Dumbledore musiał za wszelką cenę odzyskać zaufanie Harry'ego. Wiedział, że na razie jest to niemożliwe, postanowił więc wymyślić, jak zwykle doskonały według niego plan, dzięki któremu miał nadzieję odzyskać zaufanie chłopca. W tym celu zakradł się do dormitorium piątego roku chłopców w domu Gryffindora. Nie musiał się przejmować, że ktoś go zauważy, gdyż rzucił na siebie każde znane mu zaklęcie zwodzące. Wychodził jednak z założenia, że ostrożności nigdy dosyć, więc starał się poruszać jak najciszej. Podszedł do łóżka złotego chłopca, wybawiciela świata magicznego i mugolskiego i cicho, by nie obudzić chłopca, rozsunął kotarę przy jego łóżku. Uniósł różdżkę, intonując cicho zawiłe, łacińskie formułki, powoli przesuwając nią nad ciałem chłopaka. Harry'ego otoczyło delikatne, złote światło, wnikające powoli w jego głowę i serce. Wiele sił kosztowało Dumbledore'a to zaklęcie, musiał jednak je skończyć. Był przerażony ogromem magii wylewającej się z jego ciała. Nie był przecież już najmłodszy, a jeszcze czekało go odesłanie trzech najlepszych przyjaciół Harry'ego na chwilę w przyszłość tylko po to, by potem ściągnąć ich z powrotem, obdarowując Harry'ego i jego zrujnowaną psychikę wsparciem, tak przecież niezbędnym mu w tych ciężkich czasach. To przecież przez niego młodzieniec stracił niedawno ojca chrzestnego. Dumbledore miał nadzieję, że w jakiś sposób uda mu się wydobyć Syriusza całego, w nienaruszonym stanie psychicznym i fizycznym zza zasłony. Na pewno będzie to cięższe, niż to, co robił teraz, wiedział jednak, że w tym akurat momencie nie mogło go nic rozproszyć. Wystarczyłby najlżejszy szmer, by wytrącić Dumbledore'a ze skupienia. Dobre dziesięć minut później Dumbledore doprawił swoje dzieło silnym, niemal nieodwracalnym zaklęciem zapomnienia, po czym niemal stracił przytomność. Udało mu się jednak tego uniknąć. Chciał od razu przystąpić do realizacji drugiego etapu swojego planu, jednak nie mógł tego zrobić natychmiast, gdyż jego magiczny rdzeń wymagał naładowania. Udał się do swojego gabinetu, by chwilę odpocząć. Po wejściu od razu jego wzrok skierował się na Fawkesa, który łypał na niego z niechęcią.
- Nie mamy innego wyjścia – powiedział do ptaka. – Muszę mieć pełną kontrolę nad chłopakiem, nim będzie zdolny zmierzyć się z Voldemortem.
Ptaszysko zaśpiewało gniewnie jakąś niezbyt pocieszającą pieśń. Dumbledore jednak się tym nie przejął. Wiedział, że Fawkes go nie zrozumie. W czarodziejskim świecie mało było osób, które go rozumiały. Nikt nie dostrzegał genialności jego planów, poza nim samym. Przejrzał jeszcze jakieś papiery, po czym wezwał do siebie skrzata domowego, prosząc go o jakiś bogaty w składniki odżywcze posiłek. Skrzat udał się do kuchni, a Dumbledore na chwilę powrócił do papierów. Nie na długo jednak, gdyż kilka minut później pojawił się przed ni skrzat, obładowany jedzeniem, jakby chciał wykarmić całą armię. Dumbledore jednak był z niego zadowolony. Podziękował mu i zabrał się do jedzenia. Starzec sam zjadł całą miskę sałatki z kurczaka, dwa filety rybne, dwie miski pieczonych ziemniaków z sosem czosnkowym, zagryzł to jakimś, Dumbledore sam nie wiedział właściwie jakim, ciastem z wielką ilością kremu i bitej śmietany, popił to herbatą, potem jeszcze przegryzł to wszystko grubą pajdą chleba ze smalcem i wreszcie czuł się najedzony. Teraz mógł przystąpić do realizacji drugiego etapu swojego planu. Beknął sobie jeszcze potężnie, po czym wyszedł ze swojego gabinetu, oczyszczając sobie dłonie zaklęciem bezróżdżkowym. Przekradł się cicho obok smacznie śpiącej grubej damy i udał się znów do dormitorium chłopców piątego roku. Rozsunął kotary przy łóżku Chrisa i rozpoczął rytuał. Zaklęcie, którego używał należało do zaklęć czarnomagicznych, jednak Dumbledore nie przejmował się tym. Zawsze w takich okolicznościach, gdy był zmuszony, jak to on twierdził, do użycia czarnej magii, tłumaczył to sobie większym dobrem. Tak było również i tym razem. To zaklęcie wyczerpywało go nieco mniej, niż to poprzednie, którego użył na Harrym. Był jednak pewien, że będzie musiał znów zrobić sobie chwilę odpoczynku. Nie chciał się przeforsować, a chciał skończyć to dziś w nocy. Nie mógł już dłużej tego przedstawiać. Uporał się z Chrisem w pięć minut, po czym podszedł do Herberta. Chłopak spał dość niespokojnie, toteż Dumbledore musiał potraktować go gazem usypiającym, by ten w trakcie trwania całego procesu przypadkiem się nie obudził, psując wszystko to, co dotychczas zrobił Dumbledore. Gaz zadziałał perfekcyjnie i już po chwili Herbert spał, jakby był niemowlęciem, zmęczonym po całym dniu darcia się, że chce się jeść, albo że się narobiło w pieluchę. Również z Herbertem Dumbledore dość szybko się uwinął, przyszedł więc czas na Michaela. Dla bezpieczeństwa i na nim starzec użył gazu usypiającego. Nic to jednak nie dało. Gdy Dumbledore rozpoczął zaklęcie, poczuł silny opór, jakby chłopak doskonale wyczuwał to, co robił Dumbledore i starał się mu w tym przeszkodzić. Dumbledore użył całej swojej mocy, by podporządkować Michaela, jednak nie było to takie łatwe. Wiedział, że zaklęcie rzucone na chłopaka będzie najsłabsze i że Michael najszybciej ze wszystkich przypomni sobie wszystkie wydarzenia. Nie miał jednak już sił, by z nim walczyć. Zakończy nie w pełni udane zaklęcie, po czym wytoczył się z dormitorium piątego roku i poszedł do swojego gabinetu, zjeść resztę jedzenia, które przyniósł mu usłużny skrzat domowy.
***
Była bezchmurna noc. Wszyscy w domu przy Privet drive 4 smacznie spali. Smacznie z wyjątkiem jednego chłopca. Tym chłopcem był Harry Potter. Chłopiec, Który przeżył, nazywany również Wybrańcem. Harry nienawidził być Wybrańcem. Gdyby, przed kilkunastoma laty Przepowiednia dotycząca Jego i Voldemorta nie została wygłoszona, Harry wiódłby sobie beztroskie życie ze swoimi rodzicami, a kto wie, może i z rodzeństwem? A tak, niestety Harry musiał mieszkać z krewnymi, którzy go nienawidzili z całego serca. Vernon często go bił, ale Harry nie uskarżał się. Nie mówił nigdy o tym zakonowi. Harry miał bardzo dziwny sen. Śnili mu się jacyś trzej przyjaciele. Nie byli oni z Anglii jak udało mu się wywnioskować. Nie był wstanie zrozumieć, w jakim języku rozmawiali. Po kilku chwilach, jakby zauważyli, że Harry o nich śni, przerzucili się na płynny Angielski.
- Jak myślisz, Czy ten cały Hogwart to prawda? – zapytał blondyn blondyna.
- Chris, ja nic nie wiem – odpowiedział ten drugi.
- Czytałeś książki o Potterze? – zapytał Chris.
- No pewnie, że czytałem, ale przecież w rzeczywistości nie ma nikogo takiego! Niby jak Ty to sobie wyobrażasz? Że co, że pójdziemy sobie do tej szkoły i co? Przecież tutaj mamy znajomych i przyjaciół! Przecież ja mam dziewczynę!
- Emily? – parsknął Chris. – Przecież Ona już nie jest Twoją dziewczyną. Zostawiłeś ją już dawno temu.
- No dobra, ale ja nie chcę tam iść. Co ja tam niby będę robił? Tam są jakieś czuby, których nie polubię i oni mnie zresztą też nie!
- Skąd Ty to wiesz? – wtrącił się czarnowłosy.
- Bądźmy realistami. Przecież jestem psychopatą, sam tak mówiłeś.
- A ten znowu zaczyna – Mruknął Chris.
- Ja nie znowu zaczynam, tylko jeszcze nie skończyłem.
- Herb, wyluzuj trochę, bo spinasz się strasznie.
Harry już nic z tego nie rozumiał. Kto to u diabła jest! Jaki niby oni mogą mieć związek z nadchodzącą wojną, albo z niedawno zmarłym Syriuszem? Gdy tylko pomyślał o Syriuszu, poczuł się gorzej, nawet we śnie. Przez ostatnie kilka tygodni nie robił nic sensownego, poza leżeniem w swoim pokoju i bezcelowym gapieniem się w sufit. Ciotka nie raz i nie dwa wrzeszczała, by zszedł na śniadanie, albo wziął się wreszcie do roboty, bo ogrodowy trawnik nie jest przystrzyżony idealnie co do milimetra, W pokoju Dudziaczka nie jest wysprzątane i takie różne. Harry miał już tego dość. Tym czasem Herb, Chris i ten trzeci dalej się ze sobą wykłócali.
- Nie ma niczego takiego, i już! Nie pójdę tam! Choćby sam Dumbledore się tu…
Trzask! W pokoju przed nimi pojawił się jakiś starzec o jasnoniebieskich oczach, w długiej szacie do ziemi i z śmieszną tiarą na głowie. Harry zastanawiał się, co on tam robi. Przecież oni nie są jacyś arcyważni, i nic nie znaczą dla nadchodzących wydarzeń, Przynajmniej nic na to nie wskazywało. Oni przecież nawet nie wierzyli w magię!
- Witajcie moi kochani – odezwał się radośnie Dumbledore i obdarzył szerokim uśmiechem wszystkich dokoła. – Nazywam się Albus Dumbledore i jestem Dyrektorem szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Chciałbym zabrać was, abyście wreszcie zaczęli uczęszczać do szkoły, która jest najlepsza pod każdym względem dla was. Nie wiedzieliście o tym, że jesteście czarodziejami?
- Ale czarodzieje nie istnieją – mruknął Herb.
Dumbledore wyjął różdżkę i machnął nią od niechcenia. W tym właśnie momencie pojawiło się przed nim stado radośnie rozćwierkanych ptaszków.
- Normalnie jak na tym filmie – stwierdził Herb.
- Jakim filmie? – zaskoczony Dumbledore nie wiedział co powiedzieć.
- NO, przecież jest 7 książek o Harrym Potterze, i na podstawie tych książek nakręcone zostały filmy…
Dumbledore uśmiechnął się.
- A tak, faktycznie. Coś takiego miało miejsce.
Harry Chciał jak najprędzej się obudzić i napisać do tego starego piernika. Jak on mógł mu nie powiedzieć! Jest dokładnie tak samo jak z tą przepowiednią! Ile jeszcze rzeczy on przed nim ukrywa!
- Zostaniecie przyjęci na szósty rok nauki. Niedługo otrzymacie listę niezbędnych rzeczy do kupienia. Można je kupić na ulicy pokątnej. Pewnie nie wiecie, gdzie ona jest? No nic, poproszę Hagrida, by wam ją pokazał. Rok szkolny rozpoczyna się pierwszego września. Pociąg Hogwart Express odjeżdża z peronu 9 i 3/4 na dworcu King's Cross. Wchodzicie na peron 9 i idziecie w kierunku barierki oddzielającej peron 9 i 10. Jeśli będziecie się bać, możecie zacząć biec. Nie przejmujcie się, Nie wpadniecie na nią. Jak mi się uda, zabiorę was pod koniec wakacji w miejsce, w którym będziecie bezpieczni i z którego Harry Potter i jego przyjaciele, którzy są wam doskonale znani z filmów wyruszą do Hogwartu.
- Na Grimmauld Place? – spytał Chris.
- Zgadza się – odpowiedział Dumbledore uśmiechając się radośnie.
„Przecież ten typ się ciągle uśmiecha – pomyślał Herbert. – Ciekawe kiedy strzeli mu wara".
- Nie przejmuj się, Herbercie, nie strzeli – rzekł Dumbledore Patrząc na Herberta, który skulił się pod tym przenikliwym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu, w których błyskały radosne ogniki. – No, to do zobaczenia, młodzieży!
W chwilę później po starym czarodzieju, jak i po wyczynianej przezeń magii, nie pozostał żaden ślad. Harry obudził się cały zlany potem. Nigdy wcześniej nie miał tak dziwnych snów. Kim byli Ci ludzie, ten Chris. Herbert i... Tak właściwie nie pamiętał imienia tego trzeciego. Chyba się nie przedstawiał. Skąd oni się wzięli i wreszcie o jakich oni u diabła filmach mówili!
- Śniadanie!
Harry westchnął Ciężko i z postanowieniem, że dzisiaj jednak zejdzie na dół, zwlekł się z łóżka. Rozejrzał się po swoim pokoju i westchnął ciężko. Od przyjazdu Na wakacje minął już prawie miesiąc. W tym czasie w jego pokoju zdążyło nagromadzić się wiele niepotrzebnych rzeczy jak np. Papierki po czekoladowych żabach, które dostawał od swoich przyjaciół. Klatka Hedwigi już dawno wymagała wysprzątania, a sama sowa od dawna odmawiała przebywania w niej. Chłopak westchnął jeszcze raz z myślą, że kiedyś będzie musiał wziąć się w garść i ogarnąć ten bałagan. Tak przecież nie da się żyć! Z nieszczęśliwą miną powlókł się na dół.
***
- Jak Ty wyglądasz! Zróbże coś ze sobą! – wydarła się ciotka Petunia patrząc na Harry'ego z odrazą.
- Też miło mi cię widzieć, ciociu – sarknął Harry i sięgnął po swój kawałek grejpfruta. – No tak, Dudley na diecie, nikt nie je normalnych posiłków.
- Nie narzekaj, tylko jedz! Po śniadaniu masz iść przystrzyc trawnik. Nie był strzyżony od tygodnia.
- Tak, ciociu.
- A później masz iść do Siebie i więcej mi się dzisiaj nie pokazywać na oczy! – ryknął Vernon.
- Tak, wuju.
- Tak, ciociu, tak, Wuju – przedrzeźniał go Vernon. – Wziąłbyś się wreszcie do roboty, a nie całymi dniami tkwisz tam na górze, nie wiadomo co robisz, nie wiadomo gdzie piszesz. Skończysz tak samo nędznie, jak twoi przeklęci rodzice!
Harry zacisnął zęby, żeby nie odpowiedzieć wujowi czegoś niezbyt miłego. Wiedział, że wuj nie był zadowolony, jak co roku zresztą, że i w tym roku Harry musi przebywać u nich w wakacje.
„Tragedia, Trawnik nie był strzyżony od tygodnia – pomyślał Harry i wyszedł"./
***
- Wezwałem was, Moi kochani śmierciożercy, abyśmy porozmawiali sobie o tym, co się dzieje teraz w świecie czarodziejów. To niedopuszczalne, by szlamy pobierały nauki i zajmowały czołowe stanowiska w Ministerstwie Magii! To my, potomkowie czystych krwi czarodziejów, powinniśmy sprawować władzę w ministerstwie. Opracowałem plan, który ma na celu podporządkowanie ministerstwa nam, czystej krwi czarodziejom. Malfoy, Jak twoje relacje z knotem?
- Dobrze, panie.
- Jak myślisz, czy Jakby sekretarka Knota jakimś cudem zniknęła ze świata żywych, Zostałbyś uczyniony sekretarzem jaśnie panującego ministra?
- Nie jestem tego pewien. Knot nie ma do mnie całkowitego zaufania, a to wszystko przez tego Pottera. Gdybyś panie mógł…
- Cisza! Nie pytałem się ciebie co mógłbym zrobić, tylko czy mógłbyś zostać sekretarzem. A skoro odpowiedź już uzyskałem, a nie jest ona zadowalająca to może odrobina bólu sprawi, że się trochę poprawisz? Crucio!
Przez posiadłość Lorda Voldemorta przetoczył się potężny wrzask. To Lucjusz Malfoy był torturowany za to, że nie zadowolił swego pana w pełni. Severus snape roześmiał się w duchu. Cieszył się, że podczas gdy on siedział sobie spokojnie w Hogwarcie, gnębił swoich uczniów , rozdawał wszystkim szlabany i generalnie był bezpieczny, Lucjusz przeżywał tu katorgi.
- Czy chciałbyś coś powiedzieć, Severusie? – zapytał Voldemort nie przerywając torturowania Lucjusza.
- Ja tylko myślę, panie mój, że Dumbledore może jak zwykle stanąć nam na drodze.
- A więc na co czekasz, Severusie, pozbądź się Dumbledore'a, a ja wtedy zabije chłopaka i będę panował nad światem po wszystkie czasy! Nikt nie zaszedł nigdy tak daleko jak ja na drodze ku nieśmiertelności.
Okrutny, zimny śmiech Voldemorta w straszliwy sposób komponował się z wrzaskiem torturowanego wciąż Lucjusza. Voldemort nic sobie z tego nie robiąc, rozparł się wygodnie na swym tronie, z uśmiechem szaleńca patrząc na torturowanego przez siebie sługę. Po pięciu minutach nieustających tortur znudziło mu się, więc przerwał zaklęcie i powiedział do Lucjusza.
- Może to nauczy Cię posłuszeństwa, Lucjuszu. Skoro nie możesz zostać sekretarzem naszego szanownego ministra, podporządkuj sobie jego sekretarkę.
- To niewykonalne, panie. – wyjęczał Lucjusz i skulił się przed nadchodzącą kolejną falą tortur.
- Jak niewykonalne– - Ryknął wściekły Voldemort. – Nie znam słowa niewykonalne! Albo coś jest wykonalne, albo giniesz!
- tt tak, pp panie.
Voldemort radośnie zatarł ręce i zachichotał. Pomyślał sobie, że Chłopak już niedługo będzie jego. Skoro będzie miał na swoje usługi całe ministerstwo, to chłopak już mu nie ucieknie.
- Mam nadzieję, że nie zawiedziecie mnie jak wtedy, w tej sali przepowiedni. Jeszcze wam tego nie przebaczyłem. Ja nigdy nie przebaczam i nie zapominam tego, czego moim sługom wykonać się nie udało.
Wszyscy skulili się słysząc te słowa. Jedynie Severus stał wyprostowany, z kamienną twarzą jak uprzednio. On nie miał się czego obawiać. Był najlojalniejszym sługą Czarnego Pana, oraz szpiegiem dla zakonu Feniksa, ale o tym nie wiedział nikt poza zakonem. Severus miał nadzieję, że w najbliższym czasie Czarny Pan się o tym nie dowie, W przeciwnym wypadku Severus mógł powoli zacząć żegnać się z życiem.
- Severusie, mam nadzieję, że mój plan zabicia tego starego piernika wypali – stwierdził Voldemort nie wyjawiając Severusowi szczegółów planu. – Nie byłbym z ciebie zadowolony, gdybyś po raz kolejny mnie zawiódł.
- Ale panie, jak ja mam to zrobić? Nie powiedziałeś mi kiedy to ma się dokładnie stać, ani w jakich okolicznościach.
- Jak najszybciej, Severusie, jak najszybciej. Chyba nie muszę cię uczyć jak się zabija? Pamiętaj, że jeśli nie uda ci się wykonać tego zadania, zostaniesz surowo ukarany, natomiast jeśli ci się uda, zostaniesz sowicie wynagrodzony. Będę np. mógł spróbować ożywić tą szlamę Evans, o której życie tak błagałeś piętnaście lat temu.
- Dziękuje, panie. Na pewno cię nie zawiodę - powiedział Severus i skłonił się nisko.
W chwilę później poczuł wibrację odznaki zakonu Feniksa. Szczerze nienawidził teraz Dumbledore'a. Voldemort dostrzegł lekkie wzdrygnięcie się przez Severusa.
- Tak tak, Severusie, chyba musisz już iść. Zdaje się, że Dumbledore wzywa cię na herbatkę z Feniksem – Wysyczał Voldemort. – Nie zapomnij po tym radosnym spotkaniu z tą bandą wielbicieli szlam zdać mi z niego raport!
- Tak, panie. - Odpowiedział Severus myśląc, że tam raczej na pewno będzie mógł spodziewać się herbatki zamiast tortur.
Severus skłonił się jeszcze raz, po czym szczęśliwszy, niż kiedykolwiek wcześniej, opuścił salę zebrań.
- Panie – odezwała się Bellatrix. – Jest jedna zaleta naszej porażki w ministerstwie.
- Tak? Mogłabyś łaskawie oznajmić mi jaka, bo ja jakoś żadnej zalety tej porażki nie dostrzegam. Może po prostu jestem starym głupcem, który nie dostrzega zalet, jak sądzisz, Bellatrix? A może na starość oślepłem i nie widzę oczywistego?
- Nie, mój panie – powiedziała Bellatrix i spojrzała na Voldemorta z uwielbieniem. – Po prostu, zabiłam mego kochanego kuzynalka, a chłopak go kochał, więc teraz biedny Harry nie może się pozbierać po utracie swego ukochanego ojca chrzestnego.
- Może masz racje – ucieszył się Voldemort. – Teraz zapewne będzie łatwiej mi go podejść. Pewnego dnia nie wytrzyma i ucieknie spod opieki głupiego Dumbledore'a, a ja wtedy go dopadnę i zamorduje!
- Na pewno tak będzie, mój panie – przymilała się Bellatrix.
- Cisza! – ryknął Voldemort patrząc ze złością na swoją najwierniejszą. – Crucio!
Po posiadłości Voldemorta potoczył się przeraźliwy wrzask torturowanej kobiety. Leżała na podłodze, wiła się jak piskorz, nie mogąc złapać oddechu. W chwilę później Voldemort zakończył torturowanie swej zbyt natarczywej kochanki.
- No dobrze, moi kochani śmierciożercy – wysyczał cicho Voldemort. – Nasze dzisiejsze spotkanie uznaję za zakończone. Możecie już odejść. A Ty Glizdogonie, zostań jeszcze na chwilę. Musisz odebrać nagrodę za znakomite wykonanie zadania, które Ci powierzyłem
Glizdogon skulił się i podszedł do przodu ku swemu panu.
* * * * * *
Severus był przerażony. Co jeszcze wymyśli ten szaleniec? Od momentu, w którym przyłączył się do niego żałował, że to zrobił. Żałował, że nie posłuchał Lily. Ehhh, Lily... Gdy o niej pomyślał zrobiło mu się ciężko na sercu. Gdyby jej posłuchał, życie wszystkich mogłoby teraz wyglądać zupełnie inaczej. Chociaż w sumie, Potter nie zabiłby Voldemorta w Halloween osiemdziesiątego pierwszego, więc terror trwałby nieustannie do dziś. Może to i dobrze, że umarła... Skarcił się za takie myśli. Ale jak on, u diabła, miał zabić Dumbledore'a! Przecież to niemożliwe. Ale przecież dla czarnego pana coś, co było niemożliwe po prostu nie istniało. Albo coś było możliwe, albo żegnasz się z życiem. Severus nie chciał umierać. Pomimo tego, że w swym życiu podjął kilka złych i nieodpowiedzialnych decyzji, i może nie miał dla kogo żyć na tym świecie, to jednak był człowiekiem, a ludzie, gdy mogą jeszcze pożyć raczej nie chcą umierać. Ale i tak nikt by po mnie nie płakał pomyślał sobie. Potter nawet by się cieszył. Nie byłoby już na świecie tego znienawidzonego nauczyciela eliksirów, który wiecznie się czepia i odejmuje punkty za byle co. Gryffindor nie miałby na kogo narzekać, w końcu ile razy starał się jak mógł, by utrudnić gryfonom zdobycie pucharu. McGonagall nie miałaby do niego wiecznych pretensji o... Ehhh, dość tego użalania się nad sobą pomyślał. Trzeba udać się na Grimmauld Place zdać raport z postępków czarnego pana. Chwycił różdżkę, obrócił się w miejscu i zniknął, by pojawić się wiele setek mil dalej.
* * * * * *
Na Grimmauld Place 12 Atmosfera była jak zwykle ponura. Nastroju nie poprawiał nawet fakt, że już za kilka dni miało się tu pojawić młode pokolenie, czyli Harry, Ron, Hermiona i Ginny, czyli jedyni, którzy jeszcze uczęszczali do Hogwartu. Dumbledore nie zaprzątał sobie głowy Chrisem, Herbertem i Michaelem. Był to przecież, według niego oczywiście, doskonale uknuty plan, mający na celu ponownie zjednać sobie Harry'ego. Nie spodziewał się, że Harry po tym wszystkim znienawidzi go jeszcze bardziej. Dumbledore zszedł do kuchni, gdzie znajdowało się miejsce zebrań zakonu Feniksa. Wszyscy mieli się za chwile pojawić, aby omówić to, w jaki sposób przetransportują Harry'ego do siedziby głównej, którego dnia się to odbędzie oraz kto podejmie się tego zadania, a także obecną sytuację w świecie czarodziejów.
„Gdyby Syriusz żył – pomyślał Dumbledore – na pewno ucieszyłby się z przyjazdu Harry'ego".
Syriusz, jak reszta huncwotów, nie licząc Glizdogona, nie lubił siedzieć w zamknięciu. Dumbledore był pewien, że Harry odziedziczył swoje niesamowite zdolności do pakowania się w kłopoty po ojcu, gdyż Lily była generalnie spokojną uczennicą, nie licząc tych kilku wpadek na siódmym roku. Dumbledore oddawał chłopca do Dursley'ów dla większego dobra. Nie wierzył w to, co mówili jego przyjaciele. Przecież Dursleyowie nie mogli aż tak strasznie traktować Harry'ego. Nie mieli prawa go głodzić, był dla nich zbyt ważny. Przynajmniej tak myślał. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się mylił. W przyszłości za tą pomyłkę przyjdzie mu sporo zapłacić. Już po chwili na Grimmauld Place 12 zaczęły pojawiać się pierwsze osoby, po czym przechodziły od razu do jadalni.
- Siadajcie moi mili, siadajcie – powiedział Dumbledore zasiadając u szczytu stołu.
- Czekamy jeszcze na kogoś? – spytała Tonks.
- Fletcher i Snape – odezwał się Lupin.
- Ten stary pijak nie powinien tutaj przychodzić! Kradnie co popadnie! – wykrzyknęła Molly, niemal podrywając się z krzesła z oburzenia.
- Ależ kochanie, uspokój się. On jest pełnoprawnym członkiem zakonu Feniksa, tak jak ty czy ja, więc ma prawo do uczestniczenia w zebraniach – powiedział jej mąż kładąc żonie rękę na ramieniu.
- Uspokójcie się wszyscy – wtrącił jak zwykle poważny Lupin, który nie wyglądal dziś najlepiej. – Na prawdę nie mamy się o co kłócić. Jeśli Albus zdecyduje o wyrzuceniu Mundungusa z zakonu, tak się stanie. Jak na razie nic takiego nie nastąpiło, więc nie macie się o co kłócić.
- Proszę o ciszę – rzekł Dumbledore. – Chciałbym zacząć.
- Jeszcze snape…
- Tak, wiem, Alastorze, ale nie możemy czekać w nieskończoność.
Dokładnie w tym samym czasie, gdy Dumbledore wypowiadał te słowa, w kuchni na Grimmauld Place rozległ się suchy trzask i przed nimi pojawił się śmierciożerca. Wszyscy powstali i jak jeden mąż wyciągnęli różdżki i wycelowali w przybysza.
- Uspokójcie się! To Snape! – wykrzyknął ktoś. W panującym zgiełku nikt nie był wstanie rozpoznać, czyje to słowa.
- No dobrze – wrzasnął Dumbledore. – Zacznijmy. Sytuacja na świecie czarodziejów jak sami wiecie jest tragiczna. Lord Voldemort rośnie w siłę. Musimy być zjednoczeni, aby móc go pokonać. Musicie wiedzieć, że pod koniec roku wyjawiłem Harry'emu treść przepowiedni.
Po tych słowach podniósł się ogólny zgiełk. W ogólnym harmidrze można było rozróżnić takie słowa jak „Ty ją znałeś" albo „Dlaczego znów nic nam nie powiedziałeś".
- Cisza! – warknął Snape. Wszyscy zamilkli.
„Normalnie jak na lekcji – pomyślał".
- Tak – kontynuował Dumbledore – znałem treść przepowiedni. Dowiedziałem się o niej kilkanaście lat temu, od nauczycielki wróżbiarstwa.
Wszyscy, z wyjątkiem Snape'a myśleli, że Trelawney jest obłąkana. To on był tym, który podsłuchał przepowiednie i doniósł czarnemu panu jej treść. Niestety, przynajmniej tak wtedy myślał, nie udało mu się podsłuchać całej przepowiedni. Zastanawiał się, czy gdyby udało mu się usłyszeć całą przepowiednie, Lily by nie zginęła? Szybko jednak odrzucił te myśl i skupił się ponownie na słowach Dumbledore'a.
- Jak wszyscy wiecie, Harry będzie musiał zabić Lorda Voldemorta.
Wszyscy wzdrygnęli się po wypowiedzeniu imienia czarnego pana.
- Dajcie spokój – warknął Moody. – Boicie się jakiegoś głupiego imienia, a przecież ono i tak nie jest prawdziwe.
- Słusznie, Alastorze – przytaknął Dumbledore. – Nie należy bać się imienia, które nie jest prawdziwe. Severusie, zdradzisz nam, co też szykuje Tom na najbliższy czas?
- Czarny pan, ma zamiar dopaść Pottera.
- Nic nowego – warknął Moody. – Spodziewałem się po nim czegoś bardziej interesującego.
Właśnie w tym momencie Severus wyszarpnął różdżkę i skierował ją w stronę Dumbledore'a.
- Severusie – rozległ się spokojny głos Dumbledore'a. Zabrzmiał on, jakby Albus był pogodzony z losem. – Jesteś pewien, że zamierzasz to zrobić akurat teraz?
Severus zawahał się. Nie chciał zabijać tego człowieka. Zawdzięczał mu przecież wolność, co prawda ograniczoną, ale i tak. Pomyślał sobie, że jakby przed laty nie udał się do Dumbledore'a z prośbą o pomoc, dzisiaj tkwiłby w siedzibie Lorda Voldemorta jako zwykły śmieć, którego można torturować bez ustanku.
- Masz również zadanie, tak? – spytał Dumbledore nic sobie nie robiąc z tego, że wciąż jest na celowniku. – Musisz mnie zabić, gdyż słudzy Voldemorta w Hogwarcie nie będą w stanie tego zrobić?
- Później – wysyczał Snape.
- A więc tak. – Kontynuował Dumbledore jakby nigdy nic się nie stało. Nie dane mu było jednak wrócić do głównych tematów dyskusji, gdyż przerwała mu oburzona Minerwa McGonagall.
- Albusie! Czyś ty oszalał! Ten człowiek chciał cię zabić!
- Doprawdy? – Roześmiał się Dumbledore. – Myślę, że Severus nie miałby ze mną szans w uczciwym pojedynku. Nieprawdaż, Severusie?
- Tak myślę, Dumbledore.
- No dobrze, przejdźmy dalej. Sprowadzę Harry'ego tutaj najszybciej, jak się da. Wiem, że ten dom może mu przypominać o Syriuszu, ale ten dom jest najbardziej chronionym miejscem, które znam, z wyjątkiem Hogwartu oczywiście.
- Nie można by zabrać go do nory? – spytała z nadzieją w glosie Molly. – Ten dom śmierciożerców na nikogo nie działa uspokajająco, a na pewno Nie pomoże Harry'emu pozbierać się po śmierci Syriusza.
- Myślę, że w chwili obecnej nie jest to możliwe. Zwłaszcza, że Severus niestety co nieco z tego zebrania będzie musiał donieść Voldemortowi. Tom na pewno będzie pytał się jak przebiegła herbatka z zakonem Feniksa. Czy ktoś ma jakieś pytania?
- Ja mam – odezwał się milczący dotychczas Lupin. – Kiedy przetransportujemy Harry'ego do siedziby?
- Zajmę się tym w najbliższym czasie, Remusie – odparł Dumbledore. – Skoro to już wszystko, możecie się rozejść. Ciebie Severusie będę prosił o pozostanie jeszcze chwilę. Czuję, {że mamy sobie wiele do wyjaśnienia.
