Po opuszczeniu skrzydła szpitalnego Harry i Hermiona udali się w drogę powrotną do pokoju wspólnego, a że ze skrzydła szpitalnego do pokoju wspólnego Gryfonów nie było bardzo daleko, doszli tam w przeciągu niecałych pięciu minut. Gdy już doszli podali hasło Grubej Damie i weszli do środka. Spotkali tam Rona, któremu pokrótce przedstawili aktualną sytuację na temat Kate i stanu, w którym obecnie się znajduje. Ron się przeraził i spytał ich, dlaczego to zrobiła. Harry i Hermiona nie wiedzieli więcej, niż sam Ron, toteż stwierdzili, że nie wiedzą. Po chwili w pokoju wspólnym pojawiła się Ginny i poczerwieniała ze złości, gdy zobaczyła Harry'ego i Hermionę siedzących dość blisko siebie. Harry nie wiedział, o co chodzi Ginny. Nigdy nie patrzyła w ten sposób na Hermionę. Przecież byli przyjaciółmi. Teraz jednak, Ginny patrzyła na nią, jakby miała ochotę wypruć jej wszystkie flaki. Nigdy również nie była tak zazdrosna o Harry'ego.

- Myślałam, że wiesz, co do niego czuje! – Krzyknęła Ginny. – Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką! Uważałam Cię za swoją starszą siostrę, a ty co robisz! Odbijasz mi faceta!

Hermiona wstała z kanapy, na której siedziała między Ronem, a Harrym i podeszła do Ginny próbując ją uspokoić. Położyła młodszej dziewczynie dłoń na ramieniu. Ruda jednak szybko strząsnęła z siebie dłoń przyjaciółki, co nie zniechęciło Hermiony do prób uspokojenia koleżanki. Spojrzała w oczy młodszej Gryfonki i powiedziała:

- Ależ Ginny, ja nic nie czuję do Harry'ego!

- Zaraz! – wtrącił się Ron. – Przecież mówiłaś, że uczucie do Harry'ego już ci przeszło!

- Ale nic mi nie przeszło, a tak poza tym, to ganiacie razem po całym zamku, i Romilda Vane widziała was na piątym piętrze, jak się całowaliście! – krzyknęła zrozpaczona Ginny.

- My niby mielibyśmy się całować? – spytała Hermiona nie dowierzając w to, co słyszy. – Harry, czy ty to słyszałeś?

- No nie, ja nie mogę! – powiedział Harry krztusząc się ze śmiechu. – Ginny, nie dramatyzuj. My po prostu szliśmy tamtędy w poszukiwaniu oblubienicy Michaela.

Harry nie wiedział, co powiedzieć, więc jedynym wyjściem z tej sytuacji było okłamanie Ginny, czego nie chciał robić. Ale przecież na drugie piętro nie idzie się przez piąte piętro, tym bardziej z wielkiej sali!

- Harry, skąd ty znasz takie słowa? – spytała Hermiona.

- Się czyta, się zna – mruknął Harry wzruszając ramionami. – Poza tym, to nie jest teraz ważne. Chciałbym uświadomić Ginny, że się nie całowaliśmy.

- Wiesz co, Harry, a ja naiwna myślałam, że Ty coś do mnie czujesz. A ty pewnie chciałeś tylko pocałować mnie kilka razy, rozdziewiczyć i wyrzucić, jak niepotrzebnego śmiecia do kosza. – kontynuowała dramatyzowanie Ginny. – Ale ja się tak nie dam załatwić! Jeszcze będziesz biegał za mną, albo latał za mną na swej miotle!

- Ale Ginny! Nie całowaliśmy się, i nigdy nie będziemy się całować! – powiedziała zdenerwowana Hermiona. – Czy to w końcu do ciebie dotrze?

- Udowodnij! – wrzasnęła zrozpaczona Ginny.

- Niby jak!

Tym razem i Hermiona nie powstrzymywała się od głośnego krzyku.

- Robisz awanturę o nic! Kocham Harry'ego…

- No właśnie! Tylko, że ja też kocham Harry'ego i nie pozwolę Ci go odebrać!

- Jak brata – kontynuowała Hermiona – no i pewnie on też kocha mnie jak siostrę. Prawda, Harry?

- No pewnie! Kocham Hermionę jak siostrę! – odpowiedział Harry.

- To udowodnijcie, że się nie całowaliście!

- W jaki niby sposób mamy ci udowodnić, że się nie całowaliśmy? – spytał Harry.

- No, w ten sposób też możesz mi udowodnić, że mnie kochasz. – powiedziała Ginny uśmiechając się promiennie do Harry'ego. – Musisz mi to udowodnić.

- Ale nadal nie wiem, w jaki niby sposób miałbym ci udowodnić to, że czuję do ciebie coś więcej…

- Nazywaj to po imieniu – przerwała Ginny.

- niż uczucie, jakim darzę Hermionę. – dopowiedział Harry.

- Przyjaźń pomiędzy kobietą, a mężczyzną nie istnieje. Niech to wreszcie do ciebie dotrze, Potter! – zdenerwowała się Ginny. – Jest albo miłość, albo przyjaźń i tak przerodzi się w miłość, jednocześnie psując dobre relacje pomiędzy wami!

- Co ty ćpałaś, Ginny? – spytał Ron siostrę. – Ja jakoś jestem przyjacielem Mionki i ona chyba nie chce ode mnie nic więcej.

- Jesteś ślepy, Ronald! – powiedziała zdenerwowana Hermiona i pobiegła do swojego dormitorium.

Ron wzruszył bezradnie ramionami.

- Co ja takiego zrobiłem? – spytał Harry'ego.

- Kobiet nigdy nie zrozumiesz – odparł Harry. – To tak dziwne istoty, że ja właściwie nie wiem, dlaczego nie są takie, jak my.

- Ej, może tak przestaniecie nas obrażać? – spytała jakaś dziewczyna siedząca w niedalekim kącie pokoju.

Po chwili Harry uświadomił sobie, że była to dziewczyna ze snu Chrisa.

- Widziałeś gdzieś Chrisa? – spytał Rona. - Nie. Od tego incydentu w wielkiej sali nigdzie go nie widziałem. Znaczy, tutaj go nie było. Nie możesz sprawdzić na mapie?

- No właśnie nie wiem, gdzie jest. Michael powiedział, że chyba zostawiłem ją w wielkiej sali na naszym stole. – powiedział Harry i podążył ku wyjściu z pokoju głównego.

- Czekaj! – krzyknął Ron. – Idę z tobą!

- Nie musisz się tak drzeć, Ron. – upomniał przyjaciela Harry. – Zaraz nas cały zamek usłyszy.

- Dobra już, dobra. – powiedział Ron.

Przyjaciele udali się do wielkiej sali. Tam, jak dobrze powiedział Michael, na stole Gryffindoru znajdowała się mapa Huncwotów.

***

Drzwi do skrzydła szpitalnego otworzyły się z rozmachem i stanął w nich rozwścieczony, a jednocześnie smutny i zatroskany Dumbledore. Zauważył Michaela siedzącego przy łóżku Kate i trzymającego ją za rękę.

- Proszę ją natychmiast puścić, panie Middleton! Już i tak wyrządził jej pan wystarczającą krzywdę raniąc ją do tego stopnia, że musiała przez pana się pociąć! – ryknął Dumbledore tak, że aż po niespełna pięciu sekundach ze swojego pokoiku wyszła wściekła pani Pomfrey i już miała zamiar zacząć wrzeszczeć na tego, który robi hałas, ale zorientowała się, że to sam dyrektor, więc czym prędzej schowała się w swym pokoiku z powrotem.

- Co pan mówi, panie dyrektorze!? – spytał niedowierzająco Michael. – Ja jej nic nie zrobiłem!

Dumbledore nie miał zamiaru wysłuchiwać dziwnych tłumaczeń tego chłopaka, a ponieważ zauważył, że Kate powoli się budzi podszedł do krzesła, na którym siedział Michael i zamiast wyczarować sobie swoje własne, bezceremonialnie zrzucił go z niego i zajął jego miejsce. Michael już miał zamiar zacząć protestować, gdy Dumbledore wstał, chwycił go za ramiona i wyrzucił ze skrzydła szpitalnego tłumacząc to tym, że pacjentka musi mieć teraz święty spokój i nikt nie powinien jej przeszkadzać. Wrócił do niej, usiadł na krześle i zapytał:

- Jak się czujesz?

Kate nie odpowiedziała. Zamiast tego, patrzyła się tępo w sufit. Przez to Dumbledore nie mógł nawet zajrzeć do jej umysłu.

- Jak chcesz, mogę Ci wymazać te wspomnienia. – zaoferował Dumbledore.

- To tylko wspomnienia. To nie zmieni tego, co mi się stało. – odpowiedziała Kate tak smutnym głosem, że gdyby ptaki ją słyszały to na pewno ze smutku pospadałyby na ziemię.

- Magia może wszystko – powiedział Dumbledore. – Mogę zawołać panią Pomfrey i możemy wszystko naprawić.

- Skoro tak – westchnęła Kate – to róbcie co chcecie. Mi i tak już nic nie zaszkodzi.

Dumbledore zawołał panią Pomfrey. Ta potwierdziła tylko jego domysły. Pielęgniarka podała jej eliksir bezsennego snu i Kate zasnęła, a Dumbledore wraz z Poppy naradzali się, co zrobią w tej sytuacji. Po pięciu minutach rozmowy, która nieomal przerodziła się w kłótnie, oboje doszli do tego, że mogą spróbować, choć było to dość ryzykowne, ponieważ nikt jeszcze nie próbował tak złożonych zaklęć na ludzkim organizmie. Po godzinie przekleństw, pięciu rozbitych fiolkach z eliksirami, trzech porwanych bandażach, jednej połamanej różdżce na szczęście była to ta od bliźniaków Weasleyów i tyleż samo zszarganych nerwów Kate wróciła do pełnego zdrowia. Pełnego czyli takiego, w którym była przed wszystkimi przykrościami, które spotkały ją w życiu. Dumbledore klasnął w dłonie.

- No, pani Pomfrey, myślę, że teraz możemy się napić za zdrowie naszej zdrowej pacjentki. – powiedział.

- Też tak myślę – odpowiedziała Pielęgniarka. – Myślę także, że Kate jutro będzie mogła wrócić do przyjaciół.

***

Michael kroczył sam przez zamkowe korytarze. Był wściekły. Jak Dumbledore mógł go oskarżać o coś, czego nie zrobił! Przecież on nie skrzywdził Kate, tylko ten cholerny Blackmoon, a potem Chris zaczął się za nią uganiać jak jakiś ostatni idiota! Czy oni wszyscy naprawdę nie rozumieli, co ona przeszła w swoim życiu? Nigdy nie była oszczędzana. Zawsze musiała pomagać innym czy tego chciała czy nie. W większości przypadków jednak Kate sama chciała pomagać ludziom. Była wrażliwą dziewczyną o dobrym sercu, jednak nikt tego nie dostrzegał. Dla innych liczyła się tylko powłoka zewnętrzna, która z wiekiem i tak przecież nie będzie tak piękna jak teraz. Michael niestety sam przed sobą musiał przyznać, że przyciągała wzrok, a w szczególności chłopaków. Dziewczyny patrzyły na nią jedynie z zazdrością. Wcale nie była wysoka i nie miała długich nóg, ale były ładne. Poza tym, miała całkiem spore… Dość, pomyślał. Nie mógł myśleć o niej w inny sposób, niż jak o swojej siostrze. Co z tego, że mu się podobała? Co z tego, że czuł do niej coś więcej niż tylko siostrzaną miłość? Co z tego, że chciał od niej czegoś więcej, niż tylko przyjaźni? Ona nie chciała i podobał jej się inny, jego własny przyjaciel, który, gdy się tylko o tym dowiedział, nagle przestał myśleć o Emily, ale mimo wszystko nie myślał o Kate jako swojej dziewczynie. Myślał o innej dziewczynie, która mu się podobała, więc ignorował Kate. Oczywiście jej się to nie podobało, ale przecież nie miała zamiaru wchodzić w związki, tak przynajmniej powiedziała pani Weasley. Wspominała coś, żeby nikt jej do niczego nie zmuszał, ani nie nakłaniał, gdy nie będzie czegoś chciała. Nikt się jej nie sprzeciwiał, a poza tym, to był dopiero drugi września. Tak w zasadzie, to ten drugi września powoli już dobiegał końca, a Kate leżała w skrzydle szpitalnym. Michael pomyślał, że znacznie trudniej jest być dla niej nikim niż przyjacielem. Myślał, że znaczy dla niej coś więcej, niż zwykły kolega, którym nie był. Zdawało mu się, że jest jej przyjacielem. Jeszcze na Grimmauld Place zadał jej kilka pytań. Na kilka nie uzyskał odpowiedzi, ale i tak nie były one takie, jakie chciał usłyszeć. Był załamany jak nigdy wcześniej. Tak podminowany nie był nawet wtedy, jak z nim zerwała. Zrobiła to dla większego dobra, tak przynajmniej wtedy powiedziała. A teraz? Michael westchnął ciężko. Teraz podobał jej się jego najlepszy przyjaciel. Przyjaciel, z którym mógł pogadać o wszystkim. Przyjaciel, który nigdy go nie opuścił. Teraz Michael wiedział, że będzie musiał schować się w cień. Znów w cień. Znów jego przyjaciółką będzie samotność. Samotność, która zawsze jest i nigdy go nie opuści. Wszechobecna, wszechwiedząca, zawsze istniejąca. Pogrążony w tak czarnych myślach Michael nie zauważył, że dotarł już pod sam portret Grubej Damy. Podał więc hasło i wszedł do pokoju wspólnego. Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomych twarzy. Po chwili zauważył Harry'ego. Podszedł do niego i zajął miejsce obok niego na kanapie. Po chwili jego bębenki uszne zaatakował potężny wrzask. Rozejrzał się ze złością, że ktoś śmie mu przerywać rozmyślania. Chociaż może to i dobrze, jego myśli o Kate zostały zastąpione czym innym. Spostrzegł Ginny, która gapiła się na niego z rządzą mordu w oczach. Przyjrzał się jej dokładnie. Dostrzegł, że jej oczy wyglądają dziwnie. Dostrzegł w nich pustkę, jakby ktoś rzucił na nią jakieś zaklęcie.

- Mój kochany Harry nie jest gejem!

- Ty jesteś jakąś wariatką! Idę po McGonagall. – stwierdził wściekły Michael i wyszedł z pokoju wspólnego.

Po pięciu minutach, przez które Ginny zdążyła wpakować się Harry'emu na kolana, zostać zrzuconą na podłogę, ponownie się wpakować i zostać ponownie zrzuconą, Ron zdążył pójść do dormitorium, wrócić z zatyczkami do uszu dla siebie i Harry'ego, a Chris zdążył podejść do swej lubej, w pokoju wspólnym pojawiła się Minerwa McGonagall w towarzystwie Michaela i już drugi raz jednego dnia została negatywnie zaskoczona. Tym razem powodem jej niezadowolenia była Ginny Weasley, która jak opętana miotała się po całym pokoju wrzeszcząc ile sił w płucach, że Harry jest tylko jej i nikt nie ma prawa jej go odbierać. Żaden chłopak ani żadna dziewczyna, nawet kot Hermiony, Krzywołap, został przez nią wygoniony z kolan Harry'ego, gdy tylko ośmielił się na nich wygodnie umościć. Profesor McGonagall spojrzała na Ginny, po czym podeszła do niej.

- Co pani wyprawia, panno Weasley? – spytała McGonagall próbując przekrzyczeć rozszalałą Ginny.

- Próbuję nie dopuścić tych szaleńców do mojego cudownego Harry'ego Pottusia! – odparła Ginny.

McGonagall nie zwlekała dłużej, tylko wywlokła szarpiącą się i wrzeszczącą jeszcze głośniej Ginny z pokoju wspólnego i zaprowadziła ją do gabinetu dyrektora mając nadzieję, że Albus nie upił się do nieprzytomności. Nie miała zamiaru mieć na głowie całej szkoły. Myślała, że dyrektorowi pozostało jeszcze trochę rozsądku w głowie na stare lata. Po dojściu do posągu Chimery podała hasło, a posąg usłużnie pozwolił im przejść. Weszli na kręcone schody. Po chwili znaleźli się przed gabinetem dyrektora, więc McGonagall zapukała i nie czekając na odpowiedź weszła do gabinetu, wciągając dziewczynę za sobą. Nie zważała na to, że dziewczyna szarpała się wściekle, próbując uciec swojej nauczycielce.

- Mamy problem, Albusie – powiedziała. – Na Ginny ktoś musiał rzucić zaklęcie szaleństwa albo jakieś inne zaklęcie, które zmusiło ją do tak dziwnych zachowań.

- Tak? – zdziwił się Dumbledore. – A co takiego robi panna Weasley, że masz takie podejrzenia?

- W pokoju wspólnym Gryffindoru zachowuje się, jakby zwariowała. Wrzeszczy na każdego, że dobiera się do Pottera, który niby jest jej chłopakiem podczas gdy Harry z tego co wiem, to wcale nie jest jej chłopakiem – odparła McGonagall. – Zresztą, na kota panny Granger też wrzeszczała, że dobiera się do Harry'ego, a jak wiadomo, koty wolą koty!

- No tak. – westchnął Dumbledore i w zamyśleniu podrapał się po brodzie. – W takim wypadku, co mam z nią zrobić?

- Sprawdzić, jakie zaklęcie na nią rzucono! – warknęła zniecierpliwiona McGonagall.

- No tak. – zgodził się Dumbledore i machnął różdżką. – Eee, zwykłe imperio.

- Zwykłe imperio! – oburzyła się McGonagall. – Na moją uczennicę rzucono imperiusa, a ty mówisz, że to zwykłe imperio!

- Cóż mogę poradzić? – spytał Dumbledore wzruszając ramionami. – Stało się. Można jedynie mieć nadzieję, że to się już nie powtórzy.

- Albusie! Jak Ty możesz to mówić! Uczennica w twojej szkole została ofiarą zaklęcia imperio!

- Idźcie już stąd! – zdenerwował się Dumbledore. – Chcę w spokoju pić!

- A może Ty jesteś ofiarą jakiegoś zaklęcia? – spytała McGonagall. – Poczekaj, zaraz sprawdzę.

Wyciągnęła różdżkę i po sprawdzeniu uroków rzuconych na Dumbledore'a uśmiechnęła się smutno.

- Myliłam się. Wybacz.

- Dobrze już – Dumbledore machnął ręką. – Niech panna Weasley opuści już mój gabinet. Trzeba opić zdrowie panny Blackmoon.

- Słyszała pani, panno Weasley? – spytała McGonagall. – Może pani już iść do siebie. Albo nie. Chciałabym zamienić z panią słówko.

***

- Bo widzi pani, panno Weasley, miłość to nie zabawa – powiedziała McGonagall. – Nie może pani powiedzieć, że kocha pani pana Pottera podczas, gdy lepiej znacie się zaledwie od końca zeszłego roku. Czyż nie tak?

Ginny w ogóle nie miała ochoty rozmawiać z McGonagall o swoim życiu. Przecież co ona mogła wiedzieć o Młodości! Sama była tylko starą, zasuszoną babą, która nigdy nikogo nie kochała. Ginny nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej opiekunka też kiedyś kochała i była kochana. Wiedziała jednak, że nie ma sensu się kłócić, dla świętego spokoju. Gdyby dalej wykłócała się o swoje racje, profesorka mogłaby wlepić jej jakiś szlaban, a tego wolała uniknąć.

- No tak – odpowiedziała Ginny. – Ale ja już od dawna czuję coś do Harry'ego.

- Ale nie możesz tak go sobie przywłaszczać! Skąd wiesz, że on cokolwiek do ciebie czuje?

- Przez ten sen na wakacjach.

- Ahhh, Potterowie – mruknęła McGonagall. – Zawsze byli zdolnymi uczniami, choć zbyt często rozrabiali.

- Opowiadali trochę, ale myślę, że nie wszystko – powiedziała Ginny. – Zresztą, Syriusz nie jest Potterem.

- Nie, ale Syriusz zamieszkał z Jamesem, gdy mieli po szesnaście lat – odparła McGonagall. – No dobrze, Idź już do siebie. Jednak nadal myślę, że jest jeszcze zbyt wcześnie, żebyś mówiła, że kochasz Harry'ego. Aby kogoś kochać musiałabyś znać tego kogoś przynajmniej kilka lat, akceptować jego wszystkie wady i słabości. Nigdy nie próbować go zmieniać. Cieszyć się, gdy on się cieszy, dodawać mu otuchy w chwilach słabości. Czy jesteś na to gotowa, panno Weasley?

***

Obraz Grubej Damy odsunął się, ukazując wchodzącą rudą postać. W jej oczach widać było skruchę, oraz lekkie poczucie winy. Podeszła do Harry'ego ze spuszczoną głową i powiedziała smutnym głosem:

- Przepraszam… Ja, byłam pod zaklęciem i, i w sumie to nawet nie pamiętam, co robiłam… Wybaczysz?

Cały pokój zamilkł. Nie było słychać nawet jednego szeptu czy głośniejszego oddechu. Harry podniósł się z kanapy i zmierzył Ginny przenikliwym spojrzeniem. Nie podobało mu się zachowanie Ginny. Nawet fakt, że Ginny była pod jakimś zaklęciem, nie upoważniał jej do takich zachowań.

- Zrobiłaś ze mnie pośmiewisko na cały pokój wspólny, a może i na cały zamek! – wycedził przez zęby.

- Przepraszam!

- Teraz to przepraszasz, tak? A wcześniej to było co! Robiłaś awanturę każdemu, kto chciał się do mnie zbliżyć! Czy ty myślisz, że jestem twoją własnością? To ja ci mówię, że nie jestem twoją własnością. Zresztą ja się dziwie, że w ogóle z tobą rozmawiam po tym, co mi powiedziałaś na Grimmauld Place!

- Ale co ja ci takiego powiedziałam? – zdziwiła się Ginny.

- Ja chciałem z tobą chodzić, a ty się mną zabawiłaś po prostu…

Harry wzruszył ramionami. Tak wiele kosztowała go ta rozmowa, a ona jeszcze każe mu wszystko sobie przypominać i to jeszcze przed całym Gryffindorem!

- Zresztą, nie wiem czy chcę o tym gadać i nie wiem, czy ci wybaczę. Gdybyś cokolwiek do mnie czuła, to byś się nie zachowywała tak, jak się zachowałaś.

Ich rozmowę przerwał odsuwający się obraz Grubej damy. Do pokoju wspólnego wtoczył się Dumbledore, trzymający w dłoniach miseczkę z cytrynowymi dropsami. Rozejrzał się pustym spojrzeniem po całym pokoju wspólnym.

- Czy wszyscy dziś oszaleli? – spytał Chris.

- Dzień dobry, Dryfoni! Jestem Bambus Numblemore i przyszedłem was poczęstować mymi znakomitymi wyrobami jakimi są… Cytrynowe klopsy! Ktoś się skusi na klopsiczka?

- Na Merlina – szepnął Michael. – Wszyscy dzisiaj powariowali…

- No co, nikt z was, tak oddzielnych i ważnych Dryfonów nie skusi się na przepysznego, cieplutkiego, własnej roboty cytrynowego klopsiczka? – spytał zawiedziony Dumbledore, czy raczej Numblemore.

- To może ja się skuszę – powiedział Michael i podszedł do Dumbledore'a trzymającego w dłoniach miseczkę z cytrynowymi dropsami.

- Ho ho! Mamy jednego śmiałka, dobrowolnie zgłaszającego się do konkursu zjedz najwięcej cytrynowych klopsów. Rywalizuje on z… Uwaga, samym sobą! Wielkie brawa! – wydzierał się Dumbledore. – No co jest? Dlaczego nikt nie bije braw!? Po chwili cały pokój zaczął niemrawo klaskać. Wszyscy jednak w głębi umysłów zastanawiali się, co też strzeliło do głowy poczciwego starca. Widzieli już różne sytuacje z tym człowiekiem, jednak coś takiego zdarzyło się pierwszy raz.

- No, to mi się podoba – uśmiechnął się Dumbledore, jakby nie zauważył, że Gryfoni klaszczą jedynie z grzeczności i z resztek szacunku do niego. – Panie Middleton, proszę wziąć klopsa i go zjeść.

Michael wziął jednego dropsa i zjadł.

- Wielkie brawa dla pana Michaela! Wygrał on konkurs Kto zje najwięcej cytrynowych klopsów! Zdobywa on całą miskę cytrynowych klopsów! – wrzeszczał uśmiechający się Dumbledore, po czym rzucił miseczką z cytrynowymi dropsami w Michaela i uciekł z pokoju wspólnego. Dropsy rozsypały się po całym pokoju wspólnym i ich ilość zaczęła się gwałtownie zwiększać, aż po chwili cały pokój zasypany był cytrynowymi dropsami. Gryfoni mieli nie lada problem, by ruszyć się w którąkolwiek stronę.

- Ja stąd wyjeżdżam! – wrzeszczał Michael. – Ja się poddaje! To miały być domowej roboty klopsiki, a nie jakieś cukierasy, które się podwajają i podwaja…

Nie zdążył powiedzieć nic więcej, ponieważ stale podwajająca się liczba cytrynowych dropsów, zwanych również cytrynowymi klopsami, całkowicie go przysypała. Gdzieniegdzie można dostrzec było próby uwolnienia się spod ciągle mnożących się cukierków, jednak po niedługiej chwili nie można było dostrzec już żadnego ruchu. W pokoju wspólnym Gryfonów zapanowała przenikliwa cisza, przerywana tylko od czasu do czasu przesypującymi się cukierkami.

***

Dumbledore podszedł do zbroi stojącej samotnie na korytarzu i rzekł do niej, ledwo powstrzymując szaleńczy śmiech:

- Witaj, cudowna zbrojo! Nazywam się Bambus Numblemore i przyszedłem zmusić cię, abyś wzięła udział w konkursie kto zje najwięcej cytrynowych klopsów!

Zbroja nie miała wyjścia, więc zgodziła się na wzięcie udziału w konkursie kto zje najwięcej cytrynowych klopsów. Postronny obserwator, gdyby teraz widział Dumbledore'a rozmawiającego ze zbroją na szkolnym korytarzu, popukałby się zapewne w głowę nad głupotą starego czarodzieja. Rozmawianie z martwymi przedmiotami nie świadczyło najlepiej o tej osobie. Dla każdego ucznia zamku wiadomym było jednak to, że zbroje stojące tu i ówdzie nie były tylko kawałami żelastwa. Każda z nich mogła w krytycznej sytuacji obronić zamku, musiało więc być w nich coś żywego.

- Proszę weź tego klopsa i go zjedz. – powiedział Dumbledore.

Zbroja posłusznie wzięła dropsa z miseczki i go zjadła. Cichy chichot Dumbledore'a przerwało tylko turlanie się cukierka wewnątrz zbroi.

- Zwyciężyła pani w konkursie kto zje najwięcej cytrynowych klopsów! W nagrodę wygrywa pani miskę własnoręcznie robionych cytrynowych klopsów! – wrzasnął Dumbledore po czym rzucił w zbroję miską z dropsami i uciekł.

Zbroja nie zdążyła złapać miseczki, a ta upadając na ziemię potłukła się na kawałeczki i dropsy rozsypały się po całym korytarzu. Już po chwili ilość dropsów zaczęła się potrajać. Po niespełna pięciu minutach cały korytarz po sam sufit zasypany był cytrynowymi dropsami. Na szczęście, lub nieszczęście działo się to na korytarzu, więc dropsy mogły spokojnie się przemieszczać. Obwieszczając swą obecność, cukierki toczyły się po schodach na niższe piętra, ciągle się mnożąc.

***

Obudziwszy się Syriusz Black doświadczył dziwnego olśnienia. Pomyślał o tym, że James siedzi sam, w przeklętym domu, w którym za towarzystwo mogła posłużyć mu tylko jego stara, spróchniała matka, namalowana na płótnie i wisząca sobie za zasłoną na korytarzu. Miał jednak nadzieję, że Lily niedługo wróci do zdrowia, gdyż wtedy nie będzie musiał dłużej zaprzątać sobie głowy swym samotnym przyjacielem. Odgonił od siebie te myśli i uśmiechnął się radośnie. Czekał go wolny dzień, gdyż jeszcze przez najbliższy tydzień miało nie być żadnych lekcji. W tak znakomitym humorze otwarł drzwi od swych komnat i… Wielka fala napływających ze wszystkich stron dropsów wrzuciła go z powrotem do sypialni. Syriusz nie myśląc o konsekwencjach swych czynów, wyciągnął różdżkę i machnąwszy nią wymruczał:

- Inanimentum *.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że nic się nie zmieniło. Jednak jakby się dokładniej przyjrzeć można by stwierdzić, że dropsy znikają. Z korytarza nadal całym strumieniem wsypywały się cukierki, które znikały w nicości. Po pięciu minutach nieustannie napływających słodyczy Syriusz był już trochę zmęczony podtrzymywaniem zaklęcia. Wytworzenie pustki tak, aby nie rozszerzyła się poza skrawek tej komnaty wymagało wiele mocy i skupienia. Syriusz stał z wyciągniętą różdżką, której koniec świecił się lekkim czerwonawym blaskiem, a dropsy wsypywały się i znikały w czeluściach niczego. Po dziesięciu minutach Syriusz zauważył sufit w korytarzu za drzwiami. Rozluźnił się nieco, powoli się uspokajając. Jeśli widział sufit, na pewno nie było przecież tak źle. Jednak musiało minąć jeszcze następne dziesięć minut, aby poziom dropsów na korytarzu stał się znośny i aby osoba przeciętnego wzrostu zapadała się w nich jedynie do pasa. Po kolejnych siedmiu minutach i trzydziestu ośmiu sekundach zniknęły prawie wszystkie. Syriusz zostawił jedynie garść tych przeklętych, psujących zęby słodyczy i zakończył zaklęcie. Postanowił przejść się po wszystkich piętrach i zajrzeć do wszystkich sal, aby sprawdzić, czy gdzieś nie zostało więcej dropsów. W całym zamku nie było ich ani śladu. Zajrzał jeszcze do Gryffindoru i znów runęła na niego ściana słodkości, więc ponowił zaklęcie i zniknął wszystkie dropsy znajdujące się w pokoju wspólnym Gryffindoru. To, co zobaczył na podłodze, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Wszyscy byli martwi, a przynajmniej tak się Syriuszowi wydawało na pierwszy rzut oka. Ze strachem podszedł do pierwszej leżącej osoby i sprawdził jej puls. Na szczęście był. Słaby, ale był. Dla Syriusza teraz tylko to się liczyło. Kolejne dziesięć minut zajęło Syriuszowi przetransportowanie całego Gryffindoru do skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrey była zaskoczona i aż oniemiała z powodu tak wielu pacjentów. Gdy już przetransportował wszystkich i wytłumaczył pani Pomfrey całą sytuację, zorientował się, że wśród tych wszystkich osób brakuje Hermiony. Wyszedł ze skrzydła szpitalnego, przystanął w korytarzu i pomyślał chwilę. Skoro nie było jej w pokoju wspólnym, to pewnie jest u siebie w dormitorium, albo w pokoju życzeń. Uspokojony udał się do gabinetu dyrektora, aby porozmawiać sobie z nim na temat częstowania całej szkoły dropsami.

***

W gabinecie dyrektorskim Albus Dumbledore siedział przy swym biurku trzymając się za głowę. Nie był wstanie znaleźć w swych zapasach eliksiru na kaca. Może to się wydawać śmieszne, ale tak, Dumbledore właśnie miał kaca i nie miał pojęcia co z tym zrobić. Nigdy nie był dobry z eliksirów, a nauczyciela tego przedmiotu w szkole nie było. Pomyślał o zatrudnieniu na to stanowisko Lily Potter, ale po chwili jednak wyrzucił tę myśl z głowy, ponieważ musiałby również ściągnąć Jamesa.

„Chociaż, jakby się nad tym dłużej zastanowić, nie byłby to taki zły pomysł. – pomyślał".

Postanowił, że spróbuje zatrudnić Lily na to stanowisko. Przecież wróciła już prawie całkowicie do zdrowia, a do końca tego tygodnia i tak lekcji nie będzie, z powodu ostatnich wydarzeń. Dla Dumbledore'a priorytetem było dobre samopoczucie uczniów. Żałował tego, że nie wierzył Michaelowi. Gdyby wcześniej wytropił Blackmoon'a pewnie nie doszłoby do tego, co się stało w wakacje. Rozmyślenia Dumbledore'a przerwały otwierające się drzwi do gabinetu. Do środka wszedł wściekły Syriusz Black. Dumbledore liczył się z tym czarodziejem, ponieważ był on jednym z najpotężniejszych czarodziejów na świecie. Przypomniał sobie akcję, na którą wysłał Jamesa i Syriusza przed kilkunastoma laty. Wrócili z niej bardzo zadowoleni, ponieważ jak oni stwierdzili, samochody to całkiem dobra broń na śmierciożerców. Po chwili Syriusz przerwał milczenie.

- Ile wczoraj wypiłeś?

Dumbledore skrzywił się z bólu, nasilającego się z każdym słowem młodszego mężczyzny.

- W sumie to już sam nie pamiętam.

Dostrzegł, że Syriusz krzywi się, patrząc chłodno na niego.

- No to źle. Wyobraź sobie, że zasypałeś cały zamek dropsami!

Dumbledore'owi opadła szczęka. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że upił się do tego stopnia. Przypomnienie sobie wczorajszych wydarzeń nie ułatwiało to, że głowa bolała go coraz bardziej.

- Skoro tak, to w jaki sposób się tu dostałeś? – spytał.

- Posprzątałem to. – odparł Syriusz. – Muszę Ci powiedzieć, że dziś rano miałem znakomity humor, zanim wlewająca się do mojej sypialni fala dropsów mi go nie zepsuła. No i jeszcze Gryfoni…

- Co z nimi?

- Są w skrzydle szpitalnym.

- Wszyscy?

- Oczywiście, że nie! Tylko Hermiona uniknęła bycia zasypaną cytrynowymi dropsami, bo wcześniej udała się do swojego dormitorium. Reszta zaś przebywała w pokoju wspólnym, więc zostali zasypani i leżeli pod dropsami przez całą noc.

- No ale dropsy przecież nie są ciężkie. Są niewielkie i można by było się spod nich wydostać – powiedział Dumbledore, krzywiąc się z powodu nasilającego się bólu głowy.

- Może i można by było, gdyby nie było ich tak wiele, że sufit został wypchnięty piętnaście centymetrów do góry. – powiedział Syriusz.

- Już sobie przypominam. Chyba rzuciłem na nie zaklęcie rozmnażające, które wykrywało ich ruch – powiedział Dumbledore. – Jeśli się ruszały, to się podwajały i podwajały.

- Bardzo mądre – wysyczał Syriusz. – Na pewno dzieciaki będą zadowolone, gdy im o tym powiesz.

- Każdemu się zdarzy coś zrobić, Syriuszu. Chyba nie muszę ci przypominać tej prześmiesznej akcji z McGonagall?

- Nie, nie musisz, a teraz wychodzę. Idę pomóc Pani Pomfrey. – powiedział Syriusz i wyszedł z gabinetu trzaskając drzwiami.
Dumbledore złapał się za głowę, którą oparł ponownie na swym biurku, zasypanym papierzyskami. Z kąta pomieszczenia, gdzie na żerdzi siedział jego Feniks, rozległ się cichy, kojący nerwy śpiew

***

Po wyjściu z gabinetu, Syriusz udał się w kierunku skrzydła szpitalnego, aby sprawdzić stan gryfonów. Niestety ich stan nie zmienił się zbytnio od momentu, w którym ich tu przyniósł. Pani Pomfrey jednak zapewniła go, że już nie długo ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Syriusz pomyślał więc, że uda się na Grimmauld Place, aby porozmawiać z Jamesem. Był tak wściekły na Dumbledore'a, że nie zważając na osłony antydeportacyjne obrócił się w miejscu i zniknął, aby pojawić się wiele mil od Hogwartu, a ulgę Dumbledore'a, że zdołał pozbyć się bólu głowy, przerwała syrena alarmowa, informująca, że ktoś naruszył bariery antydeportacyjne.

***

Od ostatniej wizyty Syriusza na Grimmauld Place nie zmieniło się nic. Dom nie sprawiał wrażenia opuszczonego, bo opuszczony nie był. Przecież mieszkał tam James i niedługo miał wprowadzić się również Remus, który jakoś długo nie dawał znaku życia. Syriusz odwiesił płaszcz na wieszak, mając nadzieję, że nie obudzi swej przeklętej matki. Na szczęście kobieta spała tak głęboko, lub Syriusz był na tyle cicho, że udało mu się pozostać niezauważonym.

- James! – krzyknął Syriusz po chwili nasłuchiwania jakiegokolwiek odgłosu z głębi domu.

Syriuszowi nikt nie odpowiedział. Przeraził się, bo myślał, że Voldemort dostał się tu i porwał Jamesa, aby go ponownie zabić. Po pięciu minutach przeszukiwania domu i wrzeszczenia na całe gardło imienia przyjaciela Syriusz usłyszał otwierające się drzwi na piętrze i głos Jamesa:

- Co tam?

Syriusz wspiął się po schodach i spojrzawszy na Jamesa zagwizdał. James wyglądał, jakby przed chwilą wyszedł z łóżka. Włosy miał wyjątkowo, nawet jak na niego potargane, koszulę rozchełstaną i krzywo zapiętą.

- No no, Rogaczu, cóż to za panienka cię tak urządziła?

- Jeszcze jedno słowo, łapo, a przysięgam, że Ty nigdy nie będziesz tak urządzony. – powiedziała jakaś kobieta.

Po chwili Syriusz rozpoznał ten głos. Głos, którego nie słyszał tak długo. Nawet nie wiedział, że tak bardzo stęsknił się za kobietą, którą uważał za swoją siostrę.

- Lilka! – wrzasnął i rzucił się do drzwi, wpychając Jamesa do wnętrza pokoju.

- To nie jest dobry pomysł, łapo – powiedział James. – My właśnie…

-Tak tak, gołąbeczki – uśmiechnął się Syriusz – ale macie jeszcze całe życie, żeby nacieszyć się sobą. Tym czasem mamy pewne problemy w Hogwarcie.

- No dobra, łapo – powiedziała Lily zakrywając się kołdrą. – Mógłbyś stąd wyjść? Chciałabym się ubrać.

- Proszę bardzo – uśmiechnął się Syriusz. – Nie wstydź się.

- Syriusz! – krzyknęła oburzona Lily i obrzuciła go wściekłym spojrzeniem w kolorze avady. – Wyjdź stąd!

- No już, już – mruknął Syriusz. – wychodzę. Tylko nie krzycz na mnie! Poza tym, jest już jedenasta, a wy…

- To nie twoja sprawa, kiedy to robimy! – oburzyła się Lily. – Przez piętnaście lat byłam pozbawiona możliwości…

- No dobra! Niech będzie! Tylko nie krzycz, i już wychodzę! – powiedział Syriusz i wyszedł.

- Może dokończymy to, co nam przerwano? – wymruczała Lily prosto do ucha Jamesa.

***

Po doprowadzeniu się do porządku, co zajęło im dość długą chwilę, James i Lily zeszli do salonu, by porozmawiać z Syriuszem na temat problemów w Hogwarcie. Byli trochę zaniepokojeni, że coś stało się ich synowi. James nawet nie chciał myśleć, co znowu przeżył jego syn. Harry opowiedział mu o wszystkich jego przygodach w poprzednich latach. Nie wiedział, czy przeżył by wieść o kolejnej niebezpiecznej przygodzie jego syna. Podczas opowiadania i tak miał niemrawą minę. Nie wiedział, jak zareagowałby teraz, gdyby dowiedział się, że Dumbledore znów nie dopilnował bezpieczeństwa uczniów.

- To co się tam stało? – przerwał ciszę James. Musiał jak najszybciej dowiedzieć się o tym, co stało się jego synowi.

- Nie uwierzycie w to, ale Dumbledore się upił do tego stopnia, że postanowił zaczarować swoje dropsy tak, aby się podwajały, gdy któryś z nich się poruszy, przynajmniej tak zrozumiałem.

- A jaki to ma związek z problemami? – dociekał zniecierpliwiony James. – Co z tego, że się podwajały?

- A no to – kontynuował Syriusz – że Dumbledore postanowił rozsypać je po całym zamku. No i chyba nie muszę mówić, co się dalej stało?

- Co z Harrym,? – odezwała się dotąd milcząca Lily.

- Ahh, nic – mruknął Syriusz. – Jest w skrzydle szpitalnym, tak jak cały Gryffindor.

- Cały? – nie dowierzał James.

- Cały. – odpowiedział Syriusz.

- Musimy tam iść! – stwierdził James. – Lily, pakuj potrzebne rzeczy i lecimy do Hogwartu.

- Nie gorączkuj się tak, Rogaczu – Uspokajał Jamesa Syriusz. – Choć muszę przyznać, że to całkiem dobry pomysł.

- No widzisz, jeszcze jestem wstanie kreatywnie myśleć – wymamrotał James.

- Ależ ja nie powiedziałem, że nie. Tylko chodzi mi o to, żebyś się nie gorączkował.

James uśmiechnął się. Zdawać by się mogło, że wcale nie słyszał słów Syriusza. Jego myśli krążyły już w zupełnie innych rejonach.

- Będziemy mogli podsunąć dzieciakom kilka pomysłów na psoty – powiedział uśmiechając się jeszcze szerzej.

- No no, rogaczu, któż by pomyślał, że w tak podeszłym wieku ty masz nadal w głowie psoty – uśmiechnął się Syriusz.

- Podeszłym? – spytał James. – Jestem młodym człowiekiem!

- Niewątpliwie – powiedział Syriusz.

- No co? – spytał James wzruszając Ramionami. – Dumbledore jest przynajmniej trzy razy starszy ode mnie.

- Ahhh, poczciwy staruszek. Jednak musisz przyznać, że czasem mu odbija.

- Niestety.

Do salonu wróciła Lily ciągnąc za sobą ogromną walizę. Widać było na jej twarzy, że walizka jest strasznie ciężka. Rzuciła ją na dywan przed Jamesem i Syriuszem, po czym usiadła na wolnym miejscu.

- Dobra, możemy iść – powiedziała.

Syriuszowi opadła szczęka.

- Masz zamiar zabrać to wszystko ze sobą? – spytał.

- No pewnie! – odpowiedziała z uśmiechem Lily. – Nigdy nie wiadomo, co może nam się przydać.

- Ahh, te kobiety – mruknął James.

- Coś mówiłeś, kochanie? – spytała przesłodzonym głosem Lily.

- Niee, wydawało ci się. – odpowiedział James patrząc na nią z miłością.

- Dobra dobra, gołąbeczki, mamy misję do wykonania – przerwał tę radosną chwilę Syriusz.

- Łapo, jak mogłeś! – spytała Lily udając obrażoną i żartobliwie uderzyła Syriusza w ramię.

- Ała! – krzyknął Syriusz. – Moje biedne ramię! Co ja teraz zrobię?!

- Ojej – zaszlochał James. – Naszego kochanego Łapcie boli Ramię. Jak myślisz, Lily, zrobimy coś z tym? Jeszcze nam umrze z bólu.

- Hmm, No nie wiem, nie wiem. Przeszkodził nam dzisiaj – odpowiedziała Lily uśmiechając się.

- Jak możecie! – lamentował dalej Syriusz. – Nie zostawiajcie mnie tak!

- No cóż, James, chyba musimy iść do Hogwartu, nieprawdaż? – spytała Lily.

- Tak tak, kochanie. W pełni się z tobą zgadzam – odpowiedział James. – Wrócimy dziś wieczorem Syriuszu.

Syriusz uśmiechnął się i złapał się Jamesa, który właśnie w tej chwili się deportował. Aportowali się na drodze prowadzącej z Hogwartu do Hogsmeade. Cała trójka spokojnym krokiem zbliżała się do bram Hogwartu. Po ich przekroczeniu puścili się pędem w stronę zamku. Pierwszy do wrót zamku dotarł James i zaczął się przechwalać swym spektakularnym zwycięstwem nad tamtą dwójką. Syriusz natomiast nie miał zamiaru słuchać przechwałek Jamesa i szarpnął za klamkę wielkich wrót, wbiegł do zamku i puścił się schodami na górę. Lily poszła w ślady Syriusza, a James został sam przed drzwiami zaskoczony tym, że nikt go nie chciał słuchać. Po chwili jednak wzruszył ramionami i poszedł za jego żoną i najlepszym przyjacielem, a przynajmniej próbował, bo nigdzie nie mógł ich znaleźć. Przystanął na szóstym piętrze i zastanowił się chwilę. Po chwili skierował się w stronę skrzydła szpitalnego. Stanął w drzwiach i aż opadła mu szczęka. Wszyscy Gryfoni leżeli wszędzie, gdzie się tylko dało. Na podłodze, na łóżkach… James nie mógł tego znieść. Podszedł do swojego syna i sprawdził, czy jeszcze żyje. Potem wściekły udał się do gabinetu dyrektora.

***

Dumbledore powoli dochodził do siebie. Niesamowita pieśń jego feniksa bardzo w tym pomogła. Znalazł również jakiś stary eliksir anty kacowy, więc ból głowy powoli przechodził. Rozmyślał nad planami dotyczącymi Voldemorta, gdy nagle ciszę zakłóciło natarczywe walenie do drzwi.

„Któż to może coś znów ode mnie chcieć? – pomyślał."

- Otwarte! – krzyknął, iż nie sądził, że ten ktoś, kto tak natarczywie się dobijał do drzwi, usłyszy normalne zaproszenie.

Drzwi otwarły się z potężnym hukiem i do środka wkroczył nie kto inny, jak sam James Potter, który od razu zaczął krzyczeć.

- Coś ty sobie wyobrażał, Dumbledore! Żeby mój własny syn, i cały Gryffindor musieli leżeć przez twoją głupotę w skrzydle szpitalnym! Takie zachowanie nie przystoi takiemu staremu człowiekowi!

- Spokojnie, James. Usiądź, to wszystko ci wytłumaczę – powiedział jak zwykle opanowany Dumbledore, jednak wiedział, że za chwilę straci cierpliwość, gdyż znów zaczynała go boleć głowa.

- Nie chcę słuchać twoich tłumaczeń! – wydarł się jeszcze głośniej James. – Żądam informacji, dlaczego w ponoć najbezpieczniejszym miejscu na ziemi mój syn leży w skrzydle szpitalnym!

- Przydusiły go dropsy – odparł Dumbledore.

- Dropsy! Te dropsy! – wrzeszczał James wskazując miseczkę z dropsami stojącą na biurku Dumbledore'a.

- Tak, te dropsy – odpowiedział zmęczonym głosem Dumbledore.

- Jak te niegroźne cukierki mogły komuś zrobić krzywdę! Poza tym, cukierki nie umieją chodzić.

W tej właśnie chwili jeden drops wytoczył się z miseczki i ugryzł Jamesa w palec. James szarpnął ręką i gapił się na cukierek z niedowierzaniem.

- O tym mówiłem – powiedział Dumbledore uśmiechając się. – Dropsy same poszły i przysypały Gryfonów.

- Tak, a ja jestem Merlinem – powiedział ze złością James.

Po tym stwierdzeniu drugi drops wyszedł z miseczki i oba zaczęły gryźć Jamesa w ręce. James spojrzał na Albusa z nienawiścią, więc kolejne cztery dropsy wyszły z miseczki i zaczęły gryźć Jamesa. James zaczął wrzeszczeć z przerażenia.

- Zrób coś z tym, a nie tak siedzisz!

- No cóż – Dumbledore wzruszył ramionami. – Musisz mnie przeprosić.

- Nie przeproszę cię, bo przez ciebie moje jedyne dziecko i wszyscy jego koledzy leżą w skrzydle szpitalnym! – wrzasnął rozwścieczony James i zaczął się miotać, aby uwolnić się od dropsów, zawzięcie gryzących jego ręce.

Po ostatnich słowach Jamesa jeszcze więcej dropsów, czyli ok dwudziestu wypełzło z miseczki i zaczęło gryźć już nie tylko ręce Jamesa, ale zaczęły wspinać się wyżej. Gryzły już również jego uszy.

„Cóż to za dziwny rytuał – pomyślał James. – Dlaczego uszy, a nie np. twarz?".

Na głos jednak powiedział, czy raczej spytał:

- Dumbledore, czyś ty do końca zwariował?

- Możliwe – odpowiedział starzec. – Teraz jednak musisz mnie przeprosić.

- Nie zrobię tego! – krzyknął James. – Doprowadziłeś Gryffindor do stanu, w którym nie nadają się do niczego, poza wyleczeniem!

- No dobrze – westchnął Dumbledore. – Na razie ci daruje.

To powiedziawszy machnął różdżką, a dropsy potulnie wróciły do swej miseczki i czekały na kolejną ofiarę ich ostrych ząbków. James natomiast odetchnął z ulgą i zaczął drapać się tam, gdzie pogryzły go te złośliwe cukierki, które powinny być martwe. Dumbledore podniósł się ze swego fotela, wyszedł zza biurka i wskazując Jamesowi drzwi zapytał:

- Może udamy się do skrzydła szpitalnego aby zweryfikować, czy to, co mówisz jest rzeczywiście prawdą?

- Ależ proszę bardzo! Przed chwilą tam byłem.

***

Gdy Dumbledore i James pojawili się w skrzydle szpitalnym, Dumbledore musiał przyznać Jamesowi rację. Przeprosił go i po chwili zauważył, że Szóstka uczniów już nie śpi. Jak można było się domyślić, byli to Chris, Harry, Herbert, Michael i Ron, a także Hermiona. Albus udał się do pani Pomfrey, a James przysłuchał się rozmowie Rona z Hermioną. Usprawiedliwił ten czyn ciekawością, że chciał poznać innych przyjaciół swojego syna.

- Hermiona, ja bym chciał Cię przeprosić za to wczoraj – powiedział zakłopotany Ron stojąc przy łóżku Hermiony. – sam nie wiem, co we mnie wstąpiło.

- Oh, Ron! Nic się nie stało – zapewniała Hermiona.

- Naprawdę?

- No pewnie! Sama nie wiem, dlaczego się na Ciebie obraziłam i wybiegłam z pokoju wspólnego. Chociaż nie, wiem, ale Ci nie powiem.

- Hermiona, proszę Cię. Zrobię wszystko!

- Oh, Ron, czy ty czasem nie mógłbyś być bardziej domyślny?

Po tych słowach przy Ronie i Hermionie pojawiła się reszta paczki. Zaczęli wygadywać jakieś głupoty, jak zwykle. Bardzo chcieli zdenerwować Rona, więc zaczęli wymyślać jakieś rymowanki o miłości i innych rzeczach. Na koniec rzucili jakąś uwagę o tym, że Hermiona ma piękne włosy i patrzy na Rona, gdy ten tego nie widzi, a rudzielec zrobił się cały czerwony.

- Ouuuu, Ronuś, czyżbyś… - mówił Herbert.

- Się zakochał? – dokończył Chris.

- Nie twoja sprawa! – ryknął wściekły Ron i sięgnął na stolik po różdżkę Hermiony.

- Oddaj to! – krzyknęła właścicielka różdżki. – to moje!

- No i co! – wściekał się Ron. – ja tego teraz potrzebuję, aby się raz na zawsze rozprawić z tymi… Tymi… Tymi, bałwanami!

- Chciałbym ci przypomnieć – powiedział Harry – że sam należysz do tej bandy bałwanów.

- Nie, bo nie zachowuje się tak jak wy – burknął Ron.

- Czyli jak? – spytał wyprowadzony z równowagi Chris i wycelował różdżkę w Rona. – Nie będziesz mnie obrażał!

- Nikogo nie obrażam – wymamrotał przestraszony Ron

- Nie, wcale. Nazwałeś Nas bandą… Bandą bałwanów nas nazwałeś! – ryknął rozwścieczony Chris i już miał rzucić zaklęcie, gdy do akcji wkroczył wszystkiemu przyglądający się James.

- Chris, opuść ten patyk, bo jeszcze komuś oko wydłubiesz – wtrącił się James.

- Że ja niby? –

- Tak. Oddaj mi to. Skąd to wziąłeś?

- To jest moja różdżka, a bo co?

- Ahh, Weasleyowie – mruknął James oddając różdżkę Chrisowi. – Tobie zaś – teraz zwrócił się do Rona – radziłbym zapytać, czy zechciałaby uczynić ci ten zaszczyt i być twoją dziewczyną. Bo czujesz do niej coś więcej, tak?

Jamesowi za potwierdzenie wystarczyło to, że Ron zrobił się jeszcze bardziej czerwony na twarzy. Hermiona zaś patrzyła się na Jamesa, jakby ten powstał z grobu, co przecież wcale nie było dalekie od prawdy. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.

- No, na co czekasz?! – wykrzyknął z radością. – pytaj! Pytaj, a ja i panowie, się ulotnimy.

Powiedziawszy to bezceremonialnie wygnał czwórkę przyjaciół ze skrzydła szpitalnego wychodząc jednocześnie za nimi i zamykając drzwi. Nikt nie zauważył zaklęcia wyciszającego rzuconego na pozostałą część pomieszczenia. Dało im to upragnioną ciszę i spokój, więc wreszcie mogli poważnie porozmawiać. Nikt nie zauważył również, że Dumbledore nie był objęty tym zaklęciem, więc wszystkiemu przysłuchiwał się z uśmiechem.

- To jak to wreszcie jest? – spytał Ron tym samym przerywając panującą od kilku minut ciszę.

- A jak myślisz?

- A skąd mam wiedzieć?

- No nie wiem, wiesz? Może byś wywnioskował z tego, co Ci powiedział… Ojciec Harry'ego!

- James? A co on niby może mi powiedzieć o tych sprawach?

- Nie mów do niego po imieniu, Ronald! On jest od Ciebie starszy i należy mu się szacunek!

- Tak, tylko że sam mi pozwolił, a zresztą, nie o tym tu rozmawiamy.

Hermiona była zdumiona tępotą Rona. Jak ktoś, kto był tak znakomitym strategiem nie potrafił się domyślić tego, co ona czuje?

- Ron, proszę Cię. – w głosie Hermiony dało się słyszeć lekką nutę rozpaczy. – ja ci tego nie mogę powiedzieć.

- Ale dlaczego? – spytał nic nierozumiejący Ron.

- Bo nie!

- Ale czemu?!

- No bo nie!

- Te kobiety – westchnął Ron. – same z nimi problemy.

- Wy często też nie jesteście lepsi – powiedziała Hermiona. - Tak, a co my niby robimy?

- Jesteście z dziewczyną tylko dla jej idealnego pod każdym względem ciała, a potem chcecie ją przelecieć i zostawić. Zresztą nie wiem dlaczego nie potrafisz domyślić się, co do ciebie czuję, skoro znamy się już tyle lat, a ja nawet nie staram się tego ukrywać!

- Mówisz tak, jakbyś była Ginny. Zresztą, Harry przecież nie miał zamiaru z nią zrobić nic takiego.

- A skąd wiesz? Siedzisz w jego ciele?

- To oczywiste – kontynuował Ron jakby wcale nie usłyszał słów Hermiony – że dziewczyna go podnieca, chociaż w sumie to nie wiem dlaczego. Dla mnie Ty jesteś o wiele piękniejsza i…

W tym momencie Ron zdał sobie sprawę z tego, co mówi. Strzelił się mentalnie w twarz i przestał się ośmieszać, nie zwrócił bowiem uwagi na wcześniejsze słowa Hermiony, jakoby ta coś do niego czuła.

- Kontynuuj – poprosiła Hermiona.

- Jakby Ginny nie była moją siostrą, to chyba i tak bym nie zwrócił uwagi na nią w ten sposób.

- Zwróciłbyś, zwrócił. No a to że Harry'ego podnieca to jest właśnie to, co mówiłam. Podoba mu się jej ciało i myśli, co by mógł z nią robić. To chyba normalne w tym wieku, no nie?

Hermiona zaczerwieniła się i schowała twarz w dłoniach.

- Na Merlina, co ja wygaduję?

- Ekhem, chyba masz rację, moja droga – odezwał się wszystkiemu przysłuchujący się Dumbledore. – Miłość to bardzo potężna magia, aczkolwiek pożądanie jest jej złą siostrą.

- No ale chyba skoro już jestem ze swoją partnerką w dość długim związku, to chyba nic złego, że jej pragnę? – spytał Ron.

- Ależ panie Weasley, zapewniam pana, że pragnienie drugiej osoby dla siebie, zwłaszcza gdy jest to kobieta, nie jest czymś niemożebnie złym. – odpowiedział Dumbledore. – Podoba nam się jakaś dziewczyna, więc powinniśmy ją o tym fakcie uświadomić, czy zgadzasz się ze mną, panno Granger?

- Ee, tak mi się wydaję – odezwała się nieśmiało Hermiona, nadal skrywając twarz w dłoniach.

- Skoro tak – powiedział Dumbledore – to teraz faktycznie zostawię was samych, abyście mogli „w spokoju" porozmawiać. – powiedział Dumbledore i wyszedł ze skrzydła szpitalnego.

- Zapytasz mnie wreszcie, Ron?

- E, ale po co? Przecież jesteśmy przyjaciółmi, a co zrobię, jak się nie zgodzisz, zepsuje to naszą przyjaźń.

- A skąd wiesz, że się nie zgodzę?!

- czemu niby miałabyś się zgodzić? Przecież jestem tylko Ronem, który wiecznie ma problem z odrabianiem zadań domowych i jest osobą dość mało inteligentną.

- Jesteś prawie tak samo inteligentny jak ja!

- Nie dorastam ci do pięt, Hermiono!

- Czyli mnie nie zapytasz?

- Nie.

- Jak sobie chcesz! Ale nie licz na to, że gdy już się na to zdobędziesz, to się zgodzę!

- Dlaczego miałabyś się zgodzić teraz, a nie zgodzić się np. za dwa miesiące?!

- Bo teraz, a nie za dwa miesiące. – powiedziała Hermiona po czym wyszła z łóżka i wypchnęła Rona za drzwi skrzydła szpitalnego. – I tak ci nic nie jest, a ja chcę się ubrać, więc możesz sobie stąd iść.

- Ale ja jestem chory! – krzyczał Ron zza zamkniętych drzwi.

- Chyba na głowę! – odkrzyknęła Hermiona.

***

Chris, Harry, Herbert, Michael i James zmierzali opustoszałymi korytarzami Hogwartu w stronę obrazu Grubej Damy. Żadnemu z nich nie przeszkadzała cisza, panująca między nimi. Znali się wystarczająco długo, by czerpać otuchę od siebie nawzajem bez zbędnych słów. Po dotarciu na miejsce Chris podał hasło i cała piątka mogła wejść do środka. James zastanawiał się, w jaki sposób Syriuszowi udało się pozbyć się wszystkich dropsów.

„No nic – myślał. – Później go o to zapytam".

Na podłodze walały się kawałki betonu. James wycelował w sufit i mruknął zaklęcie naprawiające, po czym kawałki betonu uniosły się i powędrowały na swoje miejsce.

- No, to pokój wspólny macie już naprawiony – powiedział James. – Przejdę się jeszcze sprawdzić, jak tam dormitoria.

Po wyjściu Jamesa czwórka przyjaciół rozsiadła się w fotelach, a Harry zapalił ogień w kominku, gdyż wyjątkowo w pokoju zimnym było chłodno. Zresztą przyjaciele lubili przesiadywać przy kominku nawet, gdy było gorąco. Przyjemne ciepło, które wytwarzał ogień, przyjemnie zachęcało do snu, a ciche skwierczenie polan płonących w środku, tylko to pragnienie wzmacniało.

- Jak myślicie, Ron zapyta Hermionę o chodzenie? – przerwał milczenie Harry.

- Hmmm, jeśli o mnie chodzi, to mi się nie wydaje – powiedział Chris. – wydaje się być zbyt mało rozgarnięty żeby się domyślić, że Hermiona chciałaby z nim chodzić nawet po tym, co mu James powiedział, co według mnie jest dziwne.

- Eee, nie przesadzaj – powiedział Michael. – to byłoby chore. Przecież po takim czymś to nawet pierwszoroczny Ślizgon wiedziałby o co chodzi.

- Ślizgoni wcale nie są gorsi niż my – wtrącił się Chris. – doprawdy nie rozumiem, dlaczego nie próbujecie się z nimi pogodzić.

- Wyobrażasz sobie Harry'ego i Malfoya rozmawiających spokojnie na korytarzu? – spytał Michael. – Ja jakoś nie za bardzo. Zresztą Malfoy będzie śmierciojadem czy tego chcesz, czy nie.

- No dobra, Malfoy może nie – powiedział Chris. – Ale co macie do całej reszty?

- Jakiej reszty? – spytał Harry. – Nikogo więcej nie znam, poza Crabbe'em i Goyle'em, którzy są gorylami Malfoya, a w dodatku nie potrafią używać mózgu.

- Może i tak – powiedział Chris. – co wy na to, żeby pójść do dziewczyn?

- A po co? – spytał Michael.

- No jak to po co? Popatrzeć, albo doprowadzić je do furii. – odparł Chris.

- Albo niekoniecznie do furii – powiedział rozmarzonym głosem Michael wyobrażając sobie co mógłby robić z Kate.

- No no, stary! – wykrzyknął z radością Chris. – Widzę, że zaczynasz się rozkręcać!

- No i dobrze. Kiedyś w końcu trzeba nie?

Jak postanowili, tak też zrobili. Opuścili pokój wspólny Gryffindoru nie zastanawiając się nawet nad tym, że James może ich szukać. Szybko przemierzali korytarze Hogwartu, aby dostać się do skrzydła szpitalnego. Po dojściu do celu i wejściu do środka każdy z nich chciał udać się w inną stronę, jednak Chris powstrzymał ich mówiąc.

- Najpierw Hermiona, a potem reszta. Może będziemy mieli szczęście i natrafimy na Ronusia.

Czwórka przyjaciół podeszła do łóżka, na którym wcześniej leżała Hermiona. Jednak byli zasmuceni, ponieważ najwyraźniej przeczuwając, co miało nastąpić postanowiła wraz z Ronem i większością Gryffindoru ulotnić się ze skrzydła szpitalnego.

- Dziwne – mruknął Harry. – nigdzie przecież ich nie było.

- No właśnie! Powinniśmy ich mijać jak szliśmy – zauważył Chris. – no chyba, że znaleźli jakieś tajne przejście, o którym nic nie wiemy.

- Hm – mruknął ponownie Harry – hm, hm, hm, hm hm…

- co ci, zaciąłeś się, czy co? – spytał Herbert.

- hm, hm, hm…

- Ej, Chris, co byś teraz z nim zrobił?

- Hyhm…

- Nie wiem – odpowiedział na pytanie Herberta Chris. – zaraz pójdę po panią Pomfrey.

- Mam! – krzyknął niespodziewanie Harry.

- Co? – spytał Chris.

- Ee, chyba jednak nie. Gdzie jest mapa?

- Zgubiłeś mapę?! – wrzasnął Michael. – Jak mogłeś zgubić tak cenny artefakt?!

- Możesz przestać się drzeć? – spytał Herbert. – Głowa mnie już od tych wrzasków boli. Zresztą, Pomfrey może zaraz tu przyleźć.

- No i co z tego! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że teraz jesteśmy skazani na same niepowodzenia?

- Dobra – powiedział Chris – przecież się znajdzie.

- To może ich poszukajmy? – zaproponował Michael. – Przecież i tak raczej tu nie wrócą.

Wyszli ze skrzydła szpitalnego. Postanowili przemierzyć cały zamek wzdłuż i w szerz. Gdy byli na siódmym piętrze Harry przypomniał sobie o pokoju życzeń. Tam znaleźli Kate. Michael był załamany tym, co zobaczył. Chris i Herbert jednak go pocieszyli. Michael przecież nie był z Kate, toteż mogła obściskiwać się z kim tylko chciała. Nie zmieniło to jednak negatywnego nastawienia Michaela do obecnego obiektu westchnień jego ukochanej. Pomyślał, że chciałby zrobić mu tak wielką krzywdę, żeby popamiętał go na całe życie. Przyjaciele jednak przeczuwali, co siedzi w głowie Mike'a, więc szybko wybili mu ten pomysł z głowy.

***

W tym samym momencie w pokoju wspólnym Gryffindoru Jamesa trafiał szlag.

„Gdzie oni poleźli! – myślał".

Jak na złość nie mógł znaleźć mapy. Gdyby ją znalazł, z pewnością zlokalizowanie ich nie zajęłoby mu wiele czasu. Po pięciu minutach daremnego przetrząsania dormitorium chłopców szóstego roku James zszedł na dół do pokoju wspólnego.

- Przepraszam – powiedziała Hermiona – czy tego pan szuka?

W rękach miała uruchomioną mapę Huncwotów. James odetchnął z ulgą. Teraz bez przeszkód może znaleźć Chrisa, Harry'ego, Herberta i Michaela.

- wiesz gdzie oni są? – spytał po chwili.

- Przed chwilą weszli do pokoju życzeń – odpowiedziała Hermiona. – Myślę, że Michael nie będzie w najlepszym stanie gdy się tu pojawią.

- Dlaczego? – spytał James.

- no, bo jego „dziewczyna" jest tam z innym, i po prostu może to spowodować to, że nie będzie w najlepszym stanie psychicznym. No i nie wiadomo czy się nie pobiją. - Hm. – mruknął James. – Ja na jego miejscu bym dał sobie z nią spokój. Zresztą ponoć ona nie jest jego dziewczyną.

- To tak jakby pan powiedział, żebym ja dała sobie spokój z Ronem – powiedziała Hermiona. – Ron to Ron, ale bez niego moje życie byłoby nudne. No i oczywiście bez Harry'ego i całej reszty. Znamy się od pierwszego roku i niczego nigdy nie byłam tak pewna jak naszej przyjaźni. Były nie raz jakieś kłótnie i byliśmy niezgodni w kilku sprawach, ale na razie jest w porządku. Ron bywa zazdrosny o chłopaków, ja czasem też, gdy chodzą gdzieś swoimi ścieżkami i robią jakieś psoty, ale to chłopcy. Muszą się wyszaleć.

James poczuł się wyjątkowo staro, gdy Hermiona nazwała go panem, toteż postanowił, że dłużej tak nie będzie.

- James – powiedział James wyciągając rękę w stronę Hermiony.

- Hermiona – odpowiedziała Hermiona ściskając dłoń Jamesa.

- Przyjaźń to piękna sprawa – powiedział James – jednak jak widzisz ja, łapa, lunatyk i Glizdogon nie skończyliśmy najlepiej. Nie spodziewałem się po Glizdogonie tego, co zrobił. No ale cóż, ludzie się zmieniają.

* Inanimentum (Łac. Próżnia, pustka)