Od tłumaczki: Rozpoczynamy część trzecią naszej przygody, czyli czas, kiedy Hermiona nie wie, kim naprawdę jest, natomiast Syriusz i Remus znają prawdę. Ta historia dzieje się przed skorzystaniem ze Zmieniacza Czasu. Miłego czytania.

CZĘŚĆ TRZECIA – HOGWART

ROZDZIAŁ 101 – NALEŻEĆ

18 lipca 1990

Kilka przecznic od ulicy Charing, przy której pomiędzy księgarnią i sklepem muzycznym ukryty był Diurawy Kocioł, stał mały, zwyczajny dom z niebieskimi drzwiami wejściowymi i kremowymi zasłonami wiszącymi w oknach. W tym małym, uroczym domu, przy jadalnianym stole, siedzieli Richard i Helen Granger, przypatrujący się z uwagą swojej prawie jedenastoletniej córce, która próbowała zjeść śniadanie – owsiankę z borówkami, nie z malinami – jedną ręką. W drugiej trzymała książkę, do której przyklejone były jej czekoladowe oczy.

- Co chciałabyś dostać na swoje urodziny, kochanie? – Helen zadała córce pytanie. – Zostały już tylko dwa miesiące na podjęcie decyzji.

- Książki, proszę – odpowiedziała Hermiona monotonnym głosem, ostrożnie odwracając stronę trzymanej w dłoni powieści. Jej uwagę całkowicie przykuła fikcja literacka.

- Zawsze książki – Richard roześmiał się i spojrzał znacząco na żonę, która odpowiedziała również uśmiechem.

Mężczyzna wstał i zaczął zbierać naczynia. Sięgnął po miseczkę Hermiony, ale zauważył, że nie ma jej na stole. Zamrugał kilkukrotnie powiekami ze zdziwienia, odwrócił się w stronę zlewu i zauważył, że miseczka już się tam znajduje. Zawahał się, próbując sobie przypomnieć, czy przypadkiem chwilę wcześniej jej nie złapał i nie odniósł z poprzednimi naczyniami. A może jego żona lub córka wstawały od stołu w ciągu kilku ostatnich minut? Próbował zdławić w sobie to niepokojące odczucie, które narastało w nim od jakiegoś czasu, podczas którego w ich domu zaczęły dziać się dziwne rzeczy.

Po raz pierwszy Richard zauważył coś dziwnego, kiedy Hermiona była jeszcze niemowlęciem. Przechodziła przez etap przywiązywania się do ludzi i głośno płakała za każdym razem, kiedy Richard wychodził do pracy. I kiedy nie udawało się jej uspokoić, w niewytłumaczalny sposób ginęły mu kluczyki do samochodu, które następnie znajdowały się w jej kołysce. Po piątym dniu z rzędu, kiedy to się zdarzyło, Richard zdecydował się pojechać do pracy metrem.

Po tak wielu latach doświadczania dziwnych rzeczy, Richard Granger powinien zacząć się zastanawiać, czy przypadkiem nie zwariował albo czy nie cierpi na jakieś schorzenie neurologiczne, ale na szczęście – i w tym wypadku Richard naprawdę uważał to za szczęście – jego żona też doświadczała tych rzeczy. Żadne z nich nie wiedziało, co się dzieje. Nie chcieli też przyciągać do siebie niechcianej uwagi, bo mogłoby się to skończyć wylądowaniem na okładce jakiegoś brukowca, który zajmował się głównie nawiedzonymi domostwami lub porwaniami przez kosmitów. Szczególnie, że wszystkie dziwne sytuacje, jakich doświadczali, miały wspólny mianownik: Hermionę.

Zamiast tego, zdecydowali wspólnie, że ich córka jest wyjątkowa i nie wychylali się z tą wiedzą.

Jej wyjątkowość była jednak niedopowiedzeniem.

Z zamyślenia wyrwał go dzwonek do drzwi. Richard spojrzał na żonę.

- Spodziewamy się kogoś?

- Nie o tak wczesnej godzinie – odpowiedziała Helen, wstając od stołu. Czule pogładziła gęste włosy Hermiony, kiedy ją mijała. Miała nadzieję, że w krótkim czasie jej wieczne naelektryzowane, kręcone włosy wyciągną się w ułożone loki. Wiedziała, że inne dzieci z klasy Hermiony śmiały się z niej, z powodu nieporządku na głowie. Nie pomagało również to, że jej przednie zęby były bardzo duże, ale zarówno Helen, jak i Richard, zgodnie twierdzili, że należy zaczekać z aparatem.

Helen otworzyła drzwi wejściowe z myślą, że ponownie nawiedzi ich pani Smythe, ich sąsiadka, wiecznie poszukująca swoich kotów. Małe, wredne bestie miały nawyk włamywania się do ich domu i znajdowania drogi do sypialni Hermiony. Kolejna dziwna sytuacja w rodzinie Grangerów.

Kiedy jednak Helen otworzyła drzwi, nie zobaczyła za nimi pani Smythe, ale czarnowłosą, starszą kobietę z okularami o prostokątnych oprawkach, zza których patrzyły surowe, ale jednocześnie przyjazne oczy. Miała na sobie dziwną, czarno-zieloną suknię, której skraj dotykał ziemi.

- Helen Granger?

- Tak. Mogę jakoś pani pomóc?

- Prawdę mówiąc, to ja chciałabym pomóc pani, moja droga – powiedziała kobieta, uprzejmie się uśmiechając. – Nazywam się Minerwa McGonagall i jestem nauczycielką oraz zastępcą dyrektora w ekskluzywnej szkole dla utalentowanej młodzieży. Chciałabym porozmawiać z panią i pani mężem w waszej córce, Hermionie.

W innej części domu, w łazience, rzeczona córka przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. Właśnie wyszczotkowała zęby, a teraz próbowała zebrać swoje gęste, naelektryzowane włosy w kucyka. Gumka do włosów pękła jednak po pierwszym przełożeniu. Hermiona ze złością wrzuciła ją do kosza na śmieci . Poczuła, jak po jej włosach przeskakuje iskra.

Zdecydowała się wrócić do jadalni po książkę, którą tam zostawiła. Zeszła na parter i w tym momencie usłyszała wrzask swojej matki, dobiegający z salonu. Powodowana bezmyślną odwagą, rzuciła się do drzwi, żeby zobaczyć, co się stało. Wpadła do pomieszczenia i przywitał ją widok jej rodziców, desperacko się do siebie tulących, wpatrujących się szeroko otwartymi oczami w małą kotkę, siedzącą na kanapie.

- Co się stało? – Zapytała Hermiona. – Czy to kolejny kot pani Smythe?

Dziewczynka spojrzała na zwierzę, które jednak wydawało się… Inne.

- Przecież jej powiedziałam, że ich nie kradnę! One po prostu mnie lubią – dziewczynka jęknęła, nie dostrzegając zdumionego spojrzenia, jakim obdarzyli ją rodzice. – Co się dzieje?

W odpowiedzi na jej pytanie kot, do tej pory siedzący bez ruchu, przeistoczył się w kobietę o czarnych, upiętych włosach. Hermiona przez moment tylko na nią patrzyła, ale w przeciwieństwie do jej rodziców, we wzroku dziewczynki były ekscytacja i zaskoczenie.

- Wiedziałam! Wiedziałam, że magia istnieje! – Powiedziała z przekonaniem, a jej serce wybijało dziki rytm. – Jest pani zmiennokształtną z Homany, jak bohaterowie moich książek?

Pobiegła do jadalni i przyniosła z niej powieść, od której nie mogła oderwać oczu przy śniadaniu.

Starsza kobieta patrzyła na Hermionę takim samym zdumionym wzrokiem, jakim na nią samą patrzyli jej rodzice. Hermiona miała wrażenie, że kobieta nie wie, co powiedzieć i czuje się z tym bardzo niekomfortowo. Wtedy jej spojrzenie padło na książkę w dłoniach dziewczynki i kobieta zmarszczyła brwi.

- Nie, moja droga. Nie jestem zmiennokształtną z… Tego miejsca, o którym wspomniałaś – odkaszlnęła. – Jestem czarownicą ze Szkocji.

- Czarownicą? – Hermiona upuściła książkę na ławę i spojrzała z radosnym oczekiwaniem na gościa. Nie zwracała uwagi na to, że jej matka próbowała coś powiedzieć. – Jak Glinda z Czarnoksiężnika z krainy Oz? A może jak Biała Czarownica z Opowieści z Narni? Trzy wiedźmy z Makbeta? Czy jak Kirke, Nimue i Morgana le Fay?

Kobieta – czarownica, poprawiła się w myślach Hermiona – patrzyła na nią bez słowa, zanim zdecydowała się odpowiedzieć.

- Nie, nie, nie, a następnie tak, tak i tak. Chociaż widząc, jakie książki czytasz… - Zawahała się, patrząc na okładkę powieści upuszczonej na ławę. – Wątpię, że o trzech ostatnich czytałaś prawdę historyczną, a nie fikcję literacką. Sięgasz czasami po coś innego?

- Tak, proszę pani – Hermiona skinęła głową. – Czytam wszystko, co wpada mi w ręce.

- To dobrze – kobieta sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej małe pudełeczko. Następnie w jej dłoni pojawił się kawałek drewna, którym machnęła nad pudełkiem i przywróciła mu oryginalne wymiary. – Mam coś dla ciebie. Wczesny prezent urodzinowy.

Hermiona odebrała od czarownicy pudełko i otworzyła je. W środku znalazła książkę.

- Historia Hogwartu – przeczytała na głos.

Między okładkę książki i jej pierwszą stronę włożona była kremowa koperta, opisana zielonym atramentem. Hermiona spojrzała na nią i uśmiechnęła się. Palcami przebiegła po literach.

Hermiona Granger

Pierwsza sypialnia na drugim piętrze

Vulpe Drive 146

Londyn, Anglia

Hermiona, podekscytowana, otworzyła szybko list i przeczytała jego treść.

HOGWART, Szkoła Magii i Czarodziejstwa

Dyrektor: Albus Dumbledore (Kawaler Orderu Merlina Pierwszej Klasy, Najwyższa Szycha Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, Naczelny Mag Wizengamotu)

Szanowna Panno Granger,

Z przyjemnością informujemy, że została pani przyjęta w szeregi uczniów Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

Załączamy listę podręczników i obowiązkowego wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września 1991 roku. Oczekujemy pani sowy z potwierdzeniem najpóźniej do 31 lipca.

Z wyrazami szacunku,

Minerwa McGonagall, zastępca dyrektora.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

Godzinę później, po zadaniu Minerwie McGonagall setek pytań, Richard i Helen Granger byli zdecydowanie spokojniejsi. Co było do przewidzenia, Hermiona zadawała najwięcej pytań. Minerwa zapewniła ich, że mają cały rok na przemyślenie, czy chcą wysłać swoją córkę do magicznej szkoły z internatem, znajdującej się w Szkocji. Rodzice Hermiony odczuli ulgę, wiedząc, że mają wybór i czas na zastanowienie się.

Po długiej, ale grzecznej rozmowie nad przepyszną herbatą, Minerwa podniosła się z kanapy, pożegnała z Hermioną – która skorzystała z okazji i popędziła do swojej sypialni, żeby móc w spokoju czytać nową książkę – i odwróciła do Grangerów.

- Mam do państwa jeszcze jedno pytanie, jeśli nie macie nic przeciwko temu – powiedziała, przechodząc przez próg. – Czy mówi coś państwu nazwisko „Mia Potter"?

- Nie – Helen pokręciła głową. – A powinno?

- Nie sądzę. Należało do mojej byłej uczennicy – na ustach Minerwy pojawił się wymuszony uśmiech. – Wasza córka bardzo mi ją przypomina. Panna Potter również była inteligentną, chętną do nauki dziewczyną, ale wasza Hermiona jest od niej dużo bardziej grzeczna.

Minerwie przypomniało się kilka sytuacji, po których wspomniana Mia i jej przyjaciele odsłużyli należne im szlabany.

- Ta była uczennica ma bratanka, który również rozpocznie naukę w Hogwarcie od przyszłego roku. Przydałaby mu się taka przyjaciółka, jak wasza córka.

Minerwa powróciła do Hogwartu najszybciej, jak było to możliwe. Najpierw Aportowała się do Dziurawego Kotła, skąd siecią Fiuu dostała się do biura Albusa Dumbledore'a. Stanęła przed dyrektorem z ramionami skrzyżowanymi na piersi i obdarzyła go najsurowszym spojrzeniem, na jakie było ją stać.

- Dzień dobry, Minerwo – przywitał ją z uśmiechem. – Cytrynowego dropsa?

- Nie. Nie chcę żadnych, cholernych cytrynowych dropsów – syknęła. – Chciałabym jednak, żebyś mi wyjaśnił, dlaczego dzisiaj natknęłam się na bardzo dziwną sytuację.

- To zależy od sytuacji.

- Chodzi mi o to, że młoda czarownica urodzona w rodzinie Mugoli, z którą się dzisiaj spotkałam jest niesamowicie podobna do mojej byłej uczennicy. Podejrzewam, że nazwisko „Mia Potter" tobie coś mówi.

Jeżeli próbował ukryć ten błysk winy, który pojawił się momentalnie w jego oczach, nie zrobił tego wystarczająco szybko. Minerwa go zauważyła.

- Albusie! Natychmiast mi wszystko wyjaśnij, albo Kirke mi świadkiem, że transmutuję cię w starą gazetę i podłożę pod żerdź Fawkesa – prychnęła. – Czy to naprawdę ona? Jak to możliwe?

Albus tylko skinął głową.

- Zmieniacz Czasu.

Minerwa zachłysnęła się oddechem.

- Kim ona w takim razie jest? Mią Potter czy Hermioną Granger?

- W rzeczywistości obiema, chociaż w tym momencie wyłącznie Hermioną. Wydaje mi się, że pewnego dnia obie jej osobowości połączą się w jedną.

- Na Merlina, obawiam się tego dnia! – Jęknęła i pozwoliła sobie opaść na fotel stojący przed biurkiem dyrektora. – Ta dziewczyna nie jest tak agresywna, ani tak pewna siebie jak panna Potter. Jak ty to sobie wyobrażasz, Albusie? Skoro ja ją rozpoznałam mimo subtelnych różnic, co mam powiedzieć o osobach, które ją lepiej znały? Poppy, Pomona, Filius… Na Merlina, Severus? Wiesz, jak często ta mała czarownica dostawała szlaban, bo go pobiła? A teraz on ma być jej nauczycielem? I bez tego wiemy, że kolejny rok szkolny będzie dla niego nieciekawym przeżyciem.

- Może wystarczy subtelne Zaklęcia Zapomnienia? – Zaproponował Dumbledore z uśmiechem.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

31 lipca 1991

Hermiona Granger z radością podążała za profesor McGonagall, oprowadzającą ją po Ulicy Pokątnej, pełnej magicznych sklepów i wystaw. Po założeniu konta w banku Gringotta, rozpoczęły zakupy od podręczników – Hermiona cieszyła się, że było ich tak wiele – a za nimi podążyły kociołek, składniki eliksirów, pióra i atramenty oraz szaty. Profesor McGonagall wyjaśniła jej, że kolor obramowania szaty zmieni się w zależności od Domu, do jakiego zostanie przydzielona w Hogwarcie.

- Pani profesor? Czy mogłabym wrócić na chwilkę do Esów Floresów? – Zapytała błagalnie Hermiona. – Widziałam tam kilka książek, które mogłabym przeczytać w wolnym czasie. A przynajmniej między dniem dzisiejszym i pierwszym września.

Profesor McGonagall spojrzała na dziewczynę z namysłem.

- Myślę, że to dobry pomysł, panno Granger. Ja sama muszę wejść do Magicznej Menażerii, kupić kocią karmę. Chyba, że pani również chciałabym tam wejść i wybrać dla siebie zwierzę?

Hermiona potrząsnęła głową.

- Nie wydaje mi się, żebym miała czas na opiekę nad zwierzęciem, skoro przede mną tyle nauki. Już muszę bardzo dużo nadrabiać. Muszę poznać historię czarodziejskiego świata, o którym wcześniej nie miałam pojęcia, bo urodziłam się w rodzinie Mugoli.

- Panno Granger, to, że urodziła się pani w rodzinie Mugoli nie jest powodem do wstydu. Widzę bardzo jasną przyszłość przed panią – kiedy Hermiona rozpromieniła się, słysząc te słowa, Minerwa musiała odkaszlnąć. – Spotkamy się za dziesięć minut przed Magiczną Menażerią?

- Tak, pani profesor. Dziękuję – Hermiona uśmiechnęła się i odwróciła, żeby pobiec w kierunku księgarni.

Z prawej strony Hermionę szybkim, ale pełnym gracji krokiem minęła wysoka, jasnowłosa kobieta. Raz obejrzała się za siebie swoimi intensywnie niebieskimi oczami. Jej usta były zaciśnięte w wąską linię.

- Draco, pospiesz się. Twój ojciec jest później umówiony na spotkanie i obiecałam mu, że zdążymy się spotkać, zanim on będzie musiał się zbierać.

- A co z moimi szatami? – Zapytał chłopiec znajdujący się za Hermioną.

- W takim razie biegnij do sklepu Madame Malkin i powiedz jej, żeby obciążyła nasze konto. Twój ojciec właśnie kupuje podręczniki. Spotkamy się u Ollivandera – zawołała z nim kobieta.

Hermiona obróciła się, żeby podążyć za spojrzeniem kobiety, ale zderzyła się z czymś twardym i straciła równowagę.

- Auć! – Krzyknął młody, chłopięcy głos.

Hermiona spojrzała w górę i zobaczyła przed sobą bladą, podłużną twarz w której jaśniały szare, przymrużone oczy.

- Bardzo przepraszam – wymamrotała, zaskoczona nieprzyjaznym grymasem chłopca.

- Uważaj, jak chodzisz! – Warknął na nią i odepchnął ją ze swojej drogi.

Hermiona poleciała do przodu. Próbowała złapać równowagę, ale jej się to nie udało i upadła na brukowaną drogę. Zdarła sobie skórę na kolanach i dłoniach, podpierając się przy upadku. Widziała, że jasnowłosy chłopiec oddala się szybko w kierunku sklepu Madame Malkin.

- Jakie chamstwo! – Hermiona pociągnęła nosem i zerknęła na zdarte kolano. Zmarszczyła oczy, kiedy kilkoro ubranych w kolorowe szaty czarodziejów minęło ją bez słowa.

Sięgnęła do torebki, którą kupiła sobie wraz z szatami jakiś czas wcześniej i wyciągnęła z niej nową szatę. Jej czarnym rękawem otarła krew zbierającą się na kolanie, po czym wepchnęła ubrudzony materiał z powrotem do torebki i wstała. Straciła ochotę na wycieczkę do księgarni, wobec czego skierowała się do Magicznej Menażerii, gdzie umówiła się z profesor McGonagall. Zasmucone spojrzenie miała wbite w ziemię, kiedy próbowała odnaleźć drogę w nieznajomym terenie. Wsłuchiwała się w rozmowy, które toczyły się wokół niej.

- Słuchaj, Harry… Co byś powiedział, gdybym skoczył do Dziurawego Kotła po coś na wzmocnienie? Nienawidzę tych wózków u Gringotta.

Czuła się bardzo dziwnie, słysząc, jak inni czarodzieje i czarownice lekko rzucają nazwy sklepów, które w jej uszach brzmiały nadal bardzo obco. Zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek poczuje się tak, jakby naprawdę należała do tego świata. Czy może zawsze będzie miała wrażenie, jakby znalazła się tu przypadkiem.

Jeszcze raz się obróciła, bo ponownie straciła orientację w terenie, gdy minęła sklep Madam Malkin. I jeszcze raz znalazła się na bruku, stratowana przez kolejnego chłopca. Warknęła z bezsilności, widząc, jak jej książki rozsypały się po ulicy.

- Przepraszam – usłyszała słowo wypowiedziane gdzieś ponad jej głową przez bardzo miły głos.

- W porządku. Zaczynam wierzyć, że to wszystko moja wina – westchnęła i zaczęła zbierać swoje rzeczy. Wstała i otrzepała ubranie z kurzu. Uśmiechnęła się do chłopca, który wyciągnął w jej stronę rękę trzymającą Historię magii. – Dziękuję.

Chudy, czarnowłosy chłopiec nieśmiało skinął jej głową i odszedł bez słowa, kierując się do sklepu z szatami. Hermiona odprowadziła go wzrokiem i parsknęła śmiechem, widząc, jak jego włosy odstają na wszystkie strony.

- Przynajmniej niektórzy potrafią się zachować – mruknęła do siebie.

Po drobnej przekąsce, na którą wpadły do Dziurawego Kotła, Hermiona i profesor McGonagall skierowały się do małego, zakurzonego sklepu, ukrytego w jednym z zaułków Ulicy Pokątnej. Złote, stylizowane litery nad drzwiami identyfikowały to miejsce jako Sklep Ollivandera. Wytwórcy najlepszych różdżek od 382 roku przed naszą erą. Hermiona szeroko się uśmiechnęła, wiedząc, po co tu przyszły.

- Dzień dobry – Ollivander uśmiechnął się do dwóch czarownic, które podeszły do lady. Spojrzał na starszą z nich. – Profesor McGonagall, bardzo się cieszę, że panią widzę. Nie zgadnie pani, kto wyszedł z mojego sklepu niecałe dziesięć minut temu!

- Myślę, że potrafię to zgadnąć – odpowiedziała McGonagall ze zniecierpliwieniem.

- Harry Potter!

- Harry Potter? – Hermiona spojrzała z zaciekawieniem na podekscytowanego mężczyznę. – Czy to ktoś sławny?

Ollivander spojrzał na dziewczynę, jakby władała innym językiem.

- Przeczytaj tę książkę – nauczycielka wskazała Hermionie obszerne tomiszcze zatytułowane Najważniejsze wydarzenia świata magicznego dwudziestego wieku. – Wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że Harry Potter powrócił do naszego świata, panie Ollivander, ale ta młoda czarownica potrzebuje różdżki i nie mamy całego dnia na jej szukanie.

- Tak, tak – Ollivander uśmiechnął się i spojrzał z zaciekawieniem na dziewczynę. Przyglądał się jej tak uważnie, jakby próbował się w niej czegoś doszukać, ale sam nie wiedział, czego. – Potrzeba nowej różdżki? Czy ty…?

- Tak, nowej różdżki – warknęła McGonagall. – Przedstawiam panu Hermionę Granger. W tym roku rozpoczyna naukę w Hogwarcie.

Ollivander otrząsnął się.

- Tak, oczywiście. Proszę wyciągnąć rękę. O, właśnie tak – zmierzył odległość między jej palcem wskazującym i ramieniem, następnie między łokciem i nadgarstkiem, ramieniem i ziemią, kolanem i pachą. Zakończył pomiary zdjęciem obwodu jej głowy. W międzyczasie opowiadał jej o wytwórstwie różdżek. – Każda różdżka wyprodukowana w moim sklepie ma rdzeń, będący potężnym magicznym medium, panno Granger. Korzystam z włosów z grzywy jednorożca, piór z ogona feniksa i włókien z serc smoków. Nie ma dwóch identycznych wyprodukowanych przeze mnie różdżek, tak jak nie ma dwóch identycznych jednorożców, feniksów czy smoków. I, co jasne, czarodziej nigdy nie uzyska identycznych wyników, rzucając zaklęcia różdżką należącą do innego czarodzieja.

Mężczyzna odwrócił się ku półkom uginającym się pod ciężarem pudełek z różdżkami. Jego dłonie przesuwały się ponad nimi przez kilka minut. W pewnym momencie przestał, westchnął i popukał swoim długim palcem wskazującym w podbródek. W końcu przeszedł na zaplecze i wrócił z niego, niosąc w dłoniach podłużny pakunek.

Wyciągnął z niego drobną różdżkę i podał Hermionie. Kiedy dziewczyna dotknęła drewna, otoczył ją i wypełnił ciepły blask. Uśmiechnęła się.

- To… Bardzo przyjemne uczucie.

- Wspaniale! – Ollivander również się uśmiechnął. – Dziesięć i trzy czwarte cala, winorośl i włókno ze smoczego serca.

- Włókno ze smoczego serca? – Powtórzyła pytająco.

- Tak, panno Granger. Potężne medium magiczne. Smokiem, który podarował mi włókno ze swojego serca był stary spiżobrzuch ukraiński. Wiele lat temu dostałem od niego łącznie trzy włókna. Jedno zużyłem, tworząc wierzbową różdżkę, którą sprzedałem kilkanaście lat temu innej czarownicy mugolskiego pochodzenia.

W oczach mężczyzny pojawiły się łzy. Zachowywał się tak, jakby wrócił myślami do tamtej chwili i do tamtej czarownicy.

- Drugie zużyłem, tworząc również różdżkę z winorośli. Sprzedałem ją tego samego lata, co tamtą wierzbową. Była nieco krótsza, niż ta, którą pani trzyma. Czarownica, która ją kupiła była… Była… - Uśmiechnął się nagle, z namysłem, przyglądając się uważnie swojej młodej klientce. W końcu potrząsnął głową i odkaszlnął. – Obie były niesamowitymi czarownicami.

Hermiona, słuchając go, szeroko się uśmiechała, zastanawiając się nad cudownym uczuciem, które ją napełniało, kiedy trzymała w dłoniach różdżkę.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

6 września 1991

- Seamus Finnigan – wycedził profesor Snape, odczytując nazwiska swoich uczniów z listy, podobnie, jak czynił to każdy nauczyciel w pierwszym tygodniu ich nauki.

- Jestem.

- Gregory Goyle.

- Jestem.

- Hermiona Granger.

- Obecna – dziewczyna uniosła dłoń, przykuwając do siebie uwagę nauczyciela.

Padło na nią spojrzenie czarnych oczu i Hermiona nagle miała wrażenie, jakby zrobiła coś godnego potępienia. Snape patrzył na nią uważnie, starając się przyporządkować do czegoś jej twarz. Po chwili przestał zwracać na nią uwagę i przeniósł spojrzenie z powrotem na pergamin. Na jego twarzy zagościł arogancki uśmieszek. I kiedy skupił się ponownie na odczytywaniu nazwisk z listy, jego dłoń nieświadomie potarła podbródek, jakby próbował rozmasować ból po uderzeniu.

Oczy Snape'a zwęziły się niebezpiecznie, gdy dotarł do znienawidzonego nazwiska.

- A, tak – powiedział zwodniczo miękkim tonem. – Harry Potter. Nasza nowa… Osobistość.

Hermiona odwróciła się, żeby spojrzeć na Harry'ego. W pociągu był dla niej miły, w przeciwieństwie do swojego rudowłosego kolegi, który zachowywał się jak dupek i Hermionie właściwie było go żal z powodu całej uwagi, jaką na sobie skupiał. Poznała jego historię dzięki dwóm książkom, Współczesnej Historii Magii: Powstaniu i Upadku Czarnej Magii oraz Najważniejszym wydarzeniom świata magicznego dwudziestego wieku. Obie skupiały się na tym, jak Harry pokonał Sami-Wiecie-Kogo, ale Hermionę dużo bardziej uderzył smutek, jaki poczuła, gdy dowiedziała się, ile ten chłopiec w życiu stracił.

- Jesteście tutaj, aby nauczyć się subtelnej sztuki warzenia eliksirów – zaczął Snape. Hermiona skupiła na nim całą swoją uwagę, zachwycona możliwością pobierania nauk od prawdziwego Mistrza Eliksirów. – Nie będzie żadnego machania różdżkami, ani głupich zaklęć w tej sali. Dlatego nie spodziewam się raczej, że wielu doceni wielką naukę i prawdziwą sztukę, jaką jest tworzenie mikstur. Jednakże tych kilkunastu wybranych, którzy posiadają predyspozycje, chętnie nauczę, jak opanować umysł i usidlić zmysły. Dowiecie się, jak ujarzmić sławę, uwarzyć chwałę, a nawet położyć kres śmierci. Ktoś jednak chyba przybył do Hogwartu, posiadając zdolności tak olbrzymie i czuje się na tyle pewny, że woli mnie nie słuchać.

Na moment zapadła głucha cisza.

- Potter! – Warknął nagle Mistrz Eliksirów. – Co otrzymam, jeśli dodam sproszkowany korzeń asfodelusa do nalewki z piołunu?

Wywar Żywej Śmierci! Hermiona, znając odpowiedź, uniosła rękę w górę.

Harry i Ron spojrzeli po sobie z niedowierzaniem, a Hermiona tylko wywróciła oczami. W końcu czarnowłosy chłopiec zdecydował się odpowiedzieć nauczycielowi.

- Nie wiem, proszę pana.

Wargi Snape'a wykrzywił brzydki grymas.

- No, no… Sława to jednak nie wszystko.

Hermiona nadal trzymała uniesioną w górze rękę, ale Snape postanowił ją zignorować.

- Spróbujmy jeszcze raz, Potter. Gdzie będziesz szukał, jeśli polecę ci znaleźć bezoar?

W żołądku kozy! Hermiona wyciągnęła rękę najwyżej, jak się dało.

- Nie wiem, proszę pana – powtórzył Harry.

- Wydawało ci się, że możesz nie otwierać książek, zanim przybędziesz do Hogwartu, prawda, Potter?

Hermiona zamachała dłonią.

- Potter, jaka jest różnica między mordownikiem i akonitem?

Żadna! Przecież to ta sama roślina! Hermiona wręcz krzyczała w swojej głowie i wstała, cały czas z wyciągniętą ręką.

- Nie wiem, proszę pana – powiedział Harry po raz trzeci. – Ale wydaje mi się, że Hermiona wie, więc dlaczego jej pan nie zapyta?

Tak! Tak! Zapytaj mnie! Ja wiem!

- Siadaj – warknął na nią Snape.

Hermiona opadła na swoje krzesło i zmarszczyła brwi, patrząc bezmyślnie na otwarty podręcznik do Eliksirów. Zastanawiała się, co takiego zrobiła, że zasłużyła sobie na takie traktowanie. W ciszy pochyliła się nad swoim kociołkiem i zaczęła warzyć eliksir, jednym uchem słuchając, jak profesor Snape karci Harry'ego i Neville'a. Nie mogła przestać myśleć o tym, czy dokonała prawidłowego wyboru, decydując się na naukę w szkole magii. Nie minął nawet tydzień, a ona już doprowadziła jednego z nauczycieli do wściekłości. Nadal nie miała żadnych przyjaciół, a połowa jej własnego domu nie chciała przebywać w jej towarzystwie. Zastanawiała się, czy naprawdę należy do czarodziejskiego świata.

Nagle syczący, kwaśny, zielonkawy dym wypełnił komnatę. Hermiona rzuciła okiem w kierunku stolika, od którego bardzo szybko oddalali się Neville, Seamus, Harry i Ron. Ze stopionego kociołka Seamusa na podłogę rozlał się nieudany wywar. Kiedy ciecz dotknęła pierwszych butów, natychmiast je niszcząc, pozostali uczniowie wskoczyli na swoje stołki, by uniknąć tego losu. Hermiona zmarszczyła brwi, słysząc z kąta komnaty cichy płacz. Zamrugała ze zdumienia, widząc, jak ręce Neville'a pokrywają się czerwonymi bąblami.

Prawdopodobnie dodał kolce jeżozwierza przed zdjęciem kociołka z ognia, pomyślała.

- Ty głupi chłopcze! – Zagrzmiał Snape i jednym ruchem różdżki oczyścił komnatę z resztek nieudanego eliksiru. – Podejrzewam, że dodałeś kolce jeżozwierza zanim zdjąłeś kociołek z ognia?

Hermiona uśmiechnęła się pod nosem. Może znajdowała się dokładnie tam, gdzie powinna.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

20 czerwca 1992

Potrzeba było jednego górskiego trolla, trójgłowego psa, smocze dziecko, gigantyczną szachownicę i dwóch najlepszych przyjaciół, żeby Hermiona Granger poczuła się wyśmienicie w roli czarownicy. Owszem, w tym momencie była przeszczęśliwa, ponieważ nie tylko zdała wszystkie swoje egzaminy, ale również miała najwyższy wynik ze swojego rocznika. Harry i Ron byli zadowoleni, bo nie wyrzucono ich ze szkoły. A zdobycie Pucharu Domów tylko osłodziło im życie.

A, tak… Przeżyli też atak Sami-Wiecie-Kogo.

Trójka przyjaciół zajęła ostatni przedział w pociągu, który wiózł ich z Hogwartu do Londynu. Dzielili się historiami i czekoladowymi żabami.

- Mam Armando Dippeta – ogłosił Ron, pokazując im kartę, którą wyciągnął z opakowania, a następnie połykając w całości swoją żabę. – Był dyrektorem Hogwartu przed Dumbledorem.

- Profesorem Dumbledorem – poprawiła go Hermiona, wyciągając swój egzemplarz Historii Hogwartu.

- Miona, dlaczego przez cały czas czytasz tę książkę? – Zapytał Ron.

Hermiona wykrzywiła się do niego.

- Nie nazywaj mnie tak. Wiesz, że nie lubię, jak ktoś skraca moje imię – stwierdziła. – I tak często ją czytam, bo to jest moja ulubiona książka. Nie rozumiesz tego, bo dorastałeś w czarodziejskiej rodzinie. Ale kiedy ja dowiedziałam się, że jestem czarownicą, nagle wszystkie kawałki układanki znalazły się na swoich miejscach. I chociaż czuję, że wielu kawałków jeszcze brakuje, ta książka pokazała mi, jak będzie wyglądać pełny obraz.

Harry skinął głową.

- Wiem, o co ci chodzi.

Hermiona uśmiechnęła się.

- Wy dwaj jesteście takimi kawałkami, których mi brakowało – wyjaśniła. – Dwoma kawałkami tej wielkiej układanki, jaką jest Hermiona Granger, czarownica urodzona w rodzinie Mugoli. A Historia samego Hogwartu jest niesamowita. Tak, jak historia tego pociągu. Wiedzieliście, że ma aż sto pięćdziesiąt lat?

- Na tyle właśnie wygląda – zachichotał Ron i zaczął uważnie przyglądać się wydrapanym na ścianach napisom.

Hermiona również odwróciła głowę, żeby obejrzeć znaki wyryte w drewnie na przestrzeni lat. Patrzyła na nie z zawodem. Nad samym wejściem do przedziału, bardzo eleganckim pismem wypisane były słowa: Wstęp wyłącznie dla Huncwotów. Pozostali zostaną przeklęci. Wywróciła oczami, a jej spojrzenie padło na parę inicjałów i serce, wydrapane w okolicy miejsca, które zajmowała.

S.B. + M.P.

Hermiona zacisnęła wargi i ponownie skupiła się na książce.

- Co za brak szacunku – wymamrotała pod nosem.