Harry, ukończywszy pracę, które ciotka mu przydzieliła, nie miał co ze sobą zrobić. Postanowił przejść się po okolicy, ponieważ od dawna tego nie robił. Był ciekaw, czy coś się zmieniło w okolicy, w której mieszkał. Przeszedłszy kilkaset metrów stwierdził, że wszystko jest jak zwykle nienaganne. Równiutkie trawniczki, Donice z kwiatami poustawiane w równych rzędach...

„Zaraz – pomyślał sobie. – Po co donice, skoro w ogrodach można sadzić kwiaty bezpośrednio w ziemi?"

- Głupota ludzka – mruknął sam do siebie.

Poszedł dalej. Po kilku krokach zobaczył dziwną ulicę, której nigdy tu nie widział. Skręcił w nią, ale nie uszedł nawet dwudziestu kroków, gdy na jej końcu zobaczył bandę Dudleya, która znęcała się nad jakimś biednym dzieciakiem. Po chwili rozpoznał tego dzieciaka.

„No nie, znów on? – pomyślał."

Sam nie mógł nic zrobić, a różdżki nie mógł użyć. Mógł tylko bezradnie wpatrywać się w to, jak banda Wielkiego De katuje Marka. Rok temu było dokładnie to samo, i Harry także o tym wiedział. Nie pamiętał, czy sam to widział, czy ktoś mu powiedział. Rozejrzał się po okolicy. Zauważył jakąś ścieżkę. Nie namyślając się długo skręcił w nią. Przecież i tak był obserwowany przez zakon, więc nie ma się czym martwić, tak sobie myślał krocząc w nieznane. Szedł już dość długo, a końca ulicy jak nie było widać, tak nadal nie widać. Wreszcie, zmęczony, przysiadł opierając się o jakiś mur i nagle jego górna część ciała znalazła się na tak dobrze znanej mu ulicy. Harry wiedział, że to nie może dziać się naprawdę. No chyba, że ten przeklęty Dumbledore znów pchał łapska tam, gdzie nie powinien i nawet w wakacje nie mógł zostawić Harry'ego samemu sobie. Przechodził tamtędy tysiące razy i nie widział tego zaułka, z którego odchodziła ta ścieżka, więc na pewno Dumbledore musiał jakoś zaplanować to wszystko. I co, specjalnie to zrobił tylko po to, by Harry tu skręcił i przeszedł sobie na pokątną? Przecież to było bez sensu. . Zaraz, skąd wziął się tu ten mur Przecież wcześniej go nie było. Wstał z ziemi, otrzepał się i przeszedł całkowicie na magiczną ulicę angielskiego społeczeństwa, uprzednio założywszy Kaptur na głowę tak, aby nikt go nie rozpoznał. Nie chciał przecież, żeby Dumbledore dowiedział się o tym, że jego złoty chłopiec dał się sprowokować i skorzystał z przejścia, które ten, jakimś cudem, przygotował właśnie dla niego. Zaraz jednak przypomniał sobie, że Zakon Feniksa i tak go obserwuje 24 godziny na dobę. Zapamiętał dokładnie miejsce tajnego przejścia, po czym rozejrzał się po okolicy. Ulica Pokątna wcale nie zmieniła się od jego ostatniej wizyty tutaj. Zorientował się, że znajduje się przy sklepie bliźniaków Weasleyów. Oni nie mogli go zobaczyć, Na pewno donieśliby Dumbledore'owi. Jednak było już za późno, bo właśnie w tej chwili, Gdy Harry o tym pomyślał, Pojawił się przed nim Fred.

- Sie masz, Harry! Co u ciebie słychać? Po co ci ten kaptur na głowie? Pewnie nikt z zakonu nie wie, że uciekłeś. O matko, Harry! Jesteś genialny! Uciec tak sprzed nosa zakonu... No no, Harry, nikt się po tobie tego nie spodziewał – Stwierdził Fred podchodząc do Harry'ego i uścisnął mu mocno dłoń na powitanie.

- Też się cieszę, że cię widzę, Fred, ale ja tu jestem tylko przechodem. Przepływem właściwie – wyjaśnił Harry.

- Tak tak, jasne, Wielki, słynny Harry Potter nie ma czasu odwiedzić Weasleyów w ich sklepie ufundowanym właśnie przez niego – dodał George wychodząc ze sklepu. – Nie gadaj, tylko właź.

Harry nie miał wyjścia. Podążył za bliźniakami do ich sklepu i aż zdziwił się na to, co tam zobaczył. Bezgłowe kapelusze, lipne różdżki, łajnobomby to był tylko niewielki skrawek asortymentu, który Harry zdążył dostrzec, zanim Fred pociągnął go na zaplecze.

- No to teraz musisz powiedzieć mi, jak się tu dostałeś. Czyżby przez nasze supertajne przejście, które zaprowadzi cię, dokąd tylko chcesz? – zapytał.

- Przeszedłem tu przez tajne przejście – Odpowiedział Harry – Ale jakim cudem ono znalazło się w Little Whinging?

- No bo widzisz, zrobiliśmy je z myślą o Tobie. Przecież siedzisz tam całe wakacje u tych mugoli, którzy się nad tobą znęcają. Pomyśleliśmy sobie, że będziesz chciał odwiedzić nas w naszym sklepie, i nie pomyliliśmy się. Nieprawdaż?

- Zaraz – zdziwił się Harry. – Jak to wasze przejście? Czyli Dumbledore przynajmniej w to się nie mieszał?

- Spokojnie – odezwał się cicho Fred. – Niczym nie musisz się przejmować.

- Powracając do tematu odwiedzin, Miałem to w planach jak będę na Pokątnej przed pierwszym września – powiedział Harry – Ale, skoro już tu jestem...

- skoro już tu jesteś, to musisz coś kupić – powiedział Fred i pociągnął Harry'ego z powrotem do sklepu. – Zapomniałem dodać, że kupujesz wszystko na koszt firmy.

- Nie żartuj sobie, przecież nie mogę, przecież musicie zarabiać...

- przypomnieć Ci, kto nam ufundował sklep? – zapytał Fred.

- No już dobrze, niech wam będzie.

Harry był szczęśliwy. Wreszcie wyrwał się od Dursleyów. Nie musiał wykonywać bezsensownych prac, które jego ciotka mu wymyślała, a co najważniejsze, po wykonaniu ich, nie musiał bezczynnie gapić się w sufit tak, jak to robił przez prawie miesiąc.

- Widziałeś już (nie)lipne różdżki? – zapytał George.

- Nie, a co to takiego?

- Fred! Nie pokazałeś mu (nie)lipnych różdżek! – Krzyknął George do Freda.

- Właśnie miałem to zrobić – powiedział Fred ciągnąc Harry'ego przez cały sklep do miejsca, gdzie po sam sufit piętrzył się stos podłużnych pudełek, w których pan Ollivander sprzedawał różdżki.

- Oto są nasze najnowsze produkty, przeznaczone tylko dla znajomych, którzy nie są jeszcze pełnoletni, a więc nie mogą używać czarów. Harry, bierz sobie – powiedział George.

- NO co Ty, i tej różdżki nie wykryje ministerstwo? Super! – wykrzyknął Harry biorąc sobie jedną.

- no pewnie, że nie. W dodatku tej różdżki teraz będziesz mógł używać tylko ty, bo ją sobie wybrałeś – dodał Fred. – jak chcesz, mogę Ci pokazać.

- Jasne – powiedział Harry wręczając Fredowi różdżkę.

- Drętwota! – wykrzyknął Fred celując w George'a, który, padł nieprzytomny na ziemię.

- Przecież to miało nie działać. – powiedział Fred nie dowierzając w to, co się stało.

- Żartowałem! – powiedział George, podnosząc się z podłogi.

- Dobra, Harry, trzymaj to, a my musimy powrócić do obsługiwania klientów. Sam zresztą widzisz... – Fred machnął rękoma pokazując Harry'emu potężny tłum, który rozszalały po sklepie oglądał coraz to nowsze gadżety. – Jeszcze nam tu sklep zdemolują.

- Jasne – powiedział Harry. – Pooglądam sobie a potem wracam do Dursleyów. Wuj może wpaść we wściekłość, gdy się nie pojawię przed Dudleyem.

Harry przeszedł się po sklepie oglądając wszystko to, co mógł dostrzec, omijając szerokim łukiem dział z napisem Cud-Miód czarownica. Takie rzeczy go nie interesowały, a poza tym, przecież nie był czarownicą. Gdy już zobaczył wszystko, co tylko możliwe, wyszedł ze sklepu i odnalazł tajemne przejście. Przeszedł przez nie, i po dość długim marszu znalazł się z powrotem w Little Whinging. Teraz musiał odnaleźć Dudleya, aby dowiedzieć się, czy nie będzie miał lania od wuja.

***

Harry był przerażony. Co będzie, jak się spóźni? Co będzie, jak Dudley już jest w domu? Takie myśli nachodziły go nieustannie, gdy pędził przez całe Little Whinging w poszukiwaniu znienawidzonego kuzyna. Wuj na pewno znów go pobije – pomyślał Harry i jeszcze bardziej przyspieszył. Był już zmęczony, ale musiał pędzić, żeby znaleźć Dudleya. Nie mógł się spóźnić! Nawet nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby się spóźnił. A jakby spóźnił się dobrą godzinę… Zapewne wzdrygnąłby się, gdyby w tym momencie nie został zaskoczony. Chociaż w sumie to wcale nie było tak zaskakujące. Przecież Dumbledore musiał pilnować go na każdym kroku. Od razu jednak przypomniał sobie o tajnym przejściu i natychmiast zganił sam siebie w myślach. Nie mógł myśleć o tym w jego towarzystwie. Przecież on był mistrzem Legilimencji.

- A gdzie to się szlajasz, Potter – wysyczał Snape. – czy ciebie nie nauczono, że o tej porze powinieneś siedzieć w domu, zwłaszcza w tych niebezpiecznych czasach?

- Akurat pan nie powinien mi nic mówić na temat tych niebezpiecznych czasów! – krzyknął oburzony Harry. – sam pan wcale nie jest lepszy! Ciągle mnie szpiegujecie, jakbym mógł gdzieś wam uciec.

Mówiąc te słowa Harry pomyślał sobie przez chwilę na temat tego, że przecież coś takiego właśnie miało miejsce, i to właśnie dzisiaj! Gdyby Snape wiedział…

- O czym bym wiedział? – Snape wnikliwie wpatrywał się w oczy Pottera. Jak on mógł zapomnieć! Ten nietoperz przecież był mistrzem w czytaniu w myślach! Harry pomyślał, że ciekawie będzie gdy się jeszcze z nim trochę posprzecza. Przecież tutaj nie może mu odebrać punktów, więc nic mu nie zaszkodzi.

- Przecież już dzisiaj uciekłem – Mruknął – a wy nawet tego nie zauważyliście. Zniknąłem wam sprzed nosa! – Harry uśmiechnął się triumfalnie. – Pozwoli pan, że jednak sobie pójdę. Jak sam pan powiedział „w tych niebezpiecznych czasach" zostałem nauczony, by siedzieć w domu. A poza tym, Wuj pewnie się niecierpliwi.

- No tak, kochana rodzinka tęskni za złotym chłopcem Gryffindoru. Jak dobrze pamiętam, Twoja matka i Petunia nienawidziły się, więc pewnie nikt się o ciebie wcale nie martwi. Mało to, jestem skłonny stwierdzić, że nikt by nie płakał, gdybyś na zawsze odszedł od nich. – Snape był zadowolony. Myślał, że udało mu się wyprowadzić Pottera z równowagi. Po chwili jednak się zdziwił słysząc odpowiedź chłopaka.

- No tak, w sumie ma pan rację. Więc pewnie wcale nie będą płakać, gdy odejdę…

Harry miał dość. Odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę Privet drive 4, aby spakować swoje rzeczy i już na zawsze opuścić Dursleyów. Nie zdołało go zatrzymać nawet rozpaczliwe wołanie Snape'a.

- Potter!

„Zaraz zaraz – pomyślał. Przecież Snape Nigdy nikogo nie wołał rozpaczliwie".

Nie zaprzątał jednak sobie głowy tymi niepotrzebnymi myślami, które przecież i tak nie miały sensu i bez zwłoki podążył na Privet Drive. Nie wiedział, że Dudley już dawno był w domu i cieszył się na myśl, co spotka Harry'ego, gdy tylko pojawi się na progu domu wujostwa. Harry sam był zaskoczony, gdy otworzył drzwi. Nie spodziewał się tego, co tam zastanie.

- Okropny chłopcze! – ryk rozwścieczonego Vernona niósł się po całym domu. – Dudziaczek już dawno wrócił do domu, a Ty gdzie się szlajasz! To tak jesteś dla nas wdzięczny? Dbaliśmy o Ciebie, karmiliśmy, ubieraliśmy, traktowali jak własnego syna, a Ty tak nam odpłacasz, co? Już ja się z Tobą policzę!

- No tak, jak własnego syna. Biliście mnie ciągle! – odparł Harry. I tak nie miał już nic do stracenia. I tak miał zamiar wynieść się stamtąd jak najszybciej.

- Nie pyskuj!

Trzask! To Vernon rozwścieczony do tego stopnia, że całkowicie przestał nad sobą panować uderzył Harry'ego w twarz. Harry stracił na moment ostrość widzenia. Twarz piekła go niemiłosiernie, ale wykrzesał z siebie jeszcze odrobinę rozbawienia

- A ja myślałem, że to dziewczyny dają z liścia chłopakom, jeśli ci na zbyt wiele sobie pozwolą – Harry powiedział to prawie z uśmiechem na twarzy, a na pewno uśmiechał się w myślach.

- Jak śmiesz! – Vernon doszczętnie stracił panowanie nad Sobą. Rzucił się na Harry'ego z furią w oczach. – Zabije cię! Jeszcze mnie popamiętasz!

W tym momencie Harry nie miał nic do stracenia. Wyjął z kieszeni swoją (nie)lipną różdżkę i w ostatnim momencie wycelowawszy w wuja wypowiedział zaklęcie, po którym Vernon padł na podłogę nieprzytomny. Harry ledwo uniknął bycia przygniecionym ogromnym cielskiem swego oprawcy. Z uśmiechem na twarzy pomaszerował na górę do swojej sypialni, aby spakować wszystkie swoje rzeczy i wynieść się z tego domu wariatów jak najprędzej. Nie zastanawiał się nawet gdzie pójdzie. Albo wynajmie sobie pokój w dziurawym kotle, albo pojedzie z bliźniakami do nory. Tam na pewno przyjmą go z otwartymi ramionami. Chociaż sam już nie wiedział. Przecież nie odpisywał do przyjaciół na listy od początku wakacji a to już, 29 dni! Jak mógł o nich zapomnieć! Przecież oni byli z nim w tych najtrudniejszych momentach… Zaraz jednak przypomniał sobie, że on sam jak zwykle musiał mierzyć się z Voldemortem. No i znów przypomniał sobie o przepowiedni. Czy będzie musiał zginąć? Co będzie, jak nie zwycięży, jak da się zabić? Cały świat czarodziejów straci nadzieję na wybrnięcie z tej ciężkiej sytuacji, w jakiej znajdował się teraz, i na pewno wszyscy popadną w skrajną histerię. Przecież On był dla nich ostatnią deską ratunku, chociaż tego nienawidził. Nie mógł teraz się poddać i załamywać. Wszyscy go potrzebują. Czym prędzej spakował się i wyszedł. Nie obchodziło go wujostwo. Sami tego chcieli – pomyślał sobie. Przecież oni znęcali się nad nim całe jego życie, więc czemu on miałby odmówić sobie tej przyjemności. Harry zastanowił się nad skuteczną metodą pokonania śmierciożerców, i bardzo nie chciał, ale wciąż dochodził do jednych i tych samych wniosków. Drętwotą ich się nie pozbędą. Trzeba używać niewybaczalnych.

- Ciekawe co na to powie Dumbledore – mruknął sam do Siebie. Na pewno nie będzie zadowolony. Nie spodoba mu się to, że jego złoty chłopiec Gryffindoru doszedł do takich wniosków. Wtedy jeszcze nie wiedział, że nie miał racji...

Peter Pettigrew oszalał. Tylko tym jednym słowem można było opisać stan tego człowieka. W tym właśnie momencie Peter, co było bardzo dziwne, nabrał niesamowitej zwinności. Na jakimś Londyńskim parkingu, chyba przy jakimś biurowcu, Peter sam tego nie wiedział, przeskakiwał z samochodu na samochód, niszcząc te, z których już zeskoczył zaklęciem podpalającym, albo zaklęciem wybuchającym, albo każdym innym zaklęciem, które wpadło mu do głowy. Któryś z kolei samochód wylewitował w okno na dziesiątym lub wyższym piętrze budynku, obok którego znajdował się ten parking. Tłuk rozbijanej szyby, giętej karoserii i grzmot wybuchającego paliwa pomieszany z wrzaskami dobiegającymi z wewnątrz koił nerwy Petera. Jeszcze nigdy Peter nie oberwał tak od swego pana. Teraz jednak Peter był wolny. Pan na razie go nie wzywał, mógł więc nieco sobie poszaleć. Kolejny samochód wepchnął do śmietnika, uprzednio go zmniejszywszy. Paliwo i tak wybuchło. Benzyna nie lubiła gwałtownych zmian. Śmietnik wraz ze szczątkami samochodu toczył się płonąc wzdłuż ulicy, wpadając pod koła nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki, czy raczej cysterny z paliwem. Peter przeskoczył na następny samochód i zatarł ręce ze szczęścia. Potężny, ogłuszający łomot przetoczył się przez dzielnice, a podmuch cisnął Petera wysoko w powietrze. Mężczyzna zdołał jednak utrzymać różdżkę w dłoni. Szybkim, celnym zaklęciem rozbił szybę na którymś z pięter biurowca, po czym zagarnął trochę płomieni zmieszanych z paliwem i wdmuchnął je różdżką do gabinetu. Ponownie usłyszał wrzaski. One tak go uspokajały. Sprawiały, że Peter czuł się kimś. Czuł się panem i władcą wszechświata.

***

- Ron! – Przez całą posiadłość Weasleyów potoczył się wściekły głos pani Weasley. – Długo jeszcze będę czekać na te jajka!

- No już, już – Odkrzyknął niechętnie Ron i zszedł na dół, by pójść do kurnika po te nieszczęsne jajka. – Ginny nie może Ci ich przynieść?

- Ginny jest u Siebie – odpowiedziała Molly. – Pewnie znów koresponduje ze swoim chłopakiem.

- No tak – Ron pokręcił głową z niesmakiem. – Jakby nie mogła znaleźć sobie kogoś innego. Tak w ogóle, to już przeszedł jej Harry?

- Nie mam pojęcia, ale ja wciąż czekam! Idź do tego kurnika i przynieś mi te jajka! – Molly była już zniecierpliwiona.

- No już, już – powiedział Ron stwierdzając, że chyba jednak lepiej zrobić to, o co go proszono. Przez ostatni miesiąc nie był zadowolony. Nie miał żadnych wieści od swojego przyjaciela, a co było równie ciekawe, Hermionie też nie odpisywał na listy. Ron zastanawiał się, czy Harry się tu zjawi, albo czy zjawi się w te wakacje przynajmniej na Grimmauld place? Przynajmniej w swoje urodziny, które notabene są już za 2 dni!

„No nie, co ja mu dam – pomyślał Ron".

Zaraz jednak stwierdził, że tym będzie przejmować się kiedy indziej, albo, co najlepsze, da mu jakąś książkę o Quidditchu, albo plakaty jego ulubionej drużyny. Ron skrycie marzył o zostaniu kapitanem drużyny, chociaż w głębi serca wiedział, że to przecież Harry zasługuje na to stanowisko bardziej niż on. Jednak nadal miał nadzieję, że McGonagall jakimś cudem wybierze jego zamiast Harry'ego. Podążył niespiesznie w stronę kurnika po te nieszczęsne jajka, po czym wpadł mu do głowy iście szatański w całej swej szatańskości pomysł. Zebrał grzecznie jajka tak, jak prosiła go jego mama, ale Zanim jednak zaniósł je do kuchni, postanowił trochę pognębić te biedne stworzenia. Nie mógł używać magii w domu, przynajmniej tak pisało ministerstwo w swoich oficjalnych oświadczeniach, jednak Ron był przecież synem czystej krwi czarodziejów. Wiedział, w jaki sposób działał nadzór w pobliżu ludzi, którzy przecież niemal cały czas używali magii. Mógł więc sobie trochę poużywać. Jedną kurę wylewitował gdzieś w powietrze. Szybko jednak musiał ją opuścić na ziemię, gdyż ta zaczęła przeraźliwie skrzeczeć, jakby ją kto ze skóry obdzierał. Ron przecież niczego złego jej nie zrobił. Musiał wymyślić coś, co pomoże mu uciszyć przeklęte ptaszysko, a jednocześnie da mu tą uciechę. Kura musi odlecieć do ciepłych krajów. Rzucił na zwierzę zaklęcie uciszające, po czym cisnął ptakiem w powietrze. Kura niespiesznie rozłożyła skrzydła, i niczym jakiś wielki, majestatyczny ptak zaczęła szybować, prosto na dach domu państwa Weasley, gdzie z wielkim łomotem rozpłaszczyła się, wyrzucając swą kurzą zawartość na dach i ziemię, kilka metrów pod nim. Ron zaś wrócił z uśmiechem na twarzy i z jajkami w koszyku do domu.

- Coś jeszcze? – zapytał.

- może trochę grzeczniej? – Zapytała Ginny w tym właśnie momencie wchodząc do kuchni. – Pamiętaj, że rozmawiasz z mamą. Gdyby nie ona, to nie byłoby cię na tym świecie.

Radośnie uśmiechnięta Ginny to nie było coś nowego, jednak Ron miał już tego dość.

- Co się tak szczerzysz? – warknął na siostrę rudzielec. – Zaraz ci zmażę ten uśmieszek z twarzy.

- a co, nie wolno mi?

- Ron! – wrzasnęła pani Weasley, mierząc do niego z wielkiej chochli, którą mieszała coś w potężnym kotle stojącym na piecu. – Jak ty się do siostry odzywasz!

- Normalnie! Zachowuje się, jakby wygrała milion galeonów – mruknął Ron łypiąc na matkę ze złością. – też bym tak chciał.

- Jak będziesz tak traktował kobiety – krzyczała dalej jego matka – to będziesz mógł do końca życia sobie o tym tylko pomarzyć!
- To znajdź sobie dziewczynę – Stwierdziła Ginny, po czym uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Zresztą mama ma racje. Która by Cię chciała?

- Oo, Ronuś się marze – Roześmiał się Fred, który znikąd pojawił się w kuchni. Dla Rona to było zbyt wiele. Postanowił czym prędzej się ulotnić, jednak Fred, przeczuwawszy to, szybko zagrodził mu drogę.

- Nie nie, nie tak szybko. Mam dla ciebie bardzo radosną nowinę. Nie uwierzysz w to, co Ci właśnie powiem – mruknął Cicho Fred tak, by nikt oprócz Rona i Ginny tego nie usłyszał i pociągnął ich na górę.

- Ginny, idź stąd – powiedział Ron. – To informacja dla mnie, nie dla Ciebie.

Ginny zniesmaczona pufnęła tylko, po czym opuściła pokój Rona trzaskając drzwiami.

- To co za arcyważną nowinę masz mi do przekazania? – spytał niecierpliwie Ron.

- Otóż, mój kochany braciszku, nie uwierzysz jak Ci powiem, że…

Fred uwielbiał trzymać tak Rona w niepewności. Napawał się tym, że Ron skręca się z niecierpliwości na to, co ma mu do przekazania.

- Harry był u nas w sklepie – powiedział wreszcie Fred. Nie chciał już dłużej tego przeciągać.

- Co! Gdzie, jak, kiedy? Zakon mu pozwolił? – Ron poderwał się jak oparzony. – Czy on jeszcze tam jest?

- Nie, to było kilka godzin temu. I wyobraź sobie, że nasz Harry uciekł sprzed nosa zakonu! Teraz zapewne śpi, albo męczy się ze swoim wujostwem. No, albo śpi. Ty też powinieneś iść spać, nie sądzisz? Mały Ronuś powinien być grzecznym chłopcem, a grzeczni chłopcy o tej porze już śpią.

- Zamknij się! – Ron zrobił się nagle cały czerwony. – Jak ja Cię nienawidzę!

- Tak tak, braciszku, ja Ciebie też nie. Postaramy się z George'em ściągnąć Harry'ego tutaj 31 lipca. Co Ty na to?

- Byłoby super! – ucieszył się Ron. – Przecież to jego urodziny!

- No widzisz, a teraz jak grzeczny chłopczyk idź spać. Już późno – powiedział Fred i poczochrał Ronowi włosy.

- Idź stąd! – Ron zdenerwował się nie na żarty. Nie lubił, jak ktoś traktował go jak małego chłopca. Przecież miał już 16 lat!

- Dobra już, dobra, idę sobie. Tylko pamiętaj co Ci teraz powiem. Nie wychodź z domu, bo na każdym kroku czyhają śmierciożercy i porywają małe, niegrzeczne dzieci. – Po tych słowach Fred ze śmiechem opuścił pokój Ronalda.

Ron zacisnął zęby w bezsilnej złości. Nigdy nie lubił tego, jak traktowali go starsi bracia, ale na razie nic nie mógł na to poradzić. Tylko na razie. Ron poprzysiągł sobie słodką, zapamiętaną po wsze czasy zemstę. Jego bracia będą wymawiać jego imię z lękiem niemal tak wielkim, z jakim wymawia się imię Lorda Voldemorta. Ron splunął z niesmakiem na dywan, po czym wyszedł na dwór, pognębić jakieś inne ptactwo. Nie mógł już dłużej usiedzieć w domu, a latanie samemu po zaimprowizowanym boisku do Quidditcha to żadna przyjemność. Zastanowił się jednak co mógłby zrobić na miotle, po czym zabrał ją ze sobą. Wsiadł na nią i jednym zaklęciem otworzył kurnik. Po przywołaniu do siebie kilku kur, które ze strachu o własną marną egzystencję pogubiły jajka lecąc do Rona, kilkuminutowym wysłuchiwaniu przeraźliwego skrzeczenia i gdakania tych żałosnych stworzeń, rozbiciu jedną z nich okna na strychu, zabawa tymi nudnymi stworzeniami mu się znudziła. Zostawił więc na jakimś drzewie rozprute zwłoki kur, a jajkami się nie przejmował. Ktoś je rano pozbiera. Teraz wpadł na jeszcze głupszy pomysł. Dostrzegł helikopter, sunący dość wysoko po niebie. Na kadłubie wymalowane miał kolory Zjednoczonego Królestwa, które Ron widział kiedyś u Harry'ego w telewizji.