Od tłumaczki: Wróciłam! I od dzisiaj rozdziały będą ponownie zamieszczane raz w tygodniu, zwykle w poniedziałki. Akcja się rozwija. Miłego czytania.

ROZDZIAŁ 106 – BLACK, HARDODZIOB I MIOTŁA

18 grudnia 1993

Łapa ze skraju Zakazanego Lasu obserwował uczniów udających się do Hogsmeade. Szukał wzrokiem chłopca o czerwonych włosach i szczura, którego zwykle trzymał w kieszeni. I kiedy już go dostrzegł, wyczuł swoim wyczulonym węchem, że szczura nie było razem z nim. To oznaczało, że Glizdogon cały czas znajdował się na zamku. Przez moment zastanawiał się, czy tam nie wrócić, ale wiedział, że będą go szukać. Nie wspominając o tym, że nadal nie udało mu się uzyskać haseł do Wieży Gryfonów.

Był głodny, więc skierował się do wioski, gdzie mógł udawać uroczego pieska, który może wybłaga od uczniów trochę jedzenia. Większość rzuci mu kąski z Miodowego Królestwa, ale może od kilku dostanie jakieś kanapki z Trzech Mioteł. I niech Merlin spojrzy łaskawym okiem na osobę, która poczęstuje psa kremowym piwem. Wiedział, że na whisky nie ma co liczyć.

Właśnie przed Miodowym Królestwem zobaczył coś, co kazało mu się zatrzymać: znajomy ruch powietrza, którego większość ludzi by nie dostrzegła, gdyby nie była z nim tak zaznajomiona, jak Syriusz. Peleryna Niewidka Jamesa… A teraz Harry'ego.

Uśmiechnął się w duchu i schował za najbliższym budynkiem, zdecydowany podążać za ukrytym przed wzrokiem Harrym, który z kolei szedł za dwójką innych uczniów i w końcu zniknął wewnątrz Trzech Mioteł. Łapa zatrzymał się przed drzwiami, zdając sobie sprawę z tego, że nie może wejść do środka. Zamiast tego obszedł lokal i przysiadł przy tylnym wyjściu, gdzie Rosmerta składowała puste kraty po kremowym piwie. Nie było to najlepsze miejsce na prowadzenie nasłuchu, bo zapach jagnięcego gulaszu przyrządzonego przez Rosmertę wywiał z jego głowy wszystkie myśli, włącznie z tym, jak się nazywa i co tam robi. Gdy w końcu skoncentrował się na swoim słuchu zamiast na węchu, miał nadzieję usłyszeć swojego chrześniaka.

Niestety, głos, który do niego doleciał, nie należał do Harry'ego.

- Wiecie, że Dementorzy już dwukrotnie przeszukiwali wioskę? – Zapytała Rosmerta, a w jej głosie podzwaniały kryształki lodu. – Wystraszyli mi wszystkich klientów. Panie Ministrze, to źle wpływa na interesy.

Przepraszam, Rosie, pomyślał Syriusz. Wcześniej w tym tygodniu widział Dementorów w wiosce, co było przyczyną, dla której nie odwiedzał Hogsmeade przez cały tydzień i był na skraju śmierci głodowej. Jego przyjaciel kuguchar nie był w stanie zapewnić mu odpowiednich ilości jedzenia.

- Moja droga Rosmerto, ja również za nimi nie przepadam. Ale ich obecność jest niezbędnym środkiem ostrożności. A teraz są w dodatku wściekli na Dumbledore'a, bo nie zezwolił na ich obecność na zamku.

Łapa warknął, rozpoznając głos Korneliusza Knota. Jedno ze świeższych wspomnień Syriusza dotyczyło ich ostatniej rozmowy w Azkabanie. Głupi polityk uważał, że może bezkarnie drażnić Blacka. Winny, czy niewinny – Syriusza uważano za szalonego mordercę, który nie ma nic do stracenia. Wyłącznie jego pragnienie zemsty na Glizdogonie i jego niemalże nieistniejąca moralność powstrzymały Syriusza od rozerwania Knota na strzępy, tu i teraz.

- I bardzo dobrze, że nie zezwolił! – Odpowiedziała ostro Minerwa McGonagall. – Jak mielibyśmy uczyć, gdyby te monstra były na zamku?

- Dokładnie! – Zgodził się profesor Flitwick.

- Nieważne – zbył ich niewyraźnie Knot. – Ich zadaniem jest chronić was wszystkich przed czymś znacznie gorszym. Wszyscy wiecie, do czego zdolny jest Black.

Łapa poczuł, jak sierść jeży się na jego karku z wściekłości.

Stary, nie masz kurewskiego pojęcia, do czego jestem zdolny.

- Wiecie, że przez cały czas trudno mi w to wszystko uwierzyć? – Wymamrotała Rosmerta. – Ze wszystkich, którzy mogliby przejść na stronę Śmierciożerców, Syriusz Black jest ostatnią osobą, o której bym pomyślała. Pamiętam go z czasów, kiedy był uczniem w Hogwarcie. Gdyby ktoś wtedy mi powiedział, co z niego wyrośnie, powiedziałabym, że wypił za dużo miodu.

- Nie wiesz nawet połowy, Rosmerto – stwierdził Knot. – Najgorsze nie jest znane szerokiej publiczności.

- Najgorsze? – Zapytała z zaciekawieniem Rosmerta. – Jest coś gorszego niż zamordowanie tych wszystkich Mugoli?

- Tak, jest – odpowiedział Knot.

- Nie wierzę. Cóż to by było takiego?

- Mówiłaś, Rosmerto, że pamiętasz go jako ucznia Hogwartu – wymamrotała Minerwa. – A czy pamiętasz, kto był jego najlepszym przyjacielem?

- Oczywiście – właścicielka Trzech Mioteł roześmiała się. – Nigdy nie widziałam jednego bez drugiego. Ile razy przesiadywali u mnie… Zawsze potrafili mnie rozbawić. Była z nich idealna para przyjaciół: Syriusz Black i James Potter.

- Dokładnie – potwierdziła McGonagall. – Black i Potter. Przewodniczyli swojej szajce przyjaciół. Obaj byli inteligentni… Niezwykle inteligentni, trzeba przyznać… Ale wydaje mi się też, że nigdy nie mieliśmy w naszej szkole takich szkodników, jak oni.

- Szczegóły ich przygód docierały nawet tu, do wioski – Rosmerta zachichotała. – Ci chłopcy i sios…

Oczy Minerwy McGonagall rozszerzyły się i kobieta zakaszlała, przerywając Rosmercie.

Hagrid skorzystał z okazji, żeby wtrącić się w rozmowę.

- No, nie wiem – zaśmiał się. – Fred i George Weasley'owie na pewno im dorównują.

- Można pomyśleć, że Black i Potter sami byli braćmi – dodał Flitwick. – Byli nierozłączni.

Łapa głośno wciągnął powietrze do płuc. Nadal nie mógł przywyknąć do tego, że ktoś głośno wymawiał imię Jamesa. Przez te wszystkie lata spędzone w Azkabanie, przez lata walki z Dementorami, przy zdrowych zmysłach utrzymywała go wyłącznie świadomość, że był niewinny. A jednak jego odosobnienie doprowadziło do pewnych zniszczeń w jego psychice. Momentami zdawało mu się, że całe jego życie było snem. Że Lily, James i Remus nigdy nie istnieli.

Nawet teraz, kiedy oddychał aromatem Hogsmeade, czuł zapach swojego starego życia. Wyczuwał . Pachniała jak las po burzy i nawet dekadę później jej aromat nadal unosił się w powietrzu, jakby nadal tu była. W połowie obumarła Więź Duchowa drżała w jego piersi, przypominając mu, że on sam żył, a w jego życiu brakowało drugiej połowy. Brakowało. Może ta druga połowa nie była martwa. Syriusz nigdy się tego nie dowiedział.

- Oczywiście, że byli – odpowiedział Knot. – Potter ufał Blackowi ponad wszystko. Bardziej niż pozostałym przyjaciołom. Nic się nie zmieniło, kiedy skończyli szkołę. Black był świadkiem Pottera na jego ślubie. Następnie został ojcem chrzestnym młodego Harry'ego. Oczywiście, Harry nie ma o tym pojęcia. Ta wiedza przysporzyłaby mu niepotrzebnego bólu.

Słowa Knota wybiły Syriusza z jego wspomnień i pies warknął głucho. Nie powiedzieli Harry'emu, kim on był? Nie. Potrząsnął głową. Dlaczego mieliby to zrobić? Dla nich Syriusz był mordercą, zdrajcą i pierdolonym Śmierciożercą. To dobrze, że nikt nie powiedział Harry'emu.

- Black był Strażnikiem Tajemnicy Potterów? – Szepnęła Rosmerta.

- Oczywiście, że tak – potwierdziła Minerwa. – James Potter powiedział Dumbledore'owi, że Syriusz Black prędzej zginie, niż zdradzi ich kryjówkę. Sam Black miał zamiar się ukryć. A jednak Dumbledore się martwił. Pamiętam, że sam zaoferował się na Strażnika Tajemnicy Potterów.

Syriusz przeklął się w myślach, bo był głupi i ślepy. Przez wiele lat martwił się, że sprowadzi na swoich bliskich niebezpieczeństwo, bo przez cały czas był na celowniku Śmierciożerców. Dlatego nalegał, żeby James i Lily zmienili Strażnika Tajemnicy. Był pewny, że w końcu Śmierciożercy znajdą go i zabiją, co zniszczy ochronę, jaką by zapewniał Potterom. Ale… Kurwa! Jak często Mia i Lily – i nawet Dorea – mówiły mu, że Śmierciożercy i Voldemort nie atakują ludzi na podstawie jego uczuć? Jak wiele razy błagały go, żeby sobie odpuścił, żeby zignorował to, co działo się wokół?

- Ale James Potter nalegał, żeby Strażnikiem Tajemnicy był Black?

- Dokładnie tak – Knot westchnął ciężko. – I wtedy, zaledwie tydzień po rzuceniu zaklęcia Fideliusa…

Łapa rzucił się do ucieczki i odsunął od budynku. Doskonale wiedział, co stało się zaledwie tydzień po rzuceniu zaklęcia Fideliusa i nie potrzebował, żeby przypomniał mu o tym Korneliusz pieprzony Knot, czyli osoba, która nie znała całej prawdy. Ktoś, kto nie wiedział, co w rzeczywistości zdarzyło się tamtej nocy w Dolinie Godryka. Ktoś, kto nie miał pojęcia, dlaczego doszło do masakry w Londynie.

Przytłoczony poczuciem winy, Syriusz musiał skupić się na czymś innym, zanim powróci do Zakazanego Lasu, gdzie zacznie planować swoje kolejne kroki. I właśnie wtedy, na skraju jego pola widzenia, pojawiła się znajoma twarz, obramowana platynowymi włosami.

- Panie Malfoy! – Podszedł do niego przysadzisty mężczyzna, odziany w bogato zdobione szaty. – Co sprowadza pana do Hogsmeade w to piękne popołudnie?

- Interesy Hogwartu – odpowiedział Malfoy, niechętnie ściskając wyciągniętą dłoń mężczyzny. – Jeżeli pan jeszcze o tym nie słyszał, niech pan pozwoli, że go uświadomię. Nasz niepoważny dyrektor ustanowił głupiego jak but gajowego profesorem. I tenże nowo mianowany profesor pozwolił stadu hipogryfów atakować dzieci pod jego opieką.

Przysadzisty czarodziej krótko krzyknął.

- Co też pan mówi? Wydawało mi się, że nie jest już pan jednym z członków Rady Nadzorczej Hogwartu?

- Nieważne, czy zajmuję w tej sprawie oficjalne stanowisko urzędowe, czy nie. Przede wszystkim jestem zatroskanym rodzicem, zamartwiającym się o przyszłe pokolenia czarodziejów.

Syriusz poczuł przypływ wściekłości na widok Śmierciożercy. Prawdziwego Śmierciożercy, przebywającego na wolności, ubranego w czyste, dobre jakościowo szaty, dobrze odżywionego i… I… Przede wszystkim wolnego! Lucjusz Malfoy był wolnym człowiekiem. Stał niedaleko z zadowolonym uśmieszkiem na twarzy i sakiewką pełną złota, kołyszącą się u paska jego szat… Zaczekaj sekundę…

Oczy Łapy szeroko się otworzyły na widok niewielkiej, ale wyglądającej na bardzo ciężką, sakiewki. Animag w duchu się uśmiechnął. Nie namyślając się dłużej, ruszył przed siebie. Pełen złośliwej radości, rzucił się na Malfoy'a i posłał go na usłaną śniegiem ziemię. Tylną łapą kopnął laskę mężczyzny na bezpieczną odległość i zacisnął zęby na sakiewce.

- Złaź ze mnie, ty przeklęta bestio! – Wrzasnął Malfoy, próbując odepchnąć od siebie ważącego zdecydowanie za mało Syriusza. – Niech ktoś zabije to dzikie zwierzę!

Łapa odskoczył od Śmierciożercy i szybko się od niego oddalił, obierając kryjówkę za wysokimi ścianami domów. Udało mu się zdążyć zniknąć, zanim Malfoy złapał swoją laskę – co dało mu dostęp do różdżki – i zaczął rzucać klątwami na wszystkie strony. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że został właśnie okradziony.

Powróciwszy do Zakazanego Lasu na długo przed uczniami wracającymi z Hogsmeade do Hogwartu, Łapa usiadł pośrodku niewielkiego obozowiska, które sobie stworzył. Zmienił się na chwilę w człowieka, aby otworzyć sakiewkę Malfoy'a i przeliczyć złoto. Wiedział, że nie może pojawić się w żadnym z czarodziejskich marketów, ale zawsze była szansa, że nikt go nie rozpozna na typowo mugolskiej ulicy… Ale wtedy uświadomił sobie, że aby zrobić zakupy w mugolskiej dzielnicy, najpierw musiałby wymienić Galeony na funty. Nie było szans, żeby wszedł do banku Gringotta bez zaalarmowania Aurorów. Przeklinając pod nosem, zaczął się zastanawiać, czy po prostu nie ukraść tego, co jest mu potrzebne. To była bardzo niebezpieczna droga, szczególnie biorąc pod uwagę jego charakterystyczny wygląd, ale do przeżycia potrzebował czegoś więcej, niż tylko skrawki przynoszone mu przez pomarańczowego kuguchara.

- Nie – Syriusz westchnął i wrzucił monety z powrotem do sakiewki. Wiedział, że nie może ryzykować. Jeszcze nie. A przynajmniej nie powinien był ryzykować w momencie, kiedy Glizdogon żył spokojnie na zamku, zbyt blisko Harry'ego. Syriusz wolałby widzieć go sześć metrów pod ziemią.

Zmienił się w Łapę i wyciągnął na śniegu, żeby odpocząć. Pod tym kątem mógł dostrzec w oddali Wierzbę Bijącą. Przypomniał sobie pierwszy rok w Hogwarcie, kiedy jacyś starsi uczniowie – prawdopodobnie bliźnięta Prewett – uparli się, żeby udekorować to agresywne drzewo ozdobami świątecznymi. Wylądowali w Skrzydle Szpitalnym, ku uciesze pozostałych uczniów. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Syriusz westchnął na tę myśl, w głębi duszy chcąc zrobić coś dla swojego chrześniaka, wynagrodzić mu wszystkie urodziny i święta, które ominął.

Nie mógł jednak wymyślić nic lepszego od kupna miotły, która zastąpiłaby tę rozbitą z jego winy o Wierzbę Bijącą.

Spojrzał w lewo na pomarańczowego kuguchara, który pojawił się znienacka u jego boku i bawił się rzemykami sakiewki pełnej złota. Łapa uśmiechnął się w duchu i zaczął się zastanawiać, czy Miotły i Znicze nadal prowadziły sprzedaż wysyłkową.

wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw

25 grudnia 1993

Ponieważ jego najbardziej obrazowe wspomnienia dotyczące Mii były bezpieczne u Dumbledore'a, Remus mógł się całkowicie skupić na Harrym. Obecność Hermiony zawsze go rozpraszała. Jednak pozbawiony emocji związanych z niektórymi wspomnieniami, Remus miał nadzieję, że będzie mógł odseparować swoją młodziutką uczennicę od najlepszej przyjaciółki, którą z czasem się stanie. I chociaż próbował otoczyć swoją opieką zarówno Hermionę, jak i Harry'ego, to właśnie chłopiec bardziej potrzebował jego pomocy.

Siedział w swoim apartamencie, cierpiąc z powodu bólu głowy – głównego objawu zbliżającej się pełni księżyca. Próbował myśleć o czymś innym, niż o swojej ostatniej rozmowie z Harrym.

- Kiedy zbliża się do mnie Dementor, słyszę, jak Voldemort morduje moją mamę.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego własne ręce zaczęły drżeć, gdy usłyszał te słowa i musiał z całych sił się pohamować, żeby nie przygarnąć Harry'ego do siebie i nie ofiarować mu tej odrobiny pocieszenia, jaką miał do zaoferowania. Musiał jednak zachować dystans, przynajmniej na razie. Harry był bardzo dociekliwym młodym człowiekiem i Remus wiedział, że gdyby się domyślił, jak blisko Remus był z jego rodzicami, rozpoczęłyby się pytania. Pytania, na które Remus nie mógłby odpowiedzieć, przede wszystkim dlatego, że Dumbledore nalegał, aby niektórych sekretów nie zdradzać młodemu Gryfonowi. Dodatkowo, Wieczysta Przysięga nie pozwalała Remusowi mówić o Mii, a w przypadku Syriusza reagowała zarówno na pytanie, jak i na pytającego.

Współczuł chłopcu. Chociaż on sam nie był przy swojej matce, kiedy umierała, znajdował się w tym samym budynku. Z drugiej strony, Dorea była dla niego jak przybrana matka i on znajdował się przy niej, kiedy odchodziła, otoczona rodziną. Z dumą przyznawał, że został zaakceptowany jako członek rodziny Potterów. Ale Dorea odeszła spokojnie, we śnie. Lily została zamordowana i według słów Harry'ego, umarła z krzykiem na ustach.

Mocno zaciskając powieki, Remus ze wszystkich sił starał się nie myśleć o tym, co podpowiadała mu jego bujna wyobraźnia.

- Dlaczego pojawili się na meczu? – Zapytał gorzko Harry.

- Zgłodnieli. Dumbledore nie pozwala im wejść na teren szkoły, więc nie mają czym się żywić. Chyba nie mogli się oprzeć tak ogromnemu tłumowi, zebranemu wokół boiska do Quidditcha. To całe podekscytowanie… Emocje i adrenalina… Właśnie tym się żywią.

- Azkaban musi był okropnym miejscem – wymamrotał Harry.

Remus skinął głową, a jego twarz wykrzywił grymas.

- Więzienie znajduje się na małej, skalistej wysepce, na Morzu Północnym, ale ani ściany budynku, ani lodowate wody morza nie są tym, co więzi skazańców. Oni wszyscy są uwięzieni we własnych umysłach, niezdolni do odczuwania szczęścia. Obecność Dementorów powoduje, że niektórzy z nich tracą zdrowe zmysły w ciągu tygodnia od trafienia do więzienia.

- Ale Syriuszowi Blackowi udało się uciec – powiedział młody Potter z namysłem. – Uciekł z tej wyspy.

Remus upuścił swoją torbę, gdy usłyszał imię Syriusza z ust Harry'ego. Nasze zadanie, pomyślał. Nie. Moje zadanie. Muszę zapewnić mu bezpieczeństwo. Zapewnić im obojgu bezpieczeństwo. Ochronić przed Syriuszem.

- Tak. Blackowi udało się ich pokonać. Nigdy nie sądziłem, że jest to możliwe. Mówi się, że Demetor potrafi wyssać z czarodzieja całą moc, jeśli zbyt długo się przebywa w jego obecności.

To właśnie te słowa tkwiły w głowie Remusa, gdy mężczyzna zmusił się do opuszczenia swoich komnat i udania się do kuchni, żeby coś zjeść. Nie miał siły na towarzystwo swoich kolegów po fachu. W końcu były Święta Bożego Narodzenia i nie był to czas na znoszenie potępiających spojrzeń Minerwy ani cichych komentarzy Snape'a. Musiał też unikać Sybilli Trelawney, która bardzo chciała rzucić okiem na jego przyszłość. Początkowo uważał ją za wariatkę, odnosząc się do niechęci Mii do Wróżbiarstwa. W znoszeniu jej obecności nie pomagała roztaczająca się od niej aura wiśniówki i dymu, atakująca jego wrażliwy zmysł węchu. Kiedy jednak dotarło do niego, że Harry w swoich liściach herbacianych widział Ponuraka, Remus zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem Sybilla nie była Widzącą.

W każdym razie, postanowił jej unikać za wszelką cenę.

Po szybkim posiłku zjedzonym w kuchni, Remus podziękował skrzatom domowym za ich ciężką pracę i zdecydował się wrócić do swoich komnat. Mijał właśnie zakręt, kiedy usłyszał płacz. Zmarszczył brwi i skierował się do miejsca, skąd dobiegało łkanie, mając nadzieję, że nie stało się nic poważnego. Biorąc jednak pod uwagę niebezpieczeństwo, jakie znajdowało się w okolicy zamku, postanowił być bardzo ostrożny.

Obszedł kolejny róg i wtedy ją zauważył.

Hermiona siedziała samotnie w zagłębieniu pod wielkim oknem. Kolana przyciągnęła pod brodę, złożyła na nich ramiona i ukryła twarz. Gęste, brązowe włosy opadły na jej czoło.

Ku wielkiej uldze Remusa, nie wyglądała na ranną, przynajmniej fizycznie. Jemu zaś ból sprawiało słuchanie jej płaczu. Pełnia księżyca była bardzo blisko, więc wilk czaił się pod powierzchnią jego umysłu. Głos, który Remus zidentyfikował jako wściekłego Lunatyka, warczał i nakazywał mu zajęcie się członkiem Watahy.

Ona jeszcze nie należy do Watahy, kłócił się bezgłośnie Remus.

Lunatyk jednak nie przyjmował takiej odpowiedzi. Oznaczona, czy nie, związana więzią, czy nie, ona należy do nas. Tak, jak pozostali.

- Hermiona? – Remus szepnął, klękając przy niej.

Drobna czarownica poderwała się, przestraszona jego nagłym pojawieniem się u jej boku. Natychmiast zaczęła ocierać policzki z łez.

- Profesor Lupin… Ja… Przepraszam, ale…

- Dlaczego mnie przepraszasz? Zrobiłaś coś złego? – Zapytał, uśmiechając się do niej, mając nadzieję na nieśmiały uśmiech w odpowiedzi.

Jego próba rozśmieszenia jej spaliła jednak na panewce, bo Hermiona ponownie się rozpłakała.

Remus, zaskoczony, odchylił się na piętach. Czuł się wyjątkowo niekomfortowo, bo nie wiedział, jak ma z nią postępować.

- Przepraszam, Hermiono. Ja… To miał być tylko żart. Wiem, że nie zrobiłaś nic złego – zapewnił ją, klepiąc pocieszająco po plecach.

- Ale ja właśnie zrobiłam coś złego – krzyknęła i odwróciła do niego twarz. Patrzyły teraz na niego jej załzawione, czekoladowe oczy. – I oni mnie teraz nienawidzą.

- Mój bogin przyjąłby kształt was dwóch. Powiedzielibyście mi, jak bardzo mnie nienawidzicie.

Remus zamrugał gwałtownie oczami, gdy uderzyło w niego to wspomnienie. Jednak pozostawienie niektórych wspomnień pod czujnym okiem dyrektora nie odebrało im mocy, jak obiecywał Dumbledore. Winił za to lykantropię. On mógł oszukać swoją pamięć, ale nic nie oszukało instynktu Lunatyka.

- Hermiono, nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł cię nienawidzić – stwierdził z przekonaniem. – Jesteś zbyt dobrą osobą… Zbyt uprzejmą.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- Wszyscy mnie nienawidzą.

- Nie ja.

Hermiona pociągnęła nosem i uśmiechnęła się blado.

- Ślizgoni mnie nienawidzą, bo urodziłam się w rodzinie Mugoli. Szczególnie Malfoy.

Wypluła z siebie nazwisko chłopca z takim jadem, że pod powierzchnią Hermiony Remus bez trudu dostrzegł Mię.

- Moje współlokatorki mnie nienawidzą, bo bardziej zależy mi na książkach, niż na makijażu. Profesor Snape mnie nienawidzi, bo jestem małą panną Wiem-To-Wszystko – czknęła. – A teraz nienawidzą mnie nawet Harry i Ron.

- Chodź ze mną – Remus wstał i wykrzywił się, kiedy jego kolana trzasnęły. – Przygotuję nam po filiżance herbaty i wszystko mi opowiesz.

- Przepraszam, panie profesorze… Nie chciałam obciążać pana moimi problemami. To takie głupie – powiedziała, cały czas pociągając nosem.

- Niczym mnie nie obciążasz, Hermiono – obiecał jej Remus. – Są Święta, a my oboje wydajemy się być w humorze, który nie nastraja do świętowania w większym towarzystwie. Dlatego zrób starszemu człowiekowi tę przyjemność i wypij ze mną filiżankę herbaty. Co ty na to?

Hermiona uśmiechnęła się ze smutkiem.

- Nie jest pan starszym człowiekiem, panie profesorze.

- Jestem wystarczająco stary, żeby być twoim nauczycielem – prychnął i wszedł do swojego biura. Machnął różdżką i niewielki imbryczek przeleciał przed jego nosem, żeby wylądować na palniku. Zerknął na nią, kiedy weszła za nim do komnaty. Całe to miejsce było zawalone książkami, pergaminami, starymi artefaktami i innymi obiektami magicznymi, które miał zamiar zaprezentować swoim uczniom podczas kolejnych lekcji. A jednak zamiast wyglądać na zniechęconą wyglądem jego biura, Hermiona z zachwytem przyglądała się jego kolekcji.

Remus uśmiechnął się, widząc jej zaciekawienie.

- Możesz sobie coś wybrać.

Jej zaczerwienione oczy rozjarzyły się, gdy siadała w głębokim fotelu stojącym przed jego biurkiem. Zaczęła przekładać książki z jednej gromadki na drugą, z uwagą przyglądając się tytułom.

- Naprawdę wolno mi je przeczytać? Wydaje mi się, że niektóre z nich powinny znajdować się w Dziale Ksiąg Zakazanych.

Remus zachichotał. Nawet w tym czasie obsesyjnie przestrzegała zasad.

- Masz moje pozwolenie. Potraktuj je jako prezent świąteczny.

Obserwował, jak jej drobne palce wodzą po grzbietach jego ksiąg. Jej uwagę przyciągnął smukły, cienki tom w czerwonej okładce. Wyblakłe, czarne litery układały się w tytuł Niebezpieczeństwa Magii Czasu. Otworzyła okładkę i szybkim ruchem przekartkowała strony. Skrzywiła się, widząc notatki na marginesach. Remus zastanawiał się, czy rozpozna swoje własne pismo.

Na pustej stronie, tuż za rozdziałem o Zmieniaczach Czasu, rozpisane były skomplikowane równania numerologiczne, ale Remus podejrzewał, że w tym momencie były na zbyt wysokim poziomie, żeby je zrozumiała. U dołu strony widniało pytanie: Poruszanie się do przodu niemożliwe. Powrót? Kilka wyblakłych uwag dotyczących Świstoklików Remus przepisał do ściśle strzeżonego notatnika, którego nigdy nikomu nie pokazał.

- Ta książka należała do mojej przyjaciółki.

- Remusie, masz może trochę miejsca na swoich półkach? – Zapytała Mia, wchodząc bez pukania do jego sypialni. W dłoniach trzymała cieniutki tomik w czerwonej oprawie.

Remus usiadł na łóżku. Powieść, którą pożyczył od Lily opuścił na kołdrę, nie pokazując Mii jej tytułu.

- Chyba tak. Tobie już zabrakło miejsca?

Mia zachichotała.

- Jeszcze nie. Ale tej książki nie mogę trzymać u siebie, bo Syriusz mógłby ją znaleźć.

- Co tam masz? – Zapytał Remus.

- Jedyny tytuł dotyczący Magii Czasu, jaki udało się znaleźć profesorowi Dumbledore'owi. Kiedy tu przybyłam, zastanawiałam się, czy jest jakiś sposób, żebym mogła wrócić do swojej oryginalnej linii czasowej – wyjaśniła. – Szukałam jakiegokolwiek sposobu na powrót. Albus odszukał dla mnie tę książkę, a ja na jej podstawie próbowałam zmusić Zmieniacz Czasu, żeby wysyłał ludzi w przyszłość.

Podała mu książkę i Remus natychmiast przewertował pierwsze kilka stron.

- Domyślam się, że nie znalazłaś sposobu?

- Skąd takie założenie?

- Cały czas tu jesteś – Remus zachichotał, ale kiedy na nią spojrzał, zauważył, że zmarszczyła brwi. – O co chodzi?

- Remusie, zostałam w tych czasach, bo nie chciałam odchodzić – powiedziała, uśmiechając się ze smutkiem. – Nie dokończyłam równań pozwalających na podróż w przyszłość, ale w tej książce znajdziesz wszystko, co będzie ci potrzebne do opracowania mojej podróży w przeszłość.

Remus skinął głową i z trudem przełknął ślinę.

- Te równania będą u mnie bezpieczne.

- Magia Czasu jest bardzo niebezpieczna, szczególnie, jeśli ktoś się nią beztrosko bawi – wymamrotała Hermiona, odkładając książkę na jej miejsce i sięgając po kolejną. – Panie profesorze, czy ma pan może tytuł Niebezpieczny czy w niebezpieczeństwie. Badania nad instynktem hipogryfów? Czy mogłabym go od pana pożyczyć? Chciałabym pomóc Hagridowi w jego rozprawie dotyczącej Hardodzioba. Ministerstwo chce go ściąć za to, co zrobił Malfoy'owi.

Remus skinął głową i zdjął imbryk z palnika, z zawodem patrząc, jak w tak oczywisty sposób okazała brak zainteresowania Magią Czasu. Wiedział, kiedy powinien ją odesłać – ta data była po wsze czasy wypalona w jego umyśle – ale poznawszy Hermionę, coraz bardziej tęsknił za Mią. Wydawało mu się, że jego przyjaciółka jest tak blisko, kiedy w rzeczywistości była tak daleko. Potrzeba było wielu lat, żeby Remus mógł wypełnić swoją obietnicę.

- Słyszałem o tym. Hermiono, oczywiście, że możesz pożyczyć tę książkę. To bardzo uprzejme z twojej strony, że chcesz pomóc Hagridowi.

- To nie była wina Hardodzioba, że Malfoy nie zwracał uwagi na lekcji. Hardodziob zareagował instynktownie. Nie wolno winić biednego zwierzęcia za atak na kogoś, kto… - Urwała, kiedy jej spojrzenie padło na inny tom leżący na jego biurku.

Z zaciekawieniem zerknął na tytuł, który przykuł jej uwagę. Była to zużyta kopia Bezprawia Wilków: Dlaczego Wilkołaki nie zasługują na Życie. Spojrzał na nią, żeby dowiedzieć się, jak na nią zareagowała. Hermiona wyciągnęła dłoń i palcami przebiegła po tytule. Lekko, delikatnie, jakby książka była czymś zainfekowana.

- Herbaty? – Zaproponował Lupin, przerywając niekomfortową ciszę, która między nimi zaległa.

Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do niego z wahaniem. Sięgnęła po filiżankę, którą do niej wyciągnął.

- Tak, dziękuję – upiła łyk i jej uśmiech się poszerzył. – Posłodził ją pan.

- Słucham? Wydawało mi się, że… - Zaczął, ale Hermiona przerwała mu, zaglądając do jego filiżanki. Jego herbata była kilka tonów jaśniejsza, co oznaczało, że do swojej dolał mleka.

Remus natychmiast zorientował się, że popełnił błąd. Wiedział, jak przygotować herbatę Hermiony, bo znał nawyki Mii. Gdyby posłodził obie filiżanki, albo zostawił obie bez żadnych dodatków, nie miałoby to znaczenia. Ale posłodził tylko jej herbatę, natomiast mleka dolał wyłącznie do swojej, pokazując jej, że wiedział o tym, że Hermiona nie lubi bawarki.

Dziewczyna uśmiechnęła się i zaczerwieniła.

- Wszystko w porządku.

Na Merlina, Remus westchnął w duchu na ten widok. Zdecydował się znaleźć jakieś plusy w tej sytuacji. Po pierwsze, Hermiona nie wiedziała nic o ich wspólnej przeszłości… Albo w jej przypadku – przyszłości. Po drugie, jej niewinne, szkolne zadurzenie w nauczycielu odwróciło jej uwagę od kolosalnej pomyłki, którą właśnie popełnił.

- Powiedz mi teraz, dlaczego uważasz, że Harry i Ron cię nienawidzą – powiedział, mając nadzieję jeszcze bardziej rozproszyć jej uwagę. Poczuł jednocześnie winę i ulgę, gdy Hermiona przypomniała sobie, dlaczego wcześniej płakała.

- Harry dostał na Święta bardzo drogą miotłę – szepnęła. – Zbyt drogą. Zbyt anonimowo. I nie namyślając się wiele, Harry i Ron pobiegli na boisko do Quidditcha, żeby ją wypróbować. Nawet im do głów nie przyszło, że miotłę mógł przysłać Syriusz Black.

Remus zmarszczył brwi. Jeżeli rzeczywiście Syriusz przysłał Harry'emu miotłę, on nie widział w tym żadnego motywu. Oczywiście, miotła mogła został zaczarowana, ale głupim pomysłem było wydawać mnóstwo Galeonów na miotłę, napracować się ciężko nad rzuceniem na nią uroku, kiedy była szansa, że zostanie to wykryte. W dodatku, Syriusz uciekał. Skąd wziąłby tyle pieniędzy, żeby w ogóle kupić miotłę? I po co miałby przysyłać mu prezent anonimowo, skoro już było wiadomo, że udało mu się dostać na zamek i prawie zaatakować chłopaka?

Wewnętrzny głos, bardzo podobny do głosu Mii, próbował przekonać Remusa, że Syriusz kupił Harry'emu miotłę, bo chłopiec był jego chrześniakiem i właśnie trwały Święta Bożego Narodzenia. Pamiętał, jak Syriusz planował wraz z Jamesem chwile, kiedy będą uczyć małego Harry'ego latać i grać w Quidditcha. Syriusz był przekonany, że chłopak będzie świetnym pałkarzem, ale James wtedy stwierdził, że będzie Szukającym, ponieważ Mia mu to powiedziała. Bo, oczywiście, Mia doskonale o tym wiedziała.

- Powiedziałam o tym profesor McGonagall – kontynuowała. – W związku z tym, zabrała Harry'emu miotłę.

- To tylko miotła, Hermiono – Remus próbował pocieszyć zasmuconą dziewczynę.

- To Błyskawica.

Remus zakrztusił się herbatą i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.

Twarz Hermiony pociemniała.

- Wiem.

- Nie, nie – Remus odkaszlnął. – To nadal tylko miotła. Tylko… Miotła. Profesor McGonagall ją sprawdzi, a ja jej na pewno pomogę. Potem miotła wróci do Harry'ego. Obiecuję.

Hermiona spojrzała na niego z nadzieją.

- Panie profesorze, wiem, że to raczej specjalność Hagrida, ale może wie pan cokolwiek o kugucharach?

- Niestety, nie – Remus potrząsnął przecząco głową. – Wiem tylko, że są bardzo inteligentnymi i lojalnymi stworzeniami. Również bardzo niezależnymi. Słyszałem, że mogą się krzyżować ze zwykłymi kotami.

- Mam jednego. I jest on powodem kolejnego problemu, który mają ze mną Harry i… Właściwie, głównie Ron. Wygląda na to, że mój kuguchar nienawidzi szczura Rona. A ja uważam, że po prostu jest ciekawy – powiedziała obronnym tonem i przypomniała mu natychmiast Mię, która broniła swojego wrednego kocura przed ich oskarżeniami za każdym razem, kiedy podrapał lub pogryzł Huncwotów. – Chodzi o to, że zachowanie Krzywołapa było powodem kilku kłótni. Może one się skończą, jeśli uda mi się Krzywołapa wychować.

- Udało ci się wytrenować kuguchara polującego na szczury – Remus zachichotał. – Powodzenia, Hermiono.

- Dziękuję za herbatę, panie profesorze. I za… Za rozmowę.

- Jestem tutaj w każdej chwili, kiedy chciałabyś porozmawiać – obiecał. – I ponieważ wiem, że on sam ci tego nie powie, chciałbym ci podziękować w imieniu Harry'ego za troszczenie się o jego osobę. Jesteś dobrym człowiekiem, Hermiono. Nigdy o tym nie zapominaj.

Hermiona tylko wzruszyła ramionami.

- On jest moim najlepszym przyjacielem.

Te słowa go mocno zabolały, ale Remus zepchnął zżerającą go zazdrość głęboko w swoją podświadomość. Pamiętał, że Mia powiedziała mu kiedyś, że traktowała zarówno Harry'ego jak i Remusa za swoich najlepszych przyjaciół. Teraz czuł się po prostu samotny. Przez wiele lat musiał się obejść bez prawdziwej przyjaźni.

- Wesołych Świąt – powiedział, po czym zamknął za nią drzwi swojego biura.

Remus rozejrzał się po gabinecie i głośno odetchnął. Za kilka dni przypadnie pełnia księżyca, młoda czarownica właśnie wypłakała się na jego ramieniu, Syriusz Black był na wolności, zamek otaczały hordy Dementorów, a teraz jeszcze musiał się martwić o potencjalnie niebezpieczną miotłę. Jęknął, podchodząc do swojego biurka, żeby przejrzeć plany lekcji, które rozpoczną się po przerwie zimowej. Sięgnął po jedno ze swoich opracowań dotyczących wampirów, kiedy zauważył, że jego egzemplarz Bezprawia Wilków: Dlaczego Wilkołaki nie zasługują na Życie zniknął.

Wstał i obszedł biurko, myśląc, że może książka spadła na ziemię, kiedy Hermiona przeglądała jego kolekcję. Rozejrzał się z zaciekawieniem po komnacie, nie znajdując książki na ziemi. W końcu dostrzegł okładkę wystającą z kosza na śmieci.

Zachichotał pod nosem na ten widok. Bezczelna wiedźma.