Dumbledore udał się w poszukiwaniu Harry'ego na ulicę Pokątną, ponieważ jak mu ostatnio powiedział Snape, Harry zwykł udawać się tam aż cztery razy przez ostatnie dwa dni. Dumbledore'owi rzecz jasna się to nie podobało, ale co on mógł z tym zrobić? Naturalnie, że nic. Zwłaszcza, że jego ojciec, o którym Harry nic nie wiedział wszcząłby magiczną wojnę na skalę europejską, do walki, w której na pewno nie zawahałby się użyć różdżki. Albus musiał przyznać przed samym sobą, że ten młody człowiek, gdyby nie zginął piętnaście lat temu, teraz na pewno godnie zastąpiłby go w Wizengamocie. Na szczęście Dumbledore był genialnym czarodziejem, który w jakiś nieznany nikomu sposób przywrócił do życia tych wszystkich, którzy w ostatniej wojnie zginęli z rąk Lorda Voldemorta. Niestety na razie nie udało mu się wymyślić skutecznego lekarstwa dla tych, którzy zostali potraktowani cruciatusem aż do utraty zmysłów, ale rzecz jasna pracował nad tym przez cały czas, jaki mógł poświęcić tej sprawie, a jednocześnie kazał pani Pomfrey przygotowywać lekarstwa dla Lily i dbał o to, aby Harry zbyt wcześnie nie utracił chroniącej go magii miłości.
„Miłość to potężna magia – pomyślał Dumbledore. Zdołała obronić małego chłopca przed śmiercią z rąk tego, którego imienia nie wolno wymawiać".
Po tych przemyśleniach Dumbledore ruszył przez pokątną, bo w czasie tych przemyśleń zdążył się na niej aportować. Zdawać by się mogło, że nie jest możliwa teleportacja z natłokiem myśli w głowie, ale jak wszyscy wiedzą, dla Dumbledore'a nie ma rzeczy niemożliwej, poza zabiciem Lorda Voldemorta oczywiście, przynajmniej na razie.
„Jeśli uda mi się wymyślić jakiś sposób, to Harry nie będzie musiał sobie zaprzątać tym głowy – pomyślał".
Gdyby wiedział, że Syriusz myślał tak samo, pewnie podjąłby inne środki, aby zapobiec temu, co się miało stać już niedługo. Ale przecież gdyby to wiedział, to wcześniej rozprawiłby się z Tomem Riddle'em. Nie wszyscy ludzie zdołali posiąść dar jasnowidzenia jak ta, która wypowiedziała wielką przepowiednię. Po wejściu do dziurawego kotła Ku niemu od razu ruszył Tom, aby się z nim przywitać i zapytać, czy napije się czegoś lub czy chce wynająć pokój. Dumbledore grzecznie odmówił, po czym zapytał czy nie ma tu Harry'ego. Bo dla Dumbledore'a to, że Harry mógł tutaj przebywać było logiczne. Gdzie mógłby się udać, skoro nie było go ani w norze, ani w kwaterze głównej? Tom udzielił mu informacji i Dumbledore ruszył pod wskazany numer pokoju. Gdy już doszedł, kulturalnie zapukał do drzwi i gdy usłyszał, że może wejść, przestąpił próg i rozejrzał się. Ze zdumieniem zauważył, że chłopak musiał być tu już jakiś czas, bo panował wszędzie bałagan bardzo charakterystyczny dla nastolatka.
- profesorze Dumbledore – Harry skinął głową. – Co pana tu sprowadza?
- Ty, mój chłopcze – odpowiedział Dumbledore. – Chciałbym zabrać cię do kwatery głównej. Myślę, że ucieszysz się z tego, co tam zastaniesz.
- A co mogę tam zastać! – Wybuchnął Harry. – Syriusz nie żyje. I przez kogo to? Oczywiście przeze mnie! Bo ja muszę mieć te głupie wizje, nikt, tylko ja!
- Ależ spokojnie, mój chłopcze – odpowiedział jak zwykle opanowany Dumbledore. – Przecież powiedziałem, że ucieszysz się z tego, co tam zastaniesz. Myślę, że powinienem nawet rzucić na Ciebie zaklęcie…
- Żadnych zaklęć!
- które uchroni cię od zawału serca – dokończył niezrażony wybuchem chłopca Dumbledore.
- Co? To jest takie?
- pewnie, że jest. Nie powoduje ono żadnych skutków ubocznych, także nie masz się o co martwić. – Wyjaśnił Dumbledore.
Dumbledore był zaskoczony. Nie licząc ostatniej akcji po eskapadzie do ministerstwa magii, która zakończyła się teoretyczną śmiercią Syriusza i niektórymi tylko sytuacjami, w których Harry'ego bolała blizna, chłopak nie zwykł żalić mu się ze swoich problemów.
Harry bardzo niechętnie dał się namówić na wyjście ze swego przytulnie urządzonego pokoju w dziurawym kotle na Grimmauld Place, ponieważ z tym domem miał tylko smutne, przynajmniej dla niego w tym czasie wspomnienia. Postanowił jeszcze zadać Nurtujące go pytanie Dumbledore'owi, który może znać na nie odpowiedź.
- Profesorze Dumbledore? Dlaczego zabijanie przychodzi mi z taką łatwością?
- Cóż – odrzekł Dumbledore. – Myślę, że będziemy musieli przeprowadzić poważną rozmowę. Za dużo rzeczy przed tobą ukrywałem Harry, ale postanowiłem, że koniec już tajemnic. Skoro masz pokonać Lorda Voldemorta musisz wiedzieć o wszystkim, co cię do zwycięstwa nad nim przybliży.
- W takim razie – odezwał się ponownie Harry – co jest tego przyczyną?
- Nie tutaj, chłopcze, nie tutaj. Udamy się najpierw do mojej rezydencji, a tam się wszystkiego dowiesz.
- Wszystkiego? – Zapytał Harry. Miał pewne obawy co do tego, co znaczy dla Dumbledore'a słowo wszystko.
- Powiedziałem, że dość tajemnic, to dość tajemnic – uciął dyskusje Dumbledore. – Złap mnie za ramię, będziemy się teleportować.
- Ja nie mogę się teleportować. – Zauważył Harry.
- Teleportujemy się we dwóch – powiedział Dumbledore. – Teleportacja łączna.
Harry złapał za ramię Dumbledore'a i obaj znikli z ulicy Pokątnej z głośnym trzaskiem, bowiem Dumbledore nie miał już ani chęci, ani siły na bezdźwięczną teleportację, przynajmniej tego wieczora.
Harry wiedział, że teleportacji nie polubi, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że będzie musiał się jej nauczyć jak najszybciej, ponieważ po tym, co się dowiedział od Dumbledore'a wreszcie był świadom, że nie będzie mógł w każdej chwili polegać na zakonie, który w momencie jakiegoś niespodziewanego wydarzenia uchroni go przed atakiem śmierciożerców. Właśnie znajdowali się przed drzwiami Grimmauld Place 12. Dumbledore jednak nie miał zamiaru wpuścić Harry'ego do środka tak od razu. Musiał przekazać mu jeszcze jedną bardzo ważną informację, bez znajomości której Harry nie powinien wchodzić do środka.
- Zanim wejdziemy, chciałbym przekazać ci jeszcze jedną, bardzo ważną informację. Otóż w kwaterze głównej znajdują się 4 osoby, których nie znasz, w tym jedna, którą miałeś okazję widzieć tylko na zdjęciach. Trzy osoby są nowymi uczniami, którzy zapewne dołączą do Gryffindoru. Chociaż z tego, co mi wiadomo ekipa Gryffindora tego roku znacznie powiększy się o osoby w twoim wieku. – Powiedział Dumbledore.
- Co pan ma na myśli? – Spytał Harry, po czym ukradkiem potarł skronie. Z jakiegoś powodu nagle rozbolała go głowa.
- To nie jest nic tajnego, ale dowiesz się we wrześniu – odparł Dumbledore i otworzył drzwi zachęcając Harry'ego do wejścia do środka.
Wnętrze domu przy Grimmauld Place 12 jak zwykle nie nastrajało optymistycznie, lecz Harry zdążył się do tego przyzwyczaić. Po chwili jednak stwierdził, że coś mu się nie zgadza. Co na wieszaku robił płaszcz Syriusza, który, jak Harry dobrze pamiętał, Syriusz miał na sobie w tę pamiętną noc w ministerstwie Magii? Harry nie wiedział, co ma myśleć. Dumbledore kazał mu przejść do salonu na pierwszym piętrze skąd dochodziły dość dziwne odgłosy jak na ten dom i ten okres, bo ktoś się tam śmiał. Śmiał to mało powiedziane, ktoś zapewne właśnie w tym momencie płakał ze śmiechu podczas, gdy Harry przypominał sobie wszystkie chwile spędzone w tym domu z Syriuszem, a których przecież nie było wcale tak wiele. Przypomniał sobie ten mroczny czas, gdy Pana Weasleya pogryzł wąż Voldemorta i gdy przybyli właśnie na Grimmauld Place. Przypomniał sobie, jak bał się przyznać wszystkim, że to on był tym wężem, bo bał się reakcji ich wszystkich, a co najważniejsze, przypomniał sobie grobową atmosferę, jaka panowała w tym miejscu po ich przybyciu. A teraz? Teraz jakieś śmiechy, stuki, dziwne nawoływania, jakby ktoś więcej niż jedna osoba zamieszkiwał ten dom, a przecież od śmierci Syriusza nie powinno być tu w zasadzie nikogo, nie licząc osób, które zbierały się na najbliższe zebranie zakonu, a przecież zebrania chyba teraz nie było, bo tam się raczej nikt nie śmiał. Zazwyczaj omawiane były sprawy związane z bezpieczeństwem świata magicznego, które wcale nikogo nie śmieszyły. Po udaniu się na górę i otworzeniu drzwi do salonu Harry stanął jak wryty. Po podłodze ze śmiechu tarzał się Syriusz, który powinien nie żyć, a na kanapie przed kominkiem siedział jego nieżyjący ojciec. Mało tego, jacyś trzej nieznani mu zapewne w jego wieku chłopcy również tarzali się po podłodze ze śmiechu. Na stoliku stała cała masa opróżnionych butelek raczej nie po piwie kremowym, bo tamte wyglądały inaczej. Dumbledore popchnął lekko Harry'ego, aby ten wszedł do pokoju i sam wszedł za nim, machnął różdżką, a wszystko było już w porządku, tzn. nie było butelek. Cztery osoby nadal tarzały się ze śmiechu, a piąta nadal siedziała na kanapie i z uśmiechem patrzyła na to przedstawienie. Harry zdążył jeszcze pomyśleć, z czego oni się tak śmieją, zanim Dumbledore nie przemówił, a z każdym jego słowem, Harry'ego coraz bardziej bolała głowa.
- Moi drodzy. Zapowiedziałem, że niedługo wrócę, a więc jestem i przyprowadziłem ze sobą gościa.
Dumbledore machnąwszy ręką w kierunku Harry'ego usiadł w fotelu i wyczarował sobie puchar z niezidentyfikowanym płynem, po czym napił się z niego solidny łyk.
- któż by pomyślał, że nasz zacny poczciwy Albus Dumbledore, który sam za naszych czasów wlepił nam nie dwa szlabany będzie teraz z nami pił przy jednym kominku! – Powiedział James.
Dumbledore odchrząknął i wskazał Harry'emu miejsce obok swego ojca. Harry niepewnie podszedł i spoczął na wskazanym przez Dumbledore'a miejscu, jednak nic nie mówił. Nie udało mu się także powstrzymać grymasu bólu, który jak nieproszony, zabłąkany włos wpadający do oka pod wpływem wiatru, zagościł na twarzy Harry'ego. Nikt jednak tego nie spostrzegł Wszyscy byli zajęci czymś innym. Oczekiwali na reakcję Harry'ego na widok ich wszystkich.
- będziesz tak siedział, Harry? Nie przywitasz się z tatą? – Spytał Dumbledore.
- eee… - wyjąkał Harry. – Cześć…
James uśmiechnął się i uścisną wyciągniętą przez Harry'ego dłoń.
- Pewnie nie tak wyobrażałeś sobie zapoznanie ojca z synem – mruknął Syriusz nadal krztusząc się ze śmiechu. – Ale spokojnie, jeszcze się do siebie przyzwyczaicie i nie będzie was można rozróżnić!
- ha ha, bardzo śmieszne – powiedział zdenerwowany Harry. – Przecież ja się tego nie spodziewałem i zapewne gdyby nie to zaklęcie, dostałbym zawału serca albo jakiegoś porażenia mózgu, i musielibyście mnie oddać do Św. Munga na przymusowe leczenie, które zapewne nigdy nie miałoby końca, więc i oddawanie mnie tam też nie miałoby sensu.
- a coś ty tak pesymistycznie nastawiony do świata, Harruś – spytał jeden z tych nowych, który Harry'emu wydawał się bardzo znajomy. Gdzieś w głowie świtała mu myśl, że przecież to jest jego przyjaciel i zna go od dawna.
Po chwili rozległ się jeszcze głośniejszy śmiech Syriusza.
- Harruś, ha, ha, dlaczego ja na to nie wpadłem?
- Nie jestem żaden Harruś, tylko Harry, a tak w ogóle to skąd mnie znasz? – Spytał Harry.
- Ciebie nie da się nie znać – powiedział ten sam, co wcześniej nazwał Harry'ego Harrusiem. - Jesteś przecież złotym chłopcem Dumbledore'a i wybrańcem. Ups, sorka panie psorze, jak coś, to ja nie powiedziałem tego.
- Dobrze, Chris, udam, że tego nie słyszałem. A teraz może przedstawię Ci naszych nowych uczniów. Ten, który powiedział do Ciebie Harruś, swoją drogą całkiem ciekawie to brzmi, nazywa się Christopher Night, ale mówi, że nie znosi swojego imienia i żeby mówić do niego longmen. Tamten to Herbert Backfield, i jest nieziemsko przystojny jak sam zauważyłeś. Natomiast ten…
- Michael – powiedział ten podając Harry'emu dłoń.
- No właśnie. – Dokończył uśmiechnięty Dumbledore. - To co, ja może was zostawię?
- ależ zostań Albusie – powiedział James. – Napijemy się, pogadamy jak starzy kumple, nie rozmawialiśmy przecież tyle lat!
- faktycznie starzy, chociaż Ty wcale nie jesteś taki stary – powiedział radośnie Dumbledore. – Zdaje mi się, czy masz teraz dwadzieścia jeden lat?
- Nie, trzydzieści sześć. – Odparł James.
- No tak, ale w sumie nie wyglądasz na tyle. Lily przecież też nie…
Dumbledore ze smutkiem zaczął uświadamiać sobie ponownie, ile tym młodym ludziom odebrano w przeszłości.
- Ja jednak już pójdę, a Ty Harry porozmawiaj sobie z ojcem. Nie widzieliście się przecież tyle lat! Poopowiadaj mu o tym wszystkim, o czym nie powiedziałeś mi podczas naszej rozmowy. A jutro zapewne pójdziecie na pokątną i odwiedzić twoją Matkę. Są przecież twoje urodziny! – Powiedział Dumbledore i wyszedł.
Harry, gdy już trochę poznał się ze swoim ojcem stwierdził, że wcale nie jest on taki jak o nim mówił Snape. Był bardzo inteligentnym, mądrym człowiekiem z wyjątkowo rozwiniętym poczuciem humoru. Np. gdy podczas jednej z dziwniejszych akcji, gdy Herbert prawie z płaczem wyciągnął ze swej torby coś, co przypominało książkę, ale było większe. Później się okazało, że jest to laptop, czymkolwiek on by nie był. Po włączeniu go jednak się okazało, że nie ma jakiegoś Internetu, więc Herbert stwierdził, że jedzie do domu. Następnie uświadomił sobie, że do domu nie pojedzie, a jeszcze później, że jak nie ma Internetu to nie ma też Facebooka, czy czegoś takiego, przez co wpadł niemalże w furię, na co ojciec Harry'ego rozładował atmosferę trafnym stwierdzeniem, że jak nie ma teraz to na pewno kiedyś się pojawi, i już wszyscy byli zadowoleni. Herbert z myślą, że jak teraz nie ma Internetu, ale kiedyś będzie i będzie Facebook, a Syriusz jak zwykle się śmiał.
- Co go dzisiaj napadło? – Spytał tatę Harry.
- Nasz kochany Syriuszek trochę przesadził z ognistą – powiedział James. – Dlatego pamiętaj Harry, dobrze ci radzę, pij jak najwięcej!
- Kremowe piwo chyba – mruknął Harry. – Nikt mi nie sprzeda.
- To już moja w tym głowa, żebyś miał to, co w danym momencie potrzebujesz – stwierdził James. – A teraz trzeba iść spać, jest już… O na Merlina, 2 w nocy… Wszystkiego najlepszego!
Gdy Harry się obudził była dopiero godzina siódma. Chociaż raczej trafniejsze byłoby stwierdzenie, że został obudzony, gdyż na niego zostało wylane całe wiadro wody. Za tym stali, bo jakże by kto inny, Chris, Herbert i Michael. Harry miał ochotę ich zabić, ale wolał się powstrzymać i iść spać. Przecież były jego urodziny! Gdy już wszyscy wstali postanowili udać się na pokątną tak, jak to było w planach, Następnie do Św. Munga a potem z powrotem wrócili na Grimmauld Place by świętować w zaciszu domowego wnętrza. Chociaż może nie koniecznie zaciszu, bo do późnych godzin nocnych po całym domu rozlegały się przeróżne śpiewy i hałasy.
***
- Nie powiedział mu – powiedział cicho James do Syriusza.
Przyjaciele siedzieli w salonie, popijając ognistą Whisky i wspominając niedawną imprezę urodzinową Harry'ego. Musieli to przyznać, że dawno nie bawili się tak doskonale. Obaj mężczyźni byli bardzo szczęśliwi. Szczęście to jednak nieco przytłumiała świadomość o kolejnym kłamstwie Dumbledore'a. Jeszcze przed przybyciem Harry'ego z Dumbledore'em na Grimmauld Place trzydziestego lipca, Chris, Herbert i Michael powiedzieli Syriuszowi i Jamesowi o tym, jak dużą krzywdę Harry'emu wyrządził ich dawny mentor i przyjaciel. Syriusz mocno się o to obwiniał. Miał świadomość, że nie mógł zaopiekować się Harrym w tamtym czasie, gdyż siedział w Askabanie. James natomiast obwiniał się za to, ze zaufał złej osobie, przez co stracił tyle lat z życia swego syna.
- Nie mam pojęcia, co temu człowiekowi znowu chodzi po głowie – odezwał się po chwili milczenia Syriusz. – Nie wiem, co ty o tym myślisz, jednak ja mam zamiar o wszystkim mu opowiedzieć.
James westchnął cicho.
- Może moglibyśmy spróbować zdjąć z niego to zaklęcie? – spytał z nadzieją patrząc na Syriusza. – Twoja rodzina przecież od pokoleń należała do jednych z najlepszych legilimentów.
- Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – odrzekł Syriusz lekko zrezygnowany. – Nie wiemy nawet, jakiego typu zaklęcia użył Albus. Kombinując coś możemy jeszcze bardziej zaszkodzić.
- Może masz rację. Chciałbym jednak powiedzieć mu o tym wszystkim.
- Tak – zgodził się Syriusz. – Chociaż nie wiem, czy i to jest dobry pomysł. Zobacz jaką relację zbudował z Dumbledore'em. Nie wiem, czy znów możemy nadszarpnąć zaufanie chłopaka do Starego.
- Chyba będziemy musieli – odparł James. – Mój syn powinien wiedzieć to wszystko.
***
Ta noc była wyjątkowo mroźna jak na pierwszego sierpnia. Zazwyczaj pierwszego sierpnia temperatura w nocy nie spadała poniżej pięciu stopni, jednak tej nocy było inaczej. Temperatura wynosiła zaledwie 1 stopień i z minuty na minutę robiło się coraz zimniej. Ostatni przechodnie na londyńskich ulicach spieszyli w kierunku swoich domostw, a sznur samochodów ciągnął się w nieskończoność. Londyn nie spał nawet nocą. Gdyby ktoś teraz otworzył okno stwierdziłby, że jest zima, a nie lato. Latem przecież nie było tak mroźnie. Temperatura spadła do tego stopnia, że na stojących na parkingach samochodach zaczął osadzać się lód, a na trawnikach szron. Nikt nie wiedział, ale był to pierwszy etap planu realizowanego przez Lorda Voldemorta, który miał na celu zdobyć władzę nad światem ponad wszystkie czasy. Ostatniego wieczoru, gdy Harry i jego przyjaciele a także Ojciec świętowali urodziny Harry'ego, Voldemort zakończył pracę nad pierwszym z wielu zaklęć działających na nieograniczony obszar. Voldemort nie wiedział jednak, że to zaklęcie zużyje olbrzymią część jego mocy, i że samo doprowadzenie się do porządku zajmie mu tak wiele czasu. Gdyby to wiedział, na pewno postąpiłby inaczej. Ale przecież Lord Voldemort był mimo wszystkich swych złych występków tylko człowiekiem, a człowiek na błędach się uczy, toteż Lord Voldemort nic sobie nie robił z tego, że z minuty na minutę robił się coraz słabszy. Jego żądza przejęcia władzy nad światem była tak potężna, że nie straszne mu było stracenie mocy na pewien czas. Nie pomyślał także wtedy o Dumbledorze, który na pewno wykorzysta tą chwilę nieuwagi i przechyli szalę zwycięstwa w nadchodzącej wojnie na swoją stronę. Było już -20 stopni i z minuty na minutę robiło się coraz zimniej. Nagle na całym świecie pojawiła się mgła. Mgła, jakiej nie widziano nigdy wcześniej. Mgła, w której kotłowały się jakieś dziwne kształty zabijające na swojej drodze wszystko, co popadło. Nigdzie nie było ratunku. Żadne zaklęcia, przynajmniej tak myślał Voldemort, nie uchronią nikogo przed tym kataklizmem, który nieuchronnie wisiał nad światem tej nocy. Tej straszliwej nocy, którą wiele czarodziejów zapamięta do końca swego życia, choć nie wiadomo jak usilnie próbowaliby pozbyć się tych wspomnień z głowy, to one i tak powrócą. Powrócą i będą ich gnębić do końca życia. Minęła godzina, dwie, cztery, robiło się coraz zimniej i zimniej. Po czterech godzinach i piętnastu minutach wszystko się skończyło, jednak świat nie był już taki, jakim go zapamiętali ludzie. Rośliny poumierały, drzewa pousychały, zwierzęta wyginęły. A przecież był środek lata! Lord Voldemort opadł wyczerpany na podłogę i stracił przytomność, a śmierciożercy nie wiedzieli co się stało i uciekli.
- Albusie! – Minerwa McGonagall wpadła do gabinetu dyrektorskiego w Hogwarcie łapiąc oddech tak łapczywie, jakby biegła przez całe błonia bez najmniejszej przerwy. – widzisz to, co się dzieje? – spytała wskazując dłonią okno.
- Widzę, moja droga, widzę – odparł Dumbledore. – jednak nie wiem, co obecnie mógłbym z tym zrobić, poza przeczekaniem tego. Na pewno kiedyś mu się znudzi.
- mu? – spytała Minerwa.
- To jest jeden z planów Lorda Voldemorta. Pamiętam, że Severus coś mi o tym powiedział jeszcze zanim wyrzuciłem go z zakonu.
- Wyrzuciłeś Severusa z zakonu? – spytała nie dowierzając w to co słyszy Nauczycielka transmutacji. – w takim razie kto nam będzie teraz dostarczał informacje o posunięciach tego, którego imienia nie wolno wymawiać?
- Zrobiłem to dla dobra ogółu – powiedział Dumbledore. – Severus dostał bardzo trudne zadanie, do którego będzie potrzebował wiele ciszy i spokoju, dlatego też postanowił sam dobrowolnie zrezygnować z nauczania w Hogwarcie.
Zaskoczenia Minerwy nie dało się opisać. Severus nigdy przecież nie rezygnował z niczego dobrowolnie, tak jak przed laty nie zrezygnował z dołączenia do śmierciożerców. Po pewnym czasie, w którym żadne z nich nie wypowiedziało żadnego słowa, odznaka Dumbledore'a zawibrowała sygnalizując połączenie przychodzące.
- To od Jamesa – powiedział Dumbledore. – zwołam zebranie. Na Grimmauld Place dostaniemy się kominkiem. Bądź gotowa za 15 minut.
- oczywiście. – powiedziała Minerwa.
- Syriusz! – rozległ się krzyk Jamesa. – Syriusz! Szybko!
- Rogacz, czy ty musisz budzić mnie w środku nocy? – spytał zaspany Syriusz. – Gdzie jest tak w ogóle ten lek na kaca?
- Nie gadaj do mnie jak jesteś w innym pokoju – odpowiedział James. – nie lubię mówić do ciebie przez ścianę, a nawet przez podłogę i jeszcze jedną podłogę!
Syriusz nie mógł nic poradzić, musiał zwlec się z łóżka i zejść do salonu, aby rozmówić się z rogaczem na temat budzenia go w środku nocy. Ubrał na siebie pierwszą lepszą koszulkę i jakieś spodnie, po czym ruszył na dół po drodze mijając zaspanego Harry'ego, Herberta, Chrisa i Michaela, którzy byli czymś przestraszeni i o czymś zawzięcie dyskutowali. Syriusz nie był jednak tym zainteresowany, toteż zignorował ich kompletnie i podążył do salonu.
- i co się drzesz? – spytał Syriusz Jamesa. – Nie widzisz, że śpię?
- Skoro tu zszedłeś – odparł James uśmiechając się do wchodzącego Syriusza – to oznacza, że najwyraźniej nie śpisz. I bardzo dobrze. Zobacz, co się dzieje na zewnątrz.
Syriusz wyjrzał przez okno i…
- Co jest! – wykrzyknął. – gdzie się podział trawnik!
- Nie chciałem cię budzić. To wydarzyło się już jakiś czas temu. Siedzę sobie na kanapie, aż tu nagle patrzę, a szyba zaczyna pękać pod wpływem niskiej temperatury na zewnątrz. Musiało być z -50 stopni, bo przecież ta szyba została kilkukrotnie wzmacniana zaklęciami, więc tylko przy nadzwyczaj niskiej temperaturze mogła zacząć pękać.
- Rogaczu mój kochany, przecież mamy lato – zauważył Syriusz. – na zewnątrz może być minimalnie 10 stopni, ale nie -50! Coś musiało ci się pomylić po tej wieczornej popijawie.
- Nic mi się nie pomyliło. Gdy już temperatura wyniosła ok. -60 stopni…
- ta, może jeszcze -100? – spytał drwiąco Syriusz. – A ja jestem Albus Dumbledore.
- Pojawiła się dziwna mgła, której nie byłem wstanie zidentyfikować i się obijała o tą pękniętą szybę, a gdzieś głęboko w tej mgle poruszały się jakieś dziwne kształty, które rozwaliły trawnik. – dokończył James nic sobie nie robiąc z dziwnego nastawienia Syriusza. Przed laty przywykł do tego, że Syriusz nie wierzył we wszystko co mówił, a potem się okazywało, że James miał racje. Taki już był Syriusz, i James właśnie za to go lubił i cenił, że nie jest łatwowierny. Ale swoją drogą Jamesowi przecież powinien wierzyć, bo byli przyjaciółmi przecież już tyle lat! Natomiast za oknem znów zaczął się horror.
- Ha! – wykrzyknął James. – miałem rację!
Syriusz był zaskoczony. To, co się działo na zewnątrz przekraczało ludzkie pojęcie i najśmielsze wyobrażenia Syriusza. Spadającą temperaturę można było zauważyć patrząc na magiczny termometr, który nie był tylko termometrem, bo pokazywał jeszcze ciśnienie, wilgotność powietrza itd. W tej chwili ciśnienie wynosiło 1080 milibarów i rosło, temperatura spadała i wilgotność rosła. Syriusz zastanawiał się, co to za zaklęcie. Nie znał go, a Syriusz był doświadczonym czarodziejem i znał bardzo wiele zaklęć, więc jeśli czegoś nie znał, to musiało być to albo zaklęcie czarno magiczne, którymi Syriusz gardził, albo musiało powstać zasadniczo niedawno np. wtedy, gdy Syriusz był za zasłoną.
- Chłopaki! Chodźcie do salonu! – zawołał James. – ogłaszamy stan najwyższego skupienia!
Po chwili w salonie zaroiło się od fruwających piór, strzępków pergaminu i innych dziwnych niezidentyfikowanych przedmiotów. Sprawką tego zamieszania była jak zwykle nasza trójca.
- Czy wy się możecie wreszcie uspokoić! – stracił cierpliwość Syriusz. – ileż można zachowywać się jak gówniarze!
- Do końca życia! – odkrzyknął Chris.
- W takim razie możesz wrócić z powrotem na górę, bo nam tu się przyda tylko ten, który potrafi myśleć racjonalnie i nie zachowuje się jak debil – powiedział wściekły Syriusz. – twoje zachowanie przekracza wszelkie granice.
- No co? – spytał zdezorientowany Chris. – przecież ja nic nie robię! Oni wcale nie są lepsi! A ty jak zwykle czepiasz się mnie!
- Przestań wrzeszczeć! – krzyknął Harry. – głowa mnie boli!
- i dobrze! Było tyle nie pić!
- A kto mi ciągle polewał? – spytał Harry.
- A kto ciągle wypijał? – spytał Chris.
- Ta dyskusja jest bez sensu. Idę spać – stwierdził Herbert, po czym wyszedł z salonu.
- spójrzcie za okno – przerwał kłótnie bezceremonialnie James. – widzicie to, co ja?
- Jak Syriusz szedł na dół próbowaliśmy go zatrzymać i mu to powiedzieć, ale tak pędził, że nie zwrócił na nas uwagi – powiedział uskarżając się Chris. – a przecież tak się staraliśmy!
- Jakbyście się starali to by wam się udało – powiedział Syriusz.
- Powiadomię Dumbledore'a – powiedział James i wyciągnął z kieszeni odznakę zakonu, która umożliwiała bezpośrednią komunikację ze wszystkimi jego członkami niezależnie, gdzie się znajdowali i jakie czynności obecnie wykonywali. Miało to rzecz jasna swoje plusy i minusy, ale Dumbledore przewidział to, więc było można uaktywnić różne zabezpieczenia uniemożliwiające takie operacje. James skontaktował się z Dumbledore'em, który rzecz jasna już o wszystkim wiedział, a Dumbledore zwołał zebranie zakonu, które miało mieć miejsce już za piętnaście minut w jadalni.
Nigdzie nie można się ruszyć. Wszędzie ta straszliwa mgła, zimno i ciemno. Laura miała tego dość. Nie lubiła zimnych nocy, a zwłaszcza, że przecież były wakacje i nie miało prawa być tak zimno i jeszcze ta dziwna mgła… Laura wzdrygnęła się i nakryła się cała kołdrą.
- to ci nic nie da, maleństwo – usłyszała nad sobą męski głos. – Przed potępioną duszą i przeznaczeniem nie da się obronić.
- Kim jesteś? – spytała przerażona.
- Jestem tobą. – odparł głos gdzieś w jej wnętrzu. – Jestem twoim najskrytszym lękiem, najgłębszym pragnieniem i największym strachem.
Laura zaczęła się zastanawiać, czy wczorajsza imprezka u znajomych nie zaowocuje długotrwałym szaleństwem. Stwierdziła w myślach, że będzie musiała następnego dnia, o ile go oczywiście dożyje, udać się na dogłębne badania psychiatryczne. Przecież nikt normalny nigdy nie rozmawiał sam ze sobą. Chociaż w świecie, na którym przyszło jej żyć, widziała już dziwniejsze rzeczy, jednak z czymś takim nie spotkała się nigdy.
- Jesteś gotowa, by zginąć? – spytał ponownie głos, przyprawiający Laurę o ciarki w każdym możliwym miejscu.
- Jestem jeszcze za młoda na śmierć – załkała Laura. – Chciałabym mieć dzieci i…
Usłyszała w głowie śmiech szaleńca.
- Nie będziesz nigdy mieć dzieci, dziecinko. Twoim przeznaczeniem jest umrzeć w imię większego dobra. W przeciwnym razie wszyscy zginą.
***
Gdy Laura trochę się uspokoiła uświadomiła sobie, że jutro wszystko będzie inne. Jedyną jej myślą teraz było to, aby jak najszybciej się dostać do szkoły, z której list dostała przed tygodniem. W kopercie przyszły również jej wyniki egzaminów, kończących pierwszy etap nauki. Wtedy zastanawiała się, co ona niby tam będzie robić, bo w zasadzie jakiegoś planu na życie jeszcze nie miała. Z tego, co wyczytała, że z takimi wynikami, jakie udało się jej osiągnąć, może być w zasadzie kimkolwiek by chciała, co jej nie ułatwiało wyboru.
„NO cóż, byle do pierwszego – pomyślała i zasnęła".
Mgła za oknem zaś gęstniała i gęstniała, a dziewczyna, choć chciała się obudzić przez dręczące ją koszmary, nie była w stanie tego zrobić.
