zacisnęła zęby. Ciemniało jej przed oczami, serce waliło o żebra, ale musiała mu powiedzieć. – Pierwszego!
Wszystko pokryła ciemność.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Kiedy otworzyła oczy, nie wiadomo ile minut później, uświadomiła sobie, że ktoś rzucił na nią Renervatte. Co się stało? Pamiętała, że rozmawiała z Jamesem, próbując powiedzieć mu coś mimo działania Zaklęcia Prawdy Dumbledore'a i wtedy… Zemdlała? Jęknęła, czując pulsowanie w głowie. Jasne światło jeszcze pogłębiało jej dyskomfort.
- Witaj z powrotem, Mia.
Przywitał ją dobrotliwy, spokojny głos i Mia tylko warknęła w odpowiedzi. Nie miał prawa brzmieć tak spokojnie. Nie teraz. Nigdy. Zmrużyła oczy i spojrzała prosto w błękitne tęczówki Albusa Dumbledore'a, który miał czelność się do niej uśmiechać.
- Zmartwiliśmy się, kiedy James nas poinformował, że zemdlałaś.
- Naprawdę? Może mniej martwcie się o mnie, a bardziej o czarodzieja, którego wysłaliście do watahy bezwzględnych wilkołaków!
- Wydaje mi się, że wysłałem wilkołaka do watahy wilkołaków, ale masz rację. Remus jest również czarodziejem. Miałem nadzieję, że ludzka część jego osobowości przemówi do członków innych watah – przyznał Dumbledore. – Musisz zrozumieć, że jeśli Czarny Pan namówi wilkołaki do dołączenia do niego, będzie to najgorszy możliwy scenariusz. Remus jest naszą jedyną nadzieją w kwestii zbierania informacji.
- Jedynym wilkołakiem, który będzie miał jakikolwiek wpływ na przebieg tej wojny jest… - Greyback. Greyback. Fenrir… - G… Gre… Greyback.
Jej ból głowy się zwielokrotnił, gdy udało jej się wymówić to nazwisko.
- Teraz rozumiem, o czym mówił James. Udało ci się obejść działanie Zaklęcia Prawdy – skinął głową, co sprawiło, że Mię zemdliło. – Podobnie zwalcza się skutki Veritaserum. I dokładnie w ten sam sposób ćwiczy się Oklumencję, ale o tym doskonale wiesz. I zdajesz sobie sprawę, że ból jest wynikiem przeciwstawiania się Zaklęciu Prawdy. Teraz będę musiał je wzmocnić.
Ton jego głosu wskazywał, że nie jest z tego powodu zadowolony, ale Mia nie potrafiła się zdobyć na to, żeby mu współczuć.
Ponownie warknęła, zmuszając się, żeby usiąść. Ukryła twarz w dłoniach.
- Remus zaginął. Pan go tam wysłał, nieprzygotowany…
- Wierzę w umiejętności Remusa – przerwał jej Dumbledore, czyniąc nad jej głową kilka ruchów różdżką, prawdopodobnie wzmacniając moc Tacere Veritas.
- Nie powiedziałam, że to Remus był nieprzygotowany – Mia posłała dyrektorowi mordercze spojrzenie, czując jak ból głowy mija, a ją spowija gęsta magia. – Pan był nieprzygotowany. Nie ma pan pojęcia, w jak wielkim niebezpieczeństwie znajduje się Remus. Nie wie pan nic o tym, na jakich zasadach funkcjonują watahy wilkołaków. Zaatakują go. Prawdopodobnie już go zaatakowali. I dlatego straciliśmy z nim kontakt.
- Spodziewaliśmy się, że czekają go bójki i inne czysto fizyczne starcia, żeby mógł udowodnić, że jest godny przyjęcia do watahy, przynajmniej tymczasowo – przyznał Dumbledore, za nic sobie robiąc jej panikę. – Gdy zostanie przyjęty, zbierze interesujące nas informacje i do nas wróci. Nie wysłaliśmy go do watahy Greybacka. Nie będzie chciał służyć obecnemu wilkowi Alfa.
- On nie może dołączyć do innej watahy – wrzasnęła Mia. – Nie rozumie pan? Remus jest Alfą!
Mimo braku reakcji, Mia poczuła ponure zadowolenie, gdy zauważyła, że z oczu Dumbledore'a powoli znika radosny błysk.
- Remus jest Alfą?
- Tak! Remus ma swoją własną watahę – powiedziała, wstając. – Co oznacza, że jeśli spróbuje dołączyć do innej watahy, tamte wilki go wyczują. Zamiast otrzymać szansę wykazania się i dołączenia do nich, zostanie wyzwany przez ich Alfę na pojedynek. Pojedynek, który odbędzie się w otoczeniu wilkołaków, które mogą, ale nie muszą popierać Voldemorta!
Gdy wrzeszczała na dyrektora, ściany Wieży Tut zaczęły drżeć.
Drzwi do małej sypialni otworzyły się z hukiem i w progu stanęli Alastor Moody, Edgar Bones, Syriusz, Frank i Alice. Moody celował w Mię.
- Albusie? Czy jeszcze raz powinniśmy szczerze porozmawiać o tym, że do Zakonu powinno się przyjmować dojrzałych ludzi? – Zapytał opryskliwie stary Auror.
- Obawiam się, Alastorze – Dumbledore wstał. – Że popełniliśmy śmiertelną pomyłkę.
Obszedł Mię i podszedł do Moody'ego.
- Należy natychmiast odnaleźć i ewakuować pana Lupina. Na nic nie czekajcie. To od teraz priorytetowa misja.
- To nie był nasz plan – warknął Moody.
- Otrzymałem nowe informacje. Zdaję sobie sprawę z tego, że ta wojna będzie nas kosztowała wiele żyć, ale nie pozwalam tracić tych żyć bezcelowo. Od tej chwili życie Remusa jest naszym priorytetem.
- A do tej pory nie było? – Powiedział niebezpiecznie niskim tonem Syriusz, patrząc swoimi szarymi oczami na Dumbledore'a.
- Znajdźcie Remusa – nakazał Dumbledore, ignorując komentarz Syriusza. – Następnym razem… Będziemy przygotowani.
Mia poczuła, jak wokół jej serca zaciska się obręcz.
Następnym razem.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
16 października 1978
Siedem tygodni.
Remus zaginął siedem tygodni temu i Syriusz zaczynał tracić nadzieję.
Wataha, do której został wysłany zaczęła się przemieszczać na tydzień przed utratą kontaktu z Remusem i wyśledzenie jej stwarzało ogromne problemy. Poza tym, że sama wataha była bardzo duża, kłopotliwe okazało się to, że podzieliła się na mniejsze grupy i przemieszczała od hrabstwa do hrabstwa. Zawsze pod osłoną nocy, zwykle pod Zaklęciem Kameleona. Członkowie watahy byli w dodatku bardzo gwałtowni i niebezpieczni, kiedy ktoś ich wyzwał.
Na szczęście, gdy Aurorzy dotarli do jednej z mniejszych grup, na niebie nie królował księżyc w pełni. Z tego powodu trójka Aurorów trafiła do szpitala świętego Munga wyłącznie z obrażeniami od pazurów. Póki co, nikt nie został zainfekowany.
Niestety, nie udało im się jeszcze odnaleźć Remusa.
Przez pierwsze tygodnie Syriusz obserwował, jak Mia próbowała dojść do siebie i ruszyć dalej. Zabroniono jej pojawiać się na kolejnych spotkaniach Zakonu, więc wróciła do swojej pracy w Ministerstwie, gdzie próbowała skupić swoją uwagę na dokumentach. Kiedy jej się nie udało, zdecydowała się pomóc w szukaniu Remusa poprzez przynoszenie do domu dokumentów dotyczących sposobów śledzenia wilkołaków.
Kiedy zaś zagroziła, że zmieni się w swoją postać Animaga, żeby szukać przyjaciela, Syriusz poprosił ją, żeby w końcu wzięła urlop i zostawił ją z Lily.
Któregoś dnia, kiedy po pracy wrócił do domu, Lily czekała na niego przy kominku.
- Jak źle?
- Nie wiem, jak źle – przyznała ze smutkiem Lily. – Nie mogę się z nią porozumieć.
- Nie możesz…? – Syriusz uniósł pytająco brew, po czym coś sobie uświadomił i westchnął ze zrozumieniem. – Dzisiaj przypada pełnia. Jak długo jest w tej postaci?
- Od kiedy wyszedłeś. Mam się martwić o Jamesa? Dzisiejszą noc spędzi w naszym łóżku, czy w lesie?
- Jeśli nie ma go we Dworku, wyślij mu Patronusa, żeby zabierał swoje kopyta do domu – powiedział jej, przeczesując włosy zmęczonym ruchem. Zdjął z siebie szaty Aurora i rzucił je bezmyślnie na kanapę, nie zastanawiając się nad tym, gdzie upadną i w jakim będą stanie.
- Czy ktoś pomyślał, żeby tak dotrzeć do Remusa? – Zapytała Lily. – Skoro możemy komunikować się za pomocą Patronusów, Remus mógłby nam przesłać wiadomość.
Syriusz widział, że w jej oczach zmartwienie miesza się z wyczerpaniem. Zniknięcie Remusa najbardziej uderzyło Mię, ale pozostali członkowie Watahy też sobie z nim nie radzili.
- Nie wiemy, co się z nim dzieje. Jeżeli wyślemy do niego Patronusa, a okazałoby się, że udało mu się zinfiltrować watahę, wystawilibyśmy go na śmiertelne niebezpieczeństwo.
- Macie jakieś nowe tropy? – Zapytała po chwili.
- Do jutra nie będzie nic nowego. Dzisiaj mamy pełnię księżyca, więc jutro pojawią się nowe doniesienia o wilkołakach. Pójdziemy tam, skąd napłyną raporty – powtórzył słowa, które powiedział do niego Edgar Bones, gdy Syriusz wpadł na szaleńczy plan śledzenia watah w noc pełni księżyca.
Prawda była nieco inna. Było bardzo mało ludzi, którym można było zaufać ze śledzeniem watahy wilkołaków. Siły Biura Aurorów też były rozciągnięte do granic możliwości. Nadal bez nadzoru błąkały się trzy małe grupy wilkołaków, ale nie było już ani Aurorów, ani członków Zakonu, którym można by je przypisać. Jedna przemieściła się na południe od Suffolk, druga znajdowała się gdzieś w Somerset, a trzecia prawdopodobnie była w Cumbrii.
- Na stole kuchennym jest coś do jedzenia – powiedziała Lily, mocno ściskając Syriusza. – Zaklęcie trzyma ciepło. Wystarczy też dla Mii. Nie udało mi się namówić jej do jedzenia przez cały dzień.
- Dziękuję, Lily – Syriusz uśmiechnął się do niej słabo i patrzył, jak znika w kominku.
Westchnął i ciężkim krokiem skierował się do przedpokoju. Zatrzymał się przed drzwiami do sypialni Remusa, wiedząc, że nie ma sensu szukać w innych pomieszczeniach. Powoli przekręcił klamkę, wiedząc, jaki widok zastanie. Pośrodku łóżka Remusa spał mały lis. Rude uszy poruszyły się, gdy Mia usłyszała kroki i powieki się podniosły, odsłaniając zmęczone, bursztynowe oczy. Poza tym jednak nie wykonała żadnego ruchu.
- Cześć, kochanie.
Bez wahania zmienił się w psa.
Łapa wskoczył delikatnie na łóżko, zakręcił się wokół własnej osi i położył wokół drobnego lisa. Wciągnął w nozdrza jej zapach, po czym włożył nos pod jej głowę, pozwalając jej odpoczywać tak, jak lubiła.
