Następnego ranka Harry obudził się w znacznie gorszym humorze niż dzień wcześniej. Nie miał ochoty na żarty, ani wygłupy ze swoimi kolegami, jednak oni mieli zupełnie inne plany.
- I jak tam, Barry? – spytał Chris.
W pokoju nastało przejmujące milczenie. Nikt nie chciał przerwać ciszy. Każdy z niecierpliwością czekał na odpowiedź Harry'ego, jednak on cały czas milczał. Po chwili Chris zniecierpliwił się i klepnął go w ramię.
- Trotter
- O kim Ty mówisz? – warknął Harry.
- Oj, Barry, Barry… Jaki ty jesteś głupi. Kobiety takie są. Raz tak, a raz nie. Raz chcę do Ciebie, a raz spieprzaj, zboku. Sam nie raz miałem takie same problemy, więc teraz po prostu je zdobywam, dla samego zdobycia. To jest o wiele bardziej przyjemne niż związywanie się z jedną na stałe. Popatrz tylko, same korzyści! Jak Cię jedna nie chce, to zawsze masz drugą, trzecią no i zapewne czwartą. Zauważ jeszcze, że dziewczyny w XXII w. są bardzo chętne!
- Ale ja jej nic nie zrobiłem! I w ogóle co ty wygadujesz! Nie wiedziałem, że jesteś takim idiotą.
- Trotter, Trotter… Przecież sobie żartowałem, sztywniaku jeden!
- Nie jestem żaden Trotter, Barry, Harruś, Pottuś, Barry Trotter ani Twoje inne dziwne wymysły!
- Oj, Harruś, Harruś… – powiedział Chris i pogłaskał Harry'ego po głowie.
- Weź łapy!
- Nie!
- Zabieraj!
- Nie!
- Znowu się drzesz? – spytał Herbert. – Ludziom spać nie dajesz. Mam dość waszych wrzasków! Całę szczęście, że już za dwa dni wyjeżdżamy stąd i będę miał święty spokój.
- Nieee, Herbi. Tam będziesz wstawał jeszcze wcześniej! Przecież będziemy musieli tworzyć jakieś radosne wydarzenia, a ty spać będziesz? Ooo nie nie nie! – wrzasnął Chris i rzucił się na Herberta zabierając mu kołdrę.
- Oddawaj to! – wrzasnął Herbert.
- Nie krzycz na mnie!
- To oddaj mi moją kołdrę!
- Patrz, już jest dziesiąta. Trzeba wstawać!
- Niee. Wszystko mnie boli.
- Było trzeba wczoraj tak nie targać – wtrącił się do rozmowy Michael. – Wstawaj i nie jęcz.
Herbert nie miał innego wyjścia. Z niezadowoloną miną zwlókł się z łóżka i poszedł do łazienki, by wykonać codzienne poranne czynności. Przemył twarz i wrócił do pokoju.
- Złazimy na dół? – spytał.
Nikt mu nie odpowiedział, jednakże wszyscy jednocześnie ruszyli w stronę drzwi. Wiadome było, że przecież w czterech się nie przecisną przez nie, toteż zaczęli się przepychać. Jakimś cudem jako pierwszy wyszedł Chris, któremu udało się przepchnąć nie przykładając do tego zbyt wielkiej siły. Gdy już zeszli na dół i udali się do jadalni. Spotkali w niej jedynie Syriusza czytającego przy stole proroka codziennego.
- Umarł ktoś znany? – spytał Harry.
- Na Merlina! Ale mnie przestraszyłeś. Nieee, tylko to samo, co wczoraj. Wszyscy zastanawiają się co się stało z ministrem. Voldemort nie wychyla nosa ze swojej dziury.
- Ciekawe co się z nim stało – spytał Chris.
- A co, już za nim tęsknisz? Mnie tam go wcale nie brakuje. – powiedział Harry. – Chociaż to dziwne, bo od kilku tygodni wcale nie boli mnie blizna.
- To dość niepokojące – powiedział Syriusz. – Jakby cie bolała blizna, to byśmy przynajmniej wiedzieli, czy coś kombinuje czy nie.
- Może sam siebie zabił? – spytał z nadzieją Harry.
- Taa, na pewno. Czarny pan zabijałby sam siebie… A to dobre. – zaśmiał się Syriusz.
- No co! Ta mgła na pewno nie należała do najłatwiejszych zaklęć. Nawet chyba Dumbledore nie wie co to jest.
- Skąd to wiesz? – spytał zaniepokojony Syriusz.
- Sam mi powiedział jakieś dwa tygodnie temu. – odparł Harry.
Syriusz uspokoił się.
- Już myślałem, że znów kombinujecie coś żeby podsłuchiwać zebrania zakonu – zażartował. – Całe szczęście, że nie.
Syriusz nie wiedział, że chłopaki i tak wiedzą wszystko. Nawet wszystko to, o czym się nie mówiło prywatnie.
- Oj Łapciu… I tak wszystko wiem – powiedział radośnie Chris.
Syriusz się przeraził.
- Co wiesz!
- Np to, że obwiniasz się za coś, co zrobiłeś 15 lat temu.
Syriusz nie miał zamiaru dyskutować na ten temat z Chrisem. Obaj z Rogaczem pracowali nad pewną rzeczą i dzisiaj właśnie nadszedł dzień wyjazdu.
- Dobra, bachory. Co wy na to, aby udać się nad morze? – spytał. – Od razu mówię, że nie przyjmuję odmownych odpowiedzi!
- Jakie? Jakie? – pytał podskakując Chris.
- Ciepłe – stwierdził wchodzący do jadalni James. – Na pewno wam się spodoba. Byłem tam z Lilką w podróży poślubnej.
- Ahhh, jakie to słodkie – stwierdził Michael.
- Ty to siedź Cicho! – wrzasnął Chris. – Tobie to wiecznie coś nie pasuje!
- Jakby jechała z nami Kate, to by mi pasowało! – odkrzyknął Michael.
- Możemy po nią wpaść – stwierdził Syriusz – pakujcie się i jedziemyyyyy!
- Musimy pogadać, stary – powiedział Chris podchodząc do Michaela. Zauważył jednak, że ten nie jest wcale chętny do rozmowy, jednak Chrisa to nie obchodziło. – Słuchaj, wiem, że jesteś wściekły itd. ale musimy pogadać o Potterze. On musi się o wszystkim dowiedzieć.
Michael wzruszył ramionami. Nawet nie spojrzał na Chrisa, co go nieco zmartwiło.
- patrz na mnie, jak zamierzasz do mnie mówić – dodał.
- Nie obchodzi mnie Potter – stwierdził Michael. – Nie wszystko kręci się wokół jego wybranej do większych celów osoby. Są jeszcze zwykli ludzie, którzy zwyczajnie chcieliby się cieszyć życiem, ale właśnie przez niego nie mogą.
- Czyli Ty uważasz, że to właśnie przez Harry'ego ktoś coś zrobił tej Twojej nudnej Kate?
- Po pierwsze, ona nie jest nudna, a po drugie, tak właśnie uważam.
- Nie będę się z Tobą o to kłócił – stwierdził Chris. – Zwyczajnie nie mam na to czasu. Musimy wyjaśnić Harry'emu co się stało i co Dumbledore odwalił.
- Dopiero jak Syriusz i James zrobią coś z Kate – odparł Michael.
***
Kate nie była w najlepszym stanie, jednak Herberta to nie interesowało. Widział, jak Syriusz wniósł ją na magicznych noszach do kuchni, po czym prędko wezwał Jamesa. Zamknęli się w kuchni na długie godziny. Herbert nie mógł nawet iść się napić, bo za każdym razem, gdy chłopak próbował wejść do kuchni, Syriusz wrzeszczał na niego i wyrzucał go stamtąd. Za którymś razem Herbert klepnął się w czoło, wyczarował sobie jakiś pojemnik, po czym napełnił go wodą z różdżki. Chyba nikt dzisiaj nie miał tak złego dnia, jak Herbert. Nie miał pojęcia, co jego przyjaciel widzi w tej pustej dziewczynie. Ona przecież sama prosiła się o to, co jej się przytrafiło. Dla Herberta teraz ważniejszy był Harry, któremu przecież wszystko trzeba było wytłumaczyć. Blondyn nie chciał ponownie zdobywać zaufania Pottera. Już i tak wystarczająco czasu stracił na to na pierwszym roku.
***
- Uważajcie na siebie, kochaneczki – powiedziała z rozrzewnieniem pani Weasley ściskając każdego z nich. – A ty, moja kochana, trzymaj się tych chłopców. Oni cię ochronią, zobaczysz.
Kate uśmiechnęła się smutno.
- Taa, im tylko dowcipy w głowie.
- Zobaczysz, że mam rację. A Michaelowi naprawdę na Tobie zależy!
- Wybaczy mi pani, ale jakoś po ostatnim nie mam ochoty wchodzić w związki.
Kate uśmiechnęła się smutno do Pani Weasley i wsiadła do pociągu za chłopakami.
- Mogę usiąść z wami? – spytała Chrisa.
- Jasne! – odparł z radością Chris.
Poszukiwanie przedziału zajęło im chwilę. Po drodze napotykali wiele znajomych, którzy pragnęli choć przez chwilę z nimi porozmawiać. Wymienić się historyjkami z wakacji, poglądami na temat tego, co się dzieje obecnie w magicznym świecie i oczywiście, nie mogłoby być inaczej, porozmawiać o Quidditchu. W szczególności chłopcy byli zainteresowani rozmową na ten temat. Gdy już znaleźli sobie przedział i każdy wygodnie się rozsiadł, przyszedł do nich coroczny problem, czyli Draco Malfoy ze swoją elitą. Harry się wściekł. Myślał, że chociaż tę podróż spędzą bez tego idioty.
- Co, Potty, Nie zmieniłeś towarzystwa? – zagadnął Malfoy. – A już myślałem, że coś z Ciebie będzie. A ty siedzisz z tymi kochasiami szlam, tą szlamą i tym kimś, kto wygląda, jakby nie było jej stać na porządne ciuchy! Wiesz co, Chyba niżej niż Ty to już nikt nie upadnie.
Draco spojrzał na Kate i powiedział.
- Wiesz co, mała, jak mi zapłacisz, mógłbym ci załatwić jakieś lepsze ciuchy. To w czym chodzisz przestało być modne jakieś sto lat temu. Jak będziesz chciała, mogę Cię nawet przelecieć…
Malfoy nie zdążył dokończyć, ponieważ pięść rozwścieczonego Michaela zatrzymała się na jego podbródku. Siła uderzenia była tak wielka, że Malfoy wyleciał za drzwi i rozpłaszczył się na ścianie naprzeciw. Chris w tym samym momencie przytulał zapłakaną Kate mówiąc, że ta Fredka nie jest warta jej uwagi i nie ma się po co przejmować tymi słowami, bo jest piękną dziewczyną i nie potrzebuje niczego do tego, by przyciągać wzrok chłopaków. Harry zaś stał i gapił się na Malfoya z wyciągniętą różdżką. Szczerze nie chciało mu się zawracać sobie głowy Malfoyem, skoro Mike tak go urządził.
- A, Ale ja nie chce przyciągać wzroku chłopaków…
- Skoro wolisz dziewczyny…
- Zamknij się głupku – syknęła przez zęby i żartobliwie uderzyła go w ramię.
Chris skrzywił się i zaczął rozcierać swe Obolałe ramię.
- Jak mogłaś mi to zrobić! – chlipnął. – Ja cie tu próbuje pocieszyć,, a ty mnie bijesz!
- Ojej, straszne – powiedziała Kate. – Napisz do mamusi… Ona na pewno przyśle ci pudełko czekoladowych żab i wszystko będzie jak dawniej.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne. – powiedział smutno Chris. - A to ramie mnie tak boli…
- Pomasować? – spytała Kate uśmiechając się smutno.
- Dobra, już mi przeszło. A ty zamiast uśmiechać się smutno, lepiej uśmiechnij się radośnie i wyjrzyj za okno.
Kate opadła szczęka. Nigdy nie spodziewała się ujrzeć na oczy tak pięknego widoku. Promienie zachodzącego słońca w dziwny sposób wyjątkowo rozświetlały przestrzeń za szybą. Pociąg zbliżał się do stacji w Hogsmeade.
- Hej! – wykrzyknął zaskoczony Michael. – Już tu jesteśmy? Powinniśmy się przebrać!
- No co Ty nie powiesz. - Warknął Herbert.
- Przestań warczeć! – zawył Chris.
- Ciszej! – Miauknął Mike.
- Odbiło wam? – zaryczał Harry.
- Co się tu dzieje? – spytała zaniepokojona Kate.
- Aaaaaa, chyba nam odbiło. – stwierdził z uśmiechem Chris. – Hogwarcie, nadjeżdżamy!
***
Ceremonia przydziału właśnie dobiegła końca. Harry, Herbert, Chris i Michael a wraz z nimi Ron czekali z niecierpliwością na to, co się za chwilkę miało wydarzyć.
- Jest! – krzyknął Harry.
W tej właśnie chwili na sali rozległ się przerażający głos.
- Chris, Harry, Herbert, Michael i Ronald przedstawiają wam radosną nowinę! To, jest, basen!
Po tych słowach, rozbrzmiewających wyjątkowo strasznie, gdyż odbijały się od ścian i wysoko umieszczonego sufitu wielkiej sali, pomieszczenie zamieniło się w wielki basen wypełniony po brzegi ciepłą wodą, a wszyscy jakimś cudem mieli na sobie odpowiednie stroje do pływania, a co ciekawe, nikt się nie topił. Wszyscy zaczęli się radośnie bawić w wodzie, tylko Minerwa McGonagall Patrzyła na to z ustami zaciśniętymi w wąską linię, jednocześnie starając się utrzymać się w jednym miejscu. Gdy każdy już miał dość, Harry, Chris, Herbert, Michael i Ron powiedzieli jednocześnie: „Koniec psot!" i wielka sala wróciła do swojego dawnego wyglądu.
***
- Skoro nasi przyjaciele przywrócili już naszą salę do porządku, chciałbym teraz coś powiedzieć. – powiedział Dumbledore, a podczas gdy mówił jedzenie zniknęło z talerzy.
- Ej no – westchnął Ron – ja miałem zamiar jeszcze to zjeść! Jestem głodny!
- Ronald! – powiedziała Hermiona. – Zachowuj się!
- Oo, Hermi… Nie widziałem Cię…
- Bo ty nie widzisz nic poza swoim talerzem.
- Jak już powiedziała Tiara przydziału – kontynuował Dumbledore – musimy się zjednoczyć. Lord Voldemort rośnie w siłę i nic go nie powstrzyma. Byliście świadkami niesamowitego pokazu umiejętności, jaki miał miejsce na początku sierpnia. Lord Voldemort zabił wtedy bardzo wiele zwierząt, jak i roślin. Od pewnego czasu jednak Tom Riddle pozostaje w ukryciu. Przypuszczam, że stworzenie tej mgły kosztowało go wiele wysiłku.
- Wy też to widzieliście? – spytała przerażona Hermiona.
- No pewnie! – uśmiechnął się Chris. – Byliśmy wtedy na Grimmauld Place z j…
Harry szturchnął go w bok.
- Juuuuhuuuuu! Wreszcie Hogwart!
- Z kim byliście na Grimmauld Place? – spytała Hermiona patrząc na Chrisa badawczo.
- z Moim kotem, który nazywa się jamnik. – odpowiedział Chris.
- Harry, czy ty coś przed nami ukrywasz? – spytała Harryego Hermiona.
- No co ty, Hermiono, jakbym mógł?
- To powiedz mi, z kim byłeś na Grimmauld Place!
- Z kotem jamnikiem. – odpowiedział Harry wzruszając ramionami.
- Czy ty wiesz w ogóle co to jest jamnik? Jamnik to pies, a nie kot!
- Tak, ale to był taki kotopies. Albo piesokot, już sam nie pamiętam.
- Harry, co ty bredzisz? – spytała zaniepokojona Hermiona.
Tymczasem Dumbledore, jakby nigdy nic, kontynuował swoją przemowę.
- Jak dobrze wiecie, przedmioty kupione w Czarodziejskich Dowcipach Weasleyów są surowo zakazane, nie licząc (nie)lipnych różdżek, których zalecałbym używać. Dzięki nim, Ministerstwo nie będzie mogło zabronić wam rzucania zaklęć poza murami szkoły.
W trakcie kontynuowania przemowy Dumbledore'a, Harry z Hermioną zaczęli dyskusję, co było wyjątkowo dziwne. Hermiona bowiem nigdy nie pozwalała sobie na zakłócanie słów nauczycieli. Zawsze to ona powtarzała wszystkim słowa, które wypowiadał Dumbledore, czy też inny nauczyciel.
- Ej, dobra, dobra, gołąbeczki jedne! – ryknął Chris zapominając, że znajduje się w wielkiej sali, i że przemawia Dumbledore.
Profesor McGonagall obdarzyła Chrisa jednym ze swoich onieśmielających spojrzeń. Chris nic sobie z tego nie zrobił i uśmiechnął się do niej. McGonagall zmarszczyła gniewnie brwi.
- Spokojnie, pani psor! – krzyknął do niej. – Nic się nie dzieje, wszystko w porząsiu.
- Ja widzę, panie Night. – odkrzyknęła do niego. – Ale zachowuje się pan bardzo nieodpowiednio. Przemawia Dyrektor, a ty krzyczysz na całą salę!
- Ahhh, przepraszam, następnym razem postaram się krzyczeć jeszcze głośniej.
Hermiona kopnęła go w nogę pod stołem. Chris skrzywił się z bólu, patrząc na Hermionę ze złością.
- Eee, tzn ciszej!
- Mam nadzieję, panie Night. A teraz proszę pozwolić dyrektorowi kontynuować.
- Tak jest. – Chris podniósł się i zasalutował.
- Proszę usiąść, panie Night. – powiedział życzliwie Dumbledore. – I tak już kończyłem. No, do łóżek!
- Tak jest! – ryknął Chris i zasalutował, po czym jako pierwszy wyszedł z wielkiej sali.
Chociaż wyszedł nie jest tu właściwym stwierdzeniem, ponieważ wyleciał z niej na pełnym pędzie. Dopiero za drzwiami zorientował się, że nie wie gdzie jest wieża Gryffindoru, więc poczekał na Hermionę i Rona, którzy byli prefektami. Wszyscy razem, bo dołączyli do nich jeszcze Harry, Mike i Herbert, udali się do pokoju wspólnego i zaczęli dyskutować na temat przemowy Dumbledore'a, z której nie usłyszeli prawie nic. Hermionę dziwiło dziwne zachowanie Chrisa. Po spytaniu się go, czy zachowuje się tak ciągle i uzyskaniu odpowiedzi pomyślała, że ten rok będzie naprawdę ciężki, po czym udała się do swojego dormitorium. Zdziwiło to Chrisa, gdyż przecież Hermiona doskonale znała go z ostatnich lat w Hogwarcie. Domyślił się, że we wszystkim, jak zwykle, maczał swe brudne łapska Albus Dumbledore, wymazując pamięć wszystkim uczniom, którzy mieli jakiekolwiek wspomnienia z nim, a także z Chrisem i Herbertem.
- Hermiona! – krzyknął za nią Michael. – Czekaj!
Michael rzucił się do schodów do damskich dormitoriów. Rzucił na nie zaklęcie, aby nie zamieniły się w zjeżdżalnię, następnie złapał Hermionę i ściągnął ją do pokoju wspólnego.
- Ej, co Ty robisz! – pisnęła Hermiona.
- Ciii, potrzebuje rozmowy.
- Ale, ale ja nie mogę Ci pomóc!
- Ciszej!
***
Michael zabrał Hermionę do pokoju życzeń. Wiedział, że ten pokój nikomu nie pozwoli wejść do środka, jednak wolał się upewnić i rzucił na drzwi od strony wnętrza zaklęcia zamykające i wyciszające zanim przeszedł do rzeczy.
- Chciałbym porozmawiać. – powiedział niepewnie.
- Ściągnąłeś mnie tu w środku nocy tylko po to, żeby powiedzieć mi, że chcesz porozmawiać? – spytała oburzona Hermiona. – Człowieku, co ty sobie wyobrażasz! Przecież jakby nas ktoś zobaczył…
Michael niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Rzeczywiście gdy teraz o tym pomyślał wydało mu się to trochę ryzykowne, jednak nie pozwolił Hermionie wyjść i przerwał jej wpół zdania.
- Hermiona! Chodzi o dziewczynę i naszego nowego nauczyciela obrony.
- A co z nim nie tak?
- Co ci mówi nazwisko Blackmoon?
- Blackmoon… Blackmoon… Blackmoon… Bl…
- No właśnie. Ten człowiek znęcał się nad nią przez całe wakacje!
- Musimy pójść do dyrektora. – powiedziała Hermiona i wstała z miejsca, aby już w tej chwili udać się do dyrektora.
Oboje wyszli z pokoju i udali się do gabinetu Dyrektora. Po dojściu na miejsce Hermiona zauważyła.
- Przecież nie znamy hasła!
- No to co? – spytał Michael.
Chłopak nachylił się do kamiennej istoty strzegącej przejścia do gabinetu dyrektora, po czym otworzył jakąś klapkę na ścianie obok stworzenia. Wsadził do środka różdżkę, a po chwili Chimera posłusznie usunęła się i przyjaciele mogli wejść do gabinetu dyrektora.
- Może tak byś nie przeklinał? – spytała Hermiona patrząc z wyrzutem na Michaela, który manipulując różdżką przed chwilą, puszczał pod nosem wiązankę wulgarnych epitetów pod adresem budowniczych zamku.
- Ale patrz, odsunęło się. – powiedział radośnie Michael i wszedł na schody.
Hermiona nie miała wyjścia i podążyła za nim. Już po chwili znaleźli się przed gabinetem Albusa Dumbledore'a. Zanim którekolwiek zdążyło zapukać rozległ się głos dyrektora.
- Proszę wejść.
Michael nacisnął klamkę i przekroczył drzwi do gabinetu. Hermiona weszła za nim i zamknęła drzwi. Dumbledore siedział przy swoim biurku i trzymał dłonie splecione przed sobą. Zdawał się być zamyślonym człowiekiem, mimo to kazał im usiąść na fotelach po czym poprosił, aby wyjaśnili mu w jakiej sprawie tu przychodzą.
- Bo widzi pan – zaczął Michael – musi pan zwolnić naszego nowego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.
- Dlaczego miałbym zwolnić Charlesa Blackmoon'a? – spytał zaskoczony Dumbledore.
- Bo widzi pan, to jest człowiek, który krzywdzi dziewczyny! – wybuchnął Michael. – On…
- Ależ panie Middleton, nie mam jakichkolwiek dowodów na to, że faktycznie tak jest – odpowiedział Dumbledore uśmiechając się radośnie. – Zresztą nawet jakbym miał, to potrzebujemy nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią, więc i tak bym go nie wyrzucił ze szkoły. Chyba, że ma pan jakiegoś kandydata na to stanowisko, więc słucham.
- Np łapa.
Hermionie opadła szczęka. Spojrzała na Michaela jak na idiotę. Była pewna, że nowo poznany chłopak postradał zmysły.
- Przecież Syriusz nie żyje!
- Ależ panno Granger, zapewniam panią, że Syriusz żyje i ma się całkiem dobrze, tak jak James i Lily, która wróciła już niemalże do zdrowia.
Hermiona wytrzeszczyła oczy z przerażenia. Zamilkła na chwilę, głęboko się nad czymś zastanawiając. Po kilku sekundach spojrzała na Dumbledore'a z przerażeniem w oczach.
- Ożywił ich pan? – spytała ze strachem.
- Miałem taką możliwość. Wystarczyło tylko jedno zaklęcie i ci, którzy zginęli z rąk samego Lorda Voldemorta w poprzedniej wojnie, mogli wrócić do nas i walczyć z nami, by pokonać zło.
- Czyli jeśli już zwyciężymy Voldemorta, to oni znów umrą? – spytał Michael ze smutkiem. – Nie chciałbym, aby Syriusz i James znów umarli!
- Ależ panie Middleton, wątpię, żeby miało tak się stać. – powiedział Dumbledore.
- Czyli nic pan nie zrobi! – wrzasnął wściekły Michael. – Dziewczyny będą…
- Panie Middleton! Chyba pan przesadza! Nie ma pan na to żadnych dowodów, więc proszę mnie nie prosić o tak bzdurne rzeczy!
Hermiona po raz pierwszy słyszała krzyczącego Dumbledore'a. Szybko chwyciła więc Michaela za rękę i wyciągnęła z gabinetu.
- Co ten stary dropsiarz sobie wyobraża! Przecież on nic nie rozumie! Najpierw przez wszystkie lata trzymał Snape'a, który jest śmierciożercą, a teraz przyjmuje do pracy kogoś, komu zależy tylko na tym, żeby zgwałcić jak największą liczbę dziewczyn!
- Uspokój się! Na pewno coś wymyślimy!
***
Następnego ranka Michael obudził się dość późno, bo jak zauważył, wszyscy byli już na nogach. Zanim podniósł się z ciepłego, wygodnego posłania, przeciągnął się, wydając z siebie pomruki zadowolenia, a jednocześnie niechęci na zbliżający się wielkimi krokami dzień, wypełnionymi bzdurnymi, według niego, lekcjami.
- Oo, nasza śpiąca królewna – powiedział złośliwie Chris – Masz szczęście, że już wstałeś. Dumbledore tu był i cię szukał.
- Dropsiarz? Niby czemu? – spytał Mike.
- Ha, a to dobre! – ryknął śmiechem Chris. – Dropsiarz! Założę się, że będzie zachwycony, gdy usłyszy swoje nowe przezwisko.
- Myślę, że już słyszał. Wywrzeszczałem je wczoraj w nocy za drzwiami jego gabinetu.
- Co zrobiłeś? - spytał z niedowierzaniem Chris.
- No co, nie chciał wywalić Blackmoon'a ze szkoły, to trudno. Sami się tym zajmiemy. Nie prawda?
- A jak! – powiedział ochoczo Herbert. – Co mogę zrobić?
- Jeszcze nie wiem – odparł Michael. – Coś jednak na pewno trzeba będzie wymyślić.
- Doprowadzimy go do szaleństwa! – zaproponował Chris.
- Ale co wy macie zamiar zrobić? – spytał Harry. – Czy wy macie jakieś dowody poza nazwiskiem? Przecież to może być jakiś zbieg okoliczności!
- Człowieku, czy Ty wiesz co mówisz? On jest przestępcą! – wrzasnął Michael.
- Człowieku, czy ty wiesz co mówisz? Nie masz na to żadnych dowodów! – odkrzyknął Harry.
- Wiesz co? Ty zawsze będziesz człowiekiem dropsiarza! A myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, że wszystkie te spędzone chwile razem coś dla ciebie znaczą i mi pomożesz! Ale skoro tego chcesz, to ja już dzisiaj zmieniam dormitorium.
- Taaa, i gdzie się przeprowadzisz? – spytał złośliwie Harry wiedząc, że Michael nie ma się gdzie podziać.
- Zamieszkam u dziewczyn, albo w pokoju życzeń. U dziewczyn będę miał przynajmniej w nocy na co popatrzeć, a w pokoju życzeń będę miał wszystko, czego zapragnę. Może jak zażyczę sobie Kate, to może mi ją stworzy!
- Ty jesteś jakiś nienormalny! – wrzasnął Herbert. – Skoro ty możesz mieszkać u dziewczyn, to ja też chcę! Poza tym, pokój życzeń nie ma prawa tworzyć żyjących istot!
- Ty nie będziesz! Tylko ja mam taki przywilej!
- Ty nie masz żadnych…
Kłótnie chłopaków przerwały otwierające się drzwi do ich dormitorium. Do środka zajrzała McGonagall i przeraziła się tym, co zobaczyła. Po całym dormitorium walały się strzępki porozrywanej pościeli, skrawki pergaminów, przybory do mycia i inne niezidentyfikowane przedmioty. McGonagall potoczyła wzrokiem po wszystkich zebranych i zaczęła na nich wrzeszczeć.
- Co wy sobie wyobrażacie! Jesteście pierwszy dzień w Hogwarcie i już drzecie się na całą wierzę! Słychać was za obrazem Grubej Damy!
- Przepraszamy – powiedział Harry. – Mieliśmy tu małe nieporozumienie, ale już je rozwiązaliśmy.
- Nic nie rozwiązaliśmy! – ryknął Michael. – Albo dropsiarz wywali Blackmoon'a albo ja się zwalniam ze szkoły!
McGonagall poczerwieniała ze złości. Zacisnęła usta tak, że tworzyły tylko wąską, lekko przerywaną linię na jej twarzy, po czym spojrzała na Michaela.
- Jak ty się wyrażasz o dyrektorze!
Zdawać by się mogło, że nie może krzyczeć jeszcze głośniej, jednak jej się to jakoś udało.
- No tak, jak na to zasługuje! – ryknął wściekły Michael. – On nie potrafi nawet utrzymać porządku we własnej szkole! Najpierw panoszą się po niej śmierciojady, teraz jakiś niedorobiony kretyn przychodzi, a dyrektor co? Ot tak po prostu daje mu robotę, bo nie znalazł się żaden inny kompetentniejszy człowiek na to stanowisko! A ja panią zapewniam, że Syriusz Black bardzo chętnie by się zgłosił, gdyby ktokolwiek zaproponował mu te pracę, tak samo jak James!
- Czy przypadkiem nie chodzi panu o pannę Blackmoon? – spytała McGonagall uważnie patrząc na Michaela. – Czy mi się tylko wydaje, czy oboje noszą to samo nazwisko?
- Nie, nie wydaje się pani – odpowiedział Michael – tylko chodzi o to, że nikt mi nie wierzy.
- Zapraszam pana. Idziemy do dyrektora. – powiedziała McGonagall i opuściła dormitorium, a wraz z nią Michael.
- I jak myślicie? – spytał Chris. – Wywalą go?
- Ale kogo? – spytał nieprzytomnie Harry.
- No jak to kogo? Blackmoon'a przecież! – odparł Chris.
- Eee, wątpię. Dropsiarz chyba musiał poświęcić trochę czasu, by znaleźć kogoś, kto mógłby nauczać. – stwierdził Harry. – Poza tym, ciekawe czy Syriusz i mój ojciec faktycznie chcieliby nas uczyć. Moglibyśmy dalej kontynuować lekcje!
- Nie wpadłem na to – mruknął Chris. – Dobra, chodźmy na śniadanie.
Ron ochoczo skinął głową i pierwszy przepchnął się do drzwi. Po zejściu do pokoju wspólnego chłopaki zostali otoczeni przez dziewczyny z piątego i szóstego roku, które wypytywały się, co się działo u nich w dormitorium i dlaczego Michael został zabrany do dyrektora, z wyraźnie wściekłą profesor McGonagall. Chris aby uniknąć dalszych nieprzyjemnych pytań, uciął dyskusję wrzaskiem:
- Umbridge!
- Gdzie? – spytał Harry.
- Cicho, przecież chcieliśmy iść na śniadanie. – powiedział Chris ciągnąc Harry'ego i Herberta w stronę grubej Damy. Po dość krótkim przepychaniu się przez zatłoczony pokój wspólny, w którym wszyscy próbowali wypatrzyć Umbridge, przyjaciele zdołali wydostać się na korytarz. Po chwili usłyszeli za sobą błagalny głos:
- Ej, poczekajcie na mnie!
Przyjaciele zatrzymali się zaraz za wejściem do pokoju wspólnego Gryfonów.
- Zapomnieliśmy o kimś? – spytał Chris.
Harry wzruszył ramionami.
- Chyba Ron się gdzieś odczepił. Tak się szarpałeś, że wcale mu się nie dziwie.
- No trudno, ja nie będę tu stał. Głodny jestem. – stwierdził Chris i puścił się pędem w stronę wielkiej sali.
- Stój! – wrzasnął Harry i zdążył chwycić Chrisa za rękaw.
Chris nie miał zamiaru dać sobie spokoju z podążaniem w kierunku wielkiej sali i zaczął się wyrywać. Harry jednak nie chciał odpuścić, więc obaj stali szarpiąc się na środku korytarza. Ani jeden, ani drugi nie miał zamiaru odpuścić. Herbert przyglądał się temu z uśmiechem. Sam jak na razie nie miał zamiaru uczestniczyć w tej szarpaninie, ale warto było zobaczyć jak wtłoczony w swoją skórę Chris szarpie się z Harrym, który był od niego mniej napakowany, a jednak jakimś cudem cały czas utrzymywał się prawie w jednym miejscu. Po chwili zza obrazu Grubej Damy wytoczył się Ron z śladami Szminki na policzkach i aż stanął w miejscu, gdy zobaczył to, co zobaczył.
- Eee, chyba się pomyliłem – wyjąkał i już miał zamiar cofnąć się do obrazu grubej damy i wrócić do pokoju wspólnego, jednak Harry mu to uniemożliwił.
- Ron, chodź tu! Pomożesz mi z tym grubasem.
- Ja nie jestem gruby! – ryknął Chris i zaczął jeszcze zacieklej wyrywać się Harry'emu. – Jestem po prostu umięśniony!
Ron podążył w stronę Harry'ego, chichocząc cicho. Złapał Chrisa za drugie ramię. Gdyby tego nie zrobił, Chris zapewne w końcu wyrwałby się Harry'emu. Ron nie wiedział, po co właściwie Harry trzymał Chrisa, jednak to nie było ważne. Chciał pomóc swemu przyjacielowi.
- Tak właściwie – spytał Ron – to po co my się szarpiemy? Przecież chyba i tak mieliśmy iść na śniadanie, a wy na mnie nie poczekaliście! Ale skoro już tu jestem, to możemy udać się do wielkiej sali, bo jestem głodny!
- Chciałem właśnie na Ciebie poczekać – mruknął Harry i puścił Chrisa.
- Ale ja nie! – powiedział ze złością Chris. – Muszę uzupełnić siły, by móc dzisiaj cały dzień wszystkich męczyć.
- Kogo chcesz męczyć? - spytał Herbert.
- Nie wiem. – Chris wzruszył ramionami. – Może McGonagall, Albo Flitwicka… Nie mam pojęcia.
- Dropsiarza! – krzyknął Herbert. – Zasłużył sobie!
***
W tym samym momencie w gabinecie Dyrektora Hogwartu trwała zażarta dyskusja opiekunki domu Lwa z Dyrektorem. Namalowani na portretach wiszących na ścianach gabinetu byli dyrektorzy Hogwartu jak zwykle udawali, że śpią, tymczasem uważnie przysłuchiwali się toczącej się wewnątrz kłótni. Opiekunka Gryffindoru wyglądała jak wściekła lwica. Jej oczy błyskały furią, a donośny głos niemalże mógł kruszyć skały.
- Ty nie widziałeś, co ten człowiek robi! On zamordował tylu mugoli, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby był po stronie Voldemorta! – krzyczała rozwścieczona McGonagall.
- To ty nic nie rozumiesz! – Dumbledore również zaczął krzyczeć. – Nie mam żadnego innego kandydata na to miejsce!
- Syriusz Black! – wrzasnęła McGonagall. – Jak chcesz, mogę nawet teraz po niego pójść na Grimmauld Place! Z pewnością się zgodzi!
- Ależ proszę bardzo! Skoro tak bardzo nalegasz, przyprowadź tu pana Blacka i porozmawiam z nim na ten temat!
Minerwa nie zwlekała ani chwili. Z furią podążyła w stronę kominka, nabrała garść proszku Fiuu i z potężnym rozmachem wrzuciła go do kominka, po chwili sama do niego wchodząc, po czym ryknęła głośno i wyraźnie:
- Grimmauld Place 12!
W chwilę później zniknęła całkowicie w płomieniach, by pojawić się w kwaterze głównej Zakonu Feniksa. Po chwili wróciła do gabinetu Dyrektora wraz z rzeczonym Syriuszem Blackiem, który był z czegoś bardzo zadowolony. Syriusz bez pytania rozsiadł się wygodnie w wyczarowanym przed chwilą przez samego siebie fotelu naprzeciw dyrektora i spytał:
- Tak więc, szukasz kompetentnego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią?
- Niestety tak. Ci dwoje – to mówiąc spojrzał na profesor McGonagall i Michaela, którego Syriusz wcześniej nie zauważył – mówią, że Blackmoon to zły człowiek, że gwałci dziewczyny i morduje mugoli.
Syriusz się wściekł. Jego oczy, jak wcześniej McGonagall, zaczęły rzucać błyskawice wszędzie tam, gdzie spojrzał.
- Przyjąłeś Blackmoon'a! To największy błąd jaki mogłeś popełnić!
- Oboje próbujemy mu to uświadomić – powiedziała McGonagall – jednak On nam nie wierzy.
- Dobrze już, dobrze! – zirytował się Dumbledore. – Masz tę posadę, a pan Blackmoon w trybie natychmiastowym zostanie wyrzucony ze szkoły.
- Nareszcie – warknął Michael i opuścił gabinet dyrektora mrucząc pod nosem: – Dropsiarz.
Dumbledore uśmiechnął się radośnie. Uważał już sprawę za załatwioną. Wreszcie mógł z powrotem udawać starego, nieco psychicznego dziadka, który ma w głowie tylko cytrynowe dropsy.
- Poczęstujesz się cytrynowym dropsem? – spytał Syriusza. – Przecież jestem dropsiarz!
Syriusz uśmiechnął się i sięgnął do pudełka, wziął jednego dropsa i spytał:
- To jaki jest plan lekcji?
- Tym zajmie się Minerwa – powiedział złośliwie Dumbledore. – Skoro tak nalegała, aby Cię tu przyjąć, będzie musiała ponieść tego konsekwencje – dodał żartobliwie.
- Ależ Albusie! – wykrzyknęła McGonagall udając oburzoną. – Jak możesz dawać mi jeszcze więcej pracy! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że będziesz musiał dać mi podwyżkę?
- Dlaczego miałbym niby dawać Ci podwyżkę? – spytał Dumbledore.
- Im więcej pracy, tym więcej pieniędzy – powiedziała złośliwie się uśmiechając McGonagall i opuściła gabinet.
- Widzisz Syriuszu, co ja tu muszę przechodzić w tej szkole? – zażartował Dumbledore.
***
Michael wpadł do dormitorium i stanął jak wryty. Wszystko było posprzątane, łóżka pościelone. Postanowił ruszyć się z miejsca i sprawdzić zawartość szaf i łazienkę, i aż opadła mu szczena, gdy zobaczył stan wszystkich półek w szafie i zawartość pułeczek w łazience. Wszystko było ładnie i zgrabnie poskładane w szafie, a na pułkach w łazience wszelkie kosmetyki były poukładane według ich przeznaczenia. Chłopaków, ani sprawcy tego całego zamieszania jednak nigdzie nie było. Michael nie lubił porządku. Wolał mieć w szafie nieskładny bałagan, w którym tylko on się łapał. Przeszukał całe dormitorium. Sprawdził pod łóżkami, za szafą, po zewnętrznej stronie okna, ale nigdzie nie było ani sprawcy tego całego zamieszania, ani chłopaków. Po chwili spojrzał na zegar wiszący nad wejściem i klepnął się w czoło, po czym wybiegł z pokoju, zbiegł po schodach, dopadł obrazu Grubej Damy i wybiegł na korytarz po czym podążył w kierunku wielkiej sali. Po wejściu zdawać by się mogło, że wszystkie miejsca przy stole Gryffindoru są już pozajmowane, jednak Chris i Harry przesunęli się nieco i Michael wcisnął się między nich.
- Widzieliście ten nieporządek w naszym dormitorium? – wydyszał.
- A, się posprząta – powiedział Chris machając jednocześnie ręką i wywracając potężny dzban z sokiem dyniowym.
- No właśnie się nie posprząta, bo mówiąc „nieporządek" mam na myśli porządek!
- Co! – ryknął Herbert. – Ktoś posprzątał nasze dormitorium!
- No właśnie, ja jestem ciekaw kto – mruknął Harry niby przypadkiem patrząc się na podejrzanie wesołą Kate.
- No co, uśmiechać się nie można? – spytała obdarzając Harry'ego jednym z „tych" uśmiechów. – Zresztą, mieliście tam taki bałagan, że po prostu nie mogłam przejść tamtędy obojętnie…
Harry z wrażenia aż upuścił trzymany w dłoni kufel pełen piwa kremowego. Chris jednak wykrzywił się i spytał morderczym głosem:
- Co zrobiłaś?
- Sprzątnęłam, a co?
Chris wstał z miejsca i ruszył w jej kierunku. Kate przeraziła się i wstała z miejsca, po czym zaczęła uciekać Chrisowi.
- Stój, przecież nic Ci nie zrobię! – wołał za nią Chris.
- Na pewno! Jesteś taki jak wszyscy! – krzyknęła po czym wybiegła z wielkiej sali.
- Co zrobiłeś, durniu jeden! – rozległ się wściekły wrzask Michaela. – Teraz to już nigdy nikomu nie zaufa, a tym bardziej mi!
- No i bardzo dobrze! Po co miałaby Tobie ufać? – wyszczerzył się Chris. – Zawsze może zaufać mi!
- Tyyyyyyyy! - wrzasnął Michael i rzucił się w pogoń za Chrisem, który nie czekając na to, co Michael miał zrobić, dwie sekundy wcześniej puścił się pędem w kierunku ogromnych wrót od wielkiej sali.
Hermiona przysunęła się do Harry'ego i spytała go:
- Masz mapę?
- Aa – Harry klepnął się w czoło – no pewnie, że mam.
Po chwili wyciągnął Mapę i stukając w nią różdżką mruknął:
- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.
Po chwili ukazała się cała mapa Hogwartu. Harry i Hermiona pospiesznie przeszukiwali mapę w poszukiwaniu tej jednej kropki z imieniem Katherine Blackmoon. Po chwili Hermiona ją znalazła i wskazała Harry'emu jej położenie. Kate znajdowała się w nieużywanej sali na drugim piętrze. Harry i Hermiona pospiesznie zerwali się od stołu i pobiegli na drugie piętro. Wpadli do nieużywanej sali, w której była Kate i przerazili się tym, co zobaczyli. Wszędzie było pełno krwi, a obok leżała różdżka.
- Priori incantatem – mruknęła Hermiona celując swoją różdżką w różdżkę leżącą na podłodze.
Harry'ego przeraziło to, co zobaczył. Z różdżki wyleciały widmowe norze. Hermiona zakończyła zaklęcie, ponieważ dla niej to wystarczyło, by wysnuć odpowiednie wnioski.
- Musimy ją zabrać do pani Pomfrey! – krzyknął Harry.
Hermiona skinęła głową i wylewitowała Kate na niewidzialne nosze, po czym ruszyła w kierunku skrzydła szpitalnego. Już po chwili byli na miejscu, a pani Pomfrey bezceremonialnie ich wyrzuciła i zakrzątnęła się przy pacjentce.
***
- Zabiliście ją! – ryknął wściekły Michael. – Jak mogliście! Myślałem, że was znam! Myślałem, że nie jesteście zdolni do morderstwa!
- co Ty bredzisz? – spytał zaniepokojony Harry. – Może masz gorączkę?
Podszedł do Michaela i sprawdził jego temperaturę.
- Nieee, gorączki nie masz… To może ktoś Ci coś dosypał do jedzenia?
- Ogarnij się, idioto jeden! Zabiłeś moją kochaną Kate!
- Jak za moment się nie ogarniesz, to Ciebie zabije! – wrzasnął wściekły Harry. – Nie będziesz mnie oskarżać o coś, czego nie zrobiłem!
- To skąd tam ta krew!? – spytał Michael.
- Gdzie krew?
- No w tej sali na drugim piętrze!
- Skąd ty o tym wiesz?
- Zostawiłeś mapę na stole, więc sobie sprawdziłem, gdzie jesteście! A potem jak już sobie stamtąd poszliście, to zapomnieliście posprzątać, więc doskonale widziałem całą podłogę we krwi!
- Na Merlina – szepnął przerażony Harry.
- Co na Merlina! Gdzie na Merlina! Na Voldemorta może jeszcze, co!? Jesteś cholernym mordercą! Zabiłeś moją kochaną Kate! – wyjęczał Michael i zalał się łzami.
- Hej, Mike – powiedziała Hermiona przytulając Michaela – przecież wszystko z nią w porządku. Zanieśliśmy ją do skrzydła szpitalnego, więc za kilka dni powinna dojść do zdrowia.
- Nie prawda! – jęknął Michael. – Ona właśnie umiera i za chwilę zejdzie z tego świata, a ja nawet nie zdążyłem się z nią pożegnać.
- Ale co ty wygadujesz? – spytała Hermiona jednocześnie gładząc Michaela po włosach. – Przecież ona żyje i leży w skrzydle szpitalnym. Chodź Harry, pokażemy mu, że mamy racje.
- Ja nigdzie nie idę! – wrzasnął Michael i z całej siły zaparł się nogami o stolik, który przewrócił się z wielkim hukiem.
- Mike, ja cię bardzo proszę, ty się ogarnij – powiedział Harry prawie tracąc panowanie nad sobą.
- Nie! Nigdzie z wami nie idę! Mnie też zamordujecie, a potem moje ciało zawleczecie do skrzydła szpitalnego…
- Nie rób z siebie idioty – warknął Harry – drętwota.
Wściekły Harry wywlókł Michaela z pokoju wspólnego i zawlókł go do skrzydła szpitalnego, cisnął go obok łóżka Kate, po czym rzucił na niego Rennervate. Co on w ogóle sobie myślał? Jak mógł podejrzewać jego o zabójstwo jego przyjaciółki? Przecież Harry nie był w stanie skrzywdzić nawet małego pająka, wijącego sobie pajęczą sieć na suficie któregoś z korytarzu Hogwartu, a co dopiero żywego człowieka
- Ty! Zabiłeś mnie! – wrzasnął Michael.
- Taa, a ty teraz jesteś trupem i mówisz do mnie zza światów – sarknął Harry.
- No pewnie! Lepiej bym tego nie ujął.
Po chwili Michael zauważył leżącą na łóżku Kate, więc podniósł się z podłogi i podszedł do niej, złapał ją za rękę i wyczarowawszy sobie krzesło usiadł przy jej łóżku.
- Chodźmy stąd. – powiedziała Hermiona wyciągając Harry'ego ze skrzydła szpitalnego.
