Wielki, czarny pies wraz z jeleniem szaleli sobie po pięknych, bujnych, zielonych łąkach. Pies myślał, jakby tu dobrać się do ministra. Bo to, że przecież dobrać się doń trzeba, o tym wiedział każdy. Jak on śmiał zataić przed wszystkimi wydarzenia z ministerstwa magii?! O tym przecież powinien wiedzieć każdy! Sam najstraszniejszy czarodziej XX w. pojawił się w ministerstwie, a on co? Wydał oświadczenie w prasie, że wszyscy się przecież przewidzieli, i żadnego Lorda Voldemorta tam nigdy nie było i nigdy nie będzie, bo sztab aurorów 24 godziny na dobę ministerstwa pilnuje. Oczywiście Korneliusz Knot był człowiekiem strachliwym, więc nigdy nie użył tego nieprawdziwego przecież imienia Toma Riddlea, który rozpowiadając swoim sługom, jakiej to on nie ma czystej krwi, sam był „plugawym mieszańcem". Ucząc nienawiści do osób „szlamowatej" krwi, jednocześnie sam uczył nienawiści do samego siebie. Ale o tym przecież nikt nie wiedział. Pies podjął decyzje w mgnieniu oka. Będzie musiał postarać się o wyjście faktów na jaw. Sami jego słudzy go znienawidzą i pozostanie sam, A wtedy pokonanie go to będzie pestka. Harry nie będzie musiał sobie tym zaprzątać głowy. Ten biedny chłopak miał i tak wystarczająco rzeczy na głowie. W tym momencie Harry przewrócił się na drugi bok. I tak musi mieć tych wstrętnych Dursleyów na karku. Będzie trzeba go stamtąd zabrać jak najszybciej. Niech tylko Dumbledore załatwi możliwość ujawnienia się Jemu i jego przyjaciołom. Bo to, że pies jeszcze żyje, było właśnie zasługą Dumbledore'a. Ten starzec okazał się wartym chodzących o nim pogłosek, że był najpotężniejszym czarodziejem XX w, a jednak pokonać Lorda Voldemorta nie mógł. Postanowił jednak wziąć sprawy w swoje ręce i oddać Harry'emu to, co mu zabrano w dzieciństwie. Jedyne, czego nienawidził w Dumbledorze to jego wścibstwo. Ten starzec musiał wepchnąć swoją różdżkę wszędzie, gdzie się dało. Nie obchodziły go konsekwencje. Ważne dla niego było tylko większe dobro, a wszystko to, co po drodze poświęcił, wcale się dla niego nie liczyło. Cel zawsze uświęcał środki. Pies i z tym coś chciałby zrobić. Nie mógł jednak zwrócić się przeciwko Dumbledore'owi, gdyż ten uratował mu życie.

Harry postanowił dotrzeć do dziurawego kotła Błędnym rycerzem, ponieważ nie chciał, aby ktoś zauważył tajne przejście. Po zamordowaniu Vernona i Petunii Dursley i wymazaniu pamięci Dudleyowi, Harry wcale nie czuł się z tym źle, postanowił ustanowić dom pod nr. 4 przy Privet Drive tajnym schronem dla Gwardii Dumbledore'a. BO to, że odbudować Gwardię będzie trzeba, to było oczywiste, przynajmniej dla Harry'ego. „

Szkoda, że Syriusz nie żyje. Byłby ze mnie dumny – pomyślał Harry".

Harry był ciekaw, co by o tym wszystkim powiedzieli jego rodzice. Wiedział, że ojciec chrzestny byłby z niego dumny. Syriusz zawsze miał nadzieję, że Harry wda się w Jamesa. Chłopiec jednak nie znał swego ojca, więc nie miał pewności, czy mógł ufać słowom byłych przyjaciół jego ojca. Matka zaś zapewne potępiała by jego zachowanie twierdząc, że w tym wieku powinien mieć w głowie naukę, a nie głupie dowcipy i ucieczki z domu. Harry uśmiechnął się do swoich myśli. Jeszcze nigdy od początku wakacji nie miał tak dobrego Humoru. I nie zepsuła mu go nawet wizyta Dumbledore'a i chęć zabrania Harry'ego na Grimmauld Place. Dumbledore powiedział coś wtedy na temat nowych twarzy, ale Harry był zbyt zaabsorbowany swoim nowym pomysłem na zabijanie ludzi, że nie zwrócił na to uwagi.

***

Chris, Herbert i Michael mieli dziwne przeczucie. Wszyscy jednocześnie, co jeszcze bardziej ich zdziwiło. Spotkali się w lesie, niedaleko domu swego przyjaciela, Norberta. Postanowili ostatni raz wstąpić do niego przed wyjazdem, który przeczuwali, że nastąpi już niedługo. Zobaczyli go jednak zanim zdążyli podejść do jego domu. Wyglądał jednak inaczej, niż go pamiętali sprzed lat. Norbert postarzał się o dobre dwadzieścia lat. Miał posiwiałą, krótką brodę w strzępach, łyse placki na głowie, między kosmykami siwych włosów, zmarszczki pod oczami, zestarzałą twarz i śmierdział tak, jakby od wielu lat grzebał w śmietnikach. Jego oczy zaś były tak zmęczone, jakby widziały już wszystko, co mogło się wydarzyć na świecie. Michaelowi coś nie pasowało. Miał jakieś przebłyski dziwnych wspomnień, których nie mógł umiejscowić w czasie. Obecna rzeczywistość została na chwilę przysłonięta przez jakieś wspomnienie ciemnego, dzikiego lasu i jakiegoś wielkiego zwierzęcia, podobnego nieco do Wilkołaka. Poczuł uderzenie w głowę. Chris strzelił go w potylicę, by odzyskał zdrowe zmysły.

- Wynośmy się stąd – powiedział cicho. – Nie podoba mi się to ani trochę.

- Mnie łeb rozbolał od patrzenia na niego – stwierdził Michael. – Nie wiem, o co z tym wszystkim chodzi, ale…

Michael nie zdążył dokończyć myśli, ponieważ przed chłopakami z trzaskiem pojawił się czarodziej, którego widzieli kilka dni temu. Michaela zaś głowa rozbolała jeszcze bardziej. Pojawiły się kolejne przebłyski wspomnień, których nadal nie rozumiał.

- Już na nas czas – odezwał się Dumbledore. – Muszę rzucić na was zaklęcie.

- Żadnych zaklęć więcej! – ryknął Michael, któremu wszystko ułożyło się w głowie. - Nie zgadzam się na żadne zaklęcia więcej rzucane na moją osobę!

- Jeśli chcesz tam wrócić – wysyczał Dumbledore – musisz zgodzić się na to, bym rzucił na Ciebie przeciwzaklęcie.

Michael skinął ponuro głową. Już za chwilę miał ponownie spotkać się z Harrym, wtedy wszystko mu wyjaśni, cały ten parszywy plan Dumbledore'a. Czarodziej jednak nie miał zamiaru do tego dopuścić. Rzucił na Michaela poprawione według niego zaklęcie, które miało sprawić, że Michael straci resztki tych wspomnień, które mu się zachowały. Michael jednak zdołał i teraz mu się przeciwstawić. Natarł całą swą magią, której nie zapomniał, na przeżarty złem umysł Albusa Dumbledore'a. Nie spodziewał się pomocy od nikogo, toteż mocno się zdziwił, gdy do jego napierającego umysłu na umysł starca, dołączyły umysły jego przyjaciół. Pragnęli zmiany. Chcieli, by Dumbledore był takim człowiekiem, jakim zawsze się przedstawiał. Całą, zjednoczoną swą siłą, rzucili się na wycieńczony, zniszczony czarną magią umysł Dumbledore'a. TO, co tam zobaczyli przeszło ich najśmielsze wyobrażenia. Ten człowiek wyrządził zdecydowanie zbyt wiele zła. Musiał teraz za to zapłacić. Albus Dumbledore, pod koniec tego roku szkolnego, będzie musiał oddać swą duszę za duszę dziewczyny, która zginie za przyjaźń, za miłość i za szczęście swoich przyjaciół i bliskich. Za to wszystko, co Dumbledore tak bardzo cenił, a Dumbledore będzie musiał jej pomóc. Pomóc jej w walce z Lordem Voldemortem, gdy już oboje staną się niematerialni.

***

Dumbledore podniósł się z leśnej ściółki, otrzepując swą długą, błyszczącą szatę z trawy, igieł i innych szczątek leśnego podłoża. Spojrzał z nienawiścią na chłopców, którzy wyczerpani stali chwiejąc się lekko i patrzyli z uśmiechem na Dumbledore'a. Czarodziej czuł, co zrobili chłopcy. Wiedział, że teraz będzie uznawany za jeszcze większego dziwaka, niż dotychczas, jednak ta zmiana, która się dokonała, na pewno jest pozytywna. Dumbledore to czuł. Żałował jednak tego, że nie będzie mógł już z zimną krwią poświęcać ludzi, którzy wraz z nim chcą walczyć po dobrej stronie. Nigdy tego nie lubił. Pomimo tego, że z łatwością potrafił poświęcić ludzkie istnienia dla lepszej sprawy, nigdy bardzo tego nie lubił. Wiedział, że pewne poświęcenia są niezbędne, by wygrać, jednak teraz coś przestawiło mu się w mózgu. Nie chciał już poświęcać bez potrzeby żadnych istnień. Chciał po powrocie do ich czasów zmienić plany tak, by nie musieć zbytecznie tracić ludzi. Musiał jednak najpierw wrócić do czasów, w których powinien być i Chris i reszta też powinna być. Złapał więc wszystkich za ręce i obrócił się tak, jakby miał zamiar się deportować. W myślach jednak skandował łacińskie sentencje, mające na celu przeniesienie ich w czasie. Nikt, przynajmniej Dumbledore miał taką nadzieję, nie znał tego sposobu podróży w czasie. Gdyby ktoś poznał ten sposób, cały świat byłby w niebezpieczeństwie. Nie mógł więc zdradzić go nawet obecnym tu młodym ludziom. Po kilku chwilach migających dookoła dziwnych rzeczy, krajobrazu zmieniającego się niczym ziemia na pustyni przez lata poddana ciągłemu promieniowaniu słonecznemu, wszystko ustało. Wszyscy znaleźli się w tym samym miejscu, lecz nie w tym samym czasie. Chatka Norberta znów stała na swoim miejscu, zaś ich przyjaciel, szczerząc kły, stał naprzeciwko nich i śmiał się patrząc na Dumbledore'a.

- I co? – zagadnął po chwili wpatrywania się w starca. – Nie udało ci się ich wykiwać?

- Przestań sobie ze mnie kpić, drogi chłopcze – zażądał starzec. – Przestało mnie to bawić jakieś pięćdziesiąt lat temu.

- Przestań się czepiać – odrzekł Norbert. – Mnie tam cieszy to, co gadam. Chłopaków na pewno też. Dobra, nieważne. Wpadniecie może na szklankę wódki?

Dumbledore spojrzał na niego jak na idiotę, jednak gdy zorientował się, że młodzieniec nie żartuje, wszedł za nim do jego umieszczonej w lesie chatki i zasiadł na krześle. Po chwili wylądowała przed nim potężna, bo aż pół litrowa szklanka napełniona w trzech czwartych przezroczystą cieczą o zapachu spirytusu.

- pięćdziesiąt procent – odpowiedział na niezadane pytanie Norbert. – Na zdrowie.

Norbert polał Chrisowi, Herbertowi i Michaelowi, po czym wszyscy wychylili swe szklanice aż do dna, krzywiąc się tylko trochę.

- Poszło wam lepiej, niż ostatnio – stwierdził Norbert. Po chwili jednak coś sobie przypomniał. – No tak, przecież wy nie pamiętacie.

Dumbledore spojrzał na niego ze złością, po czym wstał i lekko tylko się zataczając, udał się w kierunku drzwi.

- Oczekuję was jutro na Grimmauld Place – powiedział na pożegnanie. – Nie chcę słyszeć, że macie mi coś za złe.

- Coś nam chyba nie poszło najlepiej – rzucił za nim Herbert. – Wcale nie wydaje się pan życzliwszym człowiekiem.

Dumbledore jednak go nie słuchał. Wyszedł z domku Norberta, głośno trzaskając drzwiami. W chwilę później przyjaciele usłyszeli trzask deportacji, więc odetchnęli z ulgą.

- To co? – odezwał się po chwili Norbert. – Chluśniem jeszcze?

Przyjaciele zgodzili się na to, więc Norbert nalał każdemu tym razem całą szklankę, a każdy wlał w siebie całą jej zawartość za jednym razem.

***

- Ronald!

Ron drgnął, a zaklęcie o włos minęło helikopter sił powietrznych Zjednoczonego Królestwa. Pilot już go widział i na pewno nie wierzył w to, co miał przed oczami na ekranie, czy na czymkolwiek, na co patrzył, by widzieć co jest za nim. Przecież naprawdę ludzie nie unoszą się na drewnianych kijkach, dwa kilometry nad ziemią. Skąd więc dochodził ten głos? To pani Weasley, widząc poczynania swojego syna, rzuciła zaklęcie sonorus na swoje gardło, nie przejmując się tym, że słyszą ją wszyscy okoliczni sąsiedzi, nawet ci mugolscy. Ron jednak nie przejmował się tym. Za cel obrał sobie ustrzelenie helikoptera. Ta piekielna machina musiała spaść na ziemię. Ron pamiętał, że Chris kiedyś chwalił się, że udało mu się zestrzelić myśliwiec. Ron jednak miał trudności z trafieniem helikoptera, więc teraz już nie wierzył tak do końca Chrisowi, przechwalającemu się tym przed połową szkoły. Cisnął potężną, jak mu się wydawało, bombardą w latający sobie tu i ówdzie helikopter, muskając rotor maszyny. Z potężnym wizgiem i łomotem części spadających na dach, Helikopter zaczął spadać. Ron schował różdżkę do kieszeni, po czym zatarł ręce ze szczęścia. Napawał się widokiem spadającego helikoptera, wprost na głowę jego matki. Otrząsnął się i spróbował zaradzić jakoś tej sytuacji. Nie zdążył jednak nic wymyślić, gdyż Molly, znakomita, bo przecież starsza wiekiem, mająca więc większe doświadczenie od swego syna czarodziejka, unicestwiła helikopter jednym celnym, potężnym zaklęciem bombarda. Szczątki, które nie uległy zniszczeniu, po wybuchu paliwa umieszczonego w zbiorniku, poszybowały płonąc, roznosząc ogień po całej okolicy. Na szczęście ominęły dom państwa Weasleyów dzięki zaklęciom ochronnym, umieszczonym dookoła posesji. Ron wylądował spokojnie na ziemi, po czym różdżką odesłał miotłę do składzika na rupiecie, w której jego ojciec trzymał różne mugolskie wynalazki. Po chwili skulił się pod wściekłym spojrzeniem swojej matki.

- Marsz do domu! – wrzasnęła Molly. – Masz zakaz opuszczania domu przez całe życie!

***

- Pamiętasz jak prosiłeś mnie bym wyjawił ci kto wydał was Voldemortowi? – spytał Syriusz Jamesa.

- Pamiętam to i pamiętam także, że nie chciałeś mi tego powiedzieć będąc święcie przekonany, że w jakimś stopniu mogłoby to przyczynić się do pogorszenia mojego i tak niezbyt dobrego wtedy stanu zdrowia – odparł Rogacz wygodnie rozsiadając się w fotelu przed kominkiem i sięgając po butelkę ognistej whisky.

- Po długich pertraktacjach z naszym szanownym wybawicielem i z naszym Zdrowym Rozsądkiem stwierdziłem – powiedział Syriusz sięgając po potężny kufel i przelewając sobie do niego całą zawartość pochwyconej wcześniej butelki – mogę być pewien, że na pewno pogorszy to Twoje samopoczucie i zniszczy jakiekolwiek szanse na przywrócenie huncwotów do porządku dziennego. Oczywiście Remus nie ma z tym nic wspólnego, i nasz stary wilk trzyma się całkiem dobrze. Jednakże, będąc przyjacielem twym od lat, możemy uznać, że to ja między innymi przyczyniłem się do tego. Pamiętasz, co ci powiedziałem? – spytał Syriusz Jamesa wypijając połowę zawartości kufla. – Pamiętasz, jak chciałeś uczynić mnie strażnikiem tajemnicy? Pamiętasz, jak ci odmówiłem i stwierdziłem, że taki wybór byłby oczywisty i pamiętasz, kogo ci zasugerowałem? Pamiętasz, kogo po moich namowach wybrałeś? – spytał Syriusz z wymalowanym na twarzy poczuciem winy po czym opróżniwszy kufel do dna przywołał sobie ze spiżarni kolejną butelkę i uczynił z nią to samo co z poprzednią.

- Pamiętam, że zasugerowałeś mi Glizdka, i pamiętam, że on był naszym strażnikiem. I co, że to niby on miałby nas wydać? – spytał powątpiewająco James.

- A któż inny mógłby…

- Nie wierzę… - powiedział James. – On nie miał prawa tego zrobić! Nie mógł dołączyć do tego, tego…

James nie wierzył własnym uszom. Przyjaciel, którego zawsze uważał za trochę przygłupiego, przyjaciel, który płatał z nimi figle w Hogwarcie a jednocześnie przyjaciel, który zawsze chciał być taki jak reszta Huncwotów mógł zrobić coś takiego? Jak on śmiał? Przypomniał sobie dziwne zniknięcia Glizdogona w ostatnim czasie. To, jak rzadko się spotykali i to, że nie było go nawet na ślubie jego i Lily. Gdy tylko o niej pomyślał poczuł się jeszcze gorzej. Dumbledore wciąż walczył o przywrócenie Lily do stanu sprzed śmierci, a jednocześnie aby Harry nie utracił ochrony danej mu w momencie, gdy poświęciła dla niego swoje życie. James tak chciałby zobaczyć Harry'ego ale Dumbledore stwierdził, że to jeszcze nie czas. Za każdym razem, gdy James pytał go o to, mówił, że to jeszcze nie czas, i że na pewno uda mu się zobaczyć z synem jeszcze w tym roku. James wtedy oburzał się, i wykrzykiwał Dumbledore'owi, że jak to w tym roku? Przecież nie widział własnego syna przez piętnaście lat! Miał prawo go zobaczyć! Na co Dumbledore stwierdzał, że dla większego dobra niech pozostanie tu, gdzie teraz jest, czyli na Grimmauld place. Dumbledore zapowiedział także, że dzisiejszego wieczora do kwatery głównej zakonu Feniksa mają przybyć nowi ludzie, których nikt nie zna, i którzy mają pomóc im w wygraniu wojny, która zbliżała się wielkimi krokami.

- O czym myślisz, Rogaczu? – spytał przyjaciela Syriusz.

- Myślałem trochę o Harrym i o wojnie i o tym, co Dumbledore mówi, gdy chce się zobaczyć z własnym synem – mruknął James. – Przecież mam do tego pełne prawo.

- Zapewne wkrótce i tak tutaj przybędzie, więc nie masz się o co martwić i na pewno niedługo go zobaczymy. Szkoda tylko że Lily jeszcze tak źle się czuje. – powiedział Syriusz i pociągnął zdrowy łyk ze swojego w połowie opróżnionego kufla.

- Może masz rację. – Odpowiedział James.

Po chwili zauważył stan swojego przyjaciela. Zmarszczył brwi, lecz nic nie powiedział. Przecież nie był u Siebie w domu i nie miał tu nic do gadania. Syriusz miał prawo pić bez umiaru. James znów pogrążył się w myślach na temat swojego syna i powoli wracającej do zdrowia Lily, by skończyć pół godziny później gdy przybył Dumbledore.

- Sie masz, staruszku! – ucieszył się Syriusz na widok swojego wybawcy. – Napijesz się z nami?

Dumbledore był jednak jakiś dziwny. Śmierdziało od niego wódką, i to taką tanią, mugolską wódką, lekko się zataczał i miał bardzo mętny wzrok. Schylił się nad podłogą, po czym opróżnił na nią całą zawartość swojego żołądka.

- Wszystko w porządku? – spytał z niepokojem James.

- Tak – wycharczał Dumbledore. – Te gnojki uchlały mnie jakimś świństwem. Zaraz powinno mi przejść

- Masz na myśli Chrisa, Herberta i Michaela? – spytał Syriusz, uśmiechając się jak szaleniec do otrzeźwiałego już Dumbledore'a. – Czym tak cię upili?

- Te pomioty Voldemorta dały mi jakiś mugolski Trunek, co niby pięćdziesiąt procent miał – odparł Dumbledore, lekko jeszcze chwiejąc się na nogach. – Przybędą tu jutro. No chyba, że schlają się dzisiaj, to może im coś odbić i przyjdą dziś. Radziłbym wam jednak na nich uważać.

- Spokojna twoja stara łepetyna – roześmiał się Syriusz. – Nie takie akcje żeśmy z Jamesem przeżyli.

- No dobra – powiedział cicho Dumbledore. – Ja już was opuszczam. Mam dość dzisiejszego dnia.

W chwilę później rozległ się podwójny trzask, zwiastujący deportację, lub aportację kogoś w salonie. Syriusz rozejrzał się lekko nieprzytomny wzrokiem. Miał bowiem w sobie już kilka promili alkoholu. Dostrzegł na podłodze, w wymiocinach Albusa, leżącą trójkę spitych do nieprzytomności przyjaciół. Ci jednak, po zobaczeniu Syriusza, zerwali się na równe nogi, potężnie się zataczając. Wszyscy trzej wyciągnęli różdżki z połów swych ubrań, po czym wylali wszystkie whisky z tego salonu, prosto na głowę Syriusza. Na szczęście Syriusz należał do ludzi, którzy potrafili śmiać się z samych siebie, więc się wcale nie obraził, tylko roześmiał się tak jak jeszcze nigdy przez ostatnie dwa lata. Teraz już niczego mu nie brakowało. Odzyskał starego przyjaciela, który był dla niego jak brat. Czasem trochę żałował, że Glizdogon wybrał taką, a nie inną drogę.
„Cóż, czasu nie da się cofnąć – pomyślał".

- Czy nie sądzisz, Syriuszu, że nie jest zbyt mądre to, żeby tak sobie tu można było się aportować i deportować stąd? – spytał Herbert. – Przecież te czuby od Voldzia znając adres, bo przecież Severus na pewno nie zachowa sobie tego w tajemnicy, będą mogli się tu aportować i narobić tu rzeźni. A już na pewno twoja kochana kuzyneczka Bellatrix.

- Nawet mi o niej nie wspominaj – wzdrygnął się Syriusz. – nadal w snach wpadam za tą cholerną zasłonę i nijak nie mogę się zza niej wydostać.

- Ale przecież na tym domie… Domu… Coś tam – wybełkotał Michael. – Jest nałożone zaklęcie fingernusa, czy jak mu tam…

- Zaklęcie Fideliusa – poprawił go trzeźwy James. – Ono nie jest skuteczne w każdym przypadku.

- Powracając do tematu, To w jaki sposób znalazłeś się właściwie wśród żywych? – spytał James.

- Bo widzisz…