Od tłumaczki: Przed nami bardzo wzruszający rozdział. Świętowanie, wspominanie… Odliczanie. Czas najwyższy, żeby się rozpoczęło, nie sądzicie? Kolejny rozdział w przyszłym tygodniu. Do zobaczenia!
ROZDZIAŁ 89 – NAWYK RZUCANIA KLĄTW
23 grudnia 2978
- Ja tylko mówię, że to byłby idealny prezent świąteczny, James – powiedziała Lily, słodko uśmiechając się do swojego chłopaka. Dokładnie tym tonem zwracała się do niego, kiedy chciała go do czegoś przekonać. A ten słodki uśmiech skopiowała od Mii, która z kolei nauczyła się go od Dorei.
Niestety, Lily nie miała w sobie nawet grama przebiegłości Ślizgonów, o co czasami oskarżał ją Syriusz. Na szczęście dla Lily, James był w niej tak zakochany, że zwykle takie zagrania uchodziły jej na sucho. Tylko nie tego wieczora.
- Ten pokój jest wystarczająco duży, żeby postawić przy ścianach parę regałów na książki i jeszcze zostanie miejsce na wstawienie małego biurka w kącie – nalegała, biorąc do ręki kieliszek pełen szampana. Uważnie obserwowała, jak na wąskim krysztale tańczą promienie rzucane przez fantastycznie oświetlone drzewko świąteczne.
James i Lily grzecznie dyskutowali o przeznaczeniu ostatniego pokoju gościnnego od chwili, kiedy pokazali go Mii i pozostałym przyjaciołom kilka godzin wcześniej. Wszyscy pojawili się u nich głodni i podekscytowani przedświąteczną kolacją – gęsią przyrządzoną przez Lily, bez pomocy Tilly. Wspomniana skrzatka siedziała właśnie w swoim pokoju i dąsała się, bo Lily nalegała na podtrzymanie tradycji Mii, zgodnie z którą Tilly podczas Świąt Bożego Narodzenia miała jeden dzień wolnego. Tilly kłóciła się, że właściwie Święta jeszcze się nie zaczęły, więc to się nie liczy, ale Lily była nieugięta – a James zwykle podtrzymywał to, co Lily mówiła.
Wyjątkiem było przeznaczenie pustego pokoju gościnnego.
- Zgadzam się na regały, ale nie będą na nich stały książki. Uważam, że ten pokój to idealne miejsce do trzymania moich pucharów i medali, które zdobyłem, grając w Quidditcha – drażnił się z nią James, uśmiechając się szeroko na widok groźnego spojrzenia, jakie mu rzuciła. – Zarządzam głosowanie. Niech każdy, kto uważa, że ostatni nieumeblowany pokój gościnny w tym domu powinien stać się Honorowym Muzeum Jamesa Pottera niech podniesie rękę.
Nikt się nie poruszył.
James spojrzał na nich z wyrzutem.
- A więc to tak. W zamian za brak waszego poparcia, nie dostaniecie nic na Święta.
- Rogaczu, przecież stąd widzimy nasze prezenty – Remus wskazał dłonią rozłożyste drzewo.
Choinka była udekorowana światełkami elfów, ogromnymi bombkami, a zamiast gwiazdy, na czubku drzewa wisiała figurka człowieka ze skrzydłami. Lily i Mia wytłumaczyły chłopcom, że figurka przedstawia anioła, ale James i Syriusz uparcie twierdzili, że bardziej przypomina walentynkowego kupidyna, który nie ma nic wspólnego z Bożym Narodzeniem, a dziewczyny chcą nadać Świętom romantycznego charakteru. Obok akcesoriów do Quidditcha i światełek elfów, Lily zdecydowała się powiesić na choince ozdoby zgodne z mugolską tradycją: błyszczące dekoracje i kolby kukurydzy.
- Na następne Święta – zdecydował w końcu James i sięgnął po swoją szklaneczkę wypełnioną whisky. Uniósł ją lekko, przepijając do przyjaciół i opróżnił jej zawartość jednym haustem.
Mia zachichotała na widok pary, która zawzięcie się kłóciła nad przeznaczeniem tego pokoju. Dla niej było oczywiste, co powinno się w nim znajdować – i co w rzeczywistości będzie się tam znajdować. Wyobrażała sobie, jaki wyraz twarzy będzie miał James stojący z synem w ramionach. Z synem, który był jego wierną kopią, poza oczami – Harry miał oczy Lily. Widziała przyszłość, w której Harry dorastał w tym pięknym dworku, spędzając każde święta przy rozłożystej choince, otoczony prezentami od kochających rodziców.
Z trudem oderwała się od tych myśli, które nigdy nie miały się ziścić. Zamiast tego zamknęła oczy i spróbowała skupić się na innej przyszłości, potencjalnie prawdziwej przyszłości. Na Świętach Bożego Narodzenia, które spędzi w rezydencji przy Grimmauld z Syriuszem, Remusem, Tonks i małym Teddym. Myślała o przyszłości, w której Weasley'owie wybiegaliby z kuchni, a Molly wrzeszczałaby za nimi, machając na wszystkie strony drewnianą pałką. Zapachy byłyby bardzo przyjemne, a widoki jeszcze lepsze. Syriusz zaśpiewałby magiczne wersje kolęd, jego ramiona oplatałyby jej talię i wspólnie by się przyglądali, jak Teddy rozpakowuje z radością prezenty. A w kącie komnaty zauważyłaby, że pod zwyczajną jemiołą czarnowłosy czarodziej całuje rudowłosą wiedźmę. Harry zamiast Jamesa, Ginny zamiast Lily.
Mia pogodziła się z ogromną stratą, jakiej miała dopiero zaznać, bo uświadomiła sobie, że istota Jamesa i Lily nie zniknie. Nawet dorastając bez swoich rodziców, Harry będzie podobny do obojga.
- Wszystko w porządku?
Mia westchnęła z ulgą, gdy głos Syriusza wyrwał ją z jej smutnych rozmyślań.
Uśmiechnęła się do niego i mocniej przytuliła. Odetchnęła zapachem jego skóry, który natychmiast przyniósł ukojenie i spokój. Ostatnimi czasy Syriusz zaczął zapuszczać zarost i była to kolejna rzecz, która przypominała jej starszego Syriusza, wobec czego za każdym razem, gdy patrzyła na jego twarz, czuła ciepło na myśl, że przyszłość zaczyna się łączyć z teraźniejszością.
Stopy Mii, otulone miękkimi, grubymi skarpetkami, spoczywały na kolanach Remusa, który już zdążył zanurkować w torbie ze słodyczami z Miodowego Królestwa, która dostawał co roku. Peter siedział na podłodze, trzymając się w pobliżu Remusa. Mia z całych sił próbowała nie skupiać się na szczurze, który według niej nie miał nawet prawa przebywać w tym domu. Zdecydowała, że musi dać sobie spokój ze swoimi uprzedzeniami, kiedy szło o przyszłość. Świętowali w końcu Boże Narodzenie i nie chciała pokalać tego dnia zamordowaniem Glizdogona.
Po otworzeniu większości prezentów i wypiciu kolejnej szklanki whisky James wstał, co przyciągnęło uwagę wszystkich obecnych w salonie.
- No, dobrze. Czas na mój prezent dla Lily – stwierdził, uśmiechając się nerwowo. – Syriuszu, jesteś gotowy?
Mia uniosła z zaciekawieniem brew i spojrzała na swojego chłopaka, który właśnie wstawał z kanapy. Jego usta rozciągnięte były w złośliwym uśmiechu. Bardzo dobrze znała ten jego wyraz twarzy. Niestety, Lily spojrzała na Jamesa dokładnie w tym momencie, kiedy Syriusz sięgnął po różdżkę. Co, do diabła, przemknęło przez myśli Mii.
- Co się dzieje? – Zapytała nerwowo Lily, odsuwając się od Syriusza, który ruszył w jej kierunku.
- Expelliarmus – krzyknął Black i złapał wierzbową różdżkę, która wyleciała z kieszeni szaty Lily.
W szmaragdowych oczach błysnęła furia.
- Syriuszu!
Mia wyprostowała się, gotowa w każdej chwili udzielić pomocy – sama nie była pewna, komu – ale poczuła, że w tym momencie Remus kładzie uspokajająco dłoń na jej stopie. Spojrzała na niego, a on w odpowiedzi uśmiechnął się i potrząsnął głową.
- Oddaj mi moją różdżkę – warknęła Lily.
Dopóki była rozkojarzona i nieuzbrojona, James chwycił jej dłoń.
- Jeszcze nie, kochanie.
Pociągnął jej dłoń, zawirował z nią, jak na parkiecie i stanął dopiero w momencie, kiedy ona twarzą była zwrócona w jego stronę. Jego oczy pociemniały, jego dłoń co chwilę przeczesywała gęste, czarne włosy. Ze zdenerwowania kilkukrotnie musiał oblizać wargi.
- Dlaczego nie mogę odzyskać mojej różdżki? – Zapytała ostrym tonem. – James, dlaczego twój prezent świąteczny wymagał tego, żeby Syriusz mnie rozbroił?
James roześmiał się nerwowo.
- Bo, moja najdroższa, weszło ci w nawyk najpierw rzucać klątwy, a potem pytać.
- Mój Boże – Lily wykrzywiła się i podniosła ręce do ust. – Czy mój prezent jest żywy? Gryzie? Kupiłeś coś od Hagrida?
Dokładnie w tym momencie kot Mii, Wąchacz, rzucił się na ozdobę zwieszającą się nisko z choinki i strącił ją na ziemię. Ozdoba rozbiła się i ten dźwięk w połączeniu z nerwowym zachowaniem Jamesa spowodował, że Lily krzyknęła i podskoczyła wysoko.
James w końcu roześmiał się bardziej naturalnie. Ponownie złapał jej dłonie i spróbował skupić na sobie jej uwagę.
- Widzisz to? – Pokazał jej srebrzystą bliznę na swoim łokciu. – Potraktowałaś mnie wtedy Zaklęciem Kłującym. To było na czwartym roku, kiedy zauważyłaś, że podpisałem wszystkie twoje książki per „pani Potter".
Lily powoli uniosła brew.
- Pamiętam. Umieściłeś te podpisy na stałe i musiałam kupić nowy komplet książek, bo nie mogłam się tego pozbyć. Alice i Mary przez cały rok ze mnie żartowały. Podobnie jak inni ludzie – dodała po chwili, wpatrując się zmrużonymi oczami w Syriusza, Petera i Remusa. Tylko dwaj ostatni wyglądali na zawstydzonych tym faktem.
- A ta blizna – James kontynuował, podciągając swoje szaty i nogawkę spodni, żeby pokazać ślad na swoim piszczelu. – Pochodzi z pożaru, który wywołałaś na moich spodniach, kiedy przez trzy miesiące nazywałem cię żoną. To był nasz trzeci rok.
Lily wywróciła oczami i skrzyżowała ramiona na piersi.
- Wiem. Nadal utrzymuję że podpalenie twoich spodni było wypadkiem przy pracy. Z drugiej strony, zasłużyłeś sobie na to. I już dawno cię przeprosiłam. Nie widzę sensu we wspominaniu o tym wydarzeniu lata później.
James zignorował jej słowa i kontynuował swój ciąg myślowy.
- A to moja ulubiona blizna – uśmiechnął się, odgarniając włosy i pokazując ślad za swoim prawym uchem. – Tu uderzyłaś mnie Zaklęciem Statycznym na czwartym roku.
- Zasłużyłeś sobie na to! Oświadczyłeś mi się przed całą szkołą. Zawstydziłeś mnie wtedy!
- I właśnie dlatego Syriusz cię rozbroił – James uśmiechnął się szeroko i puścił oczko ponad ramieniem dziewczyny do Syriusza, który rozpromienił się. Nadal jednak trzymał różdżkę Lily w mocnym uścisku.
Mia przysunęła się do Remusa. W swoim podekscytowaniu ścisnęła jego dłoń. Jej oczy były szeroko otwarte w oczekiwaniu na coś, czego Lily jeszcze się nie domyśliła.
- Ty, moja wojownicza Lily – powiedział do niej James, pochylając się, żeby pocałować wnętrze jej dłoni. – Masz paskudny nawyk rzucania na mnie klątw za każdym razem, kiedy stwierdzam fakt, że kiedyś zostaniesz moją żoną.
Twarz Lily poczerwieniała, kiedy dziewczyna w końcu sobie wszystko poukładała.
- James…
- Ufam ci i dlatego chciałbym cię prosić, żebyś obiecała, że mnie nie przeklniesz – błagał, kciukiem pieszcząc kosteczki jej mocno zaciśniętych dłoni.
Lily cicho krzyknęła.
- O, mój Boże.
- Lily, daj słowo – nalegał James.
Uśmiechnęła się, a jej oczy wypełniły się łzami.
- Nie rzucę na ciebie żadnej klątwy. Obiecuję.
Syriusz włożył różdżkę Lily w dłonie Jamesa, który chwilę ją przetrzymał, zanim oddał ją dziewczynie.
- Dobrze wiedzieć. Oto twoja różdżka, kochanie.
Instynktownie – i prawdopodobnie również dlatego, że Syriusz trzymał ją przez kilka minut – Lily uważnie przyjrzała się swojej własności. Oddech uwiązł jej w gardle, kiedy zauważyła, że na różdżce znajduje się złoty pierścionek z ogromnym rubinem, otoczonym malutkimi diamencikami. Lily bez wahania ściągnęła pierścionek z różdżki i podniosła go do swoich oczu.
Mia przesunęła się w kierunku Syriusza, który ponownie do nich dołączył na kanapie. Uśmiechnęła się, słysząc, jak Lily mamrocze pod nosem „Odwaga i talent", rozpoznając pierścionek jako klejnot rodowy.
- Na bogów…
- Lily Evans – zaczął James, upadając na jedno kolano.
Świąteczne światełka, które rozbłyskały wieloma kolorami za ich sylwetkami wypaliły ten moment w pamięci Mii jak najlepszy aparat fotograficzny.
- Zadawałem ci to pytanie od kiedy oboje skończyliśmy jedenaście lat. I nawet, jeżeli mi odmówisz… Znowu – wymamrotał, a Lily zaśmiała się, ocierając łzy z oczu. – Będę pytał ponownie, bo masz również nawyk udzielania mi złych odpowiedzi. A nie jesteś znana z udzielania złych odpowiedzi, bo jesteś najmądrzejszą czarownicą, jaką znam. Wyjdziesz za mnie?
Lily nie czekała już dłużej.
- Tak!
- Nareszcie! – Krzyknął z radością James, uniósł Lily w ramionach i zawirował z nią na podłodze.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Świętowali godzinami.
Whisky, szampan i wino lały się litrami. James wezwał Tilly, żeby przekazać jej radosną nowinę, a mała skrzatka stwierdziła, że to świetna okazja do upieczenia placka, dwóch tart i czekoladowego tortu z brandy. Tort był kroplą, która przepełniła czarę i Lily ogłosiła, że wszystkie desery to grzech. W tej samej kategorii znajdowały się aktualnie usta Jamesa.
Mia była wdzięczna, że Lily usnęła chwilę później. Nie miała ochoty wysłuchiwać szczegółów dotyczących życia seksualnego własnego brata.
- Nie daje rady z takimi ilościami alkoholu, prawda? – Zachichotała Mia, patrząc, jak James czule otula swoją narzeczoną kocem. Lily zwinęła się w kłębek na kanapie, a do niej przytulił się Wąchacz.
Po drugiej stronie pokoju Remus cichutko pochrapywał, oparty o fotel, w którym przytomność stracił Syriusz. Wokół szyi Blacka owinięty był świąteczny łańcuch. Z kolei Peter zemdlał w łazience na piętrze, po zwróceniu wszystkich słodyczy i całego alkoholu, jakie spożył tego wieczoru.
James i Mia brali udział w piciu i świętowaniu, ale skupiali się głównie na obserwowaniu swoich ukochanych i przyjaciół, którzy upijali się do nieprzytomności.
- To w niej lubię – James uśmiechnął się i opadł ciężko na wolne miejsce na kanapie, tuż obok swojej siostry. – Jest taka niewinna w porównaniu do was, Huncwotów.
Mia prychnęła, wbijając łokieć pod żebro Jamesa.
- Mów za siebie. Ja muszę ci zdradzić, że jestem wybitną obywatelką czarodziejskiej Wielkiej Brytanii. Wiedziałeś, że nawet pracuję w Ministerstwie Magii?
- Jak ci idzie, tak w ogóle?
Szczery uśmiech został zastąpiony przez sztuczny grymas.
- Nienawidzę tej pracy. Nic nie wnoszę do naszego społeczeństwa. Siedzę na tyłku, porządkuję papiery i tylko patrzę, jak okropni ludzie tworzą okropne prawa, które cofają nas w rozwoju o setki lat.
Jej spojrzenie spoczęło na sylwetce Remusa. Wiele praw i regulacji, z którymi walczyła dotyczyło wilkołaków.
James skinął głową, rozumiejąc jej rozterki. Złapał jej dłoń i uścisnął, oferując wsparcie.
- Kiedy skończy się wojna, zajmę należne mi miejsce w Wizengamocie. Gdyby kobietom wolno było zasiadać na rodzinnych miejscach, oddałbym je tobie. Właściwie nie istnieje prawo zabraniające tego, ale to tradycja. Tata nigdy nie robił z tego rabanu, ja też się nigdy nad tym nie zastanawiałem. Ale masz rację. Ludzie, których kochamy, są dyskryminowani. Zajmując miejsce w Wizengamocie miałbym moc, żeby to zmienić.
Mia wywróciła oczami.
- To śmieszne, że kobieta może zostać Ministrem Magii, ale nie może zasiadać w Wizengamoncie. – A przynajmniej jeszcze nie może.
Wiedziała, że w przyszłości w Wizengamocie zasiada kilka kobiet. I mimo, że jej brat miał honorowe intencje, zdawała sobie sprawę z tego, że w jego czasach nikt nie zajmował miejsca Potterów. Praktycznie ono nie istniało. Dopiero w przyszłości Syriusz i Kingsley przekonali Harry'ego, że trzeba to naprawić. Harry początkowo odrzucał ten pomysł, po czym przyszedł do niej po radę. Rozumiał, że tak naprawdę nie wie nic o czarodziejskim prawie i obawiał się, że zajmując miejsce Potterów w Wizengamocie mógłby podjąć błędne polityczne decyzje.
James wzruszył ramionami.
- To śmieszne, że w ostatnim stuleciu w Wizengamocie zasiadały wyłącznie rodziny należące do Świętej Dwudziestki Ósemki.
- Dlaczego my nie należymy do Świętej Dwudziestki Ósemki? Potterowie są czystej krwi. W innym przypadku dziadek Black nie pozwoliłby mamie wyjść za ojca – przypominając sobie opowieść Dorei o tym, jak ona i Charlus zakochali się w sobie. Cygnus Black Drugi tak bardzo kochał swoją córkę, że pozwolił jej wyjść za innego mężczyznę, niż zaaranżowany dla niej i wejść w rodzinę znanych zdrajców krwi. Gdyby jednak Potterowie nie byli czystej krwi, Dorea mogła skończyć jako Malfoy, Lestrange albo Crouch, Mia doskonale o tym wiedziała.
James zachichotał.
- To stara rodzinna anegdotka. Okazuje się, że Cantankerous Nott rozpoczął prowadzenie księgi na temat rodzin czystej krwi, kiedy jeszcze był w Hogwarcie. To miał być tylko taki prywatny projekt. On, oczywiście, był Ślizgonem, a jak doskonale wiesz, Potterowie zawsze lądują w Gryffindorze.
Mia uniosła brwi.
- Serio? Rywalizacja domów?
- Nasz pra-pradziadek Tytus Potter wkurzył autora „Przewodnika po rodzinach czystej krwi" i kiedy Nottowie zaczęli się liczyć na scenie politycznej, w skład Świętej Dwudziestki Ósemki wchodziły wszystkie rody czystej krwi poza Potterami – zakończył James, palcami sugerując cudzysłów przy słowach „Święta Dwudziestka Ósemka".
- Dziwi mnie, że nie wyrzucili z tego spisu takich rodzin jak Weasley'owie, Prewettowie czy Longbottomowie – rzuciła z namysłem, sięgając po kieliszek z resztką wina. Zakręciła nim leniwie.
- Może powinniśmy napisać swój własny przewodnik?
Mia roześmiała się.
- Święci Zdrajcy Krwi? Ta księga będzie większa niż Przewodnik po rodzinach czystej krwi.
- I dzięki niech będą Merlinowi.
Mia patrzyła, jak wzrok brata skupia się na jego śpiącej czarownicy.
- Żenisz się, Jamie.
James obrócił ku niej głowę. Jego oczy błyszczały jak światełka na choince.
- Żenię się – powtórzył za nią. – Czy to dziwne?
- Bardzo. Wydawać by się mogło, że jeszcze wczoraj Lily traktowała cię klątwami za każdą taką sugestię.
James westchnął.
- Stare, dobre czasy. Wtedy jeszcze byliśmy wrednymi gówniarzami, których jedynym ciekawym zajęciem było robienie żartów – objął siostrę ramieniem. – Niedługo nasze dzieci pójdą do Hogwartu.
Mia zbladła na myśl o posiadaniu własnego potomstwa, ale dziwny wyraz twarzy Jamesa sprawił, że znowu pomyślała o Harrym i uśmiechnęła się.
- Czy ty i Lily chcielibyście nam coś powiedzieć? – Zapytała z uniesioną brwią, znając doskonale odpowiedź. Wiedziała, kiedy przypadały urodziny Harry'ego i odjęła od tego dziewięć miesięcy.
James roześmiał się i potrząsnął głową.
- Nie. Ale nie miałbym nic przeciwko, gdyby Lily była w ciąży – przyznał, uśmiechając się nadal radośnie, szczególnie, że Mia szeroko otworzyła oczy. – Wiem. Na Merlina, potrafisz sobie wyobrazić mnie z dzieckiem?
- Tak – szepnęła, zadowolona, że James nie wychwycił w jej głosie smutnych tonów.
- Znając moje szczęście, będę miał same córki. I będę musiał użerać się z małymi gnojkami, którzy będą latać za moimi córkami tak samo, jak ja latałem za Lily.
- Nie – Mia potrząsnęła głową. – Będziesz miał syna.
Otworzyła szeroko oczy, gdy uświadomiła sobie, że właśnie wyznała Jamesowi, że Harry istnienie w przyszłości. Czy zaklęcie Dumbledore'a zawiodło? Nie miała problemów, żeby wypowiedzieć te słowa. A może, tak jak jej powiedziano, wszystko było związane z intencjami? Nie chciała teraz zmieniać przyszłości, więc mogła mówić.
Chcę, żeby James wiedział o swoim synu, pomyślała. Jamie zasługuje na to, żeby wiedzieć, jakim mężczyzną będzie jego syn.
- Tak sądzisz?
- Ja to wiem.
- Chciałbym, żeby tak było. Taki mały ja, ale z włosami Lily – powiedział z namysłem.
Mia zaśmiała się i znowu się z nim nie zgodziła.
- Będzie miał twoje włosy.
Przypomniała sobie swoje pierwsze spotkanie z jedenastoletnim Harrym Potterem. Siedział w ostatnim przedziale pociągu do Hogwartu razem z Ronem. Czarne, gęste włosy odstawały we wszystkich kierunkach, część opadała mu na czoło i zakładała, że Harry czesał się tak celowo. Miał na sobie ubrania, które były przynajmniej dwa rozmiary za duże, a jego szmaragdowe oczy kryły się za połamanymi okularami.
- Będzie miał oczy Lily – szepnęła. – Twój uśmiech i twoje dobre serce. Temperament i pasję Lily, twoje poczucie honoru i odwagę.
W jej oczach zaczęły się formować łzy i musiała je otrzeć, zanim James je zauważy.
Odwróciła głowę od brata i zauważyła, że blask światełek choinkowych odbija się w parze zielonych oczu, wbitych w jej postać. Mia zmarszczyła brwi, widząc, że Remus nie śpi i z uwagą słucha ich rozmowy. Uśmiechnął się do niej ze smutkiem, a ona otarła łzy z policzków. Odpowiedziała również smutnym uśmiechem, ciesząc się, że chociaż ktoś rozumiał, jak trudno jej mówić o przyszłości. Remus wiedział, że Mia tęskniła za Harrym.
- A co z moim poczuciem humoru? – James wyrwał ją z ponurych myśli.
- Odziedziczy twoją arogancję – obwieściła ze śmiechem, przypominając sobie wściekłego Syriusza Blacka, spieszącego przez Wielką Salę podczas finałowej bitwy, wrzeszczącego na Harry'ego, który pozbawił go przytomności, żeby samemu wymknąć się do Zakazanego Lasu i walczyć z Voldemortem. – I będzie miał lekkomyślną naturę Syriusza. I talent Remusa do Obrony przed Czarną Magią.
Uśmiechnęła się do swojego najlepszego przyjaciela, który uniósł brew.
James wyszczerzył zęby.
- Moje umiejętności gry w Quidditcha? Najmłodszy ścigający w historii!
- Szukający – poprawiła go.
- Psujesz zabawę – James przygryzł wargę. – No, dobrze. Skoro wszyscy wychowujemy mojego potencjalnego syna, co takiego dostanie on od ciebie?
Bardzo dużo. Dostanie Czekoladowe Żaby, które będzie zjadał Ron, orle pióro, którego prawie nie będzie używał, kalendarz zadań domowych, który natychmiast znienawidzi, ciasto urodzinowe, którym pokona głód, kiedy siostra Lily nie da mu jeść. Dostanie zestaw do pielęgnacji miotły, fałszoskop… I moją pomoc w pokonaniu największego Czarnego Pana w historii.
- Miłość. Przyjaźń – powiedziała na głos. – Odrobinę mądrości, jeśli będzie chciał mnie słuchać.
Zawahała się, po czym zebrała się na odwagę i kontynuowała szeptem.
- Zajmę się nim, wiesz?
James ziewnął.
- Moim hipotetycznym synem?
Skinęła głową, ściskając lekko jego dłoń.
- Chcę, żebyś wiedział. Kiedy ty i Lily zdecydujecie się założyć rodzinę, chcę, żebyś pamiętał, że ja się nim zajmę. Upewnię się, że jest szczęśliwy i zdrowy, i… - Słowa utknęły jej w gardle, powstrzymywane przez targające nią emocje.
- Czy powinienem obiecać to samo dla hipotetycznych dzieci twoich i Syriusza? – James uniósł brew.
Mia roześmiała się w odpowiedzi i zerknęła na Syriusza, nadal śpiącego w ogromnym fotelu. Remus, pomimo zamkniętych oczu, nie spał i jego klatka piersiowa trzęsła się od powstrzymywanego śmiechu.
- Na Merlina, nawet o tym nie myśl. Możesz sobie wyobrazić mnie i Syriusza mających…?
- Szczeniaki? – Zaproponował James.
Lekko uderzyła go w potylicę.
- Jesteś okropny. Te dzieci będą w połowie moje, więc to mogą równie dobrze być lisięta.
- Tak się nazywają młode lisy? – Upewnił się James. – A co z młodymi jeleni?
- Cielaki – odpowiedziała.
James zmarszczył brwi. Chyba nie odpowiadało mu to określenie.
- Brzmi głupio. A to chyba oznacza, że wszyscy będziemy mieć ludzkie dzieci – westchnął, jakby ludzkie dziecko było najgorszym, co mu się może przydarzyć.
- To takie zwykłe, jak na nas.
- Takie nudne.
- Jamie… - Mia znowu się zawahała. – A co, jeśli wojna się nigdy nie skończy? Co, jeśli przegramy?
- Tak się nie stanie – rozbawienie ulotniło się z jego głosu. Wyglądał teraz i brzmiał jak pewny siebie przywódca, jak wojownik. Wyglądał jak Harry na polu walki. – Od tej wojny zbyt wiele zależy. Musi się skończyć i my musimy wygrać. Nie możemy w to wątpić, Mia. Ja… Zrobię wszystko, żeby wygrać tę wojnę.
Mii zrzedła mina. Wiedziała, że mówił prawdę.
- Umarłbyś?
- Jeśli to byłoby konieczne, umarłbym – potwierdził bez chwili wahania.
- A co z nami? – Jak my sobie bez ciebie poradzimy? Jak ja mam sobie bez ciebie poradzić?
James westchnął z irytacją.
- Mia, właśnie się zaręczyłem, a ty poruszasz takie ponure tematy.
- Odpowiedz, Jamie – błagała.
Chwilę się namyślał nad odpowiedzią, nie chcąc wyrazić się zawile, co skłoniłoby Mię do dalszych interpretacji jego słów i kolejnych ponurych debat.
- Mama zawsze mówiła, że liczy się jakość życia, zawartość przeżytych lat, a nie ich liczba. I ja chcę, żeby zawartość lat mojego życia miała jakieś znaczenie. Chcę, żeby zawartość lat twojego życia miała znaczenie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie dopuścić do utraty ludzi, których kocham – zerknął na Lily. – Czy którekolwiek z nas jest ważniejsze od całego czarodziejskiego świata? Całego świata? Nie kocham cię bardziej niż czarodziej mieszkający wiele kilometrów stąd kocha swoją siostrę. Nie kocham Lily bardziej niż jakikolwiek inny czarodziej kochający swoją żonę. Chociaż się staram.
Mia rzuciła na się brata i mocno go przytuliła, postanawiając, że nigdy go nie puści. Twarz schowała w jego gęstych, sterczących na wszystkie strony włosach. Wdychała jego zapach, zapamiętując go na zawsze. I chociaż wypił sporo whisky, świętując swoje zaręczyny, nadal pachniał tartą.
- Mówiłam ci kiedyś, że jesteś dobrym człowiekiem, Jamesie Potter?
James wzruszył ramionami, jakby bycie dobrym człowiekiem przychodziło mu naturalnie.
- Robię, co mogę.
- Ten pokój gościnny na górze? – Mia posłała bratu wszystkowiedzące spojrzenie. – To powinien być pokój dziecinny.
James zachichotał.
- Pomyślę o tym.
- Wesołych Świąt, Jamie.
- Wesołych Świąt, Mia.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Kilka przecznic od miejsca, gdzie pomiędzy księgarnią i sklepem muzycznym krył się przed oczami Mugoli Dziurawy Kocioł, stał mały, świeżo zakupiony dom, będący miejscem zamieszkania młodego mugolskiego małżeństwa, zamierzającego świętować piątą rocznicę ślubu.
- Helen? Jesteś w domu?
Mężczyzna wszedł do przedpokoju przez frontowe drzwi i rzucił klucze na najbliższą szafkę. Uśmiechnął się radośnie, kiedy nie przeleciały przez krawędź.
- W sypialni, kochanie.
Skierował się ku solidnym drzwiom na końcu korytarza.
- Zaczynasz świętować beze mnie? – Wsunął głowę do elegancko urządzonego pomieszczenia, w którym królowało ogromne małżeńskie łóżko.
- Oczywiście, że nie – znad wielkiego, nieco zniszczonego tomiszcza wystawała wyłącznie głowa, pełna miodowo-brązowych loków.
Wyrwał książkę z rąk żony i zaśmiał się, gdy nie zdążyła jej od niego odebrać.
- Helen, to nasza rocznica ślubu, a ty czytałaś tę książkę chyba tysiąc razy!
Prychnęła, patrząc jak jej mąż odkłada książkę na stolik nocny. Ucieszyło ją, że położył ją otwartą na stronie, którą właśnie czytała.
- Tak, Richardzie, czytałam ją tysiąc razy, ale to moja ulubiona książka. Kocham ją prawie tak mocno, jak kocham ciebie.
Richard przyłożył dłoń do serca w kpiącym geście.
- Pięć lat po ślubie i do czego to dochodzi? Ja albo książka?
- Jestem osobą wielozadaniową – Helen uśmiechnęła się i pochyliła w kierunku męża, żeby go pocałować. – Kocham was oboje.
Richard zachichotał i odpowiedział pocałunkiem. Jego uśmiech się poszerzył, kiedy zauważył, że żona nie jest jeszcze ubrana na ich wieczorne wyjście. Już prawie byli spóźnieni, ale nie mógł powstrzymać przyjemnego dreszczu, który przebiegł po jego ciele, kiedy pod dłonią poczuł nagie udo Helen.
- A gdy pojawią się dzieci? Będziesz kochać nas wszystkich, czy może ja i książka będziemy musieli walczyć o twoją uwagę?
- Dzieci? – Helen odsunęła się od niego i spojrzała na męża rozpromienionym wzrokiem czekoladowych oczu. – Myślałeś o tym?
Richard skinął głową.
- To ma sens. Uważam, że nadszedł dobry moment. Oboje skończyliśmy szkoły, mamy dobre posady…
- Klinika dobrze prosperuje – przerwała mu.
Richard się uśmiechnął.
- Klinika bardzo dobrze prosperuje. Uważam, że czas na to. Czas na rozpoczęcie starań o dziecko.
- Wiedziałam, że się zgodzisz – krzyknęła z radością Helen i zarzuciła ramiona na kark Richarda.
- Oczywiście, że wiedziałaś – Richard roześmiał się miękko i pochylił nad żoną, żeby pocałować jej obojczyk. – Nie ma chyba lepszego momentu.
Helen westchnęła z radością, poddając się chętnie jego dotykowi.
- Spóźnimy się na kolację.
- Winię za to książkę.
Na stoliku nocnym leżała otwarta, zniszczona księga. Na jej grzbiecie piękną czcionką napisany był tytuł, „Zimowa opowieść", a na otwartych stronach widniał ustęp, który Helen Granger czytała wielokrotnie.
O Paulino dobra, która wielbisz
Pamięć Hermiony! – Gdybym wówczas słuchał
Rad twoich! Mógłbym pewnie dzisiaj patrzeć
W mojej królowej oczy najpiękniejsze
I skarby warg jej brać…
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
23 grudnia 1978, godzina 23:03
W pustym mieszkaniu panowała cisza późnych godzin wieczornych, bo jego mieszkańcy leżeli skuleni na podłodze Dworku w Dolinie Godryka. Ludzie odsypiali efekty whisky, tortu czekoladowego z brandy oraz radości, jaką przyniosły niespodziewane zaręczyny.
Głęboko w kufrze, który Mia Potter przywiozła z Hogwartu, zamknięty w szkatułce na biżuterię, mocno obłożonej zaklęciami ochronnymi, leżał stary Zmieniacz Czasu. W środku delikatnej klepsydry uwięziony był niebieski piasek. Klepsydra z kolei opleciona była srebrną konstrukcją, z której zwieszał się elegancki łańcuszek. Dół Zmieniacza Czasu zdobiła jedna runa, tłumaczona jako predestynacja. Zamrożonych ziarenek piasku było dokładnie trzysta osiemdziesiąt osiem tysięcy siedemset trzydzieści siedem. Nawet nie drgnęły od momentu, kiedy przybyła do przeszłości, siedem lat, cztery miesiące, dwadzieścia dwa dni, jedną godzinę i cztery minuty temu.
Nagle jedno ziarenko odkleiło się od pozostałych i przeleciało na drugą stronę klepsydry.
Trzysta osiemdziesiąt osiem tysięcy siedemset trzydzieści sześć pozostało.
