Od tłumaczki: Przede wszystkim chciałabym podziękować za ostatnie komentarze. Nic nie motywuje bardziej od przeczytania, że moje tłumaczenie czyta się bardzo dobrze, szczególnie w porównaniu z angielskim oryginałem. Jest wiele fanficków, które sama zaczynałam czytać po polsku, kończyłam po angielsku i potem wracałam do świetnie wykonanego tłumaczenia.
W tym rozdziale… Knot, Mia i Umbridge. Kto by pomyślał, że się kiedyś spotkają w małym gabinecie Mii. Ale tak się właśnie stało. Miłego czytania.
ROZDZIAŁ 92 – BRUDNE MIESZAŃCE
7 maja 1979
Pozostało 195.135 ziarenek piasku.
Kiedy do uszu głównodowodzących Zakonu dotarła informacja, że któryś ze Śmierciożerców jest bliski dezercji, wszystkie pozostałe misje odsunięto na boczny tor. Mia zakończyła szkolenie Syriusza, Alice i Franka w sztuce Oklumencji. Na szczęście, zanim do tego doszło, Syriuszowi udało się zapanować nad swoim umysłem na tyle, żeby kontrolować wspomnienia, które Mia chciała zobaczyć, gdy wędrowała w jego głowie. Była pewna, że gdyby po każdej sesji nie nawiedzały ich obojga koszmarne bóle głowy, Syriusz wykorzystałby nową umiejętność jako rodzaj gry wstępnej.
James, Lily, Peter i Mary przez cały czas byli wysyłani w celu zapewnienia ochrony mieszkającym w pobliżu Mugolakom i znanym zdrajcom krwi. Czasami byli wykorzystywani jako dodatkowa para oczu podczas obserwacji interesujących Zakon celów. Frank, Alice, Syriusz i pozostali Aurorzy w służbie Zakonu pełnili oficjalnie swoje funkcje podczas kilku brutalniejszych starć ze Śmierciożercami.
W międzyczasie, Mia została oddelegowana do swojej nudnej pracy w Ministerstwie, gdzie nie mogła zrobić absolutnie nic, tylko czekać na polecenia Moody'ego albo Dumbledore'a. Całe dnie spędzała na zamartwianiu się o rodzinę i przyjaciół, i przełamywaniu nudnej monotonii jej pracy biurowej. Interesującym przerywnikiem w tych chwilach był Artur, który bardzo chętnie zachodził do Mii, żeby porozmawiać o mugolskiej kulturze, potencjalnych reformach Ministerstwa i swojej cudownej rodzinie. Molly, jak się okazało, znowu była w ciąży i Artur był absolutnie przekonany, że w końcu urodzi mu się córka i będzie to ostatnie dziecko w ich rodzinie.
Mia założyła się z nim o pięć Galeonów, że się myli.
A tego szczególnego dnia do jej biura wtargnęła jasnowłosa czarownica.
- Ukryj mnie!
Mia uniosła wzrok i potrząsnęła ze zdumieniem głową. Innym interesującym przerywnikiem w jej nudnej pracy biurowej była osoba Laurel Parkinson, czarownicy czystej krwi, która była bardzo zdecydowana, żeby ślepo nie podążać za standardami i tradycjami, w jakich została wychowana. Laurel była kilka lat starsza od Mii i już w Hogwarcie miała wielu adoratorów, ale mimo wszystko czekała do ukończenia dwudziestego roku życia, zanim wyszła za mąż. W dodatku, chciała pracować. Była to rzadkość u czarownic czystej krwi, pochodzących z tak znamienitych rodów.
Spotkały się po raz pierwszy krótko po tym, jak Mia zaczęła pracę w Ministerstwie, w momencie wielkiej awarii Sieci Fiu. Wypadły z tego samego kominka, wyłącznie po to, żeby odbić się od krat, przed którymi pracowała ekipa, próbująca usunąć awarię. Mimo dzielących ich różnic, szybko się zaprzyjaźniły.
Laurel była zachwycona dumą, z jaką Mia podchodziła do statusu zdrajcy krwi oraz jej stanowczym nastawieniem, kiedy chodziło o Ministerstwo oraz społeczeństwo. Mia uwielbiała błyskotliwy umysł Laurel oraz jej przenikliwy punkt widzenia. Tiara Przydziału nie bez powodu umieściła Laurel w Slytherinie, a odejście Dorei zostawiło w duszy Mii potrzebę posiadania przyjaciółki z Domu Węża. Laurel bardzo chętnie tę pustkę wypełniła.
- Dzień dobry, Laurel – Mia uśmiechnęła się do spanikowanej przyjaciółki. – Ja mam się doskonale. A ty?
- Mia! – Wrzasnęła Laurel, a jej ogromne, niebieskie oczy spoglądały błagalnie.
- Proszę bardzo – Mia wskazała głową schowek na miotły, sprytnie ukryty w kącie komnaty i z rozbawieniem obserwowała, jak blondynka ruszyła w jego stronę, jakby ktoś ją gonił.
W momencie, kiedy drzwi od schowka zamknęły się za Laurel, ponownie otworzyły się te prowadzące z korytarza do biura Mii. Stanął w nich znajomy, niski czarodziej, trzymający głowę tak wysoko, jakby całe to miejsce należało do niego. Nosił prążkowane szaty, aby wyróżniać się w tłumie ludzi odzianych w czerń i granat.
Mia z zadowoleniem stwierdziła, że mężczyzna nie zaczął jeszcze nosić swojego charakterystycznego, małego kapelusika.
- Panna… Potter – powiedział Korneliusz Knot, zerkając na tabliczkę z nazwiskiem, stojącą na jej biurku, podobnie jak za każdym razem, kiedy wchodził do jej gabinetu.
Kretyn, za każdym razem zapomina, jak się nazywam, pomyślała Mia, zmrużonymi oczami wpatrując się w przyszłego Ministra Magii.
- Mam nadzieję, że ma pani dobry dzień – pozdrowił ją.
- Pan również, panie Knot – powiedziała krótko, ponownie koncentrując się na stosie papierów leżących na jej biurku.
- Od teraz młodszy zastępco ministra Knot, panno Potter.
Mia z zaciekawieniem uniosła brew.
- Ach, tak? – Widziała, że mężczyzna oczekuje od niej gratulacji, ale obojętność na jej twarzy powiedziała mu, że nie powinien na to liczyć. W ogóle nie interesował jej jego awans. – Nadają takie stopnie podczas awansów w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof? Wydaje mi się to nieco…
- Ekscytujące?
- Aroganckie – poprawiła go i z rozbawieniem zauważyła, że jego zadowolenie z siebie zmalało. – W czym mogę panu pomóc, panie Knot?
- Młodszy zas… - Zaczął ją poprawiać, ale zaniechał tego i tylko przeczyścił gardło. – Nie widziała pani może panny Parkinson?
- Ma pan na myśli Laurel? – Zapytała Mia, nie patrząc w kierunku schowka, w którym ukryła się przyjaciółka. – Przepraszam, panie Knot, ale wydawało mi się, że od niedawna Laurel to pani Greengrass. Czyż nie wzięła ślubu tej zimy?
Pewność siebie Knota ponownie się zachwiała, a sposób jego bycia nagle uświadomił Mii, że tego człowieka należy żałować. Wywrócił oczami.
- Ach, tak. Ta sprawa. Zapomniałem o tym.
Mia również wywróciła oczami, ale z zupełnie innych powodów.
Ona była jedną z głównych sił sprawczych, jeśli chodziło o małżeństwo przyjaciółki. Kiedy Laurel przyszła do Mii zmartwiona ilością adoratorów i kandydatów na męża, kobiety usiadły wspólnie nad listą mężczyzn, którzy poprosili o jej rękę. Korneliusz rzeczywiście był na tej liście, na szczęście blisko jej końca. Na szczycie zaś widniały nazwiska doskonale Mii znane: Teodor Nott, jego syn Toros oraz Rabastan Lestrange i Regulus Black. Sami Śmierciożercy. Jeśli Mia się nie myliła, Teodor Nott Starszy był jednym z pierwszych Śmierciożerców Voldemorta. I zarówno on, jak i jego syn byli wystarczająco starszy, żeby być ojcami Laurel. Mia zachęciła przyjaciółkę, żeby odmówiła wszystkim mężczyznom z góry listy, włącznie z Regulusem, który cały czas był uczniem Hogwartu i mógł nawet nie wiedzieć, że jego kandydatura została wysunięta.
- Uwierz mi, nie chcesz mieć Walburgi Black za teściową.
- A czy ty przypadkiem nie chodzisz z najstarszym synek Blacków?
- Dokładnie, Laurel. Więc musisz mi uwierzyć, kiedy mówię, że nie chcesz mieć Walburgi Black za teściową!
Mia popierała z całego serca kandydaturę Hyperiona Greengrassa, doskonale wiedząc, że Laurel i tak by wybrała właśnie jego. Bo chociaż Laurel urodziła się w rodzinie, którą Mia doskonale znała w swojej oryginalnej linii czasowej – w rodzie Parkinsonów – w rzeczywistości była bardzo podobna do swoich córek, Dafne i Astorii Greengrass. Starszą z nich Hermiona znała z Hogwartu.
Para pobrała się tuż przed Świętami. I chociaż Mia została zaproszona na wesele, grzecznie odmówiła, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że wśród gości znajdzie się wielu Śmierciożerców i purystów krwi.
Rozmyślania Mii przerwał wysoki, przesycony słodyczą głos, na którego dźwięk dziewczyna poczuła, że zjedzone rano śniadanie podchodzi jej do gardła. Zesztywniała.
- Khem, khem!
Nieprzyjazna mina, którą Mia próbował ukrywać przed Knotem pojawiła się na jej twarzy, gdy jej oczom ukazała się ubrana w różne odcienie różu, przysadzista, podobna do żabiej sylwetka kobiety stojącej w drzwiach gabinetu Mii. Kobieta w swoich grubych, krótkich palcach trzymała stos papierów. Dłoń Mii zacisnęła się na piórze, które do tej pory leniwie z niej zwisało.
- Dzień dobry, Dolores! – Powiedział Knot na tyle głośno, żeby zagłuszyć odgłos paznokci Mii, które rozorały drewno jej biurka i trzask łamanego pióra.
Kobieta była dwadzieścia lat młodsza od osoby, którą Mia zapamiętała, ale to na pewno była Dolores Umbridge.
- Młodszy zastępco ministra Knot! Gratulacje z okazji awansu. Jestem pewna, że już niedługo stanie pan na samym szczycie Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof.
Jej głos brzmiał jak zatruty miód. Mia musiała zwalczyć w sobie potrzebę chwycenia drugiego pióra, które leżało na jej biurku i zaatakowania stojącej przed nią suki. Na szczęście, pozycja Mii w Ministerstwie stawiała ją znacznie niżej niż Dolores, dzięki czemu nigdy nie znalazła się na jej celowniku.
Knot rozpromienił się, pławiąc się w zachwycie Umbridge.
- Widzisz, Dolores, nie traktuj tego jak plotkę, ale uważam, że w najbliższym czasie uda mi się przeskoczyć kilka szczebli tej administracyjnej drabinki.
Mia wstrzymała odruch wymiotny, który groził zwróceniem całego śniadania na biurko pełne papierów. Dlaczego dała się namówić Syriuszowi i Remusowi na pełne angielskie śniadanie? Przecież ona nawet nie lubiła kaszanki, a zjadła swoją porcję tylko dlatego, że Remus pochorowałby się, gdyby zjadł porcję swoją, Syriusza i jej na dodatek.
- I tak właśnie powinno być! – Ton głosu Umbridge skoczył o dwie oktawy. – Minister Minchum był fantastyczny na swoim stanowisku, ale wybory już w przyszłym roku i słyszałam, że Milicenta Bagnold chce startować. Wiedział pan, że jej matka jest szla… To znaczy, osobą urodzoną w rodzinie Mugoli? Możecie sobie to wyobrazić?
- W rodzinie Mugoli? – Wtrąciła się w końcu Mia, a jej głos ociekał sarkazmem. – Na Merlina, jakież to pozytywnie niedorzeczne.
Zaskoczona jej drwiącym tonem, Dolores skupiła się na Mii.
- Dokładnie. Ty jesteś tą dziewczyną od archiwum?
- Dokładnie – powtórzyła Mia. – A pani jest Dolores Umbridge, Dyrektor Biura Niewłaściwego Użycia Czarów.
- Aktualnie zajmuję się czymś więcej niż tylko monitorowaniem niewłaściwego użycia magii – zaskoczenie znikło z twarzy kobiety w momencie, kiedy Mia użyła jej właściwego tytułu. Wyglądało to tak, jakby odebrała to jako pochwałę. Z uśmiechem podeszła do biurka Mii i rzuciła na nie stos papierów. – A będąc przy temacie innych zajęć niż nadzór nad użyciem czarów, mam kilka dokumentów do zarchiwizowania.
Mia rzuciła okiem na pierwszy arkusz pergaminu i poczuła, jak krew zaczyna wrzeć w jej żyłach. Przełknęła z trudem ślinę i poczuła w ustach smak żółci. Jej szczęka zacisnęła się mocno, gdy przypomniała sobie widok zakrwawionego, złamanego Remusa, leżącego w jej łóżku. Umierającego.
- Próbuje pani przepchnąć ustawę, zgodnie z którą wilkołaki nie będą uprawnione do otrzymania pomocy medycznej?
- Nie tylko wilkołaki, moja droga. Wszystkie brudne mieszańce – wyjaśniła Umbridge, albo nie widząc błysku furii w oczach Mii, albo go ignorując. – Są zagrożeniem dla naszej populacji. Słyszałaś, że nie dalej jak w zeszłym roku wilkołak wdarł się do Kliniki świętego Munga i prawie zmasakrował wszystkie ranne czarownice leżące wspólnie na jednym piętrze? A Aurorzy po prostu puścili go wolno. Nie wiem, co sobie myśleli.
Mia zmrużyła niebezpiecznie oczy, patrząc na Umbridge.
Właściwie doskonale wiedziała, o jakim wydarzeniu mówi kobieta, bo osobiście w nim uczestniczyła. A wilkołakiem był Remus, który właśnie dowiedział się o śmierci swojej matki. Nie wdarł się do szpitala, nie próbował nikogo zmasakrować – a już szczególnie nie próbował nawet tknąć rannych czarownic – i Aurorzy wcale nie puścili go wolno, bo rodzina i przyjaciele Remusa nawet nie pozwolili Aurorom zbliżyć się do chłopaka.
- Okropna sytuacja. Mam nadzieję, że Auror Moody niedługo odejdzie na emeryturę i ktoś z lepszym nastawieniem do poskramiania tych bestii zajmie jego miejsce jako Dyrektor Biura Aurorów – Umbridge wygodniej ułożyła resztę papierów w swoich ramionach i ruszyła w kierunku krzesła z zamiarem jego zajęcia. Jednak krzesło, poruszone gwałtownie pulsującą magią Mii, przysunęło się z hukiem do biurka, jakby przyciągnięte magnesem. Umbridge zacisnęła z niezadowoleniem usta. – Jeśli chcecie znać moje zdanie, cały Departament Przestrzegania Magicznego Prawa musi przejść restrukturyzację.
Zarówno Umbridge, jak i Knot wydawali się całkowicie ignorować dłoń Mii spoczywającą niebezpiecznie blisko różdżki leżącej na biurku.
- Przyjaźnię się z Bartemiuszem Crouchem, wiedziałaś o tym? – Obwieścił radośnie Knot. – Zaangażowany pracownik. W zeszłym tygodniu jadłem z nim obiad i z tego, co zrozumiałem, Crouch spodziewa się awansu w swoim departamencie. On na pewno zapanuje nad tym bałaganem.
Knot zawadiacko mrugnął jednym okiem, a Umbridge zaczerwieniła się. Mia poczuła mdłości. Zadecydowała w tym momencie, że już nigdy w życiu nic nie zje.
- Khem, khem! – Odkaszlnęła głośno w sposób identyczny, jak wcześniej zrobiła to Umbridge, natychmiast ściągając na siebie uwagę dwójki obecnej w jej gabinecie. – Proszę mi wybaczyć, że państwu przerywam, ale wydaje mi się, że moje maleńkie biuro nie jest godne, żeby zasiedzieli się w nim tak zacni przedstawiciele Ministerstwa Magii. Szczególnie, planując przyszłość całego czarodziejskiego świata.
Jej głos był słodziutki jak miód, bo zdawała sobie sprawę, że jeśli w tym momencie nie zapanuje nad swoją wściekłością, jej magia może wybuchnąć z taką siłą, że cały budynek stanie w płomieniach. Jakiś głosik z tyłu jej głowy – mocno przypominający głos Syriusza – szeptał, że może to nie jest taki zły pomysł.
Knot zerknął na mały, kieszonkowy zegarek, który złotym łańcuszkiem przyczepiony był do jego prążkowanych szat.
- No, tak. Ma pani rację, panno Potter. Jeżeli zobaczy pani pannę… Panią Greengrass, proszę jej powiedzieć, że chciałbym się umówić na spotkanie z Ministrem.
- Oczywiście, panie Knot. Życzę miłego dnia.
- Nawzajem.
Knot wyprowadził Dolores za drzwi, które zamknęły się za nimi z hukiem. Mia na odchodne wystawiła za nimi środkowy palec.
Laurel wydostała się ze schowka na miotły z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Mia Potter! Co za brzydki nawyk u takiej słodkiej czarownicy – rzuciła sarkastycznie, po czym opadła z wdziękiem na krzesło, które wcześniej Mia uratowała przed Umbridge.
W końcu napięcie Mii znalazło ujście.
- Ta kobieta jest po prostu zła.
Laurel skinęła głową, w pełni zgadzając się z przyjaciółką.
- Ona i Korneliuszek na siebie zasługują.
- Fuj – Mii zebrało się na wymioty. – Nie nazywaj go tak.
Laurel roześmiała się, a wzrok jej jasnoniebieskich oczu padł na sporej wielkości szmaragd, zdobiący jej lewą dłoń.
- Słyszałaś, jak się o mnie wyrażał? „Ta sprawa", mówił. Mam w nosie, czy moje małżeństwo z Hyperionem było zaaranżowane, czy nie, ale na pewno prędzej rzuciłabym na siebie Zaklęcie Zabijające niż dała się zobaczyć pod ramię z tą ropuchą.
- Mówisz teraz o Knocie czy o Umbridge?
Laurel prychnęła.
- Jesteś szalona. Na pewno zostałaś odpowiednio przydzielona?
Mia wzruszyła ramionami, przypominając sobie oburzenie Tiary Przydziału, kiedy zagroziła, że ją podpali.
- Nie zawsze jestem stuprocentowo pewna. Ukrywałaś się wyłącznie przed Knotem? Wydawało mi się, że dzisiaj nastąpi włączenie nowego członka do Wizengamotu – zręcznie zmieniła temat.
Laurel wywróciła oczami, ale uśmiechnęła się łagodnie.
- To śmieszne. Hyperion nie ma jeszcze nawet dwudziestu pięciu lat, a jego ojciec już zmusza go do objęcia rodowego miejsca tylko dlatego, że on sam i moja wredna teściowa chcą wyjechać w jakieś spokojne miejsce. „W tym kraju rodzi się zbyt wiele szlam", jak mawia mój teść, a Hyperion udaje, że się z nim zgadza, bo tego się po nim oczekuje – Laurel potrząsnęła głową, dając ujście swojemu rozczarowaniu. – Zajmij rodowe miejsce, przejmij wszystkie interesy i wyprawiaj przyjęcia.
- Wiedziałaś, na co się piszesz, kiedy wychodziłaś za Ślizgona – wytknęła jej Mia.
- Ja sama jestem Ślizgonką.
- Jedną z niewielu, które uważam za przyjaciół. Więc nie przeginaj, wężu – Mia zachichotała, widząc, jak Laurel wytyka przekornie język. – Czy Hyperion naprawdę wierzy w tę anty-mugolską propagandę?
Wiedziała, że w przyszłości rodzina Greengrassów będzie się trzymała z daleka od wojny. Dafne i Astoria nigdy nie były wobec niej niemiłe, ale jednocześnie przyjaźniły się z takimi osobami, jak Pansy Parkinson. Dopiero po spotkaniu z Laurel Mia stwierdziła, że zażyłość Dafne, Astorii i Pansy mogła mieć swój początek w więziach rodzinnych. W końcu trzy dziewczyny były kuzynkami.
Laurel wzruszyła ramionami i westchnęła.
- Może trochę. Ale Hyperion przyjaźnił się w szkole z chłopakiem urodzonym w rodzinie Mugoli, więc na pewno nie jest takim purystą jak jego ojciec i cała reszta wesołej trzódki.
- A przypadkiem twój własny ojciec nie należy do wspomnianej trzódki?
- Moja mama również. I Peneus. Podoba mi się to, że jestem czarną owcą rodziny. Przynajmniej mam urodę. Powinnaś zobaczyć czarownicę, którą poślubił mój brat. Posy – na twarzy Laurel pojawił się grymas, a Mia zachichotała. – Najbrzydsza kobieta, jaką widziałam. Jej nos wygląda tak, jakby przeżył spotkanie ze szklaną ścianą.
Zaczekaj, aż zobaczysz, jak będzie wyglądać jej córka, pomyślała Mia.
- Ty i mój chłopak byście się ze sobą dogadali.
Jej wzrok znowu przykuła sterta pergaminów, podpisana zarówno przez Dolores Umbridge, jak i Ministra Magii. Pod dwoma podpisami lśniła pieczęć Wizengamotu. W jaki sposób ta okrutna kobieta była w stanie przepchnąć te legislacje… Mia nie potrafiła zrozumieć, jak ludzie mogli być tak nieczuli.
- Wiesz, że nic z tym nie zrobisz – powiedziała Laurel. – Mówię o Umbridge. Okręciła sobie Ministra i cały Wizengamot wokół palca. Jeśli ktoś o tym wie, wiem właśnie ja. W końcu to ja wyznaczam terminy ich spotkań i mogę ci przyrzec, że Umbridge przynajmniej raz w tygodniu jest w jego gabinecie, całuje go po stópkach i podsuwa dokumenty do podpisu.
- Nienawidzę jej. Kto by pomyślał… Prawo przeciwko wilkołakom.
- Nie tylko wilkołakom. Słyszałam, jak ze sobą rozmawiali – Laurel ściszyła głos do szeptu. – Umbridge pisze legislacje przeciwko wszystkim grupom mieszańców. Również czarodziejom urodzonym w rodzinach Mugoli. Chociaż z jej strony to już podchodzi pod hipokryzję.
- A to dlaczego?
- Ona sama jest tylko pół-krwi czarownicą.
- Słucham? – Oczy Mii rozszerzyły się gwałtownie. – Jesteś pewna?
Jej umysł wrócił do miesięcy, które spędziła przeglądając wszystkie prawa świata czarodziejów, które cały czas były w mocy – chociaż musiała przyznać, że niektóre całkowicie ignorowano – i przypomniała sobie jedno z nich. Czarodzieje czystej krwi rządzili światem magii do tego stopnia, że nawet pół-krwi czarodzieje byli uznawani za pomniejszy gatunek, zgodnie z niektórymi zapisami. Według starych praw, tacy ludzie nie mieli prawa głosu w sprawach kluczowych dla czarodziejskiego świata. Mia była pewna, że gdyby odwołała się do starych praw i tradycji, potrafiłaby udowodnić, że propaganda Umbridge przeciwko wilkołakom była aktem wojny jednego gatunku mieszańca wobec drugiego.
- Pamiętasz, z kim rozmawiasz? – Laurel prychnęła, urażona. – Wiem o wszystkim, co się dzieje w Ministerstwie. Moje biuro nosi zaszczytny tytuł stacji Plotka Centralna. Matką Umbridge była Mugolka. Chodzą słuchy, że gdzieś w świecie żyje jej brat, charłak.
- Gdzieś w świecie? – Drążyła Mia. – Nie wiesz, gdzie?
Laurel potrząsnęła przecząco głową.
- Nie. Ojciec Umbridge odszedł z Ministerstwa kilka lat temu, na długo po tym, jak wyrzucił swoją żonę i syna z powrotem do świata Mugoli.
- Jak to możliwe, że nikt inny o tym nie wie?
- Zobacz, jak ona się zachowuje. Wszystkim wmówiła, że jest czystej krwi.
Mia doskonale wiedziała, że Umbridge jest purystką krwi, przechwalającą się swoim pokrewieństwem z Selwynami – sugerowała tym, że jest czystej krwi, co było nielegalne. Dawne prawa czarodziejskiego świata stawiały ogromny nacisk na status krwi, co sprawiało, że Dolores musiała świadomie je łamać, przedstawiając się jako ktoś, kim nie była. Technicznie, nawet Mia miała wyższy status krwi niż Dolores, bo dzięki adopcji zmieniła się jej magiczna sygnatura.
- Jej nastawienie do osób urodzonych w rodzinach Mugoli i mieszańców tylko umacnia przekonanie innych ludzi, że Umbridge jest czystej krwi. W dodatku ona zachowuje się jak ulubienica Ministra. Kto miałby odwagę zakwestionować jej słowa?
Harry będzie ją miał, pomyślała Mia.
- Potrzebujemy nowego Ministra Magii.
Laurel westchnęła i przeczesała dłonią swoje długi, złociste loki. Zadrżała, kiedy jej pierścionek zaręczynowy z ogromnym szmaragdem wplątał się jej we włosy.
- Nie jest taki zły. Chociaż przyznaję, że w kwestii Dementorów jest ekstremistą. Właśnie zażądał kolejnych do pilnowania Azkabanu – Mia nieświadomie zadrżała, kiedy Laurel mówiła o więzieniu. – Ale poza tym, nie mam nic przeciwko niemu.
Mia spojrzała na podpis Ministra na dokumentacji leżącej na biurku.
- A ja mam, jeśli pozwala Umbridge uchwalać takie prawa.
- Nie uważam, żeby jej na to pozwalał.
Mia spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem.
- Co masz na myśli? Przecież podpisuje się pod jej pomysłami.
- Tak, ale musisz wiedzieć, że po każdym spotkaniu z panią Umbridge nasz Minister jest… - Zawahała się w poszukiwaniu najlepszego określenia. Mia widziała, jak kręcą się tryby w ślizgońskim umyśle przyjaciółki. – Odprężony i zgadza się na wszystko.
Mia zachłysnęła się.
- Żartujesz sobie ze mnie. Pod Imperiusem?
Laurel skinęła głową, uważnie patrząc na zamknięte drzwi do gabinetu Mii.
- Nie mogę tego udowodnić.
- Nie – zgodziła się Mia. – Ale rzucone na nią podejrzenia mogą ją trochę wkurzyć.
- Uważaj na siebie, Mia – ostrzegła ją Laurel, marszcząc czoło. – Ona ma naprawdę wysoko postawionych znajomych. Wy, Gryfoni, zawsze szarżujecie w kierunku niebezpieczeństwa bez namysłu.
Mia uśmiechnęła się złośliwie.
- Uwierz mi, kiedy w końcu się wezmę za tę sukę, będę stuprocentowym, cwanym wężem – powiedziała, pewna siebie. – Przynajmniej do momentu, kiedy bez przeszkód będę mogła wbić w nią pazury.
- Mówiłam ci kiedyś, jak bardzo bawią mnie te krótkie rozmowy w twoim biurze? – Laurel oparła się wygodnie o oparcie krzesła i położyła zgrabne stópki na dokumentach pozostawionych przez Umbridge na biurku Mii.
Mia odpowiedziała uśmiechem.
- Mówiłam ci kiedyś, jak dobrze mieć tak świetnie poinformowaną przyjaciółkę, jak ty?
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Reszta dnia Mii minęła dużo lepiej.
Po tym jak Laurel wróciła do swoich obowiązków sekretarki obecnego Ministra Magii, Mia zdecydowała się zarchiwizować dokumenty dostarczone przez Umbridge. Jednocześnie wyciągnęła z głębokich szuflad kilka pergaminów, które w przyszłości bardzo jej pomogą załatwić sukę.
Chwilę przed obiadem wpadł do niej Artur, ciekawy najnowszych plotek i Mia bardzo chętnie opowiedziała mu o swoim poranku. Korzystając z okazji, Artur opowiedział Mii o tym, na jakie silne mdłości cierpiała w ostatnim czasie Molly. Mia doradziła mu, żeby powiedział Molly, że powinna przestać jeść peklowaną wołowinę. A gdy Artur uniósł pytająco brew, Mia tylko odpowiedziała:
- Twój syn nie znosi peklowanej wołowiny.
Artur ponownie powiedział Mii, że jest przekonany, iż tym razem urodzi mu się córka, ale dla pewności postanowił przekazać Molly radę przyjaciółki.
Kiedy w końcu wyszła z kominka w swoim mieszkaniu, najpierw otrzepała się z kurzu i popiołu, następnie odstawiła torbę na ziemię i zaczęła zdejmować wierzchnie odzienie.
- Syriuszu! Remusie! Jest ktoś w domu?
Ruszyła w głąb apartamentu i na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Nie uwierzycie, co to był za dzień. Laurel przekazała mi garść informacji o tej wiedźmie, która próbuje przepchnąć…
Stanęła jak wryta, kiedy jej nos wychwycił w powietrzu znajomy, metaliczny zapach.
Jej oczy rozwarły się, dłoń chwyciła różdżkę i dziewczyna pognała korytarzem do swojej sypialni. Otworzyła drzwi i zachłysnęła się własnym oddechem. Uniosła dłonie do ust, jednocześnie upuszczając różdżkę.
Syriusz siedział na skraju ich łóżka. Skórę miał bladą, oczy były zamglone. Szaty Aurora, które zwykle miał na sobie, podobnie jak biały podkoszulek leżały skotłowane w nogach łóżka. Lily klęczała przed czarodziejem i wilgotną szmatką zmywała krew z jego ramion i klatki piersiowej.
Remus odwrócił się w jej stronę, kiedy wbiegła do sypialni, Lily podniosła wzrok, żeby spojrzeć na przyjaciółkę, ale oczy Syriusza pozostały skupione na bardzo odległym punkcie. Wyglądał tak, jakby nie był świadomy, że ktoś poza nim znajdował się w sypialni.
- Mia… - Ostrzegł ją Remus. – Odsuń się. Syriuszowi nic nie jest.
Mia potrząsnęła głową, nie przyjmując tego do wiadomości. Jak to, nic mu nie jest? Spójrz na niego! Żadne słowa jednak nie wyszły spomiędzy jej warg.
Remus wyprowadził ją za drzwi i zamknął je za nimi, pozwalając Lily zająć się Syriuszem. Objął Mię i odetchnął zapachem jej włosów, znajdujących się dokładnie pod jego nosem.
- To nie była jego krew.
- Co się stało? – Szepnęła, przerażona.
- Misja Zakonu… Poszła bardzo, bardzo źle.
- Kto?
Odsunął się od niej i otarł kciukiem kąciki swoich zaczerwienionych oczu.
- Kilka osób zostało wysłanych, żeby mieć oko na informatora. Na kogoś, kogo chcieliśmy wykorzystać jako szpiega. Ale mieliśmy złe informacje. Nasz niedoszły szpieg zwrócił się przeciwko Zakonowi w najgorszym momencie, i… Pojawili się Śmierciożercy. Wpadliśmy w pułapkę.
Mia zadrżała.
- Gdzie jest Jamie?
- Ma się dobrze. Jest tylko trochę wstrząśnięty, ale czuje się dobrze. Lily i Rogacz uciekli tylko dlatego, że Frank i Alice ochraniali ich tyły. Syriusz… On… Wyciągnął Petera, ale…
Mia powoli odetchnęła.
- Kto dzisiaj pracował z Peterem?
Remus głośno przełknął ślinę, zanim odpowiedział.
- Mary.
