Od tłumaczki: Przed Wami emocjonujący rozdział, w którym do Syriusza dociera część prawdy. Jeden z moich ulubionych, jeśli mam być szczera. Miłego czytania.
ROZDZIAŁ 108 – SYRIUSZ BLACK!
9 czerwca 1994
Remus właśnie wracał do swoich komnat na szybki obiad po finałowym egzaminie przeprowadzonym w szóstej klasie – był bardzo dumny z samego siebie za jego formę – kiedy podszedł do niego profesor Flitwick.
- Remusie, czy przypadkiem nie zmierzasz do Wieży Gryfonów?
Lupin odpowiedział swojemu dawnemu nauczycielowi, a obecnie koledze po fachu, uprzejmym uśmiechem.
- Właściwie nie, ale jeśli czegoś stamtąd potrzebujesz, Filiusie, chętnie to załatwię.
Flitwick odetchnął z ulgą.
- Panna Granger nie pojawiła się na porannych zajęciach i… Cóż, to się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Sam bym jej poszukał, ale za chwilę rozpoczynam kolejne zajęcia.
- O nic się nie martw. Poszukam panny Granger.
Remus zaczekał aż Flitwick oddali się od niego, dziękując za przejęcie tematu, po czym przeklął paskudnie pod nosem. Skierował się ku bibliotece, a nie ku Wieży Gryfonów. Kilka miesięcy upłynęło, od kiedy zwrócił Albusowi i Minerwie uwagę na fakt, że Hermiona jest przemęczona korzystaniem ze Zmieniacza Czasu. Nie było wątpliwości, że korzystała z urządzenia wyłącznie do uczestnictwa w kolejnych lekcjach – nie pozwalała sobie na nadrobienie zaległości we śnie, którego jej najbardziej brakowało.
Dodając do równania dodatkowe godziny na naukę, Remus zrozumiał, że Hermiona wzięła na swoje barki przynajmniej trzykrotnie więcej obowiązków, niż Mia kiedykolwiek to zrobiła.
Teraz rozumiem, pomyślał Remus.
Mia zawsze bardzo dbała o swoje zdrowie – pomijając ten jeden rok, kiedy obsesyjnie szpiegowała Ślizgonów. Znała swoje ograniczenia, bo na swoim oryginalnym trzecim roku dotarła do granic swoich możliwości.
Zgodnie z przewidywaniami, Remus znalazł drobną czarownicę leżącą na ogromnej książce dotyczącej numerologii, do wyciągnięcia której musiała użyć Zaklęcia Wagi Piórkowej. Zmarszczył czoło, słysząc jej lekkie pochrapywanie, bo zdawał sobie sprawę, że będzie musiał ją obudzić. Na pewno będzie wściekła, kiedy usłyszy, że ominęła lekcję.
Westchnął i zerknął na niewielką kałużę śliny, która lśniła na księdze. Wzdrygnął się na ten widok, ale bezgłośnie i niezwykle delikatnie usunął ślady z książki, zanim się obudziła. Byłaby przerażona, gdyby do niej dotarło, że zniszczyła trzystuletnie dzieło.
Usiadł na krześle tuż obok niej i położył dłoń na jej ramieniu.
- Hermiono?
Powoli uniosły się jej powieki i padło na niego spojrzenie czekoladowych oczu. Pod nimi malowały się ciemne, głębokie cienie, co sprawiło, że zadrżał. Martwił się o nią. Niestety, Hermiona musiała odebrać wyraz jego twarzy jako gniewny, bo podskoczyła na swoim miejscu.
- Ojej! Panie profesorze, tak mi przykro! Nie chciałam zasnąć na pana lekcji.
- Hermiono – dłoń Remusa zacisnęła się mocniej na jej ramieniu, powstrzymując ją od gwałtownych ruchów. – Nie jesteś w klasie. Jesteś w bibliotece.
- O… Ja… - Hermiona rozejrzała się wokół siebie, skonsternowana, jakby zapomniała, gdzie się znajduje i po co tu przyszła.
- Powinnaś wrócić do Wieży i się przespać.
- Nie, nie – potrząsnęła głową, tłumiąc ziewnięcie. – Muszę powtórzyć materiał na… Na Zaklęcia.
Remus ponownie zamrugał oczami, nie chcąc jej mówić, że już zdążyła opuścić lekcję Zaklęć. Ta myśl jednak wyleciała mu z głowy, kiedy zauważył, że próbując zakryć usta przy kolejnym ziewnięciu, skrzywiła się z bólu.
- Hermiono, co się stało? – Wyciągnął rękę i delikatnie ujął jej dłoń. Głęboki siniak otaczał cały jej kciuk i ciągnął się aż do nadgarstka. – Złamałaś kciuk.
Na jej twarzy odmalowało się poczucie winy.
- Co się stało? – Zapytał ponownie.
- Złamałam kciuk.
- Widzę – Remus westchnął i sięgnął do kieszeni. – Dlaczego nie poszłaś do pani Pomfrey? Jestem pewien, że musi bardzo boleć.
- Ja… Myślałam, że sama dam radę się poskładać, ale już byłam spóźniona z powtórkami i uznałam, że mogę zaczekać – odpowiedziała, marszcząc czoło. – Nie chciałam mieć przez to kłopotów.
- Dlaczego miałabyś mieć kłopoty przez złamany kciuk, Hermiono?
Spojrzała na niego ze strachem przemieszanym z błaganiem.
- Możesz mi zaufać – obiecał, nadal delikatnie trzymając jej uszkodzoną dłoń w swoich rękach.
Hermiona odetchnęła głęboko.
- Uderzyłam Dracona Malfoy'a.
Remus otworzył szeroko oczy i musiał sobie natychmiast przypomnieć, że jest jej nauczycielem i nie wolno mu się śmiać. A wyglądało na to, że ta mała czarownica właśnie uderzyła swojego pierwszego Ślizgona. Pierwszego z wielu.
- Rozumiem – skomentował, po czym leciutko dotknął czubkiem różdżki jej posiniaczonej skóry. – Episkey.
Uśmiechnął się do niej ze współczuciem, kiedy zauważył, że skrzywiła się z bólu.
- Niestety, nie pomogę ci z siniakami. Żeby je usunąć, musisz się udać do Skrzydła Szpitalnego.
- To… Ja… - Hermiona uśmiechnęła się szeroko, zginając i rozprostowując palec. – Dziękuję, panie profesorze.
- Do usług. Zaklęcia Uzdrawiające są bardzo przydatne. Jesteś utalentowaną czarownicą, więc uważam, że łatwo się ich nauczysz. Mogę ci nawet pożyczyć jedną książkę na ich temat – powiedział z namysłem, mając świadomość, że będzie potrzebowała tej wiedzy, skoro miała się cofnąć w czasie i pomóc mu przejść przez najgorsze noce, kiedy na niebie królował księżyc w pełni.
- Byłabym bardzo wdzięczna – jej szeroki uśmiech powoli znikał z jej twarzy. Przygryzła wargę, zaniepokojona. – Nie chce pan wiedzieć, dlaczego to zrobiłam?
- Czy byłbym bardzo łatwowiernym człowiekiem, gdyby powiedział, że musiałaś mieć bardzo dobre powody? – Odpowiedział pytaniem, śmiejąc się z przekorą.
Hermiona też się roześmiała i obejrzała przez ramię na panią Pince, zajętą układaniem książek na półkach.
- Byłoby to dość… Podejrzane. Nie zachowuje się pan tak, jak pozostali nauczyciele.
Remus się zachmurzył, cały czas patrząc na jej posiniaczoną dłoń.
- Słyszałem, że Draco Malfoy bardzo liberalnie wygłasza poglądy o swoich kolegach, o świecie i nawet o mojej skromnej osobie. I, jeśli mogę być szczery, w ogóle mnie te poglądy nie obchodzą. Moje poczucie własnej wartości nie zależy od słów trzynastoletniego chłopca – zachichotał, kiedy znowu się rozpromieniła. – Domyślam się, że powiedział ci coś niemiłego?
- Tak – potwierdziła Hermiona, a na jej twarzy zagościł znajomy wyraz oburzenia. – Bardzo często, ale tym razem nie chodziło o to. Był niemiły dla Hagrida.
Poczuł ciepło rozchodzące się od jego piersi. Musnął grzbietem dłoni jej podbródek.
- Hermiona Granger, obrońca uciśnionych. Powinienem zapewne odjąć punkty albo dać ci szlaban za zaatakowanie innego ucznia, ale tego nie zrobię. Mam jednak jedną radę: „Zwyciężają ci, którzy wiedzą, kiedy walczyć, a kiedy nie".
Hermiona spojrzała na nauczyciela wzrokiem, w którym kryła się ponadczasowa mądrość.
- Sun Tzu.
- Ufam twojemu rozsądkowi, Hermiono. Muszę jednak cię z przykrością poinformować, że takie zachowanie na pewno nie pomoże w przekonaniu pana Weasley'a, że przemoc niczego nie rozwiązuje. W wolnej chwili możesz podejść do mojego biura po książki. I jeszcze jedno – wstał ze swojego miejsca. – W zamian za wypożyczenie dowolnej książki z mojego biura, musisz mi obiecać, że wrócisz do Wieży i prześpisz się chociaż przez godzinę.
Próbowała się kłócić, ale Remus potrząsnął głową.
- Proszę. Ulżyłoby mi, gdybym wiedział, że dbasz o swoje zdrowie – nalegał, a jednocześnie skrzywił się, kiedy jego mięśnie zaprotestowały bólem przeciwko gwałtownemu ruchowi.
- Panie profesorze? Wszystko w porządku?
- Tak, Hermiono. Wszystko w porządku.
Posłała mu spojrzenie pełne niedowierzania, które powiedziało mu, że wiedziała, że skłamał.
W jaki sposób ona zawsze wiedziała?
Hermiona sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej małe pudełko. Przesunęła je w jego stronę. Remus spojrzał w dół i zobaczył, że była to czekoladowa żaba.
- Jesteś dla mnie zbyt uprzejma, Hermiono.
- To pan poskładał mnie – wzruszyła niewinnie ramionami. Zachowywała się tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że on wie, że to właśnie ona podrzuca różne czekoladowe smakołyki do Skrzydła Szpitalnego każdego dnia po pełni księżyca.
Z wdzięcznością schował do kieszeni czekoladową żabę i chciał od niej odejść, gdy coś wpadło mu do głowy. Złapał jej zdrową dłoń i uformował z jej palców pięść w taki sposób, żeby kciuk wystawał ponad palcami. Obserwowała go z zaciekawieniem, przygryzając wargę.
- Następnym razem, kiedy będziesz chciała kogoś uderzyć… - A Remus doskonale wiedział, że będzie następny raz. – Nie trzymaj kciuka wewnątrz pięści, to go nie złamiesz.
Hermiona opuściła głowę i roześmiała się cicho, a Remus w tym czasie powoli wychodził z biblioteki.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Remus przeciągnął się i skrzywił z bólu, chociaż miał świadomość, że księżyc nie wstanie w pełni przez najbliższą godzinę. Ziewając, zerknął na swoje notatki z całego dnia. Zebrał je, obserwując uczniów zdających swój ostatni egzamin z Obrony przed Czarną Magią. Był to tor przeszkód. Był strasznie dumny, gdy Harry na samym jego końcu pokonał swojego bogina. Ale największe wrażenie zrobiła na nim, oczywiście, Hermiona.
Martwił się o nią, kiedy weszła do magicznie powiększonego kufra, aby stoczyć walkę z boginem. Nie wiedział, jaki kształt przyjmie stworzenie, więc kiedy usłyszał wrzask czarownicy, rzucił się jej na pomoc. Harry i Ron pędzili tuż za nim.
- Hermiono! – Krzyknął do niej, widząc, jak dziewczyna wyczołguje się z kufra. – Co się stało?
- P… P… Profesor McGonagall! – Wydyszała przerażona czarownica, wskazując drżącym palcem na kufer. – P… Powiedziała, że wszystko oblałam!
Czuł się paskudnie, opanowując chęć wybuchnięcia śmiechem. Udało mu się powstrzymać do momentu, kiedy przestała się trząść i ofiarował jej tę samą czekoladową żabę, którą ona podarowała mu wcześniej tego dnia.
Puk! Puk! Puk!
- Proszę! – Próbował się uśmiechnąć do Snape'a, który właśnie wszedł do jego komnaty, niosąc w dłoni czarę dymiącego eliksiru. Ale nawet ta próba uśmiechu zbladła, kiedy zajrzał do kielicha, jakby miał osobiste porachunki ze znajdującym się w środku eliksirem. – Bardzo dziękuję, Severusie.
Snape krótko skinął głową.
- Powinieneś jak najszybciej to wypić, Lupin – powiedział Mistrz Eliksirów w identyczny sposób, jak przez cały ostatni tydzień poprzedzający pełnię księżyca.
- Tak, wiem – Remus westchnął, patrząc na śmierdzącą zawartość czary. – Masz szczęście, że nie musisz tego pić.
Twarz Snape'a wykrzywił grymas, jakby Remus celowo go obraził. Jakby wytwór wielu godzin jego pracy właśnie szedł na marne.
- Może wolałbyś, żebym go dla ciebie nie warzył? Może sam chciałbyś spróbować? Przypomnij mi, bo chyba zapomniałem, jakie miałeś oceny z Eliksirów?
Remus wywrócił oczami.
- Masz rację. Nie chciałem wyjść na niewdzięcznego. Wręcz przeciwnie… Co mi nie wyszło ze względu na marne poczucie humoru.
- Widzę, że zachowałeś pergamin Pottera – zauważył Snape, widząc na biurku Remusa starannie złożoną Mapę Huncwotów. – Udało ci się dowiedzieć, jaka magia była w nim zawarta?
Remus westchnął, zirytowany i potarł twarz dłońmi.
- Czy już zawsze będziemy się ze sobą użerać? Ty będziesz mnie obrażał, ja będę próbował ci grzecznie odpowiadać, mimo że to właśnie ty masz problem z nastawieniem?
Severus przez moment tylko patrzył na Remusa bez słowa, a w jego oczach nie dało się nic wyczytać.
- Nie okłamuj się, wilku. Jesteś nauczycielem Obrony. Z końcem miesiąca wylecisz z Hogwartu.
Z tymi słowami na ustach, Snape obrócił się i wyszedł z komnaty Remusa, trzaskając drzwiami.
Remus ponownie wywrócił oczami i zerknął na Mapę Huncwotów. Wziął ją do ręki i zaczął się zastanawiać nad ostatnim razem, kiedy ją otwierał, a było to kilka dni temu. Po odebraniu jej Harry'emu, starał się na nią patrzeć najczęściej, jak tylko mógł. Nie miał problemów, żeby zlokalizować dzięki niej Syriusza, który unikał zamku i raczej trzymał się terenu Zakazanego Lasu.
Pomimo tego, co powiedział mu Harry, Remus nie zauważył jeszcze na Mapie imienia Petera.
Za pierwszym razem, kiedy Remus zobaczył imię Syriusza na Mapie, chciał pokazać swoje odkrycie Dumbledore'owi, ale z jakiegoś powodu byłoby to pogwałceniem Wieczystej Przysięgi, którą złożył Mii wiele lat temu.
Za każdym razem, kiedy myślał o Syriuszu, słyszał w głowie jej słowa.
- Ufaj Syriuszowi. Zawsze ufaj Syriuszowi.
- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego – szepnął Remus i Mapa ożyła przed jego oczami.
Nieświadomie, najpierw zlokalizował siebie i zauważył, ze kropka oznaczona jako Severus Snape spaceruje po korytarzu, niedaleko jego komnat. Remus zachichotał, zdając sobie sprawę z tego, że Mistrz Eliksirów musi być w tym momencie wściekły i prawdopodobnie zastanawia się, czy nie wrócić do niego i na niego nie nawrzeszczeć.
Po kolei lokalizował pozostałych nauczycieli, prefektów patrolujących korytarze, Hagrida i profesora Dumbledore'a, przebywających w chatce gajowego oraz oddalających się od nich Korneliusza Knota i Waldena Mcnaira.
Z przyzwyczajenia poszukał kropki oznaczonej jako Syriusz Black i prawie natychmiast znalazł ją w pobliżu Wierzby Bijącej.
Zmarszczył brwi na ten widok. Od kiedy Remus był w posiadaniu mapy, Syriusz nie odważył się podejść tak blisko zamku. Ale to nie kropka podpisana jako Syriusz Black sprawiła, że od szarej twarzy Remusa odpłynęła cała krew.
Skuleni bardzo blisko siebie, ale poruszający się niesamowicie szybko po Mapie, byli Harry Potter, Ronald Weasley i Hermiona Granger, a między nimi Remus mógł dostrzec czwarte nazwisko: Peter Pettigrew.
Ale Peter był martwy.
- Ron próbował jakiegoś zaklęcia, żeby się popisać przed Harrym. Wypowiedział jakieś śmieszne, wymyślone słowa nad swoim szc… Sz… Parsz… Kurwa!
Remus zachłysnął się, a po grzbiecie spłynął mu zimny pot.
- Jestem zdziwiony, że nie dogadywałaś się lepiej z Mią, Minerwo. Ona również nienawidziła gryzoni.
Jego ciało zesztywniało, porażone poczuciem winy i wściekłością. Odwrócił się plecami do Mapy Huncwotów, na której kropki oznaczone jako Syriusz Black, Ronald Weasley i Peter Pettigrew znikały pod Wierzbą Bijącą.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Był gdzieś w pobliżu. Syriusz to wiedział. Kiedy jego nowy przyjaciel, pomarańczowy kuguchar, poinformował go, że szczur ugryzł się i zakrwawił łóżko Weasley'a, aby ukartować swoją śmierć – ponownie – Syriusz postanowił cierpliwie czekać, polegając na pomocy swojego kociego pomocnika. Kuguchar zapewnił go, że szczura nie ma na zamku, a Syriusz zdecydował się zaufać zmysłowi węchu kota, żeby wytropić Glizdogona. W końcu kot w ostatnim czasie przebywał częściej ze szczurem, niż on.
Kuguchar był pewny jednego: szczur znajduje się w chatce Hagrida.
Niestety, nawet z daleka, z miejsca, gdzie Łapa leżał przy samej ziemi, schowany przed ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, wyczuwał, że Harry jest w pobliżu. Prawdopodobnie ukryty pod peleryną Jamesa. W dodatku był pewny, że głosy dochodzące z chatki gajowego należały do Albusa Dumbledore'a i Korneliusza Knota. Nie uda mu się pochwycić Glizdogona, nie przyciągając niczyjej uwagi. Był na to zbyt duży.
Idź, nakazał kugucharowi i odetchnął drżąco, widząc, że kot mknie przez trawę.
- Co się z nim dzieje?
- Nie! Odejdź, Krzywołap! Odejdź!
- Parszywek… Nie!
Łapy Animaga trzęsły się z niecierpliwości, jego ciało wyrywało do przodu, powodowane chęcią mordu. Musiał jednak uzbroić się w cierpliwość i czekać na sygnał od kota – czekać na jakiś znak, który mu powie, że tej nocy będzie miał szczęście. Jego oczy zwęziły się, gdy dostrzegł kocura biegnącego za małym, szarawym zwierzęciem. Za kugucharem podążał chłopiec o czerwonych włosach, krzycząca dziewczyna i Harry.
Nie. Nie pozwolę mu wymknąć się po raz kolejny, przysiągł Syriusz i powoli zaczął się zbliżać do swojej ofiary. Zignorował fakt, że szczur właśnie został podniesiony przez chłopca, który go gonił.
Zwrócił uwagę, że Harry podnosi różdżkę i skoczył na niego, zbijając chrześniaka z nóg, na wypadek, gdyby Peter zmienił się w człowieka i wziął chłopaka jako zakładnika. Było to mało prawdopodobne, bo Peter był tchórzem, ale Syriusz nie godził się na to, żeby jakikolwiek Potter przebywał w pobliżu tego cholernego szczura.
Skupił wzrok na gryzoniu wijącym się w kieszeni rudowłosego chłopca i rzucił się do przodu, szczerząc zęby. Chłopiec poruszył się i podniósł ramię, próbując się osłonić. Nie mogąc się zatrzymać, Łapa ugryzł rękę chłopca i powalił go na ziemię. Nie tracąc czasu, pociągnął poszkodowanego trzynastolatka i zniknął pod Wierzbą Bijącą, którą właśnie w tym momencie unieruchomił kuguchar.
- Ron!
Słyszał, jak Harry krzyczy do przyjaciela, wijącego się w uścisku jego szczęk. Noga chłopca uległa złamaniu podczas ich pospiesznej podróży przez korytarz za Wierzbą Bijącą i Syriusz poczuł współczucie, gdy usłyszał głośny okrzyk bólu. Ale nie mógł teraz przestać. Wytłumaczy wszystko i przeprosi po śmierci szczura.
I może kupi chłopcu nowe zwierzątko.
Łapa poruszał się szybko i sprawnie, przygryzając mocniej, gdy czuł, że chłopiec wyślizguje się z jego uścisku. Kiedy już czuł się wystarczająco bezpiecznie, zmienił się w człowieka i złapał swojego zakładnika za kołnierz. Po chwili obaj znajdowali się w znajomo wyglądającej Wrzeszczącej Chacie.
Pomimo złamanej nogi, chłopak szybko się od niego odsunął. Doczołgał się do przeciwległej ściany i rozglądał gorączkowo po swoim otoczeniu. Celowo zostawił ścianę za swoimi plecami.
- Profesor Lupin dobrze cię wyszkolił – zachichotał Syriusz, szczerze rozbawiony. – Niestety, to nie wystarczy.
Syriusz uniósł różdżkę, którą chłopcu odebrał i wycelował w niego.
- T… Ty… Jesteś Syriusz Black!
- Poprawnie – warknął Animag, wzrokiem szukając szczura. – Nie ruszaj się. Jest mi bardzo przykro z powodu twojej nogi.
Po drugiej stronie drzwi zrobiło się głośno i Syriusz warknął, ponieważ znowu ktoś mu przerywał. Drzwi wybuchły i mężczyzna odskoczył w ostatnim momencie. Miejsce, które przed chwilą zajmował było pokryte drewnianymi odłamkami.
- Ron, jak się czujesz? – Zapytała dziewczyna, spiesząc do przyjaciela.
- Gdzie jest ten pies? – Zapytał Harry.
- To nie jest pies – chłopiec… Ron jęknął. – Harry, to pułapka.
- Co?
- To nie jest pies! To Animag!
Syriusz zatrzasnął drzwi za swoim chrześniakiem. Rozbroił dwoje nastolatków w momencie, gdy Harry i dziewczyna odwrócili się do niego. Jedną dłonią złapał dwie różdżki. Zrobił krok do przodu, skupiony wyłącznie na młodym Potterze.
- Miałem nadzieję, że przybiegniesz na pomoc przyjacielowi – stwierdził zachrypniętym głosem, odzwyczajony od mówienia po wielu latach przymusowej samotności. – Twój ojciec zrobiłby dla mnie to samo. To było bardzo odważne z twojej strony, nie informować żadnego nauczyciela. Jestem z tego powodu bardzo wdzięczny, bo czyni to moje zadanie prostszym.
Ostatnie, czego potrzebował, to Dumbledore wtykający swój nos w nie swoje sprawy.
- Jeśli chcesz zabić Harry'ego, najpierw będziesz musiał zabić nas! – Krzyknął z uporem Ron i spróbował wstać. Odrobina koloru, która zdążyła wrócić na jego twarz, natychmiast z niej odpłynęła i chłopiec się zachwiał.
Syriusz zmarszczył brwi.
- Połóż się, dzieciaku. Jeszcze bardziej uszkodzisz nogę, jeśli będziesz próbował stać.
- Nie słyszałeś mnie? – Ron słabym głosem zażądał odpowiedzi. Musiał mocno się trzymać przyjaciela, żeby się nie przewrócić. – Będziesz musiał zabić całą naszą trójkę!
- Dzisiaj dojdzie wyłącznie do jednego morderstwa – Syriusz uważnie przyjrzał się szatom Rona, szukając oznak ruchu, próbując zlokalizować szczura.
- A to dlaczego? – Warknął Harry, próbując wyswobodzić się z uścisku przyjaciół. – Ostatnim razem nie miałeś takich skrupułów! Poświęciłeś tych wszystkich Mugoli, żeby zabić Petera Pettigrew! Co się z tobą teraz stało? Zmiękłeś w Azkabanie?
Syriusz potrząsnął głową.
- Harry, nie rozumiesz…
- ZABIŁEŚ MOICH RODZICÓW!
Syriusz zadrżał, słysząc oskarżenie z ust chłopaka. Jego ostatnią myślą, która przyszła mu do głowy zanim jego chrześniak rzucił się na niego z pięściami było: Rozpoznaję w nim radość Mii z przemocy fizycznej.
Harry uderzał pięściami, Ron krzyknął z bólu, a dziewczyna zaczęła wrzeszczeć.
Syriusz miał problem, bo właśnie powalił go chudy trzynastolatek, który był bardzo blisko odzyskania swojej różdżki. Próbował wymyślić jakiś sposób, żeby zwiększyć między nimi dystans, ale wszystkie metody zakładały zrobienie Harry'emu krzywdy, a na to Syriusz nie mógł sobie pozwolić.
Odkaszlnął, kiedy kolejne uderzenie Harry'ego pozbawiło go tchu i instynktownie sięgnął ręką przed siebie, żeby przerwać atak swojego chrześniaka. Niestety, pierwszą rzeczą, na którą trafił było gardło chłopaka.
- Nie – warknął Black. – Zbyt długo na to czekałem…
Spróbował odepchnąć od siebie Harry'ego, bo nie chciał go bardziej skrzywdzić, ale nie zdołał tego zrobić, bo ktoś w tym momencie kopnął go w plecy.
Syriusz puścił swojego chrześniaka. Jęcząc z bólu, padł na podłogę, z trudem łapiąc oddech. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm bolesnych oddechów. Spojrzał w górę i zobaczył Harry'ego, stojącego nad nim z różdżką wycelowaną w jego serce.
Powinienem tam być dla niego, pomyślał, patrząc na różdżkę. Powinienem był zabrać go ze sobą.
Krew pociekła z jego nosa na wargi. Syriusz zakaszlał.
- Chcesz mnie zabić, Harry?
- Ty zabiłeś moich rodziców – stwierdził Harry.
Pomimo tego, że jego głos drżał od tłumionych emocji, Harry trzymał różdżkę pewnie wycelowaną w Syriusza. Tak, jak James. Syriusz uśmiechnął się do siebie, ale jego uśmiech zniknął, kiedy słowa chłopaka do niego dotarły.
- Nie będę zaprzeczał – przyznał cicho. – Ale gdybyś znał całą prawdę…
- Całą prawdę? – Powtórzył Harry. – Wydałeś ich Voldemortowi. To wszystko, co muszę wiedzieć.
- Nie – Syriusz potrząsnął głową i spróbował się podnieść, ale zrezygnował z tego pomysłu, kiedy czubek różdżki Harry'ego wbił mu się w pierś. – Musisz mnie wysłuchać. Będziesz bardzo żałował, jeśli tego nie zrobisz. Nie rozumiesz…
- Rozumiem więcej, niż ci się wydaje – głos chłopaka nadal drżał. – Nie słyszałeś jej, prawda? Mojej mamy… Próbującej powstrzymać Voldemorta od zabicia mnie.
Syriusz zadrżał z bólu, przypominając sobie rude włosy rozsypane na podłodze, tuż za nogami Hagrida stojącego w pokoju dziecinnym Dworku Potterów. Spojrzał w zielone oczy Harry'ego – oczy Lily – i przygotował się na śmierć.
Jednak zanim którekolwiek z nich zdołało powiedzieć coś więcej, ich oczy zarejestrowały ruch i Syriusz poczuł, jak coś ciężkiego ląduje na jego piersi, odtrącając różdżkę Harry'ego. Black spojrzał w dół i zobaczył pomarańczowego kuguchara, który rozsiadł się na klatce piersiowej mężczyzny, jakby ten był kanapą.
- Złaź ze mnie – warknął, próbując zrzucić z siebie kocura. Kot odpowiedział wbiciem pazurów w skórę Blacka.
Wszyscy usłyszeli stłumione kroki. Ktoś się zbliżał.
- JESTEŚMY TUTAJ! – Krzyknęła dziewczyna. – TUTAJ, NA GÓRZE! SZYBKO! JEST Z NAMI SYRIUSZ BLACK!
Dźwięk jego imienia i nazwiska padających z ust dziewczyny sprawił, że oddech Syriusza uwiązł w gardle. Więź Duchowa, dotychczas uśpiona, rozjarzyła się, jak gorąca igła przytknięta do jego skóry, do materii jego duszy.
Zmusił się, żeby na nią spojrzeć. Zdumiony, otworzył szeroko oczy i zalała go fala wspomnień. Czuł się tak, jakby właśnie je odzyskiwał.
- Nie będę się po raz kolejny z tobą o to spierać, Syriuszu Black!
- Syriuszu Black! Chyba nie powiedziałeś Remusowi i Jamiemu, że będziemy się obściskiwać?
- Jeszcze jedno słowo, Syriuszu Black, i znikam z tego lochu. To będzie koniec żartu.
- Trzymaj swoje brudne łapska z dala ode mnie, Syriuszu Black!
- Ostrzegam cię, Syriuszu, Black!
- Jesteś dobrym człowiekiem, Syriuszu Black!
- Jesteś dobry, Syriuszu Black. Jesteś dobrym, uprzejmym, dzielnym… Na Merlina, tak dzielnym człowiekiem…
- Nie mów do mnie „kotku", Syriuszu Black!
- Kiedy myślę o przeszłości i przyszłości, pierwszą rzeczą, która przychodzi mi na myśl jest to, że tęsknię za Syriuszem Blackiem.
- Kocham cię, Syriuszu Black.
- Mia – szepnął lekko Syriusz, niepewny, czy dźwięk w ogóle opuścił jego usta.
To była ona. Tylko w jaki sposób to mogła być ona? Zaginęła, uznano ją za zmarłą. Powiedziano mu, że ona nie żyje. Nie wierzył w to, ale… Mia… Jego Mia… A jednak była za młoda! Zdecydowanie za młoda. Mogła mieć czternaście lub piętnaście lat. Nie była jego Mią. Mia Remusa? Jej oczy były czekoladowe, nie bursztynowe. Coś było nie tak z jej włosami, z jej zębami i ze sposobem, w jaki na niego patrzyła… Była przerażona.
- Expelliarmus – krzyknął nowy głos w pokoju. – Gdzie on jest, Syriuszu?
Ktoś coś do niego mówił? Oczy Syriusza nie mogły oderwać się od jej twarzy, od jej przerażonej twarzy. Dlaczego ona się go bała? Czyż nie wiedziała, że on nie mógł jej skrzywdzić? Więź Duchowa nie pozwoliłaby na to, nawet gdyby chciał. Dlaczego nie mógł jej wyczuć poprzez Więź? Coś było z nią nie tak. Wieź nadal tam była, był tego pewien, ale… Nie wyczuwał jej w Więzi. Dlaczego jej tam nie było?
- Syriuszu!
Przez parę sekund w ogóle się nie ruszał. Dopiero po chwili, bardzo powoli, odwrócił głowę i spojrzał w oczy Remusa. Skonsternowany, spojrzał bezsilnie w oczy swojego starego przyjaciela.
- Syriuszu, gdzie on jest? – Zapytał ponownie Remus.
Syriusz uniósł trzęsącą się rękę i wskazał na Rona.
- Ale w takim razie… - Wymamrotał Remus, patrząc na Syriusza z taką intensywnością w spojrzeniu, jakby chciał odczytać jego myśli. – Dlaczego się nie ujawnił?
- Luniaczku, ja…
Chwilę później oczy Remusa otworzyły się szeroko. Patrzył w dal, poza Syriusza.
- Chyba, że to był on. Zamieniliście się, prawda? Zmusiłeś Lily i Jamesa do zamiany Strażnika Tajemnicy i nic mi nie powiedzieliście?
Bardzo powoli Syriusz skinął głową. Jego wzrok ponownie odnalazł dziewczynę.
- Panie profesorze – Harry postanowił im przerwać. – Co się dzieje?
Nagle ktoś podciągał Syriusza na równe nogi. Ktoś go dotykał. Ktoś go dotykał i nie krzywdził go przy okazji. Zadrżał, przygotowując się na atak, do czego przyzwyczaiło go dwanaście lat spędzonych w Azkabanie, ale zamiast razów poczuł, że obejmują go długie ramiona. Poczuł, jak owiewa go zapach jego starego przyjaciela.
- Lunatyku – szepnął Syriusz, trzęsąc się jeszcze mocniej. Remus tylko wzmocnił uścisk. – Czy naprawdę jestem wolny? Dementorzy… Czy w końcu…?
- Tak mi przykro.
- Ta… Dziewczyna – głos Syriusza się załamał.
- Jest prawdziwa, obiecuję. Nie mów nic o niej – poprosił cicho, ale stanowczo. – Przysięgam, że wszystko ci później wyjaśnię, Łapo. Tak mi przykro.
- NIE MOGĘ W TO UWIERZYĆ! – Krzyknęła dziewczyna.
Remus puścił Syriusza i odwrócił się ku nastolatkom.
- Ty… Ty!
- Hermiono… - Remus uniósł dłonie i powoli zaczął zbliżać się do dziewczyny.
Syriusz wykrzywił wargi, nic nie rozumiejąc.
Kim, do kurwy nędzy, jest Hermiona?
