Od tłumaczki: Kolejny ponury rozdział przed nami, ale, na szczęście, ta ponura passa niedługo się skończy. Remus postępuje jak idiota… Ale ma do tego pełne prawo. Miłego czytania i do zobaczenia za tydzień.
ROZDZIAŁ 121 – NAJLEPSZE ROZWIĄZANIE
30 czerwca 1996
Remus stał na stacji kolejowej, tuż za barierą, między peronami dziewiątym i dziesiątym. Pocierał daremnym ruchem grzbiet nosa, czując w głowie upiorny ból. Złożyło się na niego wiele czynników: zmartwienie o Hermionę, kiedy czuwał przy jej łóżku, niemożliwość zobaczenia Dory, póki leżała w klinice świętego Munga, żałoba po śmierci Syriusza. Z tych powodów pełnia księżyca była najgorsza od wielu lat.
W końcu się okazało, że Dora wyjdzie z tego, co się z nią stało podczas bitwy. I pomimo własnej żałoby, którą nosiła po stracie kuzyna, miała różowe włosy, co zwykle oznaczało, że jest w dobrym humorze.
Musiała wyglądać śmiesznie dla mijających ich Mugoli, szczególnie stojąc obok niego. Ona reprezentowała energię, młodość, światło i życie. On był starym, poznaczonym bliznami, złamanym wrakiem wilkołaka.
Nigdy wcześniej Remus nie mógł się identyfikować z dziewiętnastoletnim Syriuszem, jak w tym momencie, kiedy chciał utopić wszystkie swoje smutki na dnie ogromnej butelki pełnej alkoholu. Wiedział jednak, że zapicie problemów będzie oznaczało dla niego tylko większy ból głowy. Jego lykantropia sprawiała, że doprowadzenie się do stanu upojenia alkoholowego wymagało ogromnych ilości alkoholu, co nie było warte efektów. Do tego, whisky kosztowała, a on nie miał pieniędzy.
Podeszli do nich uśmiechnięci od ucha do ucha Fred i George, najnowsi absolwenci Hogwartu.
Remus zerknął na ich nowe kurtki.
- Smocza skóra?
- Najlepsza smocza skóra… - zaczął Fred.
- … którą można kupić na rynku – dokończył George.
- A pieniędzy…
- … mamy na beczki.
- Niedługo planujemy otworzyć sklep stacjonarny na Ulicy Pokątnej – ogłosił z dumą Fred. – Już nawet odwiedziliśmy kilka potencjalnych miejsc.
- Kiedyś mieszkałem na Ulicy Pokątnej – powiedział z namysłem Lupin. – Jeśli znajdziecie równowagę między zabawą i prowadzeniem interesów, jestem pewny, że sobie poradzicie.
- Skąd wiesz? – Zapytał podejrzliwie George.
- Bo uczyłem was przez cały rok. Ludzie myślą o was różne rzeczy, ale ja wiem, jacy jesteście inteligentni.
- Spodziewałem się, że skoro byłeś naszym nauczycielem – zaczął Fred i zbliżył się nieco do Remusa, unikając niezadowolonego spojrzenia Molly. – Raczej nam powiesz, że powinniśmy sobie odpuścić i wrócić do Hogwartu.
Remus wzruszył ramionami. Właściwie nic go to nie obchodziło. Fred i George wyglądali na szczęśliwych i Remus im tego zazdrościł.
- Może tak, ale nie zapominajcie, czyje imię było wypisane jako pierwsze na Mapie Huncwotów – powiedział z wymuszonym uśmieszkiem. Uważał, że udaje szczęśliwego w chwili, kiedy nie ma do tego prawa.
Fred i George niczego nie dostrzegli. Obaj się wyprostowali, obciągnęli kurtki i złożyli przed nim głęboki ukłon, który jednocześnie był przesadnie wyszukany i szczerze pasujący do sytuacji.
- Jesteśmy wdzięczni, panie Lunatyku – powiedział Fred.
- Dziękujemy, panie Lunatyku – dodał George.
Bracia zarzucili sobie ramiona na barki i odeszli w kierunku swoich rodziców, uśmiechając się złośliwie, kiedy na twarzy matki dostrzegli zawód i zaniepokojenie.
Dora podeszła do Remusa i dotknęła ramieniem jego ramienia.
- Sprawiłeś, że ci dwaj są szczęśliwi.
Remus westchnął i zaczął się zastanawiać, jak się od niej odsunąć, nie robiąc sceny na peronie.
- Pamiętaj o tym, kiedy Molly zacznie na mnie wrzeszczeć za to, co powiedziałem.
- Dobrze się czujesz, kochanie?
- Dobrze – skłamał. – Chcę zobaczyć Harry'ego i Hermionę.
Zerknął na swoją kobietę i skrzywił się w myślach. Miała na sobie jaskrawofioletową koszulkę Fatalnych Jędz i dżinsy z ponaszywanymi łatami. Te łaty były naszyte celowo i miały być modne, a nie pokazywać, że to była jedyna para spodni, którą posiadała. Zupełnie inaczej, niż łaty na jego spodniach i tandetny sweter, z którego wychodziły nitki, a które miał na sobie.
Odwrócił od niej wzrok, żeby nie zobaczyła tej goryczy. Wyrwał ramię z jej uścisku w momencie, kiedy uczniowie zaczęli przechodzić przez barierę. Wiedział, że przysparzał jej zmartwień.
- Ron, Ginny! – Molly pospieszyła przed siebie i uściskała swoje dzieci. – Harry! Jak się masz?
- Witaj, Harry – Remus uśmiechnął się do chłopaka nie do końca szczerze, ale jednocześnie opiekuńczo objął go ramieniem. Zastanawiał się przez jakiś czas, czy nie zapytać Dumbledore'a, czy nie pozwoliłby Harry'emu spędzić tego lata z nim, tak jak powinno być. Nie miał jednak szansy zapytać, bo dyrektor zaplanował kolejną misję Zakonu. Misję, z którą już był dobrze zaznajomiony, a która nie nadawała się dla nastoletniego chłopca.
Zanim stracił nad sobą panowanie, Remus poprosił o coś innego – coś, co na pewno spodobałoby się Jamesowi, Lily, Syriuszowi i Mii. O poważną rozmowę z rodziną Dursley'ów.
- Cześć – powiedział Harry. – Nie spodziewałem się… Co wy wszyscy tutaj robicie?
- Chcemy porozmawiać z twoim wujostwem, zanim pozwolimy im zabrać cię do domu.
Harry zmarszczył czoło i z zaniepokojeniem spojrzał na Remusa. Zesztywniał w taki sposób, że w mężczyźnie odezwały się wszystkie możliwe instynkty opiekuńcze.
- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł.
- Ja wiem, że to jest dobry pomysł – warknął Moody. – To będą oni, prawda, Potter?
Szalonooki wskazał palcem za siebie. Jego magiczne oko musiało w tym momencie patrzeć przez czaszkę.
Harry i Remus odwrócili się jednocześnie i spojrzeli na mugolską rodzinę, wpatrującą się w nich ze zdziwieniem i obrzydzeniem.
Remus zawarczał pod nosem. Chciał podejść do Vernona i zagrozić mu w taki sam sposób, w jaki zrobił to wiele lat temu, na cmentarzu.
- Harry! – Zawołał Artur, przykuwając uwagę Lupina ponownie do zebranych członków Zakonu.
Jego spojrzenie padło na Hermionę, która stała niedaleko i rozmawiała z dwójką ludzi, którzy musieli być jej rodzicami. Jej mugolskimi rodzicami. To był dla niego dziwny widok, drobna czarownica z czułością witająca się z obcymi ludźmi w taki sam sposób, jak kiedyś witała się z Charlusem i Doreą. Zastanowił się nad tym wspomnieniem. Podziwiał zdolność serca Mii do pomieszczenia tak wielu osób: przybłęd, które poznała po drodze – Jamesa, Syriusza i jego samego – oraz drugiego zestawu rodziców, których pokochała z taką siłą, z jaką kochała swoich mugolskich rodziców.
- Jesteśmy gotowi? – Zapytał Artur.
- Myślę, że jesteśmy, Arturze – odpowiedział Moody.
Cała grupa, łącznie z Hermioną, która do nich dołączyła, ruszyła na spotkanie siostry Lily i jej rodziny.
- Dzień dobry – Artur uśmiechnął się szeroko do Vernona, który odpowiedział wrogim spojrzeniem. – Może mnie państwo pamiętają. Nazywam się Artur Weasley. Chcielibyśmy zamienić z państwem słówko w sprawie Harry'ego.
- Tak – dodał Moody. – W sprawie tego, jak jest traktowany w waszym domu.
Remus widział, jak potężny wąs Vernona drgnął, kiedy dotarło do niego, co miał na myśli Szalonooki. On sam patrzył na otyłego mężczyznę z niechęcią. Zerknął na Hermionę i zauważył, że dziewczyna posyła Vernonowi identyczne spojrzenie.
- To nie wasz interes, zastanawiać się, co się dzieje w moim domu.
- To, co według ciebie, Dursley, nie jest naszym interesem zajęłoby kilkanaście tomów – warknął Moody.
- Zresztą, nie o to chodzi – wtrąciła się Dora, wysuwając się przed Remusa. Petunia cofnęła się, patrząc z obrzydzeniem na jej różowe włosy. – Chodzi o to, że jeśli się dowiemy, że traktujecie Harry'ego jak gówno…
- I nie oszukujcie się, będziemy wiedzieć – dodał miękkim tonem Remus, uśmiechając się drapieżnie, kiedy uwaga Vernona skupiła się na nim. Celowo pozwolił swoim oczom przyjąć złoty kolor, mając nadzieję, że Dursley'owi przypomni się, że już kiedyś się spotkali i był nadal tak samo niebezpieczny, jak wtedy. I że wszystkie groźby, które wtedy poczynił, nadal są w mocy.
- Tak, nawet jeśli zabronicie Harry'emu korzystać z feletonu – zaczął Artur.
- Telefonu – poprawiła go szeptem Hermiona.
- Jeśli dotrze do nas jakakolwiek informacja, że źle traktujecie Pottera, odpowiecie za to przed nami – stwierdził Szalonooki.
- Grozi mi pan? – Zapytał głośno Vernon. Wystarczająco głośno, żeby obejrzeli się na nich przypadkowi przechodnie.
Moody wyszczerzył zęby w maniakalnym uśmiechu.
- Tak. Grożę.
- A czy ja wyglądam na zastraszonego? – Szczeknął wściekły Vernon.
Moody odchylił kapelusz, którym na czas rozmowy zakrył swoje magiczne, wirujące w oczodole oko. Vernon zrobił gwałtowny krok do tyłu i nadział się boleśnie na wózek bagażowy.
- Tak, Dursley, wyglądasz na zastraszonego – zadrwił. – Zawołaj nas, Potter, jeśli będziesz nas potrzebował. Jeśli nie będziemy mieli od ciebie żadnej wiadomości przez trzy dni z rzędu, wyślemy kogoś, żeby sprawdził, co u ciebie.
Remus spojrzał na Petunię, która gapiła się na niego, ewidentnie go rozpoznając. Zawarczał cicho w jej kierunku i z satysfakcją obserwował, jak jęknęła ze strachu. Wiedział, że Syriusz sam zagroziłby tym Mugolom, gdyby nadal… Gdyby był…
- Uważaj na siebie, Harry – poklepał Harry'ego po plecach. Chciał go przytulić, ale Molly chyba też miała taką potrzebę, bo bezceremonialnie odepchnęła Remusa z drogi i zaczęła tulić chłopaka. Zirytowany, odwrócił się w kierunku Moody'ego, który już oddalał się od Mugoli. Molly podążyła za nim.
- W porządku – zaczął Moody, zwracając się oficjalnym tonem do członków Zakonu. – Sprawa Pottera jest załatwiona. Weasleyowie, łapcie za swoje bagaże i spadajcie stąd. Wszyscy inni powinni czekać na wiadomość od Albusa, czy bez Blacka jesteśmy w stanie nadal korzystać z rezydencji, jako kwatery głównej. Gdyby dyrektor nie wplątał w to wszystko goblinów, moglibyśmy skorzystać z krwi Tonks. Teraz nie mamy pojęcia, kto w rzeczywistości jest właścicielem tego cholernego dworu. Lupin, jeśli miałbyś dzisiaj wolną chwilę, chciałbym…
- Nie mam wolnej chwili – przerwał mu Remus. – Zabieram Hermionę i jej rodziców do domu. Minerwa ustawiła tam zaklęcia ochronne, ale chcę je sprawdzić i wzmocnić.
Spojrzał na drobną czarownicę, która się do niego słodko uśmiechnęła z wdzięcznością. Wiedział, szczególnie w kontekście ostatniej bitwy, że martwiła się o bezpieczeństwo swoich rodziców. Skinął jej głową, a Hermiona odeszła od grupy, żeby powiedzieć swoim rodzicom, co postanowili.
- W takim razie jutro – stwierdził Szalonooki.
- Wyślij mi sowę w przyszłym tygodniu.
Moody prychnął, nienawykły do tego, żeby ktokolwiek inny niż Syriusz ignorował jego rozkazy.
- Czyżbyś miał coś lepszego do roboty?
Remus odwrócił się do Aurora i zawarczał, czując, że wilk czai się tuż pod powierzchnią jego skóry. Jego złote tęczówki odbiły się w magicznym oku Moody'ego.
- Przepraszam, Alastorze, ale tak, mam coś lepszego do roboty! Jutro przypada pierdolona pełnia księżyca i zamierzam spędzić noc zamknięty w swojej klatce, podczas gdy moje wszystkie kości będą się łamać i zrastać! I jeśli nie robi ci to różnicy, przez następne kilka dni będę dochodził do siebie, jednocześnie rozpaczając nad stratą, bo zamordowano mojego najlepszego przyjaciela… Kolejnego!
Wszyscy zesztywnieli.
Molly zacisnęła wargi. Remus nie wiedział, czy chciała ukryć swoje współczucie, czy może niezadowolenie z powodu wulgarnego języka. Artur patrzył na niego ze współczuciem, co potężnie go zirytowało. Nawet Fred i George przestali się uśmiechać. Nie odważył się zerknąć na Dorę. Praktycznie wyczuwał jej żal.
Moody posłał Remusowi wyrównane spojrzenie i nawet nie mrugnął, za co Lupin był wdzięczny. Niewielu ludzi miało odwagę, żeby stać naprzeciwko wściekłego wilkołaka i nawet nie drgnąć.
- Racja. Trzymaj się. Widzimy się w przyszłym tygodniu.
Te słowa stały bliżej przeprosin niż cokolwiek, co wyszło z ust Alastora.
- Kochanie, mam z tobą udać się do Grangerów? – Zapytała łagodnie Dora, widząc, jak członkowie Zakonu rozchodzą się w różnych kierunkach.
- Nie.
- Remusie…
- Powiedziałem nie, Nimfadoro – warknął i widząc jej urażony wzrok poczuł się, jakby ktoś walnął go pięścią prosto w nos. Spuścił wzrok i westchnął. – Po prostu… Wybacz mi.
- W porządku. Wiem, że zbliża się pełnia.
Tak, tak, zbliżała się pełnia i Remus był na nią doskonale przygotowany. On i Syriusz mieli plany na tę noc. To była pierwsza wakacyjna pełnia i obaj mieli nadzieję, że Harry będzie z nimi we Dworze Blacków. Usiedliby we trzech nad ciastem czekoladowym albo innym smakołykiem, który przygotowałaby dla nich Molly, rozmawialiby do późnych godzin nocnych, a tuż przed wzejściem księżyca, on i Syriusz udaliby się do piwnicy rezydencji. Jednak teraz… Będzie musiał samotnie spędzić tę noc, zamknięty w Chatce Lupinów.
- Zobaczymy się wieczorem? – Zapytał.
Uśmiechnęła się do niego z miłością. Naiwna niewinność, jaka wypełniała jej oczy, złamała mu serce.
- Kolacja u ciebie?
Potrząsnął przecząco głową i odwrócił lekko głowę, nie mogąc dłużej na nią patrzeć.
- Wolałbym się napić. Niedaleko jest mały, przytulny pub – wskazał w odpowiednim kierunku.
- Nie pójdziemy do Dziurawego Kotła?
Wyraźnie słyszał w jej głosie podejrzliwość, więc znowu na nią spojrzał, mając nadzieję, że nie zrobi mu sceny.
- Nie, to… Mugolski bar.
Uniosła brew, a jej błękitne oczy wwiercały się w niego, jakby mogły wyczytać, co się dzieje w jego mózgu. Remus znowu musiał odwrócić wzrok.
- Remusie, co jest grane?
- Muszę już iść. Wyślę ci Patronusa, jak będę wolny – powiedział, odwrócił się od niej i popędził do Hermiony, która stała obok swoich rodziców.
- Panie Granger, pani Granger, jak się miewacie? – Zmusił się do uśmiechu i wyciągnął entuzjastycznie dłoń. – Nazywam się Remus Lupin.
- Richard – przedstawił się ojciec Hermiony. Następnie wskazał brunetkę u swojego boku. – I moja żona, Helen.
Remus przyjrzał się uważnie obojgu, odnotowując ze zdumieniem, jak bardzo Hermiona była do nich podobna. Równie zaskoczony był wiele lat temu, kiedy dowiedział się, że Mia została adoptowana przez Potterów. To prawda, nigdy nie była posiadaczką tego, co Dorea nazywała „mopem Potterów", ale wyglądała jak młodsza kopia swojej ślizgońskiej matki. A jednak nie mógł zaprzeczyć oczywistemu podobieństwu dziewczyny do jej mugolskich rodziców.
- Miło mi – uśmiechnął się do nich i potrząsnął ich dłońmi. – W tym roku to ja będę wam towarzyszył do domu. Wiem, że jakiś czas temu profesor McGonagall otoczyła wasz dom zaklęciami ochronnymi. Moim zadaniem jest je sprawdzić.
Helen zmarszczyła brwi.
- Czy coś się stało?
Remus spojrzał momentalnie na Hermionę, która słodko się uśmiechnęła i bardzo subtelnie potrząsnęła przecząco głową. Poza nim, nikt nie zrozumiałby znaczenia tego gestu.
- Nie musicie się niczym martwić – zapewnił ich, ale nie mógł się pozbyć smaku żółci, która wypełniła jego usta z powodu kolejnego kłamstwa. – To standardowy test zabezpieczeń. Większość magicznych domów ma zaklęcia ochronne związane z więzami krwi zamieszkujących ich rodzin. Nauczyciele z Hogwartu chcą się tylko upewnić, że uczniowie urodzeni poza magicznymi rodzinami również mają do nich dostęp.
- Pan też jest nauczycielem? – Zapytał Richard.
- Lupin – szepnęła Helen i spojrzała na córkę. – Hermiono, nie miałaś kiedyś nauczyciela o tym nazwisku?
- Tak, mamo – dziewczyna skinęła głową. – To jest właśnie Remus Lupin. Kiedyś mówiłam do niego „profesorze".
Remus był zachwycony, że Hermiona w końcu przestała na niego patrzeć wyłącznie przez pryzmat jest autorytetu.
- Rozumiem – powiedziała powoli Helen i uważnie się mu przyjrzała. – Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać. Hermiona wychwalała pana pod niebiosa w swoich listach.
Hermiona zaczerwieniła się jak piwonia.
- Mamo!
Remus zmusił się, żeby nie jęknąć.
- Uważam, że Hermiona jest bardzo inteligentną młodą czarownicą – powiedział dyplomatycznie i sięgnął po kufer dziewczyny. – Pozwól, że ci z tym pomogę.
- Dam radę, Remusie – odpowiedziała i zawahała się. – To znaczy, profe… Panie Lupin?
Remus zrobił się biały jak prześcieradło i prawie upuścił ciężki kufer. Potrząsnął energicznie głową.
- Mówiłem ci, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. Już trzymam. Nie powinnaś podnosić ciężkich rzeczy.
- Dlaczego nie? – Zapytała natychmiast Helen.
Hermiona pobladła.
- Ah, tak… Ja… Miałam mały wypadek w szkole.
- Wypadek? – Richard szeroko otworzył oczy. – Jaki wypadek?
- Spadłam z miotły – skłamała.
Remus zagapił się na nią. Z miotły? Tylko na tyle było ją stać?
- Mówiłaś, że nienawidzisz latać –stwierdziła podejrzliwie Helen.
Hermiona zaśmiała się nerwowo.
- I wiesz, co? Teraz nienawidzę tego jeszcze bardziej. Nic mi się nie stało, mamo. Kilka siniaków i zadrapań. Dostałam kilka eliksirów leczniczych. Trudno mi to wyjaśnić. Wy… Nie zrozumiecie.
Grangerowie odwrócili się do Remusa, mając nadzieję na lepsze wyjaśnienia, ale mężczyzna tylko uśmiechnął się do nich przepraszająco i wzruszył ramionami.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Remus wyszedł przez frontowe drzwi domu Grangerów po sprawdzeniu zaklęć ochronnych Minerwy i dodaniu sześciu własnych warstw, dla świętego spokoju. Rodzice Hermiony zaproponowali mu herbatę i ciasteczka, nalegali też, żeby został na kolacji. To mu przypomniało, że umówił się z Dorą na drinka, wobec czego grzecznie odmówił. Biorąc pod uwagę, że kolejnej nocy przypadała pełnia księżyca, Remus nie wiedział, czy byłby w stanie się kontrolować przy stole. Na podstawie tego, co Hermiona powiedziała swoim rodzicom o wypadku, domyślał się, że nigdy im nie zdradziła, że zna wilkołaka – albo, że wilkołaki w ogóle istnieją – a on nie był w stanie odpowiadać na pytania zaciekawionych, przerażonych Mugoli.
- Dziękuję, że nie powiedziałeś nic moim rodzicom – powiedziała do niego Hermiona, kiedy odprowadzała go do drzwi.
- Miałaś rację. Nie zrozumieliby.
Skinęła głową i z westchnieniem skrzyżowała ramiona na piersi. Stres odcisnął na niej takie samo piętno, jak na nim i jej oczy już miały wyraz osoby dużo starszej, niż była w rzeczywistości.
- Nie pozwoliliby mi wrócić. Musiałabym opuścić Hogwart i magiczny świat. A do tego nie mogę dopuścić. Harry mnie potrzebuje.
Remus uśmiechnął się do niej łagodnie.
- Jesteś najbardziej lojalną przyjaciółką, jaką widziałem – uśmiechnęła się do niego na te słowa i Remus poczuł, jak jakaś część jego duszy, która umarła wraz ze śmiercią Syriusza, powraca do życia. Odkaszlnął, przejęty. – Harry… Harry ma szczęście, że ma ciebie.
- Dasz sobie radę, Remusie?
- Nie martw się o mnie, kochanie – pochylił się nad nią i złożył szybki pocałunek na jej czole. – Ciesz się latem, dbaj o Harry'ego, a ja… Napiszę, kiedy będę mógł.
Odwrócił się, żeby się Aportować.
- Remusie!
Spojrzał na nią i zauważył, że Hermiona ma zmarszczone czoło. Westchnął, mając nadzieję, że czarownica nie zapyta go o szczegóły jego najbliższych kilku dni. Ten dzień zapowiadał się fatalnie, a po nim nastąpi ta najgorsza część jego życia.
- Na pojutrze – powiedziała z uśmiechem i wsunęła coś do kieszeni jego płaszcza.
Remus spojrzał w dół i zauważył znajomą folię, w którą opakowana była najlepsza czekolada z Miodowego Królestwa. Uśmiechnął się z wdzięcznością i zamknął oczy, bo nie mógł na nią patrzeć, gdy odchodził.
wWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWwWw
Dora patrzyła na niego morderczym wzrokiem. Biorąc pod uwagę, że jej oczy miały właśnie znajomy, szary kolor, Remus autentycznie się jej bał.
- Mugolski bar – powiedziała, rozglądając się dokoła. – Publiczne miejsce. Nie mogę cię tu legalnie zaatakować, nie łamiąc przy tym prawa i Międzynarodowego Kodeksu Tajności.
Remus zamrugał oczami i spuścił wzrok. Sięgnął po kufel z piwem, który postawił przed nim barman i opróżnił połowę jednym haustem. Nie chciał przebywać w tym miejscu dłużej, niż było to konieczne.
- Przy takim tłumie – kontynuowała. – Musiałabym wezwać przynajmniej dwunastu Aurorów, żeby posprzątać bałagan. Interesujący wybór: mugolski bar. Szczególnie, że nienawidzisz tłumów w okresie poprzedzającym pełnię księżyca.
- Dora…
- Nie jestem głupia, Remusie – przerwała mu. – Wiem, co robisz.
- Jesteś taka młoda… I…
Jej oczy niebezpiecznie błysnęły i Remus wiedział, że to był zły znak.
- Może nie mogę cię zaatakować magią, ale złamię twój pierdolony nos, jeśli dokończysz to zdanie.
Uwierzył jej. Z trudem przełknął ślinę na widok jej furii i nagle usłyszał w swojej głowie głos, który bardzo przypominał Syriusza, przypominający mu, że czarownice są takie seksowne, kiedy się wściekają. Ogromnym wysiłkiem woli uciszył zarówno ten głos, jak i wilka wyjącego i walczącego przeciwko jego decyzji. Wiedział doskonale, co próbuje zrobić Lunatyk.
- Nie pozwalam ci ze mną zerwać, Remusie Lupin – potrząsnęła głową. – Jesteś w żałobie. Ja również. Panikujesz i po prostu…
- To najlepsze rozwiązanie.
- Jestem ci przeznaczona!
Remus rozejrzał się, ale, na szczęście, nikt nie zwracał na nich uwagi. Wychodziło jednak na to, że Dora nie przejmowała się publicznym robieniem scen, a on zdecydował, że nie pozwoli jej złamać prawa i przekreślić swojej kariery. Złapał ją za rękę, rzucił kilka mugolskich banknotów na stolik i wyciągnął ją przez drzwi pubu.
Dopiero po minięciu kilku przecznic, Remus wciągnął Dorę w małą alejkę i rzucił zaklęcia zniechęcające Mugoli i zaklęcia odwracające uwagę.
- Jesteś mi przeznaczona – zgodził się z nią. – I dlatego twoje bezpieczeństwo oraz twoje szczęście są dla mnie najważniejsze na świecie. Ze mną nie jesteś bezpieczna. Zasługujesz… Zasługujesz…
Dora wywróciła oczami.
- Na kogoś młodszego? Bogatszego? Kogoś, kto nie jest wilkołakiem?
- Tak!
- Gówno mnie to obchodzi! Chcę ciebie. Kocham ciebie. Nie rób nam tego.
- Zasługujesz na wybór.
- Już wybrałam! – Złapała za klapy jego płaszcza.
- Nie. Nie. Magia wybrała za nas. Przeznaczenie zadecydowało – powiedział stanowczo, odrywając jej dłonie od swojego okrycia. Już czuł się wystarczająco źle. Musiał wcześniej poćwiczyć odmawianie jej, a i tak trzymał się ostatkiem sił. – Nie masz pojęcia, co byś wybrała, bo wszystko potoczyło się za szybko. Nie dałem ci nawet okazji, żeby mi odmówić.
- Remusie, jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Jesteście dla siebie stworzeni.
- Nie chcę, żebyśmy byli dla siebie stworzeni! Chcę, żeby miała pieprzony wybór! Nie chcę, żeby została wciągnięta w moje gówniane życie tylko dlatego, że los uważał to za trafne, połączyć ją więzią ze zdrajcą z rodu Blacków!
- Nie chcę, żebyśmy byli dla siebie stworzeni – wymamrotał cicho, patrząc w dół. Zadrżał, kiedy położyła dłonie na jego policzkach. – Chcę, żebyś miała wybór. Żebyś nie została wciągnięta w moje życie, bo los uważał za trafne połączyć cię więzią z potworem.
W końcu się od niego odsunęła, prychając z oburzeniem.
- Daj spokój. Wcale nie jesteś takim wielkim, złym wilkiem, za jakiego się uważasz. Panikujesz, bo Syriusz nie żyje, ja i Hermiona zostałyśmy ranne, a ty uważasz, to to twoja wina. Nie ocalisz każdego, Remusie. To nie twoje zadanie.
- To jest moje zadanie! A ja… Nie jestem w stanie tego zrobić! Nie potrafię. Wszyscy, których kocham, giną. Przyszłość została zmieniona. Coś zmieniłem. I zrujnowałem wszystko. Nie wiem, jak, ale… Straciłem Jamesa, Lily, Syriusza, Mię, a teraz… - Odsunął się od niej i poczuł nieznośny ból w klatce piersiowej. Po całym jego ciele rozprzestrzenił się chłód. Jego magia zaprotestowała przeciwko takiemu traktowaniu, próbowała załatać dziury, które pozostaną w jego duszy na całą wieczność.
- Właśnie stwierdziłeś, że straciłeś wszystkich i zamiast trzymać się mnie, próbujesz mnie odtrącić. Po co? Żeby nam ułatwić życie?
- Mam taką nadzieję.
- Jesteś pieprzonym idiotą!
- Mam tę świadomość.
Między dwójką kochanków zapadła grobowa cisza. Stali, opierając się o kamienne ściany wąskiej alejki i tylko patrzyli na siebie. Remus czekał, aż Dora zacznie płakać i na niego wrzeszczeć. Aż nazwie go dupkiem i uderzy w twarz. Może powie mu, że nigdy go nie kochała albo przeklnie go za złamanie jej serca. Nie oczekiwał jednak jej następnych słów.
- Nie zgadzam się.
Remus ze zdumieniem zamrugał oczami.
- Słucham?
- Powiedziałam, że się, kurwa, nie zgadzam – powiedziała powoli, jakby uważała go za idiotę. Może właściwie był idiotą. – Jestem ci przeznaczona, więc się mnie nie pozbędziesz.
Lupin jęknął i potarł dłonią twarz.
- Dora, błagam, nie rób tej sytuacji trudniejszą, niż jest…
- Czy ty mnie w ogóle poznałeś? – Wybuchła wymuszonym śmiechem. –Ze mną wszystko jest trudniejsze i jeszcze dwa tygodnie temu uwielbiałeś to we mnie. Pochodzę z rodu Blacków i nie uda ci się pozbyć mojej rodziny ze swojego życia, nawet pomimo śmierci Syriusza. Nie chcesz się ze mną spotykać? Niech ci będzie. Przejdzie ci. Syriusz mi mówił, że też przechodziłeś przez takie fazy podczas twojego związku z Mią.
Remus wzdrygnął się, gdy napłynęło bardzo wyraźne wspomnienie. Przypomniał sobie, jak patrzył na niego jego ojciec, kiedy pojawił się w klinice świętego Munga jako chłopak Mii. Chłopak popełnił wtedy grzech przeciwko swojej naturze – związał się z czarownicą – i dla Lyalla było to coś skandalicznego i nienaturalnego.
- Nie dasz rady ze mną żyć. Żadna czarownica nie da rady. Dora, zostałaś ranna, mogłaś umrzeć, a mi nawet nie pozwolono cię odwiedzić – była Aurorem, w dodatku niezwykle wypadkowym. Zawsze ryzykowała zranieniem. Czyżby oczekiwała, że podczas gdy ona będzie dochodziła do siebie, on, jej chłopak, kochanek, czy mąż, będzie siedział w domu, nie mogąc nic zrobić? – Ze mną zawsze będziesz w niebezpieczeństwie. Wojna wchodzi w decydującą fazę i Dumbledore chce…
Jej gniew ustąpił miejsca zdziwieniu.
- Chce, żebyś coś zrobił?
- Będę pracował pod przykrywką – szepnął. – Znowu.
- Co to znaczy, znowu? – Po chwili jednak odpowiedź na to pytanie sama przyszła do głowy Tonks i dziewczyna ostro wciągnęła powietrze. – Masz na myśli… Watahy? Remusie, czy twoja Więź Watahy jest wystarczająco silna? Syriusz mówił, że ostatnim razem prawie…
- Musi być wystarczająco silna – przerwał jej stanowczo, ale sam nie był tego pewny.
Dora potrząsnęła głową, spanikowana.
- Nie przyjmuj tej misji.
- Muszę. Przynajmniej tyle mogę zrobić dla Zakonu. W ten sposób mogę pomóc.
Uniósł dłoń do ust i zacisnęła zęby wokół swojego kciuka, nerwowo go ssąc. Po kilku chwilach absolutnej ciszy, spojrzała mu w oczy z nową determinacją.
- Oznacz mnie.
Szeroko otworzył oczy. Wilk zawył w jego umyśle, ale i tak nie zagłuszył jego wrzasku.
- Słucham?! Nie! Nie zgadzam się!
Podeszła bliżej, jakby wiedziała, że w tym momencie jest słaby – i była to prawda, następnego dnia przypadała pełnia księżyca i Tonks zdawała sobie sprawę z jego słabości. Był słaby, bo ona oferowała mu wszystko, podane na talerzu. Nie miała pojęcia, że te dwa słowa sprawiły, że natychmiast stwardniał, jego ciało zaczęło pulsować bólem i potrzebą znalezienia się głęboko wewnątrz niej.
- Oznacz mnie – szepnęła prosto w jego wargi, nie do końca je całując.
Remus wstrzymał oddech, próbując nie wdychać jej aromatu. Wiedział, że gdyby nim odetchnął, poszybowałby na skraj świadomości i wilk przejąłby kontrolę.
- Wprowadź mnie do swojej Watahy.
Potrząsnął z desperacją głową.
- Tylko znajdziesz się w większym niebezpieczeństwie. Zapieczętowanie naszej więzi oznacza praktycznie małżeństwo.
- Więc ożeń się ze mną!
Zamknął oczy, bo jej widok zaczął sprawiać mu ból.
- Dora, nie wiesz, co… Nie masz pojęcia, o czym mówisz.
Powinien był się tego spodziewać, kiedy oznajmiła mu, że nie zgadza się na ich rozstanie. Zdecydowanie pochodziła z rodu Blacków. Pocałowała go, w jego najsłabszym momencie, kiedy jego oczy były zamknięte i był kompletnie na nią nieprzygotowany. Jej usta wpiły się mocno w jego wargi i zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, jego palce zagłębiły się z jej różowe włosy, a jego język posmakował jej słodyczy. Smakowała jak cukierek, jak magia, jak wschód słońca. Jak życie. Kiedy jęknęła, poczuł twardą gotowość.
Zawsze się martwił, że straci przy niej kontrolę, że ją zrani, ale w tym momencie to Dora przejęła inicjatywę i przyparła go do muru. Wskoczyła na niego i owinęła długie nogi wokół jego bioder. Był odurzony jej dotykiem, jej próbą dominacji. Lunatykowi to się jednak nie podobało. Przejąwszy kontrolę, wilk mocno zacisnął dłonie na pośladkach Tonks i przyciągnął do siebie. Chciał, żeby poczuła jego erekcję – zachowywał się jak cholerny nastolatek albo jak dzikie zwierzę, kiedy walczył o odzyskanie panowania nad sobą.
Przerwała pocałunek i spojrzała głęboko w jego oczy, które, czego był pewny, miały w tym momencie odcień starego złota. Oboje z trudem łapali oddech. I wtedy Dora, podejrzewając, że Remus zapomniał, o co jej chodziło – a zapomniał – odchyliła głowę i obnażyła przed nim obojczyk.
- Nie! – Remus odsunął ją od siebie. – Przepraszam. Wybacz, ale muszę już iść.
Odwrócił się i uciekł od niej.
- Remusie! – Krzyknęła za nim ze łzami w oczach.
Spojrzał na nią przez ramię i zauważył, że różowa barwa jej włosów zaczęła blednąć od korzonków po same końcówki, pozostawiając po sobie pospolity, mysi brąz.
Pełen słabości i świadomości, że postępuje tchórzliwie, Remus zamknął oczy i się Aportował.
