Od tłumaczki: W tym tygodniu rozdział na czas. Jedna ważna prawda wychodzi na jaw, ale poza tym najbliższe rozdziały będą raczej spokojne, pozbawione dynamiki, która cechowała kilka poprzednich. Będą raczej radosne i miejscami dość humorystyczne. Mroczniejsze dni dopiero nadejdą. Miłego czytania.
ROZDZIAŁ 87 – ZROZUMIALE ZGORZKNIAŁY
13 grudnia 1978
Początkowo Mia zastanawiała się, czy dzielenie się magią pośród członków Watahy nie pozostawi niektórych wyczerpanych, a innych przepełnionych energią. Na szczęście jej zmartwienia w ogóle się nie potwierdziły, bo po zapieczętowaniu Więzi dopełniali się nawzajem. Mia, James i Syriusz dużo lepiej wyczuwali własną magię, a Remus nigdy nie wyglądał zdrowiej.
Niestety, nagły powrót Remusa do zdrowia spowodował, że członkowie Zakonu zaczęli przyglądać się Watasze z podejrzliwością. W tym nastawieniu mistrzem był Moody, który zgodził się przyjąć Syriusza z powrotem na szkolenie, ale zafundował mu piekło, jako karę za trzymanie czegoś w sekrecie. Aby w jakiś sposób zrekompensować Syriuszowi traktowanie, jakie otrzymywał w pracy, Mia witała go każdego wieczoru z tacą pełną czekoladowych eklerków, które kupowała codziennie w pobliskiej cukierni, znalezionej przypadkiem, podczas poszukiwania prezentów świątecznych.
Prawdę mówiąc, nie był to jedyny sposób, w jaki nagle nienasycona czarownica rekompensowała swojemu chłopakowi piekielną pracę.
Nieobecność Petera zaznaczyła się dużo dłużej niż trwał kryzys zdrowotny Remusa. Gdy Lupin zapytał, gdzie aktualnie przebywa ich przyjaciel, otrzymał wyłącznie krótkie „pieprzyć go" od Syriusza.
Mia musiała bardzo uważać, żeby nie przesadzić z nagrodzeniem swojego czarodzieja za te słodkie słowa, które wypowiedział o osobie, której nienawidziła najmocniej w tej linii czasowej. To właśnie z tego powodu Syriusz znalazł ją pewnej nocy w ich sypialni, odzianą wyłącznie w jego skórzaną kurtkę i z odsłoniętym tatuażem na udzie, gdzie widniało jego imię. Nigdy nie kwestionował jej poczynań i na pewno teraz nie zaczął.
W jakiś dziwny sposób, pomimo trwającej wojny, pomimo stresu związanego z wejściem w dorosłość, gdy sami chcieli na siłę trzymać się ostatnich wspomnień o byciu niewinnym nastolatkiem, Huncwoci i Mia… Cóż, teraz Wataha… Nigdy nie byli szczęśliwsi.
James i Lily rzadko opuszczali Dworek Potterów, a nikt nie chciał wpadać do nich przez sieć Fiu bez wcześniejszej zapowiedzi. Na jego nieszczęście, Remus również mieszkał z parą, która nie chowała się ze swoimi seksualnymi przygodami. Mia często za to przepraszała, ale uniknięcie niedwuznacznej sytuacji było praktycznie niemożliwe, kiedy żyło się z bezwstydnym Syriuszem Blackiem, który nie przyjmował do wiadomości informacji o tym, czego nie powinno się robić we wspólnie dzielonej przestrzeni.
- Przynajmniej moglibyście zamienić się miejscami. Miałbym wtedy lepszy widok – ziewnął Remus, przechodząc nad dwójką przyjaciół, skotłowaną na podłodze w przedpokoju. Tylko tak mógł się dostać do kuchni. – Bez obrazy, Łapo, ale widok twojego bladego tyłka wrył mi się w pamięć na kilka kolejnych żyć.
Mia zachichotała, zadowolona, że przynajmniej ona była ubrana. Prawie.
- Przepraszam, Remusie.
Wstając z uśmiechem na ustach, Syriusz podciągnął spodnie i z rozbawieniem zauważył, że spomiędzy ust Mii wyrwało się zadowolone westchnięcie.
- Przyjmij wyrazy ubolewania, panie Lunatyku – ukłonił się dramatycznie. – Nie mogłem się powstrzymać.
Bez trudu podciągnął Mię i postawił ją na nogi. Złożył pocałunek na jej obojczyku, tuż nad blizną.
- Ta mała wiedźma uwiodła mnie, mówiąc mi „dzień dobry".
Mia tylko wywróciła oczami, słysząc jego wyjaśnienia. Podeszła do Remusa, ucałowała go w policzek na powitanie i zaczęła nastawiać gorącą wodę.
- Skoro tylko tyle potrzeba, żeby cię uwieść – wymamrotał Remus, wyciągając z szafki czysty kubek. – Jestem zszokowany, że ty i ja nie rżniemy się jak króliczki od ostatnich ośmiu lat.
- Nalałam mu też kawy – Mia obciągnęła czerwono-złotą koszulkę do Quidditcha, która służyła jej tej nocy za piżamę, wdzięczna, że materiał jest na tyle długi, żeby chociaż zakryć jej uda.
- I tu leży klucz do słynnego pasa cnoty Syriusza Blacka – stwierdził ironicznie Remus i podstawił kubek Mii, która wrzuciła do niego torebkę Earl Grey'a. – Będę unikał proponowania mu kawy w przyszłości, co pozwoli mi nie być zmolestowanym. Czy to znaczy, że powinienem się trzymać herbaty?
Syriusz roześmiał się głośno i wyciągnął ramiona wysoko nad głową. Wszedł za nimi do kuchni i słyszał całą ich rozmowę.
- Nie da rady, Lunatyku, mój przyjacielu. Zaproponowanie mi herbaty jest równoznaczne ze zrobieniem lod…
- Cicho! – Mia z syknięciem przyskoczyła do swojego chłopaka i położyła dłoń na jego niewyparzonej gębie.
- Na Merlina! Na pewno nie chcę wiedzieć, co oznacza sok dyniowy – Remus roześmiał się i postawił czajniczek na ogniu. Zagłębił się w chłodzącej szafce w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, gdy nagle chwycił go silny ból w boku.
Działając instynktownie, może z własnej woli, a może z powodu Więzi Watahy, Mia i Syriusz przyskoczyli do przyjaciela, oferując mu wsparcie fizyczne i magiczne, na wypadek, gdyby ich potrzebował. Kolejnej nocy wypadała pełnia księżyca, dopiero druga od dnia, kiedy zapieczętowali Więź. Wszyscy nadal martwili się o jego transformację w wilkołaka, szczególnie, że niedawno otarł się o śmierć.
- Jak się czujesz? – Zapytała Mia, marszcząc w napięciu brwi. Odgarnęła ze spoconego czoła Remusa kosmyk włosów. Za jej plecami, Syriusz nalewał do wysokiej szklanki soku dyniowego, który mógł wypić Lunatyk w oczekiwaniu na gorącą herbatę. – Zrobić ci śniadanie?
- Nie, dziękuję, kochanie – Remus uśmiechnął się do niej, złożył pocałunek na jej czole i przyjął szklankę od Syriusza. Szybko wypił jej zawartość, po czym klęknął przed jedną z szafek, w której trzymał zapas czekolady na gorsze dni. – Nie czuję się najlepiej. Myślę, że obfity posiłek powinienem zjeść dopiero po pełni księżyca. Teraz zadowolę się wyłącznie Eliksirem Nasennym i wrócę do łóżka. Nienawidzę tych objawów. W te dni, kiedy nie mam drgawek i nudności, ból rozsadza mi głowę.
- Idź do naszej łazienki. Weź odprężającą kąpiel w naszej ogromnej wannie – stwierdziła Mia i wręcz wypchnęła go z kuchni. – Gorąca woda na pewno ci pomoże. Któreś z nas przyniesie ci herbatę, gdy zagotuje się woda.
Remus wykrzywił się do niej.
- Kiedy ostatni raz na tę wannę zostało rzucone Zaklęcie Czyszczące?
- Idź – Mia niebezpiecznie zmrużyła oczy, ale jej mina złagodniała, kiedy Remus się roześmiał. – Ja pójdę do sklepu i kupię dla ciebie trochę tego świątecznego placka karmelowego, który sprzedają w cukierni „Słodka Śliwka".
- A przyniesiesz mi też kilka ciasteczek dyniowych? – Zapytał Remus z rozjarzonym wzrokiem.
Skinęła głową.
- Przyniosę.
- I trochę czekoladowych kociołków? – Krzyknął do niej z kuchni Syriusz.
- A czy ja ci wyglądam na skrzata domowego? – Odwarknęła do swojego chłopaka, który właśnie wyłonił się zza rogu.
- Przyniesiesz Remusowi górę słodyczy – powiedział z udawanym oburzeniem. – Ja właśnie dałem ci orgazm jak stąd do przyszłego tysiąclecia, jeśli odgłosy, które z siebie wydawałaś są jakimś wyznacznikiem. I co dostanę za moją ciężką pracę?
- Dostałeś kawę.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Mia weszła do cukierni „Słodka Śliwka" i rozejrzała się po niej, zadowolona, że przyszła sama. Mimo że byli dorosłymi mężczyznami, Remus i Syriusz wydaliby całe złoto Gringotta, żeby kupić wszystkie przysmaki i słodycze z tego sklepu. W ostatnich dniach jej zadaniem była kontrola nad impulsywnymi decyzjami chłopców.
Zapłaciła za świąteczny placek karmelowy, ciasteczka dyniowe i czekoladowe kociołki, spakowała swoje zakupy do papierowej torby i ruszyła w kierunku wyjścia, kiedy niespodziewany widok sprawił, że stanęła jak wryta. Przed nią stała hojnie obdarzona przez naturę krągłościami kobieta pchająca podwójny wózek, z dwójką małych chłopców podążających za nią i jednym uwieszonym jej biodra. Cała rodzina miała ogniście czerwone włosy.
- Proszę, mamo! – Najstarszy z chłopców pociągał stopami, gotów wywołać scenę na najmniejszy znak od swojej matki. Kiedy kobieta na niego nawet nie spojrzała, rzucił się na ziemię. – Jeśli dzisiaj kupisz mi Czekoladową Żabę, nie poproszę o nic na święta!
- Williamie Weasley! – Czarownica odwróciła się do syna i wolną rękę położyła na biodrze. W drugiej poprawiła niemowlę. Zdecydowanym wzrokiem spojrzała na swojego płaczącego syna, Williama, którego w przyszłości Mia będzie znała jako Billa. – Natychmiast wstań z tej brudnej podłogi, młody człowieku! Dzieci nie dostają nagród za złe zachowanie.
- Mówiłem, że to nie zadziała – wymamrotał młodszy, który musiał być Charliem. Stał obok z grymasem na twarzy i smużką brudu na policzku. Na koszulce, ewidentnie z drugiej ręki, widniał ziejący ogniem smok.
- Mamoooooo… - Jęknął Bill.
Molly Weasley w dalszym ciągu ignorowała chłopca.
- Jeśli nie kupisz mi Czekoladowej Żaby, ja… Ja… Ja nigdy więcej nie zetnę włosów!
Mia parsknęła śmiechem, przypominając sobie, że w przyszłości Bill nie tylko miał długie włosy, ale również przekłute uszy. Wiedziała, że Molly nigdy nie podobała się fryzura syna, ale nie sądziła, żeby kobieta poddała się szantażowi w tym momencie. Ku zdumieniu Mii, Molly tylko wzruszyła ramionami.
- Niech ci będzie. Zawsze chciałam mieć córkę, a z ciebie byłaby bardzo ładna dziewczynka – odpowiedziała Molly słodkim głosem. Po twarzy Billa przemknęło przerażenie, na widok którego jego matka szeroko się uśmiechnęła. W tym momencie tak bardzo przypominała Ginny, że Mia westchnęła głęboko.
- Teraz macie być grzeczni, bo chcę zamówić prezent świąteczny dla waszego ojca – Molly odwróciła się plecami do synów i zaczęła pchać wózek w kierunku lady.
Mia subtelnie pochyliła się nad jedną z półek sklepowych, udając, że zastanawia się nad wyborem czekolady, podczas gdy w rzeczywistości z tej perspektywy mogła zajrzeć do wnętrza wózka. Zobaczyła tam dwójkę identycznych, śpiących niemowlaków.
- Dlaczego tata dostaje słodycze na święta? – Bill dalej naciskał swoją matkę.
- Bo jest tak słodki, że zasługuje na słodycze – odpowiedziała Molly, nieznacznie się rumieniąc.
Mia uśmiechnęła się na ten widok. W tej linii czasowej zaprzyjaźniła się z Arturem i wiedząc doskonale, jaką miłością darzył żonę, radowało ją to, że jego żona tę miłość odwzajemniała i chwaliła się nią przed swoimi dziećmi.
- Gdybyście chociaż raz się zachowywali grzecznie, zobaczylibyście, że grzeczni chłopcy dostają nagrody. A teraz stójcie i nie ruszajcie się – nakazała synom.
Mia uważnie obserwowała śpiących słodko w wózku bliźniaków. Percy, cichy i posłuszny, siedział w ramionach matki i ssał kciuka. Starsi chłopcy z kolei rozmawiali ze sobą konspiracyjnym szeptem. Zdecydowanie, to Bill był pomysłodawcą, a Charlie chętnie uczestniczył w zabawach proponowanych przez brata.
Widok całej rodziny był prawie nie do zniesienia i Mia nie wiedziała, czy udałoby się jej przeżyć rozmowę z Molly Weasley, gdyby zdecydowała się zostać chwilę dłużej w cukierni. Skierowała się ku drzwiom.
Prawie udało jej się dosięgnąć drzwi, kiedy poczuła, jak coś delikatnie ciągnie za jej szaty. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z dwójką małych, rudowłosych chłopców, którym ledwo udawało się utrzymać na twarzy smutne miny. Bawili się chyba w biedne dzieci, za jakie zawsze miał ich Draco.
- Przepraszam panią – powiedział Bill, mrugając oczami. – Nie miałaby pani może kilku niepotrzebnych Sykli? Dla dwóch sierot?
Charlie objął się ramionami w pasie, jakby cierpiał z głodu i pociągnął nosem.
- Jesteśmy tacy głodni.
Bez jaj, pomyślała Mia, tłumiąc wybuch śmiechu.
Klęknęła przed chłopcami i zmarszczyła brwi.
- Jesteście sierotami, tak? To przecież straszne. Może powinnam znaleźć wam nową rodzinę? – Zasugerowała i z błyskiem w oku patrzyła, jak przez twarze Billa i Charliego przemknął cień, kiedy znaleźli błąd w swoim genialnym planie.
- Macie takie piękne rude włosy. Może tamta czarownica z trójką dzieci chciałaby was adoptować? – Powiedziała po chwili, wskazując dłonią Molly, która właśnie targowała się ze sprzedawcą o cenę mugolskich słodyczy importowanych ze Stanów Zjednoczonych.
- Nie, proszę pani. Ona wygląda na straszną jędzę – zaprotestował Bill.
Charlie pokiwał głową, trzymając się małą rączką koszulki brata.
- Jest paskudna.
- Wygląda na złą czarownicę – dodał Bill.
Mia chciała tylko wybuchnąć śmiechem, gdy usłyszała, jak chłopcy dopełniając wzajemnie wypowiadane przez siebie zdania. W przyszłości bliźniacy opanują tę sztukę do perfekcji. Zaczęła się zastanawiać, czy gdyby Ginny była chłopcem, byłaby bliżej z Ronem, tak jak starsi chłopcy byli blisko ze sobą.
- Coś wam powiem. Wiem, że jesteście małymi, kłamliwymi bestyjkami, ale jeśli mi coś obiecacie, dostaniecie kilka monet.
- Naprawdę? – Bill miał zszokowaną minę.
Charlie rzucił Mii podejrzliwe spojrzenie.
- To zadziałało?
- Oczywiście, że nie – prychnęła, wywracając oczami. – Ale w końcu mamy święta. Trzymajcie.
Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej kilka Sykli, które podała Billowi.
- Wystarczy na trzy pałeczki lukrecjowe.
- Albo na jedno opakowanie Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta.
- Trzy pałeczki lukrecjowe. Dajcie jedną swojemu bratu – Mia zacisnęła usta z dezaprobatą. Wskazała palcem Percy'ego, o którym wiedziała, że rzadko był dobrze traktowany przez swoje rodzeństwo. – I musicie mi obiecać, że będziecie się grzecznie zachowywać do końca dnia. Wasza mama wygląda na zmęczoną, a grzeczni mali czarodzieje powinni się opiekować swoimi mamusiami, prawda?
Charlie wzruszył ramionami, jakby taka myśl nigdy nie przeszła mu przez głowę.
- Pewnie tak.
- Mój młodszy braciszek chciał powiedzieć „dziękuję" – Bill rzucił Charliemu ostrzegawcze spojrzenie, mówiące, że Mia może im odebrać pieniądze z taką samą łatwością, z jaką im je dała.
- Proszę bardzo – uśmiechnęła się do chłopców. Prawie udało jej się zobaczyć oczami wyobraźni Norę i poczuć zapachy dobiegające z jej kuchni. Potrawy przyrządzane przez Molly były jednym z głównych punktów, dla których tęskniła za swoją oryginalną linią czasową. – Wesołych świąt!
Wyszła z cukierni zatopiona w myślach o innych czasach – o lecie spędzanym w ogrodzie Nory, o rodzinie, która praktycznie ją adoptowała w magicznym świecie – z tego powodu nie zwracała uwagi na to, gdzie idzie. Podobnie jak dziecko, które w nią wpadło.
- Ojej! Przepraszam!
Mia podparła się o kamienną ścianę i spojrzała w dół na czarne włosy dziewczynki, która klęczała przed nią.
Pochyliła się i podała jej pomocną dłoń.
- Wszystko w porządku?
- No pewnie! – Opowiedziała dziewczynka i przyjęła wyciągniętą rękę. Gdy już stała pewnie na nogach, zaczęła otrzepywać ubranie z kurzu. Uśmiechnęła się do Mii szczerbatym uśmiechem: aktualnie brakowało jej dwóch przednich zębów.
- Kiedy ktoś jest tak niezdarny, jak ja, uczy się od… Od… Odporności. Tak mówi mój tata. Mówi, że mam tyle blizn na ciele, że wyglądam, jakbym chodziła w zbroi. Widzisz? – Powiedziała z dumą, pokazując Mii blizny na swoich kolanach. Odwróciła głowę, a jej włosy w mgnieniu oka stały się najpierw brązowe, a po chwile jasnożółte.
Mia otworzyła usta ze zdziwienia.
- Tonks?
Oczy małej dziewczynki rozbłysły, ale zanim miała okazję odpowiedzieć, znalazła się w opiekuńczych ramionach kobiety, która musiała być jej matką.
- Czy my się znamy?
Kobieta spojrzała na Mię głęboko osadzonymi oczami. Te jednak sprawiały miłe wrażenie, w przeciwieństwie do wściekłych, szalonych oczu jej rodzonej siostry. Pod wierzchnimi szatami miała na sobie długą, czarną suknię, a jej włosy ściągnięte były w perfekcyjny koński ogon. Jej twarz obramowana była kilkoma pasemkami, idealnie ułożonymi. Przypominała Mii Doreę. Andromeda Tonks była doskonałym przykładem na to, jak powinna wyglądać i ubierać się dojrzała czarownica czystej krwi. Obraz zaburzała wyłącznie pół-krwi córeczka, która aktualnie wisiała w ramionach matki i wytykała język przez szparę w zębach.
Mia uśmiechnęła się miękko.
- Ty musisz być Andromeda.
Andromeda uniosła pytająco brew. Przez chwilę patrzyła czułym wzrokiem na córkę, aby ponownie spojrzeć na Mię.
- Czy ja cię znam?
- Przepraszam… Rozpoznałam cię, bo… No cóż…
- Musisz znać moją siostrę, Bellę – Andromeda westchnęła. Mia zrozumiała, że kobieta wielokrotnie musiała być mylona ze swoją szaloną siostrą.
Mia prychnęła, a jej uśmiech zmienił się w grymas.
- Znać to zbyt mocne słowo.
- A jest jakieś lepsze?
- Z tego, co pamiętam, kiedyś zagroziła mi śmiercią podczas wesela.
- I jak odpowiedziałaś? – Andromedy w ogóle nie zdziwiły jej słowa.
- Zagroziłam jej śmiercią na tym samym weselu – przyznała zdawkowo.
Ostrożność znikła z twarzy Andromedy i kobieta zachichotała.
- Jesteś Mia Potter, prawda? Proszę, mów mi Dromeda – powiedziała spokojnie, po czym pochyliła się nad córką i przestawiła ją nad wystającym z ulicy kamieniem, o który na pewno by się potknęła. – Praktycznie jesteśmy rodziną.
- Jesteśmy rodziną. Moją matką była Dorea Black.
- Wiem. Przykro mi z powodu twoich rodziców. Czarodziejski Świat sporo utracił przez ich odejście. Twoja mama zawsze była wobec mnie bardzo miła, szczególnie po tym, jak… - Spojrzenie Andromedy padło na córkę, która w tym momencie miała znajome, różowe włosy.
- Ty musisz być Nimfadora – Mia uśmiechnęła się do dziewczynki, która odwróciła się do niej i warknęła na zwierzęcy sposób. Zaskoczona Mia wyprostowała się i rzuciła Andromedzie zdumione spojrzenie. Kobieta tylko wzniosła oczy ku górze, ewidentnie zawstydzona.
- Nie zwracaj uwagi na jej warczenie. Przechodzi teraz przez bardzo dziwny okres. Aktualnie preferuje, jak się do niej mówi Dora.
Mia zachichotała. Doskonale ją rozumiała.
- Co was sprowadza w ten piękny dzień na Ulicę Pokątną, Dora? – Zapytała małego Metamorfomaga. Jej serce ścisnęło się lekko, gdy uświadomiła sobie, jak bardzo tęskni za małym Teddym Lupinem.
- Przyszłyśmy w odwiedziny do mojego kuzyna – odpowiedziała Dora, a jej włosy ponownie poczerniały.
- Ah, tak? – Mia uniosła brew. – Chcecie się zobaczyć z Syriuszem?
- O niczym nie wspominał? – Andromeda zmarszczyła brwi. Nagle poczuła się niezręcznie, jakby narzucała się młodszej czarownicy. – Od bardzo dawna się nie widzieliśmy, a Syriusz wspominał, że aktualnie mieszka na Ulicy Pokątnej.
- Tak, to prawda – Mia pokazała kamienicę. – Właśnie tam mieszkamy. Syriusz, oczywiście, nic mi nie powiedział. Jeśli nie macie nic przeciwko, odprowadzę was do mieszkania. Dzięki temu wślizgnę się do kamienicy pierwsza i upewnię się, że chłopcy są kompletnie ubrani, a mieszkanie jest posprzątane. Mieszkanie z dwoma czarodziejami bywa trudne.
Andromeda rozluźniła się i zachichotała.
- Potrafię sobie to wyobrazić.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Mia wpadła jak burza przez drzwi wejściowe ich mieszkania i natychmiast zabrała torbę ze słodyczami poza zasięg rąk Syriusza.
- Twoja kuzynka jest na dole!
- O, cholera. Zapomniałem, że Dromeda miała dzisiaj wpaść.
- Tak, miło by było, gdybyś następnym razem pamiętał i mi coś o tym wspomniał – syknęła i wyciągnęła z torby czekoladowe kociołki. Postawiła je na stoliku, co zmusiłoby Syriusza do poczęstowania dziewczynki, gdyby chciała zjeść ciasteczko.
- Przecież będzie dobrze – powiedział lekceważąco, kierując się ku drzwiom, żeby je otworzyć. – Jest czysto.
Mia wywróciła oczami i rzuciła mu jedną z jego białych koszulek, która wisiała na oparciu krzesła. Co prawda, nie doleciała ona do rąk Syriusza, a upadła między nimi, ale dziewczynę ogarnęła taka panika, że nie zwróciła na to uwagi i zostawiła podniesienie jej Blackowi.
- Przynajmniej załóż ją na siebie, zanim wpuścisz tu swoją rodzinę. Ja muszę sprawdzić, co z Remusem.
- Cały czas siedzi w wannie – rzucił za nią Syriusz, ale ona już biegła korytarzem do swojej sypialni.
- To dobrze. Lepiej, żebym to ja zobaczyła go jako pierwsza, jeśli postanowi twoim zwyczajem wyjść nago z łazienki.
Wpadła do sypialni i natychmiast zamknęła drzwi najsilniejszymi zaklęciami zamykającymi i uciszającymi, jakie znała. Rzuciła torbę ze słodyczami na łóżko i ruszyła w kierunku łazienki, chcąc jak najszybciej zażegnać kryzys, w jakim się znaleźli. Teraz zaczęła żałować, że nie powiedziała Andromedzie, że dzisiejszy dzień nie jest najlepszym momentem na odwiedziny. Ale z drugiej strony prawda była taka, że sama stęskniła się za Tonks i wiedziała, że Syriusz chciał porozmawiać z tą częścią swojej rodziny, która nim nie pogardzała.
- Remusie! – Wrzasnęła, otwierając drzwi. Prawie się roześmiała, widząc, że podskoczył ze zdziwienia i rozchlapał wokół siebie mnóstwo wody. Nie było łatwo przestraszyć tego mężczyznę, więc Mia mimochodem poczuła zadowolenie, że jej się to udało, gdy nawet się o to nie starała.
Widząc ją, Remus zmrużył oczy. Gdyby nad jego lewym okiem nie zebrały się bąbelki piany, jego wzrok mógłby zaniepokoić Mię.
- Mia, ja wiem, że osiągnęliśmy niezwykle komfortowy poziom naszej przyjaźni – powiedział szorstkim tonem. – Ale i tak uważam, że Syriusz mógłby mieć problem z tym, że oglądasz mnie podczas kąpieli.
Przez chwilę się nad tym zastanawiała i pozwoliła swojemu spojrzeniu omieść jego ciało z rozbawieniem. Prezentowało bowiem bardzo przyjemny widok dla jej oczu, szczególnie, gdy się rumienił. Dotarło do niej, że pomimo tego, iż wiedziała, do czego zdolne jest jego umięśnione ciało, nie czuła nic. Pod jej skórą nie było żadnych pozostałości pasji i namiętności, która ich kiedyś łączyła. Był po prostu Remusem. Nagim Remusem, na którego nadal się przyjemnie patrzyło, ale nie wywoływał w niej takiej reakcji, jaką ostatnimi dniami wywoływał w niej Syriusz. Wyrwana ze swoich rozmyślań przez coraz głośniejszy warkot dobiegający z gardła swojego przyjaciela, Mii przypomniało się, dlaczego tak gwałtownie wparowała do łazienki.
- Musisz nad sobą panować – prawdopodobnie nie był to najlepszy dobór słów, szczególnie, że na twarzy Lunatyka pojawił się zagadkowy wyraz.
- Nie podoba mi się ten błysk w twoich oczach – powiedział z niepokojem i sięgnął po ręcznik.
Kiedy minął materiał o kilka centymetrów, Mia wywróciła oczami i podała mu ciepły, puchaty szlafrok, który wisiał na haczyku, za drzwiami łazienki.
- Ostatni raz patrzyłaś na mnie w ten sposób na chwilę przed tym, jak zabrałaś mnie w podróż do Myślodsiewni, gdzie pokazałaś mi, że ja mam siwe włosy, a ty… - Urwał. Wyszedł z wanny, a szlafrok wisiał w jego dłoni. Jego oczy zmieniły kolor na złoty szybciej niż kiedykolwiek. Jego nozdrza zadrżały.
O, kurde, pomyślała Mia i powoli zaczęła się przed nim cofać, jednocześnie sięgając po różdżkę.
- Co…? Co tak dobrze pachnie? – Zapytał Remus, a jego źrenice rozszerzyły się do granic możliwości. – Przyniosłaś mi placek karmelowy?
Mia odetchnęła z ulgą.
- Tak, zostawiłam go w sypialni – nie wytłumaczyła jednak, w której sypialni.
- Pójdę po niego – powiedział, rzucając szlafrok na ziemię i zmierzając ku wyjściu. Nie zwracał w ogóle uwagi na to, że był mokry i nagi.
Mia zatrzymała go, kładąc dłonie na jego wilgotnej piersi. Obejrzała się na drzwi do sypialni i w duchu błagała, żeby Syriusz nie wybrał właśnie tego momentu na wejście. Dzięki Merlinowi, zablokowała drzwi zaklęciem, kiedy tu wchodziła.
- Remusie, jesteś nagi!
- Już mnie takim widziałaś – prychnął, tracąc całkowicie poczucie wstydu i logiki w tym jednym błysku złotych oczu. Parł do przodu. Wzrok miał skoncentrowany, szczękę zaciśniętą i Mia zdawała sobie sprawę z tego, że Remus mógł nie panować nad sobą do końca. – Muszę… Potrzebuję tego, co tam jest. Coś pachnie…
- Remusie! – Warknęła na niego. – Nie wolno ci tam pójść. Szczególnie, że nie masz nic na sobie.
- Dlaczego? To znaczy, nie chodzi mi o fakt, że jestem nagi, bo to chyba oczywiste – i w tym momencie słowa Remusa dotarły do jego uszu i chłopak boleśnie sobie uświadomił, że rzeczywiście jest nagi, a w dodatku kapie z niego woda na sam środek sypialni Mii i Syriusza. Zaczerwienił się, chwycił najbliższą poduszkę i zakrył swoje krocze.
Mia ponownie odetchnęła z ulgą, gdy zauważyła, że Remus zaczyna odzyskiwać rozum. Rozluźniła napięte ramiona.
- Kuzynka Syriusza przyszła ze swoją małą córeczką.
- Andromeda? – Zapytał Remus, unosząc brew. – To przypadkiem nie jest ta dobra kuzynka?
- To ona.
- To dlaczego ty…? – Jego nozdrza ponownie zadrżały, a do oczu wrócił złoty błysk. – Czy to ty? Pachniesz…
Zbliżył się do niej i wciągnął do płuc jej zapach.
W normalnych warunkach za takie zachowanie Mia poczęstowałaby go uderzeniem w potylicę, ale w tym momencie było jej go po prostu żal, szczególnie, że jeszcze nie wiedział, z czym ma do czynienia.
- Ale to nie ty. Twoje ręce – Uniósł jedną z dłoni Mii, upuszczając jednocześnie poduszkę, która osłaniała jego męskość. Powąchał jej palce. – Co ty…?
- Colloportus – krzyknęła Mia, różdżką w wolnej ręce wskazując drzwi. Musiała mieć pewność, że Remus stąd nie wyjdzie, wobec tego nałożyła jeszcze silniejsze zaklęcie zamykające, na te, które już oplatały wyjście.
To spowodowało, że Remus zrozumiał, że Mia coś przed nim ukrywa. Coś ważnego, coś niezbędnego do jego przeżycia, coś oczekiwanego. Chłopak pospieszył do zamkniętych drzwi.
- Co tam jest? – Zażądał odpowiedzi, drapiąc w drewno gołymi palcami. – Potrzebuję tego!
- Remusie, ostrzegam. Ogłuszę cię! – Zagroziła i wycelowała w sam środek pleców przyjaciela.
- Dlaczego? – Obrócił się do niej i spojrzał na nią wzrokiem zranionego zwierzęcia. – Co przede mną ukrywasz?
- Twoją… - Mia zawahała się. – Twoją partnerkę.
Krew odpłynęła z jego twarzy i chłopak upadł na podłogę, tuż przed drzwiami. Patrzył na nie z mieszaniną zaniepokojenia i pragnienia.
- Mówisz, że to… Andromeda? Czy ona nie jest mężatką?
- Nie.
- Nie jest mężatką? Ale przecież Syriusz mówił, że to jest ta kuzynka, która uciekła od rodziny, żeby wyjść za Mugola, tego Tonksa…
- Andromeda jest mężatką – odpowiedziała nerwowo Mia. – To nie o niej mówię.
- Nie rozu…
Mia widziała, jak ruszyły trybiki w jego głowie. Trzymała go pod kluczem, bo po drugiej stronie drzwi była przeznaczona mu partnerka. Ale skoro nie była to Andromeda, w takim razie…
- Stój. Nie. To przecież… O, kurwa… - Remus jęknął i ukrył twarz w dłoniach. – Na Merlina! Ja pierdolę!
- Musisz tu zostać, kochanie. Wiem, że nigdy nie zachowałbyś się wobec niej… Nieodpowiednio – Mia zamrugała oczami, gdy to słowo przeszło przez jej usta, ale jej reakcja była niczym w porównaniu z zachowaniem Remusa. Chłopak uderzał głową w drewniane drzwi, jakby uważał, że straci przytomność z bólu i zapomni kilka ostatnich minut. Po chwili Mia kontynuowała. – Obawiam się jednak, że skoro do pełni zostało tak mało czasu, bardzo trudno będzie ci… Grać niewiedzę.
- Ja-pier-do-lę-i-kur-wa-mać! – Remus z każdą sylabą walił głową w drzwi. – Ile ma lat?
Mia wykrzywiła twarz.
- Nie chcesz wiedzieć.
- Ile ona ma lat? – Powtórzył spanikowany.
Mia odetchnęła przez nos, próbując się uspokoić i zacisnęła wargi.
- Pięć. Może sześć – wymamrotała.
- Kurwa! – Remus wstał i zaczął nerwowo przechadzać się po sypialni. Dłonie zanurzył w swoich włosach i mocno zacisnął, wyrażając w ten sposób swój szok i frustrację. – Jesteś pewna? To znaczy… Mam świadomość, że wiesz, kim ona jest, ale… Jesteś pewna?
Skinęła głową i położyła mu dłoń na ramieniu, mając nadzieję, że w ten sposób powstrzyma go przed wytarciem dziury w podłodze.
- Tak. Przecież ci powiedziałam, że znam was oboje w przyszłości.
Coś w nim pękło.
- I nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć, że jestem od niej piętnaście lat starszy?
- Trzynaście – poprawiła go.
- Jakby to, kurwa, miało znaczenie! Dwa lata nie robią różnicy, skoro przeznaczona mi partnerka jest…
- Hej! Nie zapominasz przypadkiem, że ja sama w pewnym momencie będę musiała sobie poradzić z problemami związanymi z wiekiem? – Warknęła, odnosząc się do swojej przeszłej… Albo przyszłej… Relacji z dużo starszym Syriuszem Blackiem. Oczywiście, o ile uda jej się wrócić do swojej oryginalnej linii czasowej. – I dziewiętnaście lat to trochę więcej do przeskoczenia niż trzynaście, Lunatyku. Więc przestań jęczeć!
- Wcale nie jęczę, Mia! – Odgryzł się. – Ale właśnie się dowiedziałem, że jedyna kobieta, przy której się spełnię jest jeszcze niemowlakiem. Dopiero za sześć lat rozpocznie naukę w Hogwarcie! A ja… Ja skończę… Na Merlina! Trzydzieści lat, kiedy ona…
Upadł na łóżko, a po jego twarzy ponownie przemknął cień paniki.
Przez moment Mia zastanawiała się, czy przypadkiem go nie złamała. Widziała jednak, że nadal oddycha, że jego pierś unosi się i opada w rytm ataku paniki.
Nagle, jego nozdrza rozchyliły się, a źrenice zrobiły się tak wielkie, że Mia nie wiedziała, czy tęczówki nadal były zielone, czy może stały się złociste. Cały jego strach zniknął, a zastąpiła go ekscytacja. Wyglądał, jakby się naćpał.
- Czy…? Upiekłaś może biszkopty?
Mia, sfrustrowana, wywróciła oczami.
- Nie.
Chwila jego ekscytacji minęła bezpowrotnie, gdy sobie coś uświadomił.
- Ona pachnie jak biszkopty? To najgorszy dzień mojego życia!
- Chcesz Eliksir Uspokajający?
- Nie chcę – ponownie upadł na łóżko i ukrył twarz w ogromnej poduszce. Mia przez moment pomyślała, że chłopak chce się nią udusić. – Po prostu… To chyba zrozumiałe, że jestem nieco zgorzkniały po tej rozmowie.
- Chciałabym tylko zaznaczyć, że nigdy się ze mną nie zgadzałeś, kiedy powtarzałam ci, że ją odnajdziesz – wytknęła mu Mia.
- Masz rację – wymruczał spod poduszki.
- Wiesz, że zarygluję za sobą drzwi, wychodząc.
Odsunął poduszkę, usiadł i spojrzał na nią zmrużonymi oczami.
- Czy naprawdę uważasz, że wyjdę stąd i co zrobię? Napadnę na dziecko?
- Oczywiście, że nie! – Syknęła, urażona, że mógł pomyśleć o niej w ten sposób. – Ale, Remusie… W tym momencie ciężko się przy tobie przebywa. Twoje oczy błyszczą. A dziewczynka jest dość… Niezdarna.
Ponownie panika zagościła na twarzy Remusa.
- Martwisz się? Tak szybko?
- Cóż… Jestem trochę… Zmieszany. Może zaniepokojony. Nie wiem, co się dzieje, mój mózg pracuje na podwyższonych obrotach i… Czy ty… Upiekłaś biszkopty?
- Och, do kurwy nędzy! – Mia odrzuciła głowę do tyłu i jęknęła. – To twój instynkt opiekuńczy. Lunatyk wie, że to twoja kobieta. Że ona tam jest i mimo, że nie zaszłoby między wami nic… Romantycznego…
Zauważyła, że Remus patrzył na nią z przerażeniem, nie z paniką we wzroku.
- Lunatyk i tak działałby instynktownie, żeby chronić to, co należy do ciebie. Boję się, że gdyby dziewczyna się potknęła… A znając ją, jest to bardzo prawdopodobne… Twój wewnętrzny wilk zagrałby jej rycerza w lśniącej zbroi. I mimo honorowych zamiarów, na pewno wystraszyłbyś jej matkę. I może Blackowie są zdrajcami krwi, ale nie możesz odmówić im temperamentu.
- Ty jesteś Blackiem.
- Teoretycznie, tak. I czy wyglądam jak osoba, z której możesz teraz drwić?
- Kuzynka Syriusza – westchnął, przeczesując palcami wilgotne włosy. – A zatem w przyszłości jesteśmy rodziną?
- Teraz jesteśmy rodziną, kochanie – uśmiechnęła się do niego. Remus chciał odpowiedzieć tym samym, ale nie potrafił wykrzesać z siebie szczerego uśmiechu. – Zostań tutaj, a ja powiem Syriuszowi, że źle się czujesz. W barku jest Eliksir Uspokajający. Natychmiast weź kilka kropel.
- Mia? – Remus zawołał za nią, gdy zbliżała się do drzwi. – W przyszłości… Jak jej rodzina reaguje na to, że jestem… Wilkołakiem?
Mia uśmiechnęła się szeroko, zadowolona, że mogła mu przekazać dobre wieści.
- Kochają cię.
Ulżyło mu, ale jednocześnie spoglądał na nią podejrzliwie.
- A Syriusz?
Roześmiała się, przypominając sobie, jak często Syriusz robił sobie z nich dwojga żarty.
- Nie będzie miał dla ciebie litości. Ale nie będzie nic wiedział do momentu, kiedy u… Ucie… - Ucieknie z więzienia i dołączy do utworzonego ponownie Zakonu Feniksa. Jej mina zrzedła. – Kurwa mać!
- Zaklęcie? – Remus skrzywił się, widząc jej reakcję. Sporo czasu minęło od ostatniego momentu, kiedy zaklęcie tak wyraźnie ją powstrzymało przed ujawnieniem prawdy. Od czasu do czasu Remus widział, jak jest powstrzymywana, ale rzadko zdarzało jej się mówić tak otwarcie, żeby zaczęła się jąkać.
- Przecież nie próbuję niczego zmienić! Po prostu… Niech będzie. Kiedyś uda mi się to obejść – westchnęła głęboko i zastanowiła się przez moment. – Nie mów Syriuszowi o tym, że ją znalazłeś do momentu, kiedy to będzie konieczne. To powinno wystarczyć.
Sięgnęła do klamki.
- W torbie na łóżku masz placek karmelowy i inne słodycze – nie przekręciła jeszcze klamki, kiedy jej uszu dobiegło przekopywanie się przez torby.
- Mia? – Zawołał ją ponownie i zmarszczył brwi, kiedy spojrzała mu prosto w oczy. – Jak ona ma na imię?
Mia uśmiechnęła się.
- Nimfadora.
- To… - Zawahał się, kilkukrotnie powtarzając to imię w myślach. – To…
- Brzmi pięknie?
- Brzmi śmiesznie – roześmiał się.
- Jesteście dla siebie idealni.
Wzdychając z ulgą, Mia wyszła z sypialni i zamknęła za sobą drzwi, upewniając się, że zaklęcia wyciszające i blokujące nie puszczą. Odeszła trzy kroki i odwróciła się zaniepokojona, po czym rzuciła swoje osobiste tarcze ochronne. Uspokojona, wróciła do salonu, gdzie przywitał ją widok strzaskanego szkła na podłodze, rozbitej ceramiki i przypalonego dywanu. Poczuła dym.
- Hej, gdzie jest Lunatyk? – Zapytał niewinnym tonem Syriusz, opierając się wygodnie o poduchy leżące na sofie. Do jego boku tuliła się zaniepokojona Dora, a naprzeciwko nich siedziała Andromeda, patrząc na nich oboje z mieszaniną przerażenia i wyczerpania.
- Źle się czuje – odpowiedziała powoli. – Dałam mu kilka eliksirów. Co tu się stało?
Syriusz rozpromienił się.
- Mini-Tonks nie przebywała w salonie nawet pięciu minut i już zdążyła zbić tę ohydną wazę, którą dostaliśmy od Lily na nowe mieszkanie, dwie kryształowe szklanki szybko poszły w ślady wazy, a przy okazji, przypadkiem, oberwał twój głupi kot. Dora nadepnęła mu na ogon. Wredne stworzenie siedzi teraz pod kanapą. Uważam, że moja rodzina powinna nas częściej odwiedzać!
