Od tłumaczki: Lubię ten rozdział. Może nie jest tak słodki, jak poprzedni, ale wypada bardzo ciekawie. Mia też potrafi być wulgarna, gdy tego chce. Kolejny rozdział już za tydzień. Miłego czytania.
ROZDZIAŁ 88 – SKARPETKI
20 grudnia 1978
Rozwścieczony. Tylko w ten sposób można było określić wyraz twarzy Alastora Moody'ego, kiedy poinformowali go o rekonwalescencji Remusa, ale nie zgodzili się podać szczegółów jego cudownego ozdrowienia. Stary Auror zażądał raportu dotyczącego tego, co działo się miesiąc wcześniej w Dworze Potterów. Żaden z członków Watahy nic nie powiedział do momentu, kiedy na szali postawiona została kariera Syriusza, co było ciosem poniżej pasa, nawet jak na standardy Moody'ego. Syriusz obrzucił swojego przełożonego gniewnym spojrzeniem, a Remus siedział obok niego przygnieciony poczuciem winy. James i Lily głośno wyrażali swoje oburzenie taką perfidną manipulacją. Alice, Frank i Mary również gorąco protestowali przeciwko takiemu zachowaniu, podczas gdy Peter siedział cicho po drugiej stronie pokoju, odepchnięty przez Syriusza.
Mia wywróciła oczami, zirytowana przekrzykiwaniem się wszystkich zgromadzonych w Wieży Tut i dramatycznym ruchem ręki odsunęła swoje szaty w taki sposób, żeby obnażyć obojczyk, ujawniając znak Watahy. W salonie zapadła cisza. Syriusz i James bezgłośnie poszli w ślady Mii i odsłonili swoje znaki, co sprawiło, że Moody wbił spojrzenie w zawstydzonego Remusa.
Spotkanie wymknęło się spod kontroli.
- Wiedziałem! Nigdy nie powinniśmy byli przyjmować go do Zakonu!
- Na pewno istnieje bardzo dobre wytłumaczenie…
- Dajcie im szansę wszystko wyjaśnić!
- Wydawało mi się, że ugryzienia wilkołaków są większe… To wygląda prawie, jak…
- Dumbledore! Nie masz zamiaru nic z tym zrobić?
Darli się wszyscy poza Watahą, która cofnęła się pod tylną ścianę salonu. Najgorzej wyglądał Remus, zdając sobie sprawę, że to on przyciągał do Watahy najwięcej niechcianej uwagi. Syriusz siedział między Remusem i Mią, obejmując oboje ramionami. Miał znudzony wyraz twarzy. Ramiona Jamesa były napięte, jakby się spodziewał, że w pewnym momencie członkowie Zakonu Feniksa zaatakują. Lily skrzyżowała ramiona na piersi i prychała na każdego, kto odważył się spojrzeć jej w oczy. Chłopcy to przegapili, ale Mia roześmiała się, gdy Lily niegrzecznie zbyła Marlene McKinnon.
Mię prawie rozbawiło to zamieszanie. Miała jednak wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, żeby ukryć uśmieszek, szczególnie, że Moody cały czas patrzył.
Problemem Alastora Moody'ego nie był fakt, że Remus ugryzł Mię, żeby wyzdrowieć, a przynajmniej tak później twierdził. Problemem nie był również rytuał, przez który przeszła Wataha. Problemem był fakt, że wszystko zachowali w tajemnicy. Moody był również niesamowicie – i ku wielkiej uciesze Mii, bardzo głośno – wściekły na Dumbledore'a, który wysłał Remusa na tak niebezpieczną misję, nie znając wszystkich faktów.
W ciągu godziny cały Zakon otrzymał bardzo szczegółową wiedzę na temat wilkołaków, chociaż niektórzy obstawali przy tym, aby Mię, Jamesa i Syriusza przebadać w kierunku zarażenia się lykantropią. Mia zgodziła się na takie badanie wyłącznie po to, żeby zetrzeć z ust niedowiarków zadowolone uśmieszki.
Kiedy rzucono na nich kilka zaklęć i potwierdzono, że żadne z nich nie jest wilkołakiem, spotkanie kontynuowano. Moody przechadzał się w te i z powrotem, splatając dłonie za plecami jak generał na starych filmach wojennych.
- Otrzymaliśmy sprawozdania, które sugerują, że Śmierciożercy znowu się przemieszczają. Wrócili do Wielkiej Brytanii i spodziewam się po nich dokonania rzezi podczas ferii świątecznych – warczał gniewnie, spacerując pomiędzy swoimi żołnierzami i wydając rozkazy. – Podzielimy się na mniejsze drużyny, które będą monitorować najbardziej narażone na ataki miejsca. Black i Longbottom… Wy podczas wigilii będziecie patrolować Ulicę Pokątną razem z Bonesem, Shackleboltem i drugą Longbottom.
- Jestem drugą Longbottom, słyszałaś? – Szepnęła Alice do Mii, parskając śmiechem. – Mam swój własny tytuł.
Obie dziewczyny roześmiały się cicho.
- Potter – Moody odwrócił się do Jamesa, który wyprężył się na baczność. – Ty, razem z Evans, Fenwickiem i Dearbornem będziecie robić to samo w Hogsmeade.
Mia uniosła dłoń, jakby nadal znajdowała się w Hogwarcie.
- A co z drugą Potter? – Zapytała z uśmiechem.
Moody odpowiedział surowym spojrzeniem. Nie podobało mu się, że Mia była w jakikolwiek sposób wplątana w ich narady wojenne, szczególnie, że to jej plan ocalił Remusa.
- Ty będziesz niańczyć Lupina.
Remus skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na Moody'ego upartym wzrokiem.
- Jestem zdolny wykonywać zadania dla Zakonu i nie potrzebuję niańki.
- A może potrzebujesz tresera dla zwierząt? – Zasugerował James.
- Stul dziób, Rogaczu.
Moody odetchnął głęboko, próbując ukryć niecierpliwe warknięcie.
- Dopóki pani Pomfrey oficjalnie nie potwierdzi, że jesteś zdrowy, nie będziesz uczestniczył w żadnej misji Zakonu. Nawet tutaj nie powinno ciebie być. Nadal nie podoba mi się twoje cudowne ozdrowienie.
Remus zmrużył oczy.
- Dzięki.
Szybko wtrącił się Kingsley.
- Alastor ma na myśli to, że wszyscy się cieszą z twojego powrotu do zdrowia, ale nie wszyscy są zadowoleni ze sposobu, w jaki do zdrowia wróciłeś.
Auror został zaproszony, żeby dołączyć do Zakonu Feniksa kilka miesięcy wcześniej, kiedy podsłuchał, jak Moody i Edgar Bones rozmawiają w Ministerstwie o zaginięciu Remusa.
Mia uważała Kingsley'a za sojusznika i szybko zapewniła Dumbledore'a o jego lojalności. Opowiedziała dyrektorowi o wydarzeniach, do których doszło w klinice Świętego Munga w czasie, kiedy zmarła Dorea. Kingsley obronił Remusa przed całą grupą uprzedzonych Aurorów, którzy chcieli go unieszkodliwić. Mia nigdy tego nie zapomni.
- Chciałabym zaznaczyć, że ja nie jestem wilkołakiem – stwierdziła Mia, zirytowana faktem, że sposób, w jaki Remus wyzdrowiał był wykorzystywany przeciwko niemu. – Nie jestem zainfekowana. Nie mam żadnego małego, futrzastego problemu.
Syriusz zachichotał pod nosem.
- Podczas ostatniej pełni księżyca zrobiła się nieco humorzasta, ale to mógł być zbieg okoliczności, bo właśnie miała okres.
- Zamknij się, Syriuszu.
Moody odchrząknął głośno, próbując odzyskać kontrolę nad spotkaniem. Posłał przy tym tak nieprzyjazne spojrzenie Syriuszowi, że Mia była pewna, że zwarzyłoby się pod nim mleko.
- Diggle, Pettigrew, McDonald i reszta dostaną nazwiska osób, którym macie się przyglądać bardzo uważnie przez najbliższe kilka miesięcy. Musimy wiedzieć, kto na pewno nosi Mroczny Znak, kto przebywa w towarzystwie mrocznych czarodziejów i kogo mogłoby się udać przekonać do ewentualnej zmiany stron…
- To jest niemożliwe – wtrącił się Syriusz. – Raz Śmierciożerca, na zawsze Śmierciożerca.
Lily zmarszczyła brwi, patrząc na przyjaciela z przykrością we wzroku.
Moody wykrzywił się ze złością.
- Black, to nie jest miejsce na wygłaszanie swoich opinii. Jeśli masz problem z tym ostatnim zadaniem, sam nam podaj nazwiska Śmierciożerców.
Syriusz warknął, słysząc ton Moody'ego.
- Chętnie podam te nazwiska: Lucjusz Malfoy, Bellatrix, Rudolf i Rabastan Lestrange, Crabbe, Goyle, Mulciber, Wilkes, Avery, Alecto i Amycus Carrow, Regulus Black i Severus pieprzony Snape. Chyba, że miałem mówić w kolejności alfabetycznej?
Lily odchyliła się, jakby coś uderzyło ją w twarz i Mia złapała ją za rękę. Wiedziała, że przyjaciółka całkowicie odcięła się od Snape'a, ale właśnie w brutalny sposób przypomniano jej, jak nisko stoczył się mężczyzna, którego kiedyś uważała za bliskiego sobie człowieka. Jakaś część Mii chciała zdradzić Lily, że Snape pewnego dnia odkupi swoje winy, że pomimo swoich wielu wad, zginie jako bohater.
- Dowody, Black! Gdzie są na to dowody?
- Przynajmniej połowa z nich próbowała nas zabić w ciągu ostatnich kilku lat – odpowiedział ze złością Syriusz. – Ale niech będzie tak, jak pan sobie życzy. Wolałby pan, żeby ciała oznaczać jako „dowód przestępstwa" czy „dowód w sprawie"?
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Spotkanie zakończyło się w momencie, kiedy Moody i Syriusz zaczęli na siebie wrzeszczeć. Syriusz, niepowstrzymana siła, spotkał na swojej drodze Moody'ego, niezachwiany obiekt. Zanim doszło między nimi do pojedynku, Edgar i Kingsley zabrali starego Aurora do drugiego pokoju, żeby go uspokoić, natomiast James i Remus siłą zaciągnęli Syriusza na ganek, żeby ochłonął na zimowym powietrzu.
Ponieważ chłopcy zajęli się wściekłym Blackiem, Mia i Lily zaczęły planować wcześniejsze świętowanie Bożego Narodzenia, skoro misje zostały przydzielone prawie wszystkim na czas wigilii. Lily, która w końcu poczuła się w Dworku Potterów jak w domu, kupiła mnóstwo ozdób świątecznych, gigantyczną choinkę i gęś, którą chciała upiec dla całej swojej nowej rodziny, do której, niestety, zaliczał się również Peter. Kiedy James wrócił do domu, zapytał, czy Lily w ogóle wie, jak przyrządzić gęś. Z nich wszystkich było najbardziej prawdopodobne, że to właśnie ona potrafiła gotować, ponieważ nie dorastała w domu, w którym gotował skrzat domowy. Nawet Mia zatraciła te umiejętności, które nabyła w domu swoich oryginalnych, mugolskich rodziców – chociaż trzeba było jej przyznać, że nigdy nie była tak utalentowana przy gotowaniu, jak przy warzeniu eliksirów.
Mia zdecydowała jednak, że w jej interesie należy odsunięcie się od Lily, gdy dziewczyna ma nieprzepartą ochotę przekląć Jamesa. Krótkim skinięciem głowy przywitała się z Dumbledorem, stojącym w kącie salonu, przyglądającym się z radością opakowanemu w czerwony papier prezentowi, który trzymał.
- Skarpetki – powiedział dyrektor, szeroko się uśmiechając. – Minerva zna mnie tak dobrze, że co roku daje mi w prezencie parę skarpetek.
Kiedy Mia nie odpowiedziała uśmiechem, ani nie przejawiła żadnej ochoty do rozmowy na błahe tematy, Dumbledore odstawił paczuszkę na najbliższy stolik.
Mia przyjrzała się prezentowi. Obserwowała, jak światło odbija się od błyszczącego papieru. Przypomniał się jej prezent, który ona sama otrzymała w przyszłości od Remusa. Skarpetki, pomyślała. Nie Zmieniacz Czasu. Nie Świstoklik. Włożyła dłoń do kieszeni i zamknęła palce wokół Tele-Świstoklika, który zawsze ze sobą nosiła. W jakiś sposób fakt, że miała go przy sobie, uspokoił ją. Zaczęła się zastanawiać, jakie by były konsekwencje, gdyby rzuciła jeden Dumbledore'owi.
- Cieszę się, że dobrze sobie radzisz, moja droga, szczególnie biorąc pod uwagę stres, jaki przeżyłaś w związku z chorobą Remusa.
Mocno ścisnęła Tele-Świstoklik w dłoni. Poczuła, jak krawędzie monety wbijają się w jej palce.
- Wolałabym nie rozmawiać o Remusie, dyrektorze – powiedziała słodko. Jej matka byłaby dumna ze swojej córki, gdyby usłyszała ten ton. – Powiedziano mi, że reaguję… Gwałtownie… Na jakiekolwiek oskarżenia rzucane w jego stronę.
Zerknęła na drugą stronę salonu. Marlene McKinnon gniewnie wpatrywała się w plecy Remusa, który trzymał ramiona wściekłej rudowłosej czarownicy. James patrzył na nich z rozbawieniem i miłością. Przypomniało to Mii, że w taki sam sposób Harry patrzył na Ginny za każdym razem, kiedy coś dziewczynę rozzłościło.
- To wada charakteru, nad którą bezustannie pracuję.
- Rozumiem.
Mia ponownie spojrzała na Dumbledore'a, ale tym razem w jej oczach błyszczało podekscytowanie. Puściła monetę, którą ściskała w dłoni i złączyła palce przed sobą.
- Właściwie, chciałam dać panu prezent świąteczny.
- Naprawdę? – Dumbledore uniósł brew. – Mam nadzieję, że się niepotrzebnie nie wykosztowałaś, moja droga.
- Nie musi się pan o nic martwić. Nie wydałam na ten prezent nawet jednego Knuta. Ale pracowałam nad tym prezentem przez wiele tygodni i włożyłam w jego przygotowanie całe moje serce. Mam nadzieję, że będzie się panu podobał.
Musiała się skoncentrować, więc na chwilę zapadła między nimi nieprzyjemna cisza. Dumbledore patrzył na nią z zaniepokojeniem.
- Panno Potter?
- P… Pam… Pamiętnik – wykrztusiła. – Pier… Pierścień. Naszyjnik. Pu… Puchar.
Na jej czole pojawiły się krople potu. Korzystała ze wszystkich swoich sił, wytężała całą swoją Oklumencję, żeby przeciwstawić się Tacere Veritas. Szok, który pojawił się na twarzy Dumbledore'a dodał jej sił. Uśmiechnęła się w duchu.
- Panno Potter – powiedział Dumbledore ostrzegawczo.
- D… D… D… - Koncentrowała się, próbując powiedzieć „diadem", ale to słowo nie chciało przejść przez jej gardło. Wiedziała, że posuwa się za daleko, ale parła do przodu jak taran. – D… D…
Kurwa mać!
- Tiara. W… Wąż.
Czuła, jak jej policzki czerwienieją, a po chwili bledną. Celowo nie wyjawiła dyrektorowi imienia Harry'ego. Z czystej złośliwości wyjawiła Dumbledore'owi tajemnicę Horkruksów, ale nigdy z własnej woli nie przyłożyłaby ręki do szalonego planu dyrektora, który zakładał śmierć Harry'ego. Nawet pomimo tego, że ten plan zadziałał.
Mia poczuła pełnię zwycięstwa, bo udało jej się wypowiedzieć wszystkie słowa. Miała naturę perfekcjonistki i od wielu miesięcy ćwiczyła te słowa. Walka z Tacere Veritas była wyczerpująca, zarówno fizycznie, jak i magicznie. Raz zdarzyło jej się stracić przytomność w pracy. Była niesamowicie wdzięczna za to, że to nie któryś z jej przełożonych znalazł ją nieprzytomną na biurku, ale Artur Weasley. Kiedy Artur ją obudził, skłamała, że położyła się spać późno w nocy i dlatego przysnęła w pracy. Artur odpowiedział kilkukrotnym uniesieniem brwi w bardzo jednoznaczny sposób, zaczerwienił się po koniuszki uszu i mruknął „Ja też". Mia wybuchła śmiechem.
Nieważne, jak ciężko jej było walczyć z zaklęciem – szczególnie od kiedy zrozumiała, że wszystkie „zmiany", jakie udało jej się wprowadzić tylko ukierunkowały przyszłość na odpowiednie tory – ta walka wzmacniała jej zdolności Oklumencji, a to była umiejętność, która pewnego dnia mogła okazać się jej niezbędna, jeśli by jej nakazano rzucić pracę w Ministerstwie i zacząć walczyć na wojnie, ramię w ramię ze swoją rodziną i przyjaciółmi.
Dumbledore, mimo tego, że od zawsze jej powtarzał, że nie należy naruszać podstaw przyszłości, sprawiał wrażenie, jakby głęboko myślał nad słowami, które wypowiedziała Mia. Jakby próbował je do siebie dopasować, albo z czymś połączyć. Mia prychnęła pod nosem, wiedząc, że mu się nie uda. Dyrektor dopiero w roku 1993 dowie się o istnieniu Horkruksów, wyłącznie dlatego, że Harry przekaże mu pamiętnik Riddle'a i kieł bazyliszka, który jako jedyny mógł go zniszczyć.
- Nie rozumiem – powiedział w końcu, marszcząc brwi.
Mia oparła się ramieniem o futrynę drewnianych drzwi. Była tak wyczerpana, że musiała się czymś podeprzeć. Odetchnęła głęboko, próbując wyrównać oddech, który straciła walcząc z zaklęciem.
- Nie, proszę pana. Nie sądzę, żeby pan rozumiał. A przynajmniej jeszcze nie.
Pozwolił jej na kilka minut ciszy, w trakcie których odzyskała panowanie nad własnym ciałem.
- Wygląda na to, że ponownie muszę wzmocnić Zaklęcie Prawdy – powiedział spokojnie, jakby właśnie rzucał jakąś bezsensowną uwagą typu „szkoła rozpoczyna się we wrześniu" albo „bardzo lubię skarpetki".
Mia odważnie odpowiedziała na jego spojrzenie.
- Nie mogę się doczekać, dyrektorze.
Dumbledore nie był zachwycony jej tonem.
- Czy mogę zapytać, co chcesz osiągnąć, krzywdząc się w ten sposób?
Zastanowiła się chwilę nad odpowiedzią.
- Nie jesteśmy ani pańską bronią, ani pionkami, które można przesuwać po planszy wedle własnego widzimisię – odpowiedziała zimno.
Zacisnęła zęby, żeby więcej gorzkich słów nie wyrwało się z jej ust, gdy przypomniała sobie załamane spojrzenie Harry'ego, który w pewnym momencie uświadomił sobie, że Dumbledore nie powiedział mu o tak wielu sprawach, że nigdy nie wyjawił mu całej prawdy. Przypomniała sobie gniew w głosie Harry'ego, gdy chłopak wyznał jej, że częściowo obwinia dyrektora za śmierć Syriusza. Że winne są jego kłamstwa i manipulacje.
Był czas, kiedy rozumiała, że nie było sensu nad zastanawianiem się nad motywami dyrektora i ich własnymi reakcjami na jego rozkazy, ale teraz, wiele lat później, Mia uświadomiła sobie, że Dumbledore wysłał trójkę dzieci na pole walki. Bez żadnych instrukcji, bez przewodnika. I uzbroił ich wyłącznie w pochodnię, złoty znicz i księgę pełną baśni.
- Mogłabym przez kilka godzin opowiadać o tym, jak opłakane skutki będą miały wszystkie pańskie machinacje, ale pewnie straciłabym przytomność przy pierwszych słowach – zwróciła uwagę, że Dumbledore lekko skinął głową, potwierdzając jej słowa. – Powinien był pan zostać Ministrem Magii, a nie dyrektorem Hogwartu. Wtedy pańskimi pionkami staliby się biurokraci, dorośli ludzie, a nie niewinne dzieci, które chciały się przed panem wykazać.
- Naprawdę w przyszłości jestem taki straszny? – Dumbledore zmarszczył brwi, a po jego twarzy przemknął szczery smutek i zaniepokojenie czynami, których musiał dokonać, żeby ktoś miał o nim takie zdanie.
Mia potrząsnęła głową.
- Z całym szacunkiem – zaczęła, doskonale wiedząc, że w tym momencie nie miała wobec tego człowieka ani grama wspomnianego szacunku. – W tym momencie też nie jest pan dobrym człowiekiem.
Zanim zdecydowała się mówić dalej, musiała znaleźć sposób na obejście zaklęcia prawdy. Nie chciała się dłużej narażać na ból i wyczerpanie.
- Kiedy wina za straty, których nasza strona doświadczy w nadchodzących latach stanie się za ciężka do dźwigania, niech pan przypomni sobie to uczucie. Proszę pamiętać, jak to jest… Gdy człowiek jest sam – jej myśli wróciły do Harry'ego. – Jak to jest, gdy nie zna się wszystkich faktów i gdy ciężar całego świata spoczywa wyłącznie na pańskich ramionach.
Wyglądał tak, jakby rozmyślał nad jej słowami. Skinął głową i sięgnął po różdżkę.
- Pani wybaczy, panno Potter.
Mia wywróciła oczami. Mówił do niej w taki sposób, jakby miała jakiś wybór. Dumbledore machnął Czarną Różdżką nad jej głową, a ona poczuła, że przez jej umysł przetoczyła się powoli fala energii, która wzmocniła bariery uniemożliwiające jej wyjawienie prawdy.
Gdy magia dokończyła dzieła, Mia wyprostowała się.
- Próby łamania pańskiego zaklęcia pozwalają mi lepiej wykorzystać czas, który normalnie spędziłabym na pracy biurowej – przyznała, wzruszając ramionami. Nie chciała pokazać po sobie, jak wiele kosztowało ją wydukanie tylko kilku słów. – Wesołych Świąt… Albusie.
Mia przepchnęła się przez tłum i podążyła za słabym zapachem tytoniu, który zaprowadził ją na kuchenny ganek. Uśmiechnęła się na widok Syriusza, pochylonego nad barierką, z papierosem w dłoni. Jego długie, czarne włosy opadały mu na ramiona. Lily ostatnio zaproponowała mu przycięcie włosów, ale Mia zaprotestowała i zagroziła, że wyzwie przyjaciółkę na pojedynek za kolejną taką sugestię. Syriusz był przystojnym, idealnym czarodziejem i jeżeli ktokolwiek mógł coś powiedzieć o długości jego włosów, na pewno nie była to Lily Evans, której bardzo często zdarzało się zagapić na ptasie gniazdo na czubku głowy Jamesa.
- Dobrze się czujesz, kotku? – Zapytał Syriusz, odwróciwszy się do niej. Zaproponował jej papierosa, którego odmówiła. Paliła razem z nim wyłącznie w momentach ogromnego stresu, a poza tymi chwilami namawiała go do rzucenia nałogu. Hipokryta powoli stawało się dla nich czułym słówkiem.
- Dobrze. A ty?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Już mi lepiej.
Oparła się o niego i rozpromieniła, kiedy objął ją ramieniem i przytulił. Mocno przycisnęła policzek do materiału, który opinał jego pierś, wdychając głęboko do płuc zapach pergaminu, trawy i skóry. Jedną dłoń wsunęła pod jego koszulkę i przycisnęła ją bezpośrednio do gorącego ciała chłopaka, a jej kciuk nieświadomie przesunął się nad niewielką blizną, jaką miał na plecach. Drugą dłoń opierała lekko na jego żebrach, a on rysował palcem kółeczka po wewnętrznej stronie jej przedramienia.
Nigdy nie poruszali tematu tortur, jakie oboje przeszli, znajdując się w rękach Śmierciożerców. Mia, oczywiście, nie mogła o nich mówić, nawet gdyby chciała, ale Syriusz również nie ujawniał nic, co działo się w rezydencji przy Grimmauld. I właśnie momenty takie, jak ten – chwile, kiedy czule dotykali śladów starych ran, chwile, kiedy wspominali, jak wiele poświęcili dla sprawy – te momenty motywowały ich i sprawiały, że mieli siły, by walczyć.
- Nie powinieneś był prowokować w ten sposób Moody'ego.
- To pieprzony dupek. Po takim paranoidalnym podejściu do życia, spodziewałem się, że uwierzy moim słowom. Przecież wiem, kim są przynajmniej niektórzy Śmierciożercy!
- Jeżeli częściej będziesz się kłócił ze swoim przełożonym, będziesz musiał przemyśleć swoją ścieżkę kariery – zachichotała, patrząc, jak Syriusz nosem pozbywa się z płuc resztek dymu papierosowego.
- Niech będzie. Rzucę robotę, kupię wyspę i wszyscy zostawimy za sobą cały ten burdel.
- A wydawało mi się, że nie chcesz siedzieć na tyłku i trwonić majątku, podczas gdy inni walczą na wojnie – droczyła się z nim.
Syriusz wyszczerzył do niej zęby i wyrzucił zagaszony niedopałek za barierkę.
- Nie będziemy trwonić majątku, bo będziemy jeść tylko kokosy. Na Merlina, wiedźmo, nie wiesz, jak się żyje na bezludnej wyspie?
Uśmiechnęła się szeroko, wyobrażając sobie wakacje z Syriuszem, gdzieś bardzo daleko stąd.
- Wychodzi na to, że nie.
- Musimy to jakoś naprawić.
Pocałował ją, mocno i głęboko, w sposób, jaki rozgrzał ją po koniuszki palców. Jej serce wybijało szaleńczy rytm w jej piersi. Uśmiechnęła się prosto w jego usta, zastanawiając się, czy zawsze będzie tak na niego reagowała. Czy jego głos zawsze będzie wywoływał dreszcze na jej plecach? Czy jego dotyk zawsze będzie ją tak przyjemnie palił, ale nigdy spalał? Czy jego pocałunki zawsze będą sprawiać, że jej serce ruszy z kopyta i w głowie będzie miała watę?
Tak.
- A zatem, co zabierzemy ze sobą na naszą wyspę? – Zapytał, oderwawszy się od niej. Kciukiem lekko dotykał jej dolnej wargi. Mia wykrzywiła się, czując, że pocałunek się skończył.
- Krem z filtrem – zachichotała.
- No tak, Lily na pewno by się spaliła na słońcu.
- Od kiedy zabieramy Lily na naszą wyspę? – Mia elegancko uniosła brew. – Chyba nadszedł czas, żebyś zdradził mi, jakie fantazje erotyczne chodzą ci po głowie.
Syriusz zbladł.
- Fantazje o Lily? Na Merlina, to się nigdy nie zdarzy. Ewentualnie mógłbym pofantazjować o tej twojej przyjaciółce z Ministerstwa…
Uszczypnęła go. Mocno.
Roześmiał się i odskoczył od niej, wystarczająco daleko, żeby móc złapać jej dłoń.
- Przestań mnie atakować i zetrzyj z twarzy ten zazdrosny wyraz, bardzo cię proszę – powiedział, uśmiechając się do niej. Dotknął palcem znaku Watahy. – Potterowie nie powinni przyganiać Blackom.
- Przyganiał kocioł garnkowi?
- Wolę moją wersję.
Dotyk Syriusza przypomniał Mii rytuał, przez jaki przeszli. Dziewczyna zmarszczyła brwi, gdy sobie coś uświadomiła.
- Uważam, że powinniśmy porozmawiać z Dumbledorem na temat Remusa. Na temat tego, jak traktują go inni członkowie Zakonu.
W tym momencie usłyszeli stukot obcasów i oboje odwrócili się równocześnie, żeby zobaczyć Marlene McKinnon, sięgającą po swoją paczkę papierosów. Zapaliła jednego i zaciągnęła się, patrząc z uśmiechem na Syriusza, jakby bezgłośnie stwierdzała, ile mają ze sobą wspólnego.
Oklaski dla ciebie, kobieto. Macie wspólny nałóg. To na pewno sprawi, że Syriusz rzuci mnie dla ciebie i ucieknie z tobą, pomyślała Mia, wywracając oczami.
- Biorąc pod uwagę fakt, że cały Zakon był trzymany w nieświadomości, jeśli chodzi o jego… Chorobę… Nie dziwcie się, że doszliśmy do własnych wniosków – powiedziała Marlene z obrzydzeniem w głosie. – Szczególnie, że chłopak ewidentnie nad sobą nie panuje.
Wskazała lekceważącym ruchem obojczyk Mii, gdzie fragment znaku Watahy był doskonale widoczny.
- Zazdrosna, McKinnon? Wydaje mi się, że nie patrzysz na mój znak jak na bliznę, ale raczej jak na pierścionek zaręczynowy – Mia roześmiała się, widząc na twarzy Marlene szok i oburzenie wywołane jej słowami. – Założę się, że chciałabyś, żeby mężczyzna tak przystojny jak Remus zatopił swoje zęby w twojej skórze.
Wzruszyła lekko ramionami, pozwalając rękawkowi bluzki opaść jeszcze niżej. Spowodowało to, że znak Watahy był widoczny w całej okazałości. Widząc obrzydzenie na twarzy kobiety, Mia zagryzła wargi i cicho jęknęła.
- Spodobałoby ci się. Takie ugryzienie jest mocne i głębokie.
Syriusz przycisnął swoje ciało do pleców Mii, oplótł ją ramionami i pochylił głowę, żeby złożyć pocałunek na znaku Watahy. Nawet nie patrząc na niego, Mia była pewna, że robił to ze wzrokiem wlepionym w Marlene. Czuła, jak jego pierś wibruje z rozbawienia.
- Na Merlina! – Prychnęła McKinnon. – Nie wstyd ci mówić w ten sposób o innym czarodzieju w obecności swojego chłopaka? Jesteś obrzydliwa!
Mia ponownie wzruszyła ramionami, z całych sił ignorując gorącą erekcję Syriusza, wbijającą się w jej pośladki.
- Co ja mogę na to poradzić? Syriusz ma fatalny gust, jeśli chodzi o czarownice – zachichotała i posłała Marlene znaczące spojrzenie. – Powinnaś była widzieć te kurwy, które posuwał, zanim związał się ze mną.
Mia musiała przywołać całą swoją siłę woli, żeby nie zareagować na ruch Syriusza, który posuwistym ruchem otarł się o nią. Z drugiej strony dłonie Blacka, które bezwstydnie zawędrowały na biodra dziewczyny zdradzały, co dzieje się za jej plecami. Marlene próbowała wyjąkać coś w odpowiedzi, czerwona na twarzy, ale Mia już jej nie słuchała – odwróciła się twarzą do swojego chłopaka, żeby ukryć szeroki uśmiech.
- Wolę być kurwą, która sypia z czarodziejami – zaczęła Marlene, nie zauważając ostrzegawczego wzroku Syriusza, który posłał jej z ponad ramienia Mii. – Niż rozkładać nogi przed potworem.
Mia zareagowała bardzo wolno. Nie wybuchła gniewem, czego spodziewał się Black. Zamiast tego ponownie odwróciła się do Marlene, zrobiła kilka kroków w jej stronę i włożyła dłoń do kieszeni. McKinnon chciała sięgnąć po różdżkę, ale po chwili Mia wyciągnęła dłoń i wyglądało na to, że nic w niej nie trzyma. Marlene zawahała się.
- McKinnon, umiesz pływać?
- O, kurwa – mruknął Syriusz zza pleców swojej czarownicy.
Marlene zmrużyła oczy.
- A co to ma do rzeczy?
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Syriusz wszedł do salonu, rozcierając zziębnięte ramiona i rozglądając się w poszukiwaniu Dumbledore'a lub McGonagall. Kiedy nie zauważył żadnego z nich, złożył dłonie w trąbkę i przyłożył do ust.
- Czy w najbliższym czasie ktoś z was wybiera się do Hogwartu?
Kilka osób odwróciło się ku Syriuszowi, ale dopiero po chwili na jego pytanie odpowiedział James.
- Nie wydaje mi się. Czemu pytasz?
Syriusz zachichotał nerwowo i przeczesał palcami włosy.
- Bez powodu. Ale wydaje mi się, że jest pewien przedmiot, który trzeba wyłowić z jeziora.
