Rozdział III
Dla Amrasa polowanie skończyło się wraz z pierwszym felernym dniem. Poraniona noga spuchła i czy mu się to podobało, czy nie, musiał zostać w obozie. W związku z zagrożeniem, które czyhało bliżej, niż by sobie życzyli, myśliwi przemieszczali się w większych grupach, a straże wokół obozowiska wzmocniono, by chronić i siebie, i gromadzone mięso. Wprawdzie nie wykorzystali jeszcze do cna zapasów w twierdzy, lecz skurczyły się one niebezpiecznie i nie mogli sobie pozwolić na utratę upolowanej dziczyzny.
Amras nie zgodził się, by Dinessel dołączyła do którejś z grup. Elfowie pozostający jako strażnicy w pobliżu obozu zabierali dziewczynkę ze sobą, by wdrażać ją w leśne życie, i pokazywali, jak zastawiać sidła na drobną zwierzynę. Uczyli, jakie drewno najlepiej nadaje się na ognisko, a których roślin lepiej unikać, gdyż ich liście lub owoce są trujące. Dinessel wracała potem czy to z kolejną porcją ziół dla uzdrowicieli, czy z chrustem na opał, i zdawała opiekunowi relację. Amras za to uczył ją w obozie, w jaki sposób oprawić zwierzynę, by nie uszkodzić skóry, jak oczyścić i przygotować mięso.
Przez następne dwa dni elfowie nie natknęli się więcej na orków. Owszem, trafiali tu i ówdzie na ślady ich bytności, ale trudno było stwierdzić, czy wróg uznał przewagę elfów i cofnął się, czy też czaił się gdzieś w pobliżu i zbierał siły. W tej atmosferze niepewności wszyscy chcieli jak najprędzej skończyć uzupełnianie zapasów i wrócić do twierdzy, by wypuścić się potem zbrojnie w te okolice i zrobić porządek. Obóz tętnił więc życiem aż do późnych godzin nocnych, lecz za dnia zamierał.
Amrasowi doskwierała bezczynność. Dokuczała mu również noga, na której ledwie mógł stanąć, i gorączka, która przyszła pod wieczór i nie dawała spokoju. Po męczącej nocy zelżała nieco, ale i tak przespał większość przedpołudnia, zdając się na Himeleth w kwestiach organizacyjnych.
W obozie nie było nikogo, a przynamniej takie można było odnieść wrażenie. Amras wiedział, że strażnicy porozstawiani są nieco dalej, by w porę dostrzec niebezpieczeństwo i zdążyć cofnąć się z ostrzeżeniem, dlatego zdziwił go stłumiony odgłos kroków, jakby ktoś usiłował przekradać się do obozowiska.
To Bregnir nadchodził od strony strumienia. Nie miał oszczepu, nie towarzyszył mu ani elf, ani żaden z psów. Zdawał się spieszyć, a przy tym rzucał spojrzeniami na lewo i prawo, jakby chciał uniknąć spotkania z kimkolwiek. Gdy wyszedł spomiędzy drzew, rozejrzał się ponownie, ale Amrasa zasłaniały mu w dużej mierze zieleniące się powoli krzewy leszczyny, pod którymi odpoczywał wcześniej, więc obozowisko zdało mu się zupełnie opustoszałe.
Amras bezszelestnie wstał i oparł się plecami o pień drzewa. Wciąż skryty przed wzrokiem Sindara, przez chwilę obserwował, jak ten zbiera pospiesznie swoje rzeczy, a następnie pakuje do sporej sakwy jedzenie ze wspólnego prowiantu. Upewnił się, że broń ma w zasięgu ręki.
– Więc jednak chcesz odejść – odezwał się spokojnie.
Zaskoczył go. Bregnir obrócił się gwałtownie.
– Nie odpowiadam przed tobą, Bratobójco – syknął, nie kryjąc się nawet ze swoją wrogością.
Amras daleki był od oczekiwania od niego sympatii, ale mimo wszystko Bregnir do tej pory współpracował z resztą oddziału, włączony tak w pracę, jak i w życie towarzyskie, i zdawało się, że powoli stawał się częścią grupy. Dobrze radził sobie z łukiem i oszczepem, a w chwili starcia z orkami bez mrugnięcia wypełniał rozkazy.
– Nie. Ale też nie masz prawa przywłaszczać sobie rzeczy należących do moich ludzi – Amrasowi nie umknął sposób, w jaki Doriathrim patrzył na wierzchowce. – Gdzie teraz są ci, którym towarzyszyłeś? Nikt miał się nie zapuszczać samotnie poza obóz. – Gdzie są strażnicy? Wartownicy zataczali nieraz szerokie kręgi wokół obozu, ale żeby nikogo nie było w zasięgu głosu?
– Nie jestem mordercą! – Bregnir żachnął się i cofnął o krok. Wbrew własnym słowom oparł dłoń na rękojeści miecza.
Amras stanął pewniej, przeklinając ból w nodze. Był zdany tylko na siebie. Co zrobisz, Sindarze?
xxx
– Himeleth, a to? Co zostawia takie ślady?
Miękki mech, świeżo zazieleniony po zimie, znaczyła wyraźna ścieżka. Ślady były wąskie, głęboko odciśnięte, jak gdyby ktoś dźgał podłoże szpikulcem. Dinessel nie potrafiła zestawić ich z żadnym zwierzęciem, z żadnymi tropami, jakie Amras pokazywał jej po drodze.
Himeleth stężała, ledwie rzuciła okiem na ziemię, i natychmiast dobyła miecza.
– Pomiot Ungolianty – szepnęła, gestem nakazując towarzyszce ciszę. – I to blisko, ten trop jest bardzo świeży. Musimy wracać do obozu. Trzeba ostrzec Amrasa.
– Pająk? Taki ogromny? – zapytała z niedowierzaniem Dinessel, rozglądając się nerwowo dookoła. W ślad po odnóżu mogłaby z powodzeniem wsunąć dłoń po nadgarstek.
– Zdarza... – Himeleth urwała i pociągnęła towarzyszkę w kępy młodych sosen. Pomiędzy srebrzystymi gałązkami Dinessel uchwyciła ruch. Wstrzymała oddech, oniemiała na widok wielkiej czarnej masy przemieszczającej się zwinnie między drzewami, czasem przechodzącej częściowo po pniu. To, to COŚ było stokroć bardziej przerażające niż orkowie.
– Wycofujemy się – szepnęła Himeleth. – Może nas nie zauważy.
Dinessel skinęła nerwowo głową i obróciła się, choć świadomość, że za plecami ma potwora z koszmarów, niemal ją paraliżowała. Starsza towarzyszka położyła jej dłoń na ramieniu i pchnęła lekko, nakazując iść pierwszej; sama trzymała się blisko.
Od obozu dzieliło je zaledwie kilkaset jardów, ale nie zdołały pokonać nawet kilkudziesięciu. Za sobą usłyszały szelest, coś jakby klekot. Pająk zwietrzył je i ruszył za nimi, a dziwny odgłos wydawały jego odnóża przemykające po leśnym poszyciu. Jak coś tak wielkiego mogło poruszać się tak sprawnie i szybko?
– Dogoni nas!
– Nie. – Ku przerażeniu Dinessel, Himeleth zatrzymała się, zamiast przyspieszyć. – Uciekaj do obozu i ostrzeż resztę. Ja go zatrzymam. Już! Ostrzeż Amrasa!
Pająk był blisko. Himeleth odsunęła się o kilka kroków, tak, by mieć za plecami kępę jałowców. Pomiędzy drzewkami było dość miejsca dla elfki, ale nie dla olbrzymiego pająka. Z ponurym zacięciem stawiła mu czoła, nie oglądając się już nawet na dziewczynkę. Potwór skupił się na elfce, więc Dinessel posłusznie pobiegła w stronę obozu.
Zatrzymał ją krzyk. Pomimo rozkazu obejrzała się i patrzyła, jak pająk wyszarpuje kolec z boku Himeleth, jak elfka próbuje jeszcze pchnąć go mieczem w korpus i chybia, a potem pada kilka kroków dalej, zmieciona z ziemi czarnym odnóżem. Wielkie żuwaczki sięgnęły ku nieprzytomnej elfce...
– Nie! – wysoki, wibrujący krzyk przeszył powietrze, a pająk szarpnął się gwałtownie i wiele par czarnych jak noc oczu zwróciło się w stronę Dinessel. Przez moment znieruchomiała, zahipnotyzowana tym przerażającym spojrzeniem, ale gdy stwór zaczął zmierzać w jej stronę, mogła zrobić tylko jedno.
Rzuciła się do ucieczki.
xxx
Gdyby był jednym z nich, pchnąłby Bratobójcę i zostawił go na śmierć, tak jak oni porzucili książęta. Przeklęty Noldo nie zasługiwał na nic więcej, a teraz dodatkowo mógłby wszcząć alarm i ściągnąć mu na głowę strażników.
Amras obserwował go tak, jak myśliwy patrzy na zwierzę gotujące się do ataku. Wydawał się spokojny i pewny siebie, ale to były tylko pozory. Musiał być świadom, że Bregnir miał w tej chwili znaczącą przewagę, nawet jeżeli Noldo był od niego wyższy i miał większe doświadczenie.
Konie były blisko. Mógł wybrać dowolnego, a ranny Amras ani nie zdążyłby go powstrzymać, ani nie zdołałby sprawnie wsiąść na nieosiodłanego wierzchowca i pognać za nim.
To była tylko kwestia...
Wysoki, przeraźliwy pisk kazał Bregnirowi porzucić te rozważania. Krzyczało dziecko, co mogło oznaczać tylko Dinessel, a odgłos, który towarzyszył jej zbliżającym się krokom, sprawił, że obaj elfowie chwycili za broń.
– Amrasie! – Dinessel wpadła na polanę. Jeżeli Bregnir sądził, że widział ją wcześniej przestraszoną, to teraz dziewczynka wyglądała na śmiertelnie przerażoną. Dopadła do nich, niezdolna wykrztusić słowa, ale nie musiała. Jedno spojrzenie na Amrasa upewniło Sindara, że obaj doskonale wiedzą, co podąża tropem dziecka.
– Cofnij się! – polecił dziewczynce syn Feanora, ledwie znalazła się u jego boku. – Trzymaj za nami, w razie czego uciekaj. – My zabrzmiało w ustach Amrasa zupełnie naturalnie, jakby nie zakładał żadnej innej opcji.
Koń czekał. Miałby kilka sekund przewagi, miałby... Ale to oznaczałoby zostawić dziecko na pewną śmierć. Na samą myśl Bregnir wstrząsnął się z obrzydzenia do samego siebie.
Uniósł miecz i stanął u boku syna Feanora.
Pająk był ogromny, a jednocześnie zabójczo szybki. Było w nim coś szpetnego, całym swoim jestestwem zdawał się zatruwać otoczenie, wypaczać i obrzydzać budzący się po zimie las. Ale to jego ogromne, ostre odnóża i pełne jadu szczęki były teraz ich głównym zmartwieniem.
Elfowie rozdzielili się, by zmusić pająka do wybierania przeciwnika. Następne chwile, zdające ciągnąć się w nieskończoność, były serią wypadów, uników i odskoków przed morderczymi odnóżami. Bregnir atakował raz za razem, próbując przebić osłony stwora i dźgnąć miękki tułów. Amras starał się go osłaniać, na ile mógł, lecz wróg zorientował się rychło, że to on jest łatwiejszym celem. Syn Feanora musiał się cofnąć pod naporem ataku, powłócząc nogą.
Wtem na stwora jedna za drugą posypały się strzały. Bregnirowi mignęła pomiędzy drzewami drobna sylwetka Dinessel, która szyła z łuku i kryła się zaraz. Nie miała dość siły, by wyrządzić duże szkody i przebić się przez gruby pancerz pająka, ale skutecznie rozpraszała jego uwagę, dając obu walczącym cenne chwile na unik czy próbę ataku. Amras przestał się cofać.
– Padnij!
W głosie syna Feanora było coś, co sprawiło, że Bregnir posłuchał bez wahania. Rozpłaszczył się na ziemi, a w następnej chwili Noldo uderzył tam, gdzie on przed chwilą stał. Cios odrąbał jedno z odnóży i potwór zachwiał się, a dźwięk, który z siebie wydał, zdolny byłby kruszyć szkło. Bregnir zdał sobie sprawę, że zdecydowanie wolał mieć za plecami Bratobójcę niż pomiot Morgotha.
– Mamy go! – Sinda poderwał się z ziemi i zaraz musiał odskoczyć, by uniknąć miotających się odnóży. Ciął, lecz cios miał zbyt mało siły i ostrze ześlizgnęło się po pancerzu. – Teraz!
Lecz Amrasa zawiodła raniona noga. Upadł i choć próbował się przetoczyć poza zasięg wroga, pająk momentalnie zorientował się, że elf jest praktycznie bezbronny. Gdzieś z boku rozległ się przeraźliwy krzyk dziecka, ale potwór nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, pochłonięty wizją łatwej ofiary. Strzała wypuszczona przez Dinessel poszybowała górą, a pająk na mgnienie oka przystanął, poderwał głowę.
Bregnir tylko tego potrzebował. Doskoczył z boku, wbił miecz głęboko w tułów, wyszarpnął i poprawił. Stwór rzucił się w konwulsjach, twarde jak stal odnóże zmiotło elfa z nóg i posłało na ziemię. Pająk chwiał się jeszcze przez kilka chwil, a potem ogromne cielsko zwaliło się na świeżą trawę.
Impet upadku wybił mu powietrze z płuc i Bregnir potrzebował chwili, nim dzwonienie w uszach ustało na tyle, by zdołał się podnieść. Otarł z czoła pot i coś, co okazało się być krwią, i spojrzał na pająka, teraz już nieruchomego. Ohydne odnóża rozsypały się bezładnie na mchu, na którym rosła plama czarnej posoki.
Po drugiej stronie zwłok syn Feanora, pobladły i zlany potem, z trudem pozbierał się na nogi i oparł o najbliższe drzewo. Dyszał ciężko, wciąż ściskając miecz w dłoni.
– Jesteś cały?
– Przeżyję. – Bregnir wzruszył ramionami. Patrzył tępo na truchło pająka leżące pomiędzy nim a Bratobójcą, który... Który właśnie walczył z nim ramię w ramię. Gdy podniósł wzrok na Amrasa, spostrzegł, że ten wciąż nie opuścił broni i przyglądał mu się uważnie. Byli sami. Gdyby zechciał, miałby niewątpliwą przewagę. Noldo ledwie stał na nogach. Ale napięcie już zeszło, walka zakończyła się z chwilą, gdy pająk padł. Bregnir nie chciał znów podnosić miecza.
– Dobra robota, Dinessel. – Amras odezwał się i wrażenie zawieszenia prysło. Już nie byli sami.
Dziewczynka wyszła spomiędzy krzewów. Ominęła truchło szerokim łukiem, wpatrując się w nie z zafascynowaniem, jakby spodziewała się, że jeszcze się poruszy. Ściskała swój łuk, a na jej ramieniu bujał się zarzucony spiesznie kołczan, teraz już prawie pusty. Gdy jej wzrok padł na ogromne szczęki i oczy, wstrząsnęła się i zastygła.
– Dinessel. – Bregnir zdał sobie sprawę, że tak łagodne nuty pojawiały się w głosie Amrasa tylko wtedy, gdy mówił do dziewczynki. – To szkaradztwo już jest martwe. Chodź tu do mnie. – To mówiąc, wyciągnął wolną rękę w zapraszającym geście.
Dinessel otrząsnęła się i podeszła posłusznie, a Amras objął ją ramieniem, po części w szorstkim uścisku, po części, by się na niej wesprzeć. Tak samo jak Bregnir, nie schował broni ani nie przestawał lustrować otoczenia w oczekiwaniu na zagrożenie, a jednocześnie starał się uspokoić wychowankę.
– Gdzie byłaś? I z kim? – Amras przeszedł zaraz do konkretów.
– Himeleth... – dziewczynce zadrgały usta, oczy zaszkliły się nagle. – Dopadł ją! Tam, niedaleko! Kazała mi ostrzec, ale on chciał ją i ja nie– I poszedł tu za mną. A Himeleth została! – Dinessel wywinęła się spod ramienia Amrasa i ruszyła w stronę drzew.
– Zaczekaj.
Krótki rozkaz osadził dziewczynkę w miejscu. Uczy się, zauważył Bregnir.
– Ale... – Dinessel zatrzymała się, lecz nie zdołała ukryć swojego niedowierzania.
– Nie dam rady dotrzymać ci kroku – odezwał się Amras, chłodnym, obojętnym tonem. To było suche stwierdzenie faktu, nie przyznanie się do słabości. Kalkulacja sił, jaką musiał odznaczać się każdy dowódca. – Jeśli pójdziesz przodem, możesz narazić się na niebezpieczeństwo. Nie wiesz, co jeszcze czai się w okolicy.
Dziewczynka speszyła się, jak gdyby ją zbeształ, zamiast wytłumaczyć. Cofnęła się tych kilka kroków dzielących ją od opiekuna i nieśmiało zaoferowała mu ramię. Amras obdarzył ją oszczędnym uśmiechem i wsparł się o nią, lecz nie ruszył się z miejsca.
– Himeleth... – Dinessel pociągnęła go niepewnie, ale przestała, gdy poczuła opór.
– Jeśli żyje i jest ranna, pewnie trzeba będzie ją przenieść. Sama sobie nie poradzisz, a ja nie dam rady. Potrzebujemy kogoś do pomocy. – Spojrzenie syna Feanora spoczęło na Bregnirze, który w szarych oczach ujrzał pozorną obojętność, ale też odrobinę zaciekawienia oraz uznania, z rodzaju tego, jakie zdobywa się, walcząc z kimś ramię w ramię.
Bregnir skinął nieznacznie głową. Wtedy, w dawnym lesie królowej Meliany, noldorski uzdrowiciel nie zawahał się ani na moment i udzielił mu pomocy, gdy jej potrzebował. Noldorka czy nie, Himeleth samodzielnie stawiła czoła pająkowi, by dać Dinessel szansę na ostrzeżenie reszty.
